Madox nigdy nie bał się ryzykować.
Wyrywał się pierwszy, wchodził w paszczę lwa, robił interesy z najgorszymi ścierwami w Toronto, a wszystko dla klubu, dla operacji, którą prowadził od lat. Może dlatego jeszcze się utrzymywał, nie spalił przykrywki, bo on nie szedł zgodnie z procedurami, bo on potrafił się rzucać do Makaroniarzy, do Ruskich, nawet jeśli miał za to oberwać. Nie martwił się o siebie...
Ale teraz może powinien, zastanowić się, zatrzymać, skoro przecież zależało mu na tym, żeby żyć... może nie kurwa długo i szczęśliwie. Ale dłużej niż zakładał, na maska. Ze swoją żoną.
I to nie tak, że on tylko jej tutaj prawił morały, bo sam też sobie obiecywał poprawę. Stawianie ich na pierwszy miejscu, ponad sprawą, ponad klubem, wszystkim.
Patrzył w oczy Pilar, kiedy się na niego wydzierała.
Co ja takiego robię?
Lista była długa i może by jej to zaraz wszystko wyartykułował, ale ona już zarzucała mu, że on też nie potrafił
obojętnie. Wywrócił oczami zaciskając palce na jej nadgarstku, i znowu ją do siebie szarpnął.
-
To ty tak zrobiłaś, jakieś kurwa zmiany w moim mózgu, że ja się tak wyrywam - no tak, najlepiej wszystko było zgonić na Pilar. Ale coś w tym było, coś w nim pękło w Medellin, kiedy jego wuj rzucał się do kelnerki, a on nie chciał się w to wtrącać, a wtrąciła się ona, wyrwała do przodu i stanęła w jej obronie. Madox musiał po prostu zareagować. A potem... nauczył się reagować pierwszy, szybciej od niej. Bo czy jakby nie wskoczył za Marią, to nie zrobiłaby tego ona? Zrobiłaby, już zdejmowała buty. A gdyby nie reanimował tej babki? Na pewno rzuciłaby się do tego jego żona. Do Phila też.
-
Nie jestem kurwa z tego dumny, że cię tam wysłałem, wiesz jak się o ciebie bałem? - wiedziała, bo czuła przecież jak waliło mu serce, musiała widzieć jak spanikował i jeszcze w ostatniej chwili chciał zmieniać plany. Czytała go czasem lepiej niż on sam.
I on teraz też widział w jej oczach, że
miała go w sercu, tylko jego może...
-
Zawsze znajdujesz, więc znajdź też z tej sytuacji Pilar - nie chciał się z nią kłócić, po prostu przedstawił jej swoje obawy, to co siedziało mu w głowie, bo sama tego chciała. Wiedzieć o czym myślał.
I może zdawał sobie sprawę, że jej się to nie spodoba, że zaraz będą się dochodzić, bo mieli za silne charaktery, żeby przejść koło tego obojętnie, żeby stać biernie i nie starać się przeforsować swoich racji, ale... Nie spodziewał się, że ostatnie chwile w Rio de Janeiro spędzą na plaży, aż tak się kłócąc. Znowu się szarpiąc i wpatrując sobie intensywnie w oczy. Chyba tylko oni tak potrafili.
W jednej chwili kochać się i pieprzyć w balonie, kilkaset metrów nad ziemią, w drugiej dostawać ataku paniki, na widok jej wiszącej głową w dół z koszyka balona, w trzeciej przytulać się mocno, a w czwartej... dochodzić.
-
Myślisz, ale i tak się rzucasz - skontrował od razu jej słowa. Bo przecież wiedział, że o nim myślała, to nie podlegało żadnej wątpliwości. Zabiła dla niego Gonzalesa, ryzykowała życie, wchodziła w każdy jego pojebany plan. Myślała o nim, a on o niej.
Kurwa.
Tak intensywnie o sobie myśleli, że się tu dzisiaj pobrali.
Ale i tak oboje się rzucali, ryzykowali.
I może dochodziliby się jeszcze, może już by się doszczętnie pokłócili? Albo pogodzili, bo Madox już sunął wytatuowanymi palcami gdzieś po biodrze swojej żony, ale Ralph oznajmił, że muszą jechać, bo zaraz spóźnią się na samolot.
Oczywiście, że Pilar odwróciła się na pięcie, a jej włosy musnęły jego tors, kiedy nimi zarzuciła, a potem poszła pierwsza do samochodu, a Madoxa za nią, kopiąc po drodze piach. Wyrzucając z siebie to wkurwienie. Nie na nią, bardziej o to, że w ostatnich chwilach w Rio, zamiast całować się na tej pięknej plaży, to oni się kłócili. W samochodzie próbował się do niej przymilać, oczywiście, że tak, bo go skręcało, że tak to zostawili.
-
Pilar... - zaczął, ale kurwa co z tego, jak ona tak namiętnie patrzyła w szybę i nawet na niego nie spojrzała. Nawet jak zaczepił jej udo ręką, to ją z siebie zrzucała. Dobra.
Mogli się nie odzywać.
Nie mogli... bo kiedy zajechali pod dom Theresy i Raviego, to Madox znowu usiłował do niej dotrzeć.
-
No Pilar… Kurwa - tylko ona nagle bardzo żarliwie żegnała się z Theresą, a potem zamiast koło niego, to stanęła sobie między ich świadkami. Podziękowali im, zaprosili ich do Toronto, Madox jeszcze chwilę pogadał z Ravim, nawiązując do jakiejś ich wcześniejszej rozmowy, że na pewno skontaktuje się z jego kolegą w Kanadzie. Wyjarali blanta, który zadziałał trochę... rozluźniająco może?
Bo Madox znowu w samochodzie próbował się łasić do swojej żony.
-
Pilar no proszę cię... - już był gotowy ją błagać, a może nawet... przeprosić? Ale Ralph zaraz informował ich, że są na lotnisku, a potem pośpieszał, bo nie mieli czasu. Dobrze, że ktoś w ogóle tego za nich pilnował, bo przecież oni potrafili się tak zafiksować na sobie, że nic innego się nie liczyło. Madox jeszcze grzebał w ich walizce za telefonem, bo zostawił go gdzieś u Raviego i Theresy i miał nadzieję, że mu go znaleźli i spakowali, bo to już byłby kolejny w tym tygodniu, który zgubił, zepsuł, albo wyjebali mu go do morza. Ale znalazł go, w wewnętrznej kieszonce walizki. Wyłączony. Już nacisnął na przycisk, żeby go odpalić, ale wtedy Pilar rzuciła to
babka zmarła patrząc w wyświetlacz swojej komórki.
-
Co? - rzucił najpierw, ale zaraz się wyprostował, zaraz... No już się wcale nie prosił, tylko wystawił do niej rękę -
chodź tu do mnie - a potem przyciągnął ją do siebie, tak, że teraz czy chciała, czy nie, to wpadła w jego ramiona. Pogłaskał ją po czarnych włosach.
-
Wiesz, że babka Luciano była chora i słaba, i... tak po prostu musiało być - mruknął gdzieś w czubek jej głowy, bo przecież wiedział, że się obwiniała o to co się stało, ale Madox w ogóle nie doszukiwał się w tym jej winy -
i znajdziemy Luciano - dodał jeszcze przytulając policzek do jej głowy, jakby chciał ją zapewnić, że przecież wciąż ktoś z jej rodziny jeszcze żył, może jej matka też? I oni tak tego teraz nie zostawią. Musiała to wiedzieć.
Chociaż teraz Pilar nie była już sama, bo teraz wstąpiła też do tej jego rodziny, może pojebanej, całkowicie spaczonej, ale Madox wierzył w to, że kuzyni zawsze staną za nim murem, tak jak ona za nimi. Chciał wierzyć, że kiedyś dogada się może nawet ze swoją matką, że któregoś dnia stanie przed swoją małą siostrą i powie jej, że jest jej bratem. Może kiedyś...
Bo teraz on przytulał do siebie swoją żonę, wplatając wytatuowane palce w ciemne kosmyki, głaszcząc ją po plecach. Tylko, że zaraz stewardessa poprosiła ich do wejścia na pokład. Musieli się ruszyć, a w tym samym momencie telefon Noriegi, który schował sobie do kieszeni się załączył i zaczęło na niego przychodzić milion powiadomień. Madox po niego sięgnął i zerknął na wyświetlacz, pełno nieodebranych połączeń od Pati, z telefonu klubowego, i jakieś smsy. Nawet w nie nie wszedł, tylko od razu wybrał numer swojej nowej menadżerki, a potem pomógł Pilar z walizką przytrzymując telefon przy uchu ramieniem.
-
Co kurwa? - wypalił i odsunął się na krok zostawiając swoją żonę samą z ich bagażem, gdzieś między fotele w pierwszej klasie -
jak to pożar w Emptiness? Poczekaj... Powoli... Nikomu nic się nie stało? - kiwał głową słuchając tego, co nawijała mu Pati, ściągnął do siebie brwi, a usta zasznurował w wąską linię, spojrzenie miał jakieś nieobecne.
W tym czasie stewardessa też zaczęła przechadzać się po pokładzie, zatrzymała się koło Pilar i posłała jej miły, szeroki uśmiech.
-
Prosimy o zajęcie miejsc i zapięcie pasów, przygotowujemy się do startu - powiedziała miło, a zaraz zerknęła na Madoxa -
trzeba też telefony przełączyć na tryb samolotowy dodała - wciąż z tym swoim uśmiechem.
-
Wiem, zaraz - warknął na nią Madox, a zaraz nawijał do telefonu -
Pati będę za dwanaście godzin, zamknij klub, nikt nie może tam wchodzić, rozumiesz? Muszę wyłączyć telefon, jesteśmy w samolocie - zerknął na stewardessę, która chyba czekała aż się rozłączy -
wiem - zakończył i odsunął smartfona od ucha, demonstracyjnie na oczach kobiety wciskając czerwoną słuchawkę, przełączył telefon w tryb samolotowy, chociaż... rozpierdalało go znowu od środka, więc kiedy już usiadł na tym wygodnym fotelu obok Pilar, to zaczął się szarpać z pasem.
Pilar, por favor °❀⋆.ೃ࿔*:・