ODPOWIEDZ
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
163 cm
wiolonczelistka, sprzedawca Toronto Symphony Orchestra, Bookland
Awatar użytkownika
Can we pretend that airplanes in the night sky are like shootin' stars?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Podróżowanie było idealną formą odpoczynku! Cassandra póki co nie mogła sobie pozwolić na dalsze wypady, które nie obejmowały wyjazdów z orkiestrą (nie miała na to po prostu pieniędzy), niemniej nie przeszkadzało jej to w organizowaniu tripów po różnych zakątkach Kanady. Szukanie informacji, planowanie i późniejsze atakowanie odpowiedniego kandydata do przygód! Każdorazowo czuła wewnętrzną ekscytację na myśl, że mogła spędzić więcej czasu z osobami, które miały dla niej znaczenie. Wszak życie było za krótkie, aby odmawiać przyjaciołom!
Zerknęła raz jeszcze na plecak, do którego starała się zapakować najpotrzebniejsze rzeczy. Czemu to było takie trudne? Przecież to był wyjazd zaledwie na weekend. Ot, babskie spotkanie pod namiotami, które miało udowodnić, że dziewczyny też potrafią się dobrze bawić i wcale nie potrzebowały męskiej ręki do rozbicia obozu. Czemu więc plecak wcale nie chciał się zamknąć, a dalsze upychanie nie na wiele się zdało? Przecież ta lina oraz kilka spinaczy były potrzebne. Co prawda nie miała pojęcia do czego, ale intuicja podpowiadała, że kiedy nadejdzie odpowiednia pora, wraz z Hazel będą dziękować niebiosom za opatrzność.
Wystukała krótką wiadomość do koleżanki, informując ją, że była gotowa i jedzie na stację, gdzie miały złapać pociąg do niewielkiego miasteczka nieopodal Toronto, by następnie busem udać się do miejsca docelowego. Według informacji znalezionych w Googlach, z przystanku miały jeszcze przejść jakieś piętnaście minut, co było idealnym rozruszaniem przed ostateczną zabawą.
-Czuję, że to będzie wspaniały wypad! - uśmiechnęła się do dziewczyny, kiedy ostatecznie spotkały się na peronie. Hazel wyglądała cudownie, ale to nie było dla Wildbird nowością. Już podczas pierwszego spotkania, kiedy dziewczyna pomogła jej z delikatną sprawą, Cass zwróciła uwagę na jej urodę, która prosiła się o akwarelowe uwiecznienie! Cudownie prezentowałaby się w jasnej sukience na tle zachodzącego słońca, być może jeszcze z jakimś przystojniakiem, który trzymałby ja za rękę!
Wsiadły do pociągu oddając się przyjemności nadrabiania zaległości z życia swojej rozmówczyni. Być może nie znały się aż tak długo, jak Cass znała się ze swoimi przyjaciółmi, ale lubiła ją. Była szczera, zabawna i zawsze miała coś do powiedzenia. Plus umówmy się, rudowłosa niespecjalnie miała problemy z zawieraniem znajomości, tym bardziej jeśli gdzieś na starcie znajomości pojawiła się wdzięczność za troskę. To zobowiązywało. Późniejsze spotkania jedynie pogłębiły sympatię i oto proszę, po raz pierwszy gdzieś razem jechały!
-Sprawdzałam pogodę i ma nam dopisać! Mam nadzieję, że spakowałaś strój kąpielowy, bo niedaleko będzie jezioro. Nie pamiętam, czy można w nim pływać, ale zobaczymy na miejscu - powiedziała, zajadając się ciasteczkami czekoladowymi, które stanowiły część jej prowiantu. Miała tego całkiem sporo, ale nie na tyle, by wytrzymać weekend. Ale bez obaw, miały mieć niedaleko obozowiska niewielki sklepik, więc nie groził im głód!
Zaledwie dwie godziny później opuściły pociąg, czekając na busa, który z półgodzinnym opóźnieniem zawiózł je na odpowiedni przystanek.
-To niedaleko stąd. Zaledwie kilkanaście minut! - powiedziała do dziewczyny, poprawiając plecak. Ach, już czuła smak pianek z ogniska!
Poprowadziła je przez las, na środku którego miało znajdować się miejsce do obozowania. Skąd miała wiedzieć, że pomyliła nazwy i koniec końców wcale miały nie dotrzeć tam, gdzie zakładał pierwotny plan? Póki co, nie zdając sobie sprawy z własnej pomyłki, z uśmiechem na twarzy parła przed siebie, wciągając koleżankę w przygodę życia.

Hazel Brooks
26 y/o
For good luck!
173 cm
specjalistka kryminalistyki w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Hazel nie miała wielu okazji na podróżowanie. Pół swojego życia spędziła w domu dziecka, a tam nie zabierali ich na rodzinne wakacje nad morzem. Jej pierwsza rodzina wyjeżdżała z dziećmi na pomniejsze wypady, jednak nie wspominała ich dobrze — otoczone były tą całą świętą otoczką, przez co nie umiała cieszyć się tak naprawdę z czasu spędzanego poza domem. Modlitwa przed wycieczką, modlitwa po wycieczce, katolickie zabytki, które fascynowały rodziców i ich nieznośne dzieciaki. Nie wspominając o tych standardowych porach jak posiłki, podczas których szok, ale też trzeba było się pomodlić! Brooks była im wtedy wdzięczna, że ją przygarnęli, dzięki temu nie musiała spędzać kolejnych, bezlitosnych lat bez rodziny, a jednocześnie… z biegiem lat dostrzegała pozytywy tego, że historia skończyła się tak, a nie inaczej. Gdyby do dzisiaj miała spędzać czas z ludźmi, którzy mieli zupełnie inne przekonania i wiarę niż ona, to oszalałaby. Przez kilka lat nie udało im się nawrócić adoptowanej córki, więc późniejszy wiek z pewnością nie byłby przełomowy w tym temacie. Obecnie miała kochających rodziców, którzy naprawdę ją wspierali, a nie na pokaz przed kościołem, prezentując, jacy to nie byli dobroduszni. A fakt, że oddali dziecko po drobnym przewinieniu, ogłaszali jako zesłanie szatana w ich czyste progi.

Litości.

Nawet jeśli nie analizowała często swojej przeszłości, to jednak bywały momenty, w których myślała o tym, ile jeszcze rzeczy ominęło ją po drodze. Co przegapiła, czego nie spróbowała, o jakie doświadczenia była biedniejsza. Całe szczęście, dorosłe życie dawało jej możliwość korzystania z wolnej woli na całego, dlatego gdy tylko usłyszała, że jej koleżanka chciała pojechać pod namioty, zgodziła się bez myślenia o tym dwa razy. Lubiła wyrwać się ze zgiełku miasta i pojechać w miejsca, w których było o wiele bardziej spokojnie. Oddychać czystszym powietrzem i skupić się na delikatnej stronie natury, jednocześnie doceniając to, jakie piękne krajobrazy malowała im matka natura.

Hazel uważała się za typ słuchacza, jednak buzia jej się nie zamykała przy osobach, które znała. Wtedy łatwiej było jej otworzyć dziób i zacząć gadać o kompletnie błahych tematach. Takie odczucia miała właśnie z Cass, ponieważ ich znajomość rozpoczęła się od dużej otwartości i troski. Brooks była przekonana, że właśnie w taki sposób poznaje się osoby, które mogą wnieść rzeczywiście dużą wartość do życia — a po co zapraszać innych, skoro można było skupić się na tych ważnych osobach?

— Strój kąpielowy? To aż tak ciepło? — zapytała, zaskakując się. Ostatnio pogoda była bardzo w kratkę; albo nawalało przestrasznymi burzami i padał deszcz, albo upał i skrajne temperatury doprowadzały do pożarów lasów. — Ale spakowałam. Przezorny zawsze ubezpieczony, prawda? Tym bardziej że wokół obozowisk mam wrażenie, że często są jakieś ładne jeziorka. Taki obraz mam przynajmniej, jak myślę o tych wszystkich młodzieżowych filmach — rzuciła, tłumacząc od razu, skąd brała się u niej ta wizja. Druga kwestia była taka, że Hazel była zodiakalną panną, więc gdziekolwiek by nie pojechały, to ona była przygotowana na każdą możliwą okazję. Znajomi lubili jeździć z nią na różne wyjazdy, bo zawsze była gotowa, aby poratować przysłowiową chusteczką.

Była w szoku, że mimo wszystko podróż minęła im tak szybko — ale hej, w dobrym towarzystwie zawsze szybko czas mija, prawda? Spojrzała niepewnie na las, w który zaczynała wdzierać się Cassandra, zastanawiając się, czy to był już moment, w którym miała podważyć umiejętności przewodniczenia swojej koleżanki. — Jesteś pewna, że tu powinnyśmy wejść? Nie wygląda to zbytnio zachęcająco — odparła, mimo wszystko podążając za nią i robiąc wysokie kroki, aby przedrzeć się przez kilka konarów, które leżały na prowizorycznej ścieżce. — To pole namiotowe wydawało się być duże, chyba przystanek powinien być zrobiony przy jakiejś głównej ścieżce, która by do niego prowadziła. Prawda? — zasugerowała, ale… nie znała się. To był ich pierwszy wspólny kemping, a Hazel to w ogóle był pierwszy pierwszy. — Spałaś już kiedyś w lesie? Ciekawe, czy są tu niedźwiedzie — zastanowiła się, rozglądając się dookoła. Nie no… wyglądało całkiem bezpiecznie!

Cassandra Wildbird
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
163 cm
wiolonczelistka, sprzedawca Toronto Symphony Orchestra, Bookland
Awatar użytkownika
Can we pretend that airplanes in the night sky are like shootin' stars?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Pamiętała wiele wyjazdów ze swojego dzieciństwa. Te krótkie momenty, w których spędzali czas tylko we trójkę - ona, mama i tata, ciesząc się prostym życiem. Każdorazowo sprawiało jej to taką samą radość i nie mogła się doczekać, kiedy i gdzie wybiorą się następnie. Od niemal zawsze wiedziała, że świat miał wiele do zaoferowania, a dodatkowo mama zakorzeniła w niej fascynację najbardziej odległymi zakątkami, do których nie każdy miał okazje się udać. To, co przeżywała jako dziecko, miało być zaledwie początkiem wielkiej przygody czekającej ją w dorosłości. Z takim przekonaniem rosła pewna, że jej rodzice będa jej towarzyszyć. Marzenie okazało się błahe, a kiedy mama umarła, umarły również wyjazdy, na które tata wcale nie chciał jej zabierać w pojedynkę. Zupełnie, jakby nie mógł się pogodzić z myślą, że trzy zmniejszyło się do dwóch. Dopiero w późniejszych latach, kiedy Cassie była już odpowiedzialna na siebie, mogła wrócić do odkrywania planety. Najwięcej dawały jej wyjazdy z orkiestrą, dzięki której miała możliwość zwiedzenia innych kontynentów i poznanie kultur tak różnych od tej kanadyjskiej. Kiedyś, kiedy zostanie sławną wiolonczelistką, kiedy zacznie sprzedawać swoje obrazy być może będzie miała możliwość, by wraz ze swoimi przyjaciółmi udać się na podróż dookoła świata. Czy to nie było piękne marzenie, o które warto było walczyć?
Nie spychała w tym wszystkim na drugi plan tych mniejszych wyjazdów. Chociaż wyobraźnię miała rozwiniętą wiedziała, jak wyglądał świat - nie każdego było stać na wszystkie zachcianki, a ludzie, na których jej zależało pracowali dostatecznie ciężko, starając się zadbać o swoja jakość życia. Dlatego wspólne wypady nad jezioro, na pobliski spływ kajakowy, czy wspinaczkę górską na tym kontynencie były dla niej równie ważne. Liczył się dla niej również czas, który dane jej było spędzić z ludźmi, których kochała, bo po własnych przeżyciach wiedziała, że nigdy nie było wystarczająco czasu; zawsze w którymś momencie go zabrakło. Nie chciała by w jej znajomości z Hazel stało się podobnie. Zostały połączone i nie było mowy, by Wildbird dała jej spokój. Za mało chwil razem spędziły, by nie rozwijać tej znajomości nadal. Dodatkowo Cassandra dobrze czuła się w jej towarzystwie, chociaż to nie dziwiło nikogo, kto znał rudowłosą - była towarzyska i lubiła ludzi.
-Nie ma złej pogody! Przyda nam się chwila ochłodzenia. Kto wie, może popływamy kajakami! Nigdy nie miałam okazji, wiesz? Kilka razy miałam to w planach, ale niemal zawsze coś się zmieniało - odpowiedziała. Dla niej nie stanowiło problemu pływanie w takich warunkach - póki woda nie była lodowata, była w stanie się w niej kąpać. Zwłaszcza, że podczas ruchu wytwarzało się sporo energii, która porządnie grzała. - Uwierz mi, jeśli tylko jedziesz gdzieś ze mną musisz się liczyć, że tam niemal zawsze będzie woda. Uwielbiam pływać. Ale masz rację, to jak w tych filmach. Camp Rock opisałby to idealnie, tylko bez muzycznych bitew. A szkoda! Mogłybyśmy pójść na karaoke - odpowiedziała i klasnęła w dłonie z ekscytacją. Koniecznie musiała wcielić ten plan w życie, jeśli nie teraz, to w najbliższej przyszłości. Mogła napisać do innych osób i zrobić większe party, na którym każdy dałby się ponieść wodzom śpiewania.
Czerwona lampka w głowie Cassie nadal uparcie nie mrugała. Jeden sygnał, jedna rzecz jak chociażby zawierzenie intuicji, której ciężko było się przebić przez ten wrodzony upór i przekonanie wiolonczelistki, że ma rację i idą w dobrym kierunku. Niestety, system obronny nie zadziałał i ruda parła przed siebie niestrudzona, nawet nie zdając sobie sprawy, że obóz to był jakichś kilkanaście kilometrów, bo niestety trójka i ósemka na busie mogły się pomylić.
-Może ścieżka po prostu zarosła, tak się często zdarza. ostatecznie chodzi też o kontakt z naturą! No chodź, będzie fajnie. Nic ci się nie stanie - uśmiechnęła się do swojej towarzyszki, jedynie plecak poprawiając. Oczywiście, że argumenty Hazel brzmiały logicznie, nawet bardzo, ale z jakiegoś powodu Cassie nie wzięła ich pod głębszą analizę tak, jak powinna. - Może wysadził nas od drugiej strony. Myślę, że kierowca wiedział, dokąd jedziemy. Poza tym przyda nam się trochę spaceru, bo jak się rozgrzejemy to i do wody wskoczymy z większą ochotą - zapewniła, starając się przekonać dziewczynę, by już się tak nie martwiła. Zawierzyła osobie która ich podwoziła, przecież dla kogoś takiego to nie pierwszyzna, prawda? Co innego, że to jej się uroiło, że powinny w tym miejscu wysiąść, ale przecież tak mówiła lokalizacja!
-Jeszcze nie miałam okazji, ale chyba wolałabym to zrobić, gdybym miała namiot. A dzisiaj go nie spakowałam. Takie spanie na liściach… niby fajnie, ale jakbym się obudziła cała w robakach, nie byłabym zadowolona - aż się skrzywiła. Natura naturą, ale wszystko miało swoje granice.
Szły kilka minut, a może nawet kilkanaście - z pewnością dłużej, niż zakładały - ostatecznie dochodząc do jakiegoś miejsca.
-Hmm… to niezupełnie tak miało wyglądać - zauważyła, rozglądając się po jeziorze. Woda była, pomost też, nawet jakaś opuszczona łódka. Ale to wszystko. Gdzie się podziały domki oraz ludzie? Tak, zdecydowanie coś tu poszło nie tak.

Hazel Brooks
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”