Niedawno Monroe zapytał ją, czy się go boi. Wtedy wiedziała, po której stronie znajdowała się odpowiedź, ale jakoś nie potrafiła udzielić jej wprost. Gdyby zapytał teraz ponownie, miała wrażenie, że nie zawahałaby się. A jednak – nadal pozostawało w niej coś, co sprzeciwiało się tak jednoznacznemu rozstrzygnięciu. To dalej miało nie być takie p r o s t e.
Kiedy wypowiedział jej imię, jego głos nie wślizgnął się do jej umysłu z tą hipnotyzującą miękkością, którą pamiętała z baru, lecz zadziałał jak papier ścierny, szorstko przedzierając się przez odrętwienie i zmuszając ją do powrotu do brutalnej rzeczywistości.
I wystarczył niewielki nacisk jego palców na broń, żeby przedmiot wysunął się spomiędzy jej dłoni tak łatwo, że przez moment nawet nie rozumiała, dlaczego w ogóle nagle stały się puste.
Jakaś część niej chciała zostać i wyjaśnić zbliżającym się policjantom wszystkie okoliczności, przekonana, że wystarczy powiedzieć prawdę, żeby ktokolwiek zrozumiał, jak do tego doszło. Bo przecież odejście z miejsca zdarzenia oznaczałoby przyznanie się do winy oraz ucieczkę przed odpowiedzialnością.
Ale czy właśnie tak nie było?
To ona schyliła się po tę cholerną broń, podniosła ją, wycelowała i świadomie nacisnęła spust, nawet jeśli nie oczekiwała wtedy tak fatalnego skutku.
N i k t jej nie kazał.
To była jej decyzja. Jej odpowiedzialność. Jej w i n a.
Nie miała odwagi na niego spojrzeć, bojąc się tego, co mogłaby odnaleźć w jego oczach, i jeszcze bardziej konfrontacji z człowiekiem, którego dalsze istnienie było bezpośrednim skutkiem decyzji tak bestialskiej, że oderwała od niej jej część osobowości.
Wiedziała, że musiał przeżyć. Że gdyby pozwoliła, aby coś mu się stało, konsekwencje byłyby większe niż utrata niedawno poznanej, wyjątkowo interesującej osoby.
Zawiesiła spojrzenie na nożu tkwiącym w jego boku, szukając i znajdując punkt, który skutecznie przerzuci ją z poziomu myślenia na działanie.
— Musisz… — zaczęła słabo, zatrzymując się na słowie, które padło tak cicho, że nawet sama nie mogła być pewna czy w ogóle je wypowiedziała — Muszę — poprawiła się po chwili — muszę zabrać cię do szpitala. Potrzebujesz lekarza.
Kogokolwiek, kto poskładałby jego dłoń i zatamował krew płynącą z niej oraz z rany w boku, zanim straci jej jeszcze więcej.
Szpital wydawał się oczywistym rozwiązaniem, ale bardzo szybko dotarło do niej, że ta o c z y w i s t o ś ć teraz przestała obowiązywać. Stan Monroe wywołałby pytania i zainteresowanie służb, którego najwyraźniej nie mogli ryzykować, skoro nawet zbliżające się syreny wcale go nie uspokajały a przeciwnie.
Zaczęła się podnosić, niestabilnie i chwiejnie, ale samodzielnie, działając już wyłącznie dzięki autopilotowi, który uruchomił się oraz ją, wrzucając w ciąg konieczności i działania, skutecznie oddzielając od rozmyślania na tematy inne niż obecny problem.
— Muszę cię gdzieś zabrać — powtórzyła.
Jej pierwszy krok okazał się jednak zbyt ambitnym planem, bo ledwie przeniosła ciężar ciała na jedną nogę, kolano ugięło się pod nią gwałtownie przez co odruchowo wyciągnęła rękę i zacisnęła palce na materiale jego ubrania, fartownie po zdrowszej stronie, nie zastanawiając się nad tym, czego a raczej k o g o właściwie chwyta.
Dopiero kiedy odzyskała równowagę, dotarło do niej, że trzyma Vincenta. Zesztywniała, ale nie cofnęła ręki.
— Nie możesz prowadzić — powiedziała, nadal nie podnosząc spojrzenia wyżej niż do noża w jego boku. Dla niej wydawało się to oczywiste – pomijając ostrze w ciele, którego absolutnie nie powinni ruszać, to miał jeszcze niesprawną dłoń. Nie była, co prawda, lepsza – w końcu jej palce drżały na tyle, że dla niej problem stanowiłoby wsunięcie kluczyków do stacyjki.
Syreny wciąż narastały dalej dla niej niosąc już złudne przekonanie, że kiedy dotrą na miejsce – będzie bezpiecznie. Policja powinna oznaczać koniec zagrożenia, ale ten porządek, w którym żyła dotąd, został wywrócony do górny nogami ledwie parę krótkich minut temu.
— Powiedz mi, gdzie — dodała po chwili, mocniej zaciskając palce na jego ubraniu, kiedy przez nogi przeszła kolejna fala słabości. — Gdzie mogę cię zabrać?
M u s i a ł mieć takie miejsce, skoro w całość tego zdarzenia, w rany, pociski i odbieranie życia, wszedł z taką zwyczajnością, jakby to była właśnie jego codzienność. Jego forma normalności, skrajnie sprzeczna z tą jej, w której ona wyczekiwałaby przyjazdu policji bez strachu.