Nikt go tak nie umiał czytać, ale przy nikim też Madox się tak nigdy nie otwierał, bo przecież był kretem.
Wybuchowym, narwanym, pierdolniętym, ale wciąż szpiegiem, który wiele różnych emocji musiał trzymać na wodzy, który musiał wiele grać. A przy niej nie grał.
Przy niej mógł być najprawdziwszą wersją siebie.
I zaraz na jej słowa wywracał oczami.
- No to po chuj ci mąż, który nie umie cię obronić? - czarne spojrzenie zatrzymał na jej twarzy, ale... zaczepiał ją, bo zaraz kontynuował - wiem, ale Pilar, ty też chcesz, żebym ja był bezpieczny, a ja chcę, żebyś ty była i to jest kurwa silniejsze ode mnie - i od niej też było. Oboje to wiedzieli, że kiedy w grę wchodziło to drugie, to oni się nawet sekundę nie zastanawiali. Daliby się za siebie zabić. Dosłownie. Zabili by za siebie. Za to bezpieczeństwo o którym Madox jej nawijał.
Na jej kolejne słowa odchylił głowę do tyłu, pokręcił nią, zdawał sobie sprawę, że Pilar była policjantką, ale kiedy prowadziła swoje śledztwa to raczej się nie odsłaniała, a przy nim już tak. Przed całą kurwa mafią, która bawiła się w jego klubie.
Wypuścił ciężko powietrze z płuc przez nos, prosto w jej policzki, kiedy znowu to jego ogniste spojrzenie, odszukało jej piękne, duże oczy.
- Okej, ale przecież oboje wiemy, że inaczej to wygląda, kiedy prowadzisz operację, tajnie, a inaczej teraz, jak kurwa wchodzimy do Emptiness razem, wiesz ile zwyroli się tam bawi? Wiesz, bo byłaś na dole... - wiadomo, że jak pakowała kogoś do więzienia to pewnie życzył jej śmierci. Ale teraz, kiedy związała się z Noriegą, to musiała wziąć też pod uwagę to, że te pobożne życzenia, że będzie gryzła ziemię, skierowane w nią były tylko i wyłącznie dlatego, że była jego partnerką. Większość półświatka pewnie miała ją w dupie, co ich obchodziła jakaś śledcza Stewart, kiedy nie dobierała im się do dupy, sytuacja zmieniała się w momencie, w którym ona była już Noriega.
Madox miał od chuja wrogów. Miał też przyjaciół, takich jak Diego, ale zdecydowanie więcej osób chciało go zajebać.
A teraz też może ją. Tylko Pilar nie chciała tego przyjąć do wiadomości, więc Madox znowu się skrzywił, znowu wywracał oczami.
- Diego jest w Toronto przywódcą Mara Salvatrucha, MS-13, teoretycznie jest nietykalny, ale ja mógłbym go wsadzić na jebane dożywocie, ale się przyjaźnimy, on mi zapewnia ochronę, a ja jemu informacje - Diego też się nie wychylał, ale Madox miał na niego całą teczkę dowodów, tylko nawet Eliot póki co nie chciał go ruszać, bo mierzył wyżej - ale Luna siedzi w La Eme. Trzynastka to gang, a La Eme go kontroluje, Luna jest w hierarchii wyżej, może kurwa najwyżej w Toronto, tylko jest nieuchwytny. I Luna może ze mnie zdjąć Diego - wyjaśnił jej, Pilar mogła takich rzeczy nie wiedzieć, dla niej gangus to gangus, mafia to mafia, ale tu przecież wszystko miało swoje miejsce, swoją hierarchię. Madox trochę o tym wiedział, bo siedział w tym od lat, poznawał te struktury i je rozpracowywał.
Na jej kolejne słowa znowu strzelał oczami, znowu odchylał głowę do tyłu. Tak na siebie zajebiście uważała, że pierwsza pakowała się w każde tarapaty...
Oni oboje to robili. Ale Madox przecież umiał nad tym panować, przecież zanim Pilar, jeszcze wtedy Stewart, przyszła do niego do klubu po informacje, to on się nie wychylał. To robił sobie te swoje interesy, tajne operacje, po cichu. A teraz co? Teraz Luna miał go na celowniku.
Sięgnął do jej ręki, a palce zacisnął na jej przegubie, odruchowo, kierowany impulsem. Szarpnął ją, tak, że znowu wylądowała na jego torsie, że musiała się zaprzeć o jego klatę, ale jej nie puścił, i znowu patrzył jej intensywnie w oczy.
- Wiem jaka jesteś, ale nie możesz raz kurwa zrobić tego o co cię proszę i się nie wychylać? To się kurwa naucz, wszystkiego można się nauczyć, bycia obojętnym też - i to mówił na swoim przykładzie, bo on się przecież nauczył. Bo on też wstępował do policji dlatego, żeby pomagać. Odciąć się od tego zepsutego świata, w którym siedział w Kolumbii, a pomóc ludziom takim jak jego matka, jak on. A potem co? Znowu wylądował w tym skurwiałym towarzystwie, i nauczył się obojętności. Jego wytatuowane palce wbijały się w jej skórę, i pewnie będzie miała jutro na nadgarstku siniaki, ale nie poluzował uścisku - wiesz co ja bym chciał? Żebyś kurwa mnie miała w sercu. I to, że jak coś ci się stanie... - nie dokończył, złapał w płuca więcej powietrza, bo nawet nie chciał myśleć o tym, że coś mogłoby jej się stać, ale myślał, od tej jebanej akcji w balonie, jego głowa fiksowała się na tym - a nie wszystkich dookoła. Bo wszystkim musisz pomóc. Nie musisz, bo mi nie zależy na wszystkich, tylko na tobie - powiedział jej to w końcu. To co przecież siedziało mu na wątrobie.
Ale zdawał sobie sprawę z tego jaka była Pilar, byli podobni. I Madox też ostatnio pierwszy rwał się do pomocy. Akcja-reakcja, skakał z pomostu za dzieciakiem, który wpadł do wody, reanimował jego babkę, wyrywał się. Jak ona, ale przecież kiedyś potrafił tak ładnie nad tym panować.
Puścił jej rękę, złapał w płuca więcej powietrza i może miał jej powiedzieć czego od niej oczekiwał? Dodać coś jeszcze, ale na jej kolejne słowa prychnął, pokręcił głową.
- Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi Pilar. Nie rób ze mnie potwora - wiedziała, że jego ojciec to zrobił z Esme, zamknął ją w czterech ścianach. Ale przecież Madox nie był taki jak on, jak stary Noriega. A może był?
Zrobił krok do przodu, tak, że teraz to on na nią naparł i gdyby nie przytrzymał jej obejmując ją ręką w pasie, to mogłaby się zatoczyć - chociaż gdybym mógł to bym cię zamknął, ale to bez sensu bo otwierasz drzwi i kajdanki wsuwkami - dmuchnął jej w twarz, żeby z czoła zdmuchnąć niesforny, ciemny kosmyk, przewracając przy tym oczami. Chciał trochę rozładować sytuację?
Może.
Wypuścił powietrze z płuc wraz z jej kolejnymi słowami.
- A ty dobrze wiesz, że czasem trzeba kurwa wyczekać moment, wypracować go sobie, a nie rzucać się od razu z pazurami, kiedy wiesz, że nie masz szans - wiedzieli to oboje, a Madox to już doskonale się tego nauczył przez osiem lat - i ja o to cię proszę, o trochę czasu, o to, żebyś się nie wychylała, żebyś zanim coś zrobisz, pomyślała o mnie - specjalnie jej to powiedział, bo przecież wiedział, że był jej siłą, ale słabością też. Tak jak ona jego.
I to wcale nie tak, że Madox chciał uciekać, chociaż czasami o tym myślał, o ile łatwiej by było, gdyby wyjechali z Toronto i mieli to wszystko w dupie. Mogliby spacerować po plaży, tak jak teraz. A nie musieli by się kłócić o to, co będzie, kiedy wylądują znowu w Kanadzie. Ale tam wracali. W sam środek piekła, które tam na nich czekało. Dobrze chociaż, że on jako ten medelliński Diabeł, potrafił się tam odnaleźć.
Słońce wschodziło coraz wyżej, a Rio zaczynało budzić się do życia, i może rozmowa jeszcze nie była między nimi skończona, ale Ralph znowu nieśmiało zatrzymał się gdzieś obok nich.
- Musimy już jechać, bo nie zdążycie na samolot - odezwał się.
- Co kurwa? To która... - nawet nie dokończył, bo oboje z Pilar już patrzyli na jego piękny, nowy zegarek, który od niej dostał. Dochodziła szósta, samolot mieli o ósmej, więc musieli szybko się ogarnąć i jechać na lotnisko. Najwyższa pora na pożegnanie z dzikim, popierdolonym Rio.
Me gustaría que me llevaras en tu corazón ❤︎❀.ೃ࿔