29 y/o
For good luck!
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
Somebody shine a light. I'm frozen by the fear in me, somebody make me feel alive and shatter me.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z każdym jego krokiem w jej stronę wycofywała się coraz bardziej, choć fizycznie pozostawała w tym samym miejscu, a napięcie w jej ramionach nawet nie wzrastało, jakby jej ciało było już zbyt zmęczone, zbyt mocno uziemione strachem.
Niedawno Monroe zapytał ją, czy się go boi. Wtedy wiedziała, po której stronie znajdowała się odpowiedź, ale jakoś nie potrafiła udzielić jej wprost. Gdyby zapytał teraz ponownie, miała wrażenie, że nie zawahałaby się. A jednak – nadal pozostawało w niej coś, co sprzeciwiało się tak jednoznacznemu rozstrzygnięciu. To dalej miało nie być takie p r o s t e.
Kiedy wypowiedział jej imię, jego głos nie wślizgnął się do jej umysłu z tą hipnotyzującą miękkością, którą pamiętała z baru, lecz zadziałał jak papier ścierny, szorstko przedzierając się przez odrętwienie i zmuszając ją do powrotu do brutalnej rzeczywistości.
I wystarczył niewielki nacisk jego palców na broń, żeby przedmiot wysunął się spomiędzy jej dłoni tak łatwo, że przez moment nawet nie rozumiała, dlaczego w ogóle nagle stały się puste.
Jakaś część niej chciała zostać i wyjaśnić zbliżającym się policjantom wszystkie okoliczności, przekonana, że wystarczy powiedzieć prawdę, żeby ktokolwiek zrozumiał, jak do tego doszło. Bo przecież odejście z miejsca zdarzenia oznaczałoby przyznanie się do winy oraz ucieczkę przed odpowiedzialnością.
Ale czy właśnie tak nie było?
To ona schyliła się po tę cholerną broń, podniosła ją, wycelowała i świadomie nacisnęła spust, nawet jeśli nie oczekiwała wtedy tak fatalnego skutku.
N i k t jej nie kazał.
To była jej decyzja. Jej odpowiedzialność. Jej w i n a.
Nie miała odwagi na niego spojrzeć, bojąc się tego, co mogłaby odnaleźć w jego oczach, i jeszcze bardziej konfrontacji z człowiekiem, którego dalsze istnienie było bezpośrednim skutkiem decyzji tak bestialskiej, że oderwała od niej jej część osobowości.
Wiedziała, że musiał przeżyć. Że gdyby pozwoliła, aby coś mu się stało, konsekwencje byłyby większe niż utrata niedawno poznanej, wyjątkowo interesującej osoby.
Zawiesiła spojrzenie na nożu tkwiącym w jego boku, szukając i znajdując punkt, który skutecznie przerzuci ją z poziomu myślenia na działanie.
Musisz… — zaczęła słabo, zatrzymując się na słowie, które padło tak cicho, że nawet sama nie mogła być pewna czy w ogóle je wypowiedziała — Muszę — poprawiła się po chwili — muszę zabrać cię do szpitala. Potrzebujesz lekarza.
Kogokolwiek, kto poskładałby jego dłoń i zatamował krew płynącą z niej oraz z rany w boku, zanim straci jej jeszcze więcej.
Szpital wydawał się oczywistym rozwiązaniem, ale bardzo szybko dotarło do niej, że ta o c z y w i s t o ś ć teraz przestała obowiązywać. Stan Monroe wywołałby pytania i zainteresowanie służb, którego najwyraźniej nie mogli ryzykować, skoro nawet zbliżające się syreny wcale go nie uspokajały a przeciwnie.
Zaczęła się podnosić, niestabilnie i chwiejnie, ale samodzielnie, działając już wyłącznie dzięki autopilotowi, który uruchomił się oraz ją, wrzucając w ciąg konieczności i działania, skutecznie oddzielając od rozmyślania na tematy inne niż obecny problem.
Muszę cię gdzieś zabrać — powtórzyła.
Jej pierwszy krok okazał się jednak zbyt ambitnym planem, bo ledwie przeniosła ciężar ciała na jedną nogę, kolano ugięło się pod nią gwałtownie przez co odruchowo wyciągnęła rękę i zacisnęła palce na materiale jego ubrania, fartownie po zdrowszej stronie, nie zastanawiając się nad tym, czego a raczej k o g o właściwie chwyta.
Dopiero kiedy odzyskała równowagę, dotarło do niej, że trzyma Vincenta. Zesztywniała, ale nie cofnęła ręki.
Nie możesz prowadzić — powiedziała, nadal nie podnosząc spojrzenia wyżej niż do noża w jego boku. Dla niej wydawało się to oczywiste – pomijając ostrze w ciele, którego absolutnie nie powinni ruszać, to miał jeszcze niesprawną dłoń. Nie była, co prawda, lepsza – w końcu jej palce drżały na tyle, że dla niej problem stanowiłoby wsunięcie kluczyków do stacyjki.
Syreny wciąż narastały dalej dla niej niosąc już złudne przekonanie, że kiedy dotrą na miejsce – będzie bezpiecznie. Policja powinna oznaczać koniec zagrożenia, ale ten porządek, w którym żyła dotąd, został wywrócony do górny nogami ledwie parę krótkich minut temu.
Powiedz mi, gdzie — dodała po chwili, mocniej zaciskając palce na jego ubraniu, kiedy przez nogi przeszła kolejna fala słabości. — Gdzie mogę cię zabrać?
M u s i a ł mieć takie miejsce, skoro w całość tego zdarzenia, w rany, pociski i odbieranie życia, wszedł z taką zwyczajnością, jakby to była właśnie jego codzienność. Jego forma normalności, skrajnie sprzeczna z tą jej, w której ona wyczekiwałaby przyjazdu policji bez strachu.
🪱
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
For good luck!
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
baby, you should look the other way; i'm a ten cent man in a hundred dollar suit
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To było n i e l o g i c z n e.
Zdawał sobie z tego sprawę od samego początku, od chwili, w której Haze zamarła w miejscu podczas gdy jego samochód wdarł się w stojącego przed nią mercedesa. Nakłonienie jej do napicia się z zamkniętej butelki wody było prawdziwym osiągnięciem. Widział, jak jej plecy spinały się w zamkniętej loży, jak reagowała na kogoś tak niegroźnego jak Anthony Bennet, jak przekształciła się w kamienną figurę, wbita w fotel kierowcy gdy próbował wyciągnąć jej z tej sytuacji wcześniej.
Teraz, gdy wokół nich nastała cisza, gdy leżące na ziemi ciała zaczynały stygnąć, mogła wreszcie zareagować. Mogła rzucić się do ucieczki wiedząc, że i on był ranny, nóż w jego boku, rana na jego dłoni, obite żebra utrudniłyby mu pochwycenie jej gdyby kiedykolwiek tego zapragnął. Mogła wskoczyć do któregokolwiek z samochodów i odjechać, zostawiając go w tyle.
Cholera, mogła unieść ten pistolet i nacisnąć na spust po raz kolejny.
Zamiast tego poczuł, jak metal wysuwa się z objęcia jej palców, trafiając do jego własnych. Prostując się z wyraźnym trudem, odchylił zbroczoną krwią marynarkę by wsunąć go na swoje miejsce, odruchowo, niemal elegancko w kontraście z tym, jak wyglądał i jak się czuł.
Za nic w świecie jednak nie powinna teraz martwić się o n i e g o.
Jego zdrowa ręka uniosła się bezwiednie w górę gdy kobieta runęła w dół, szukając oparcia w materiale jego koszuli. Pokryte cudzą krwią palce chwyciły jej talię, plamiąc materiał eleganckiej sukienki, w której występowała - kolejnej, którą z jego winy będzie musiała wymienić. Zatrzymała się na cieple jej ciała, wyczuwając pod opuszkami palców jego drżenie - racjonalność podpowiadała mu, że powinien ją trzymać, bo nie wyglądała, jakby miała siłę by trzymać się na nogach. Dzięki niej mógł zignorować to, że c h c i a ł to robić.
- Jesteś ranna? - mruknął, jego wzrok prześlizgnął się kontrolnie po jej twarzy, ale przeniósł też na jej głowę, splątane, czarne włosy, później na ramiona i ciało noszące na sobie ślady wszystkiego, co wydarzyło się do teraz. Uraz byłby dobrym wytłumaczeniem tego, w jaki sposób się zachowywała i w jaki m y ś l a ł a, znów w tej racjonalności, ignorując ukłucie między żebrami na myśl, że mógł nie dostrzec czegoś więcej, że mogli zrobić jej coś więcej.
- Zajmę się tym - dodał, jego dłoń mocniej zacisnęła się na kobiecej talii w reakcji na jej palce, zwijające na materiale koszuli. Uniósł wzrok ponad nią, skanując otoczenie, nie dostrzegając w oddali błysku czerwieni i błękitu ale wiedział, że kwestią czasu było, gdy policja tu dotrze. - Zajmę się tym wszystkim, ale najpierw musisz znaleźć się gdzieś, gdzie będziesz bezpieczna.
Odwrócił się, ignorując przeszywający ból w żebrach i boku, gdy jego spojrzenie dotarło do jedynego auta wyróżniającego się pośród wszystkich innych - jej wysłużonego samochodu. Logika nakazywała mu, że powinni wziąć właśnie ten - jego mercedes, jak i podejrzewał dwa pozostałe, należące do Simmonsa, formalnie w papierach były czyste. Ich właściciele zaszyci gdzieś w siatce papierów, firm wynajmujących samochody, nawet jeśli miały prowadzić do niego lub Rapture, wyparcie się tego powiązania było proste. Jej auto zaś z pewnością miało wypisane jej nazwisko wprost w dokumentach sprzedaży, co mogło przysporzyć problemów.
- Twoje kluczyki. Są w stacyjce? - rzucił, miękko, tak miękko, że jego głos wybrzmiał obco dla niego samego, bo nie był przeznaczony do chwil takich jak te. Pociągnął ją lekko, lecz zdecydowanie w stronę samochodu, nie chcąc, by jej paraliż przyczynił się do kolejnych problemów. Póki nie znajdzie tej blond suki, nie mógł wypuścić jej wolno. - Będziesz musiała prowadzić, bambi - dodał, szturchając ją nieco jeśli zawahała się przed wejściem do samochodu.

move baby
29 y/o
For good luck!
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
Somebody shine a light. I'm frozen by the fear in me, somebody make me feel alive and shatter me.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nic jej nie było.
Znajdowała się niemal w samym sercu krwawej sceny, pośród martwych ciał i głębokich ran, rozbitych samochodów oraz porzuconej na asfalcie broni, ale n i c jej nie było. Nawet pręga po uderzeniu, o którym zdążyła już zapomnieć, jak gdyby przyjmowanie ciosów było czymś wkodowanym w jej DNA, zniknęła pod warstwą cudzej krwi rozbryzganej na jej twarzy.
Można było powiedzieć, że ktoś nad nią czuwał.
A ona nie wiedziała, jak powinna czuć się mając świadomość, że dokładnie wiedziała k t o.
Bardziej niż konieczność zastanowienia się nad odpowiedzią, która przecież była oczywista, zatrzymał ją jego dotyk na własnym ciele i galopada sprzeczności, którą wywołał. Jej umysł rozumiał jego gest bo był logiczny, praktyczny, skoro chciał pomóc jej zachować równowagę, a przecież to ona pierwsza na niego naparła, zaciskając palce na jego ubraniu, zanim zdążyła w ogóle zrozumieć, czego szuka.
A jej ciało zdawało się płonąć żywym ogniem dokładnie tam, gdzie na jej talii spoczywała jego dłoń, a mimo napięcia, które natychmiast usztywniło mięśnie, znów się nie wycofało.
I to nie było normalne.
Nie dla niej, bo dotąd każda forma dotyku, której wcześniej świadomie nie zaakceptowała, pozostawała z definicji nieakceptowalna. Unikała go, unikała nawet samej bliskości, cofając się zawsze o dwa kroki, kiedy ktoś wykonywał w jej stronę jeden.
Teraz? Nie sądziła, by cokolwiek się zmieniło.
Kolejnych słów nie potraktowała jako troski, reagując niemal automatycznie, gdy z jego ust padło znajome musisz.
Nie. Najpierw ty przestaniesz krwawić.
Nie zamierzała nawet przerzucać się z nim tym musisz, bo jej odpowiedź nie pozostawiała miejsca na wariant, w którym mogłoby się stać inaczej. Trzymanie się konieczności poprawy jego stanu było w tej chwili zbawienne; dopóki mogła skupić się na krwi spływającej po jego dłoni, nożu tkwiącym w boku oraz samochodzie, do którego należało go doprowadzić, nie musiała zastanawiać się nad tym, co tak naprawdę m u s i a ł a zrobić później.
Nie musiała patrzeć na ciało leżące przy jej stopach. Nie musiała przypominać sobie odrzutu broni. Nie musiała jeszcze przyjmować do wiadomości, że to jej palec nacisnął spust.
Między jednym a drugim zdaniem nie zostawiła odpowiedzi na jego reakcję.
Nie możesz zająć się wszystkim, kiedy masz wbity w siebie nóż.
Liczyła na to, że zabrzmi równie stanowczo jak chwilę wcześniej, kiedy ta niemal robotyczna pewność pozwoliła jej zebrać się na odwagę i przerwać jego proces przejmowania odpowiedzialności za wszystko i wszystkich dookoła. Dopiero po wypowiedzeniu ostatniego słowa zorientowała się jednak, że gdzieś pomiędzy nimi głos jej pękł.
Absurdalne było to, że pierwsze widoczne i słyszalne emocje wyrwały się z niej nie przy trupie, nie przy broni ani przy brutalności ostatnich kilku minut, ale dopiero przy banalnym uświadomieniu sobie, że on naprawdę może się wykrwawić.
Jej spojrzenie ześlizgnęło się ku nożowi, chociaż natychmiast tego pożałowała. Nie wiedziała, jak głęboko tkwił, czego zdążył dotknąć ani ile czasu mieli. Wiedziała jedynie, że nie wolno go wyciągać, że nie powinien wykonywać gwałtownych. A ona nie powinna go dociążać.
Spojrzała w stronę swojego samochodu, potwierdzając jego słowa bezgłośnie, po czym, bez miejsca na dalszą refleksję, ruszyła wraz z nim w kierunku wysłużonego forda.
Wiedziała, że będzie musiała prowadzić.
Opuściła wzrok na własne dłonie i przez kilka sekund obserwowała ich drżenie, jak gdyby mogła w ten sposób ocenić, jak bardzo utrudnią jej utrzymanie kierownicy oraz samochodu na drodze. W końcu zacisnęła je w pięści, lecz nawet wtedy nie zdołała całkowicie powstrzymać drobnych skurczów przebiegających przez palce, więc przeniosła spojrzenie na Monroe i skupiła się na następnym zadaniu.
Musiała upewnić się, że on bezpiecznie wsiądzie do jej starego grata.
A potem ruszyć
Dostałeś więcej niż taniec — odezwała się, kiedy całkiem pokracznie zawróciła i zaczęła oddalać się od miejsca tragedii. — Dostałeś całe pas de deux. — Nie był to żart, na pewno nie do końca. Jeśli już to próba odnalezienia czegoś znajomego pośród wszystkiego, co w ciągu kilku minut przestało mieć dla niej jakikolwiek rozpoznawalny kształt. Jednocześnie próba utrzymania go przytomnego i responsywnego. — Wiesz, adres twojego lekarza nie będzie sekretem, który mnie zadowoli.

not safe, but still yours to save
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
For good luck!
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
baby, you should look the other way; i'm a ten cent man in a hundred dollar suit
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z każdą chwilą spędzoną w jej towarzystwie umacniał się w przekonaniu, że była wysoce s k o m p l i k o w a n y m stworzeniem.
Jej ciało zdawało się działać w sprzeczności z umysłem, jakby w pewnym momencie jedno siłą zostało oderwane od drugiego i od tego czasu funkcjonowały obok siebie, desperacko dążąc do zgodności. Jej dłonie zaciśnięte na przesiąkniętej krwią koszuli zdawały się lgnąć do niego jako jakiegoś rodzaju podpory i stabilności, podczas gdy napięcie, które chwyciło ją we władanie gdy przytrzymał ją przy sobie stało z tym w całkowitej sprzeczności.
I pośród tego wszystkiego, co wydarzyło się przed chwilą, w morzu zalewającej jego organizm adrenaliny i ostrego, promieniującego wzdłuż mięśni bólu walczącego o jego uwagę, przez myśl przeszło mu, że wcale nie powinien jej puszczać.
N i g d y.
- Nie uszkodził niczego ważnego - odparł, tonem, który mógłby wybrzmieć jako irytacja gdyby nie to, że nie był zdolny do jej przywołania gdy wypowiadał się w jej kierunku. - Gdyby tak było, nie prowadziłbym z tobą tej rozmowy.
Nie rozumiał, dlaczego nagle miał sprzeczać się z tą kobietą na temat obranych przez siebie priorytetów - ale gdy tylko ruszyła do przodu, umilkł. Częściowo dlatego, że, jak wszystko w przypadku Haze, pragnął nie zepsuć tego drobnego zwycięstwa.
Częściowo zaś przez to, że wtedy uświadomił sobie, jak kurewsko bolało.
Wszystko inne było dużo prostsze. Prostszym było naciśnięcie pedału gazu i przyjęcie na siebie impetu wbijającego się w klatkę piersiową pasa. Prostszym było wyszarpnięcie z cholewy buta noża i wbicie go w cudzą tkankę. Najprostszym za to było naciśnięcie na spust wcześniej wycelowanego w głowę napastnika pistoletu.
Wszystko było prostsze niż wejście do jej pieprzonego samochodu.
Jego szczęka zacisnęła się odruchowo gdy zajmował miejsce pasażera, co wywołało wyłącznie kaskadę następującego po tym cierpienia. Zdusił w sobie przekleństwo tak, jak dusił w sobie okazywanie tego cierpienia w jakikolwiek sposób - pod przykrywającą jego policzek posoką spływającą z łuku brwiowego niemal nie widać było przecież, że zbladł.
W jego dłoni znalazł się telefon. Skrzętnie zignorował dziesiątki powiadomień, zamiast tego, intensywnie, w myślach obracał plan miasta, szukając najbliżej miejsca, w którym byłaby bezpieczna. Gdy to wpadło do jego głowy, wybrał odpowiedni numer i napisał krótką wiadomość - jako pierwszą każąc je przygotować. Drugą zadedykował lekarzowi, któremu wysłał odpowiedni adres.
Dopiero trzecia skierowana była do Avisa - znajdź mi tę blond sukę do końca dnia.
- To po włosku? - odrzucił nonszalancko, uśmiech na jego ustach zdradzał odrobinę rozbawienia choć w akompaniamencie wszystkich okalających go zniszczeń z pewnością nie prezentował się tak szarmancko, jak mógłby chcieć. - 482 Hawthorne Avenue.
Odwrócił głowę, jego spojrzenie przecięło ciasne wnętrze jej samochodu. Skupiło się na jej drżących dłoniach zaciśniętych na kierownicy, pomknęło w górę - po zbroczonych krwią dłoniach, aż do rękawów eleganckiej sukni i spływających wokół kaskadą, ciemnych włosach. Błądziło przez chwilę po jej szkarłatnym profilu, w ten absurdalny sposób, o który mógłby oskarżyć utratę własnej krwi, dochodząc do wniosku, że całkiem było jej do twarzy w szaleństwie.
- Jaki sekret mógłby cię zadowolić, panno Haze? - odrzucił po krótkiej chwili, w której cisza zdążyła zadomowić się w czterech, metalowych ścianach pojazdu wibrujących od pracującego silnika. - Wygląda na to, że dziś wystrzelałem się z wielu.
Z broni schowanej za paskiem jego spodni, z wprawy, w której się nią posługiwał. Ze swojego rodzaju bestii, której również dobrze było w tym szaleństwie, a która tego wieczora wychyliła swój pierwszy szpon na zewnątrz w postaci jednego kosmyka włosów, odmawiającego mu posłuszeństwa.

you look good in red
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Rapture”