014
Telefon od matki zastał go na imprezie kończącej rok akademicki, dokładnie w momencie, gdy z kumplami opijał w zatłoczonym barze wstępny zarys swojej pracy licencjackiej. Wokół panował hałas, muzyka dudniła w głośnikach, a ludzie wznosili toasty za zbliżające się wakacje i koniec morderczych sesji egzaminacyjnych. Noe miał zrobiony wywiad wstępny i głębokie przeświadczenie, że oto stał na progu wielkiej kariery. Dziennikarstwo miało być dla niego biletem wstępu do zupełnie innego świata: wstrząsających artykułów, prestiżowych nagród, śledztw i czołówek gazet. Ojciec od zawsze powtarzał mu z pobłażliwym uśmiechem, że z samego gadania i pisania chleba w życiu nie będzie, ale Noe wiedział swoje i uparcie dążył do celu.
Dźwięk dzwonka z trudem przebił ryk głośników i gwar tłumu. Noe wyciągnął aparat z kieszeni jeansów i spojrzał na ekran. Matka. Zdziwił się, bo rzadko dzwoniła o tak późnej porze, szczególnie gdy wiedziała, że świętował zakończenie roku.
—
Noe, wracaj do domu — powiedziała łamiącym się, kompletnie obcym głosem, gdy tylko odebrał i wyszedł przed lokal. —
Ojciec... nie żyje. Zawał. Chris znalazł go rano w biurze.
I tyle. Żadnego przygotowania, żadnego podkładu muzycznego budującego napięcie, jak w tanich serialach, tylko chłodne zdanie, które w zaledwie pięć sekund zdemolowało cały ułożony plan na przyszłość. Ojciec miał zaledwie czterdzieści osiem lat, nigdy na nic nie chorował i wyznawał zasadę, że kanadyjska służba zdrowia i tak wymaga zbyt długiego czekania w kolejkach, więc lekarze to zbyteczny wymysł. O ironio.
Kolejne tygodnie pędziły jak szalone, gdy żył w zawieszeniu pomiędzy dwoma zupełnie różnymi światami. Z jednej strony chciał dokończyć studia, w które włożył tyle energii, a z drugiej strony wiedział, że musi pomóc matce. Powinien wysyłać CV do redakcji w całej Kanadzie, a zamiast tego co weekend wracał do rodzinnego domu, bo całe życie przypominało plac budowy po wybuchu bomby. Matka po pogrzebie kompletnie się posypała emocjonalnie. Zawsze była kobietą cichą, żyła nieco w cieniu męża i zajmowała się wyłącznie domem, podczas gdy ojciec trzymał całe przedsiębiorstwo mocną ręką. Rodzinna firma pogrzebowa funkcjonowała na rynku od ponad dwudziestu lat. Kiedy go nagle zabrakło, dobrze naoliwiona dotąd machina zacząła się sypać. Trzy miesiące po pogrzebie siedzieli przy kuchennym stole. Na blacie leżała sterta nie otwartych kopert z rachunkami, ponaglenia z i pismo z banku w sprawie zaległych rat kredytu.
—
Noe, ja tego sama nie ogarnę — powiedziała w końcu, patrząc na niego bezradnym wzrokiem, przed którym nie dało się uciec. —
Chris grozi, że odejdzie do konkurencji, bo nie dostał wypłaty na czas. Jeśli tego natychmiast nie przejmiesz i nie uporządkujesz, zostaniemy z ogromnymi długami. Przecież nie sprzedam tego wszystkiego... Ojciec by nam tego nie wybaczył.
I tak oto świeżo odebrany dyplom trafił na spód szuflady w biurku. Pierwszy dzień na nowym stanowisku był twardym lądowaniem. Jego nowy gabinet – dawny gabinet ojca – wciąż specyficznie pachniał. Przejęcie biznesu nie polegało jedynie na podpisaniu kilku papierów. Musiał z dnia na dzień nauczyć się wszystkiego: od przepisów sanitarnych, przez wydawanie aktów zgonów, aż po negocjacje cenowe z dostawcami. Chris, ich najstarszy i najbardziej doświadczony pracownik, od początku patrzył na niego z góry. Dla niego wciąż był jedynie smarkaczem, który dostał wszystko na tacy.
—
Szefie — rzucił drugiego dnia, stając w progu biura i celowo używając tego słowa z lekką ironią. —
Mamy rodzinę na dole. Zmarł starszy pan. Syn chce coś najtańszego, ale córka upiera się przy wersji z mosiężnymi uchwytami. Będziesz z nimi w końcu gadał, czy mam sam to wszystko załatwić po swojemu?
Noe wstał powoli z fotela, poprawił kołnierzyk czarnej koszuli i wziął do ręki katalog.
—
Zrobię to sam — odpowiedział pewnym siebie tonem.
Prawda była taka, że studia dziennikarskie przydały mu się w tym biznesie znacznie bardziej, niż mogłoby się komukolwiek wydawać. W końcu praca w redakcji i praca w firmie pogrzebowej miały ze sobą zaskakująco wiele wspólnego: w obu przypadkach trzeba umieć rozmawiać z ludźmi. Wychodził do nich, słuchał, zadawał pytania i starał się prowadzić rozmowę tak, żeby podjęli trudną decyzję bez stresu. Zamiast pisać nagłówki do gazet, pisał nekrologi. Czasami kiedy siedział w biurze i przeglądał faktury za trumny, zastanawiał się, co powiedziałby ojciec. Pewnie zaśmiałby się pod nosem i rzucił jeden ze swoich tekstów, że papierologia go wykończy, ale prawda była taka, że chłopak uratował ten zakład. W trzy miesiące spłacił zaległości, dogadał się z dostawcami i zapłacił pracownikom.
Jego życie potoczyło się w całkiem innym kierunku, niż planował. Zamienił mikrofon na czarny garnitur, a dyktafon na rejestr zgonów i choć jego znajomi ze studiów pewnie myśleli, że zakopał swoje marzenia, wreszcie czuł, że robi coś konkretnego. Po prostu prowadził biznes – biznes, w którym klient nigdy nie wracał z reklamacją, ale za to praca była zawsze. I tak tkwił już tu od miesięcy.
Ruelle I. Prescott