Ana… Pilar… Madox...
A gnojek w kominiarce z gnatem?
Nikt go nie przedstawił, a jednak to nie przeszkodziło Madoxowi, skoczyć i rzucić się na niego. Może jakby trzymał prawdziwą broń, to rozwiązałby to inaczej, zagadał go, sam wyciągnął pistolet, który przecież miał pod kurtka, ale... To nie była broń, chociaż kiedy straszak huknął, to Madox przez ułamek sekundy się zawahał.
Kurwa.
Mieli na siebie uważać, nie ryzykować, a on co robił?
Z rozpędu i jakiejś takiej wściekłości, chyba bardziej na siebie, że spierdolił, walnął chłopaka w twarz tym plastikowym pistoletem. Na kapiszony. Zabawką kurwa.
Niby wiedział, że to zabawka, ale jeśli by nie była? Małolat nacisnął na spust.
-
Trzeba się kurwa zastanowić, co robisz - syknął pochylając się nad dzieciakiem -
jakbyś mi zrobił krzywdę, to ona by cię rozjebała - wskazał głową na Pilar, która już dociskała Anę do ziemi. Szkoda tylko, że jakby to faktycznie była broń i by strzelił, to z Madoxa mogło nie być co zbierać. Chociaż on wierzył przecież w to swoje głupie szczęście, w klątwę babki Carmen Sandiego, która czuwała nad nim w sytuacjach patowych.
Zaraz szarpnął gnojka za fraki i pociągnął go do swojej żony, bo Madox to jednak w gadkach umoralniających był średni, dlatego tylko jeszcze strzelił małolatowi lepę na odmulenie w potylicę, a potem wycedził przez zęby.
-
Słyszałeś ją, jak można tak wykorzystywać biedną, kobietę w ciąży? - małolat się uchylił jakby spodziewał się, że znowu oberwie w łeb, a potem załkał.
-
Nie wiem, to Ana chciała... Ona potrzebuje tej kasy... - młody się już sprzedał, a Madox wywrócił oczami i zerknął z ukosa na Pilar. Ana krzyknęła, że gówno wiedzą, a potem do swojego kumpla, żeby się zamknął i nic im nie mówił.
Okej, mogli nie gadać. Ale Madox postanowił ich docisnąć i zaraz pytał o Luciano. Mocniej zacisnął palce na bluzie chłopaka tak, że ciemny materiał zacisnął mu się na szyi podduszając go. A Pilar powtórzyła jego pytanie...
I wtedy odezwał się ten głos. Noriega od razu go poznał, zesztywniaj, odruchowo ręka, którą jeszcze przed chwilą szarpał gnojka, uciekła mu pod kurtkę, na spluwę. A on zaraz wyskoczył do przodu przed Pilar.
-
Rodri... - zaczął, ale facet w ogóle się nim nie przejął, już stał obok nich pochylając się nad Almą. A klatka piersiowa Noriegi chodziła w szybkim oddechu w górę i w dół. Ludzie Luny -
Rodrigo przyjacielu... rozmawiałem z szefem, miał... - facet z wąsem wbił w niego spojrzenie. Ściągnął do siebie krzaczaste brwi.
-
Zamknij się Noriega, nie z tobą rozmawiam - syknął chwytając w palce twarz Any. Madox sięgnął ręką do Pilar, przesunął palcami po jej przedramieniu, chciał ją odciągnąć na bok. Wyjebane w te dzieciaki, sami się prosili. To teraz mają nauczkę, a oni nie powinni się w to mieszać. Nie teraz. Kiedy on dogadywał się z Luną. Miał plan.
Goryl Rodrigo, Araña, który na szyi wytatuowanego miał... no właśnie,
pająka, strzelił obok chłopaka. A Noriega już odruchowo szarpnął Pilar za siebie. Wiedział, że oni nie żartują.
A oni mieli się nie wychylać. Ona miała. Miała się kurwa nie wychylać.
A zaraz mu się wyrwała i szarpnęła Anę, z tym
hej na ustach. Madox pokręcił głową, łapiąc w płuca więcej powietrza. A kiedy Rodri posłał Pani Noriega ten
obrzydliwy uśmiech, to znowu wyszedł do przodu stając między nią a mężczyzną.
Mieli się kurwa nie mieszać. Nie powinni się mieszać.
Ale przecież on za dobrze znał Pilar, wiedział, że ona tak tego nie zostawi.
-
Zostaw ich Rodrigo, gnoje nic nie wiedzą, liczyli na łatwy hajs - rzucił krzyżując ręce na piersi. Pokazując, że nie zamierza stąd spierdolić, że dzieciaki były z nimi.
I kurwa po co?
Rodri nawet przez chwilę się nie zawahał, sięgnął do Pająka i wyszarpnął mu pistolet, a potem zrobił krok w kierunku Madoxa, stali już naprawdę blisko siebie. A lufa, tej prawdziwej, ciężkiej broni wylądowała na lewej piersi Noriegi. Tam, gdzie chował swój pistolet.
-
A ty Madox... Przyjacielu, wiesz coś? - zapytał i przysunął się patrząc mu w twarz z odległości kilku centymetrów.
-
Jeszcze nie, ale... jak się czegoś dowiem, to będziecie pierwsi, których poinformuję - to nie tak miało być. Wcale nie tak, nie szukali Luciano dla Luny, tylko, żeby rozwiązać zagadkę matki Pilar, tych przeklętych kontenerów, żeby pomóc jego żonie, a teraz co? Teraz musiał wziąć stronę Luny. Wiedział, że musi, bo Luna i jego ludzie to nie były podrzędne gangusy, i nigdy nie blefowali.
-
No to żebyś pamiętał... - rzucił Rodrigo przesuwając pistoletem w dół, wbijając lufę gdzieś w wątrobę Madoxa. I chociaż zabolało to ten się nie ruszył, a wąsacz kontynuował -
bo wiesz jak kończą zdrajcy... - Rodrigo ponad ramieniem Madox zawiesił spojrzenie na Pilar. A Noriega dopiero teraz się przesunął, zasłaniając ją sobą.
-
Wiem, nie jestem zdrajcą Rodri - wycedził przez zęby.
-
Okaże się Madox... Okaże się. Araña lubi takie pyskate ślicznotki - wyjrzał zza ramienia Madoxa na jego żonę, a Pająk uśmiechnął się pod nosem strzelając kostkami dłoni, którą zacisnął w pięść.
Kurwa. To zupełnie nie tak miało wyglądać.
-
Dobra. Możesz wybrać, który z gnojków idzie z nami... Przyjacielu - syknął Rodrigo, tym razem zerkając po przerażonych twarzach małolatów, a Pająk wyrwał się do przodu gotowy pewnie któregoś z nich stąd wywlec.
Tylko Madox czuł w kościach, że to nie będzie takie proste.
No debías exponerte de esa manera ˚ ༘♡ ⋆。˚ ❀