-
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is younieobecnośćniewątki 18+takzaimkidaj/ciastkotyp narracjitrzeciosoobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tego, że wcieli się w rolę detektywa i wyłoży mu prawdopodobne scenariusze kim był sprawca — niekoniecznie. Sam nie wiedział czy był jej za to bardziej wdzięczny — bo próbowała pomóc? — czy podrażniło go to gdzieś głębiej, gdzie siedziały lata spędzone jako śledczy i coś, co głupcy nazywali dumą detektywa.
— Dokładność nie idzie w parze z pierwszym morderstwem, Miller — rzucił na koniec, wierząc, że temat został na razie odstawiony na bok. Nie zamierzał się z nią tu wymieniać argumentami, odwoływać się do kryminologii, żeby ostatecznie wyciągnąć na wierzch prawdziwe doświadczenia, o których usilnie starał się zapomnieć. Ciepło krwi na dłoniach. Widok światła gasnącego w oczach. Adrenalina buzująca w żyłach i dudniąca w uszach. Pełna świadomość niechybnie uciekającego vitae.
Głos Brenny Langdord dosięgł go z brutalną siłą. Nie miał z nią takiego doświadczenia, jak Zaylee, ale znał ją na tyle, by wiedzieć, że plasowała się w jego osobistej top 5-ce najbardziej wkurwiających ze wszystkich dziennikarskich sępów. A to było swoiste wyróżnienie. Zignorował ją kompletnie, skupiając się na kamerzyście, który prawie się wywalił.
— Zabierzcie go — mruknął do Hayesa, kiwając głową w stronę mężczyzny. — Jak będzie próbował przejść przez taśmę, to zakujcie go i władujcie do drugiego radiowozu. Albo od razu weźcie na dołek.
Powód zawsze by się znalazł. Brenna i zaskarżenie tych czynów, powołując się na przekraczanie uprawnień i uderzanie w wolność obywatelską, wolność słowa i każdą inną możliwą wolność — także. Na to był jednak gotowy.
— To też dobra opcja — mruknął pospiesznie do Miller odnośnie braku następnego razu, ale nie zdążył dodać nic więcej, bo zaraz Tony Thiel stanął przed nimi i potwierdzał, że wynajął domek dla Scotta i grupy dzieciaków. Gardner zerknął z ukosa na krzątających się techników, którzy odwalali kawał dobrej roboty, rozstawiając sprawnie parawany i uniemożliwiając robienie bardziej szczegółowych zdjęć. Co, oczywiście, wcale pismaków nie zniechęciło. Jeden z nich podskakiwał, drugi brał swoją koleżankę na barana i wręczał jej aparat. Trzeci próbował wspiąć się na drzewo. Wszystko, byle zebrać żer.
Francis spojrzał w dół na Zaylee, która tak naturalnie przejęła stery, że w innych okolicznościach uznałby ją za śledczą. Thiel z kolei chyba właśnie tak zrobił, bo kiwnął głową i gestem ręki zaprosił ich do przejścia w stronę domku. Zupełnie, jakby obecnie nie przejęli jego terenu we własne posiadanie i nie rządzili się na nim, nie potrzebując jego żadnej zgody. W stresujących chwilach ludzki mózg zawsze szukał punktu zaczepiania i możliwości kontroli sytuacji, żeby tylko się nie rozpaść.
Gardner tym razem spojrzał na Hayesa, który ruszył pierwszy, ale nie w stronę drzwi wejściowych, a żółtej taśmy. Tą, za którą wypchnięto już kamerzystę i wypychano Brennę Langford. Tą, za którą strzelały flesze aparatów. Tą, którą Francis miał ochotę udusić co najmniej większość z tych sępów.
— Wyślij mi zdjęcia od techników — zwrócił się do Marka, póki ten jeszcze słyszał. Potem skupił się na drodze do domku. — Przyjechał pan z daleka?
To nie był small talk. Gardner nie uprawiał small talków. Przyjazd właściciela trwał ponad dwie godziny i od takich pozornie nic nie znaczących pytań zawsze zaczynało się niby-przesłuchanie. Nie otwarte. Nie oczywiste. Ale jednak.
— Z Barrie.
— Z Barrie — powtórzył cicho. Nie umknęło mu to, że Barrie było może półtora godziny drogi stąd i nie umknęło mu też to, że o tej porze, przy mniejszym ruchu, droga powinna była zająć jeszcze mniej. Nie dał po sobie poznać sceptyzmu, naciskając na klamkę i otwierając drzwi, których dzieciaki za sobą nie zamknęły. Do tej pory po wnętrzu nie kręciło się zbyt wiele osób — jedynie dwóch czy trzech funkcjonariuszy, żeby przejrzeć stan ogólny pomieszczeń i czy nic się tam nie kryje. Nie kryło.
W międzyczasie, kiedy wchodzili do środka — przytrzymał przy tym Miller drzwi, taki gentleman — jego telefon zawibrował. Hayes wysłał mu zdjęcia od techników bezpośrednio na maila, co odczytał pospiesznie, a potem poszedł za Tonym Thielem w głąb chatki. Mężczyzna poprowadził ich do kuchni, gdzie drżącymi rękami zaczął nalewać sobie wody, niemym gestem proponując nalanie i im. Gardner odmówił.
— Zacznijmy od początku — mruknął, podchodząc bliżej. Oparł się bokiem o drewnianą wyspę na środku i skrzyżował ręce na piersi. Obecność Miller ciążyła mu i wiedział, że nie powinna tu w ogóle być, ale miał nadzieję, że da radę się zachować. Musiała. — Detektyw Mark Hayes zgłosił panu, że znaleziono ciało w jeziorze na pańskim terenie. — Thiel skinął głową. — A to oznacza, że ten domek i jego otoczenie są dla nas potencjalnym materiałem dowodowym i wszyscy, którzy tu przebywali w ciągu ostatniego tygodnia, są potencjalnymi podejrzanymi. Kiedy dokładnie wynajął pan ten domek Danielowi Scottowi?
— Wczoraj. Scott zadzwonił do mnie na początku miesiąca, ale zapłacili i dostali klucze wczoraj rano. Dzieciaki miały tu przyjechać po południu.
Przynajmniej tyle zgadzało się z wersją dzieciaków i Daniela Scotta.
— Ktoś tu był przed nimi?
— Nie. Domek był w remoncie, bo poprzednicy rozwalili werandę. Ostatni wynajem był na weekend 4 lipca, ale potem, aż do teraz, nikogo tu nie było. Tylko robotnicy i ja, czasami. I ekipa sprzątająca.
Tym razem Gardner kiwnął głową. Czyli morderca albo wiedział albo miał farta, co w przypadku zaplanowanej zbrodni było średnio prawdopodobne. Musiał wiedzieć, że domek będzie pusty. Mógł być z okolicy. Mógł znać plan robót ekipy. Albo, co gorsza, obserwował to miejsce na długo przed tym wszystkim. Albo, czego nie mogli wykluczyć, sam rozwalił domek i upozorował to tak, żeby wina spadła na wynajmujących.
— Będziemy potrzebować wszystkich nazwisk. Pracowników firmy budowlanej, ekipy sprzątającej, wszystkich. Macie tu monitoring? — Sam się rozejrzał, przy okazji zerkając na Miller. Może nawet dając jej sekundę na wtrącenie się.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Kamerzysta wyglądał na przestraszonego. Chyba dość poważnie potraktował słowa detektywa Gardnera. Właśnie w taki sposób zapamiętała sobie przydupasa Brenny Langford. Jak on właściwie miał na imię? Lars... Cholera. Miller chyba miała jakieś zaćmienie mózgu. W każdym razie mężczyzna dał się wypchnąć za taśmę bez większych protestów, chociaż wcześniej nagrał wszystko, co mógł, a gdzieś pomiędzy zdążył jeszcze zrobić kilka zdjęć. Niewyraźnych, bo Francis skutecznie zasłaniał mu widok. Dziennikarka z kolei nie była już taka skora do współpracy. Krzyczała coś jeszcze, kiedy funkcjonariusze próbowali odciągnąć ją od miejsca zbrodni. Rzucała się jak wesz na grzebieniu, ale ostatecznie nie miała większych szans z rosłymi policjantami.
Zaylee nigdy nie przypuszczała, że ktoś mógłby wziąć ją za śledczą. Wprawdzie nie miała na sobie fartucha, który zwykle nosiła w prosektorium, ale nie miała też odznaki, a na identyfikatorze wyraźnie widniało jej nazwisko wraz z tytułem. Na pewno wywróciłaby ostentacyjnie oczami, gdyby takie stwierdzenie padło z ust Franka. Uznałaby to za chujowym dowcip. Tony Thiel miał prawo się pomylić. Był w szoku. A przynajmniej sprawiał wrażenie, jakby w nim był. Kiedy szli w stronę domku, zamaszyście wymachiwał rękami. Miller zauważyła też szczękanie zębami i niekontrolowane skurcze mięśni żuchwy. Była wyczulona na takie odruchy.
— Rzut beretem — skomentowała miejscowość, z której przyjechał właściciel domku, a gdy Francis przepuścił ją w drzwiach, spojrzała na niego pobłażliwie i dygnęła niczym prawdziwa księżniczka.
W środku usiadła na wolnym krześle, śledząc każdy ruch Thiela. Potrafiła się zachować. Byłaby szczerze oburzona, słysząc, że Gardner miał ku temu jakieś wątpliwości. Nie wtrącała się, pozwalając prowadzić mu jego śledztwo.
— Monitoring tylko na zewnątrz, przy bramie — wyjaśnił właściciel, podnosząc trzęsącą się dłoń do ust, żeby upić kilka łyków wody. — To spokojna okolica. Nigdy przypuszczałem, że może tutaj dojść do takiej tragedii — westchnął cicho i skinął głową, potwierdzając, że poda namiary na wszystkich, którzy przebywali tutaj w ostatnim czasie.
— A domy po drugiej stronie drogi? — zapytała, bo skoro dostała już szansę, żeby się wtrącić, to oczywiście musiała z niej skorzystać. Nie mogłaby przecież przepuścić takiej okazji! Frank pewnie uzna, że się popisuje, ale niech kto by się tym przejmował? Na pewno nie Miller.
— To też domki letniskowe — odparł krótko Thiel. — Ale nie należą do mnie. Nikt tutaj nie mieszka na stałe. Czasami widywałem starsze małżeństwo, które przyjeżdża z Ottawy. Nie mam pojęcia, czy ktoś wynajmuje je wczasowiczom tak jak ja.
Zaylee cmoknęła i zerknęła na na Francisa. Chyba trzeba będzie się tam wybrać. Może ktoś akurat był na miejscu. Może coś widział? Albo przynajmniej słyszał?
— Czyje ciało znaleźliście? — odezwał się znowu mężczyzna, przesuwając szklankę po blacie szafki. Ruch był nerwowy i powtórzył się jeszcze trzykrotnie, zanim Thiel ponownie napił się wody.
Francis Gardner
-
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is younieobecnośćniewątki 18+takzaimkidaj/ciastkotyp narracjitrzeciosoobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale też, zwyczajnie i po ludzku, nie miał powodu. To, że się wtrącała i kręciła wokół, nie było wystarczającym powodem. Może dla innych — nigdy dla niego. Już dawno przeszedł z tym na porządek dzienny, że się kręciła. Na własne zaskoczenie tym, jak chętnie to robiła nie mógł jednak nic zaradzić. Przynajmniej jeszcze nie. Nie wybiegał myślami tak bardzo do przodu w czasie, ale — starał się — nie zamykał się też na to, że kiedyś, kiedyś będzie nawet bardziej temu przychylny. Że może sam poprosi ją o interwencję. O granie skrzypiec. Nie pierwszych, ale też nie ostatnich.
Nie miał pojęcia, jak nazywał się kamerzysta od Brenny Langford. W głowie nazwał go roboczo Tym Frajerem z Kamerą i kiedy wchodził do domku Thiela szczerze wierzył, że Hayes, w razie czego, faktycznie gościa usadzi. Po minie tamtego był w stanie nawet zaryzykować stwierdzenie, że wziął groźbę na poważnie. Brenna i jej mina, oczywiście, uświadamiała Gardnera tylko głębiej w tym, jak bardzo nienawidził pismaków i ich szponów, które wczepiały się w każdy najmniejszy fragment, byleby tylko wyszarpać coś dla siebie. Jebane sępiska. Gdyby to od niego zależało, to każdego z tych kręcących się koło miejsca zbrodni i szukających taniej sensacji w czyimś nieszczęściu traktowałby paralizatorem, ołowiem w kolano albo starym, sprawdzonym sposobem z workiem na łbie i kapiącą wodą.
Przesunięcie szklanki zwróciło jego uwagę. Spojrzał za tym ruchem, wsłuchując się, jak Zaylee gra swoje skrzypce. Teraz tym bardziej nie dziwiło go, że Thiel mógł ją uznać za drugą śledczą, pal licho brak odznaki — on swoją też miał schowaną — i pal licho identyfikator. Mężczyzna prawdopodobnie nawet jak na niego spojrzał, to przyswoił tytuł lekarza medycyny sądowej, a potem kompletnie o tym zapomniał lub w ogóle nie zarejestrował w swoim mózgu. Patrząc po jego reakcjach i ewidentnych śladach poruszenia, Gardner skłoniłby się ku temu drugiemu.
Szklanka przesunęła się drugi raz. Trzeci. Szczęknięcie zębów o szkło, gdy Thiel brał kolejny łyk wody i te mikroskurcze mięśni jego żuchwy. Stres? Oczywiście. Wyparcie? Jak najbardziej. To, co interesowało Gardnera, to intencja za tym. Czy chodziło o to, że znaleziono na jego posesji zwłoki czy może jego podświadomość próbowała zatuszować coś więcej. Fakt, że jego przyjazd z Barrie trwał ponad pół godziny więcej, niż powinien, wciąż głośno odbijał się echem po głowie Francisa. Za długo. Zbyt długo. Nikt by tak długo nie jechał o tej porze, zwłaszcza po telefonie funkcjonariusza i informacji, że na jego terenie znaleziono właśnie ciało. Chyba że miało się coś do ukrycia albo musiało zatrzymać się na poboczu, by uspokoić galopujące tętno i przemyśleć wersję wydarzeń.
Gardner spojrzał na Zaylee. Dopiero co dygała niczym księżniczka w drzwiach — na co sam skinął nieco i wyciągnął rękę, kręcąc przy tym nadgarstkiem, jak rasowy lokaj zapraszający pannę z wyższych sfer w głąb pałacu — a teraz siedziała na krześle i zadawała celne pytania. Ale nie chodziło tylko o ich celność i słuszność; chodziło jeszcze o to, jak naturalnie jej to wychodziło. Absolutnie nie dziwił się, że Thiel wziął ją za śledczą. Błyskotliwy, analityczny umysł upartej perfekcjonistki wciąż budził w nim coś, co wydawało mu się, że dawno pogrzebał i zostawił za sobą.
Skupił wzrok z powrotem na właścicielu. Każda okolica była spokojna do czasu.
— Tego właśnie próbujemy się dowiedzieć, panie Thiel. Na ten moment to Doe — odpowiedział, z premedytacją obracając jego pytanie i ignorując, że chciał dowiedzieć się więcej o samym ciele, a nie o ofierze. Nie miał zamiaru wyjawiać mu szczegółów, choćby tych najbardziej ogólnych — że z wody wyłowiono dziewczynkę, że nie miała więcej niż dziesięć lat, że upozowano ją na Ofelię. Z taktycznego punktu widzenia, wiedza oznaczała władzę. A Thiel przyjechał tu z pismakami. Z Brenną Langford ze wszystkich możliwych.
Chociaż, oczywiście, istniała szansa, że ten natrętny babsztyl kręcił się już przy miejscu zbrodni i czekał, aż ktoś będzie przyjeżdżać, żeby się za nim wcisnąć. Wkurwiająca czy nie, nie mógł odmówić jej wyczuwania kropli krwi w morzu słonej wody, jak żarłacz biały.
Przypadkiem czy nie, właściciel domku mógł być już po wstępnej umowie z prasą, a Gardner ani myślał dawać im więcej, niż operacyjnie trzeba było.
— Czy w ciągu ostatnich kilku tygodni widział pan coś niepokojącego? Innego? Coś, co zwróciło pana uwagę, nawet jak nie do końca potrafił pan powiedzieć czemu?
Thiel zrobił dziwną minę, karykaturę między próbowaniem zrozumienia pytania a chęcią przypomnienia sobie czegoś. Gardner wyraźnie się rozluźnił, teraz już w pełni wykorzystując wyspę jako swoje siedzenie, zupełnie jakby wypytywanie ludzi było jego środowiskiem naturalnym. Trochę było.
— Nie pytam o to, czy ktoś biegał po lesie ze sznurem i szpadlem. Pytam o detale, które wyłamały się z rutyny — zaczął wyjaśniać, opierając się wygodniej, siadając na blacie jednym półdupkiem, odrywając stopę od podłogi. — To może być cokolwiek. Otwarta kłódka przy szopie na narzędzia. Rozsypane gałęzie. Pognieciona trawa. Znikająca plandeka u sąsiadów. Obcy SUV zaparkowany na poboczu, którego pan nie kojarzy. Może ktoś szukał psa albo pomylił zjazdy? Albo to państwo z Ottawy, o których pan wspomniał. Czy przyjechali z kimś nowym, kogo wcześniej pan nie widział? Może ktoś inny półsłowem wspomniał o czymś, co go zaniepokoiło? Cokolwiek.
Błękitne ślepia Gardnera wlepiały się w Thiela, wypatrując w jego mimice wszystkiego. Tej krótkiej pauzy, tego ułamka sekundy, w którym mózg przesłuchiwanego decyduje czy warto wyznać niewygodną prawdęczy ubrać ją w bezpieczne kłamstwo. Mężczyzna w końcu przełknął ślinę. Wciąż bawił się szklanką.
— Nie... to znaczy, nic wielkiego... — Potarł wolną dłonią kark, ukradkiem zerkając na Zaylee. Jej pytania chyba bardziej mu się podobały. — Ekipa remontowa robiła tu spory bałagan. Narzędzia, deski, ciągły hałas. Dużo się działo. Non stop się ktoś tu kręcił.
Jeszcze więcej zniszczonych śladów.
— Ale jakiś czas temu Billy, sąsiad, narzekał, że ktoś mu się włamał do szopy i buszował przy łódce. Potem okazało się, że to jego bratanek chciał sobie popływać po jeziorze. A może to był bratanek Cosby'ego...
Francis spojrzał na Zaylee, potem za okno. Na jezioro idealnie widoczne z miejsca przy wyspie, gdzie siedział. Normalnie byłby to ładny widok. Urokliwy, nawet.
— Ma pan łódkę na wynajem?
— Tak, ale nie wyciągałem jej jeszcze w tym sezonie...
— A inni sąsiedzi?
— Na pewno. Do czego pan zmierza? Że ktoś... ktoś zrzucił ją z łódki do wody?
Gardner zastygł na dokładnie sekundę.
— Skąd pan wie, że to ona?
Właściciel zamarł. Odwrócił wzrok, błądził nim po podłodze, szafkach, Zaylee, przejściu na korytarz, którym weszli do kuchni, po drugim oknie, z którego dało się dostrzec Hayesa przy żółtej taśmie. Błysk fleszy.
Branna Langford. Ta pierdolona Brenna Langford.
Błękit oczu zatrzymał się na Miller, jakby to właśnie tylko ona mogła go zatrzymać, zanim by wyszedł i sam walnął dziennikarkę w splot słoneczny. Albo jakby ją o to prosił.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zaylee przeszła naprawdę długą drogę, żeby w policji traktowano ją równo i bez uprzedzeń. Na każdym kroku musiała udowadniać swoją wartość, chociaż była najlepszą koronerą w prowincji. Najwyraźniej w świecie mężczyzn to nadal nie wystarczało. Bycie kobietą nie przeszkadzało jej być równie spostrzegawczą jak Francis. Rejestrowała każdy nerwowy ruch właściciela domku i każde, nawet najmniejsze drgnięcie powieki. Miała, kurwa, oczy i całkiem niezły wzrok. Jej uwadze nie umknęło to, jak nerwowo zahaczał zębami o szklankę ani że cały trząsł się jak osika, chociaż próbował sprawiać inne pozory. Zresztą kompletnie nieudolnie. W takich sytuacjach stres był naturalnym zjawiskiem. Na posesji Thiela znaleziono zwłoki. Czyje? Tego żadne z nich nie chciało wspominać. Mężczyzna mógł jedynie snuć domysły i zachodzić w głowę, o kogo chodziło. Podanie mu wszystkiego na tacy jedynie zwiększałoby jego szansę na hipotetyczną obronę. Oczywiście ani Miller, ani Gardner nie zakładali odgórnie, że Tony Thiel miał cokolwiek wspólnego z morderstwem. Ale wykluczyć tego również nie mogli.
Szansa, że Brenna Langford sterczała przed drzwiami domku, była większa, niż można było przypuszczać. Właściwie było to tak samo pewne jak śmierć i podatki. Ta baba nigdy nie odpuszczała. Z jednej strony Zaylee powinna to zrozumieć - na tym polegała jej praca. Z drugiej jednak nie miała pojęcia, jak można za wszelką cenę żerować na ludzkiej tragedii. A najbardziej wkurwiający był fakt, że dziennikarka była naprawdę dobra. Zawsze pierwsza na miejscu zdarzenia. Uparta. Dociekliwa. Nieustępliwa. Miała wszystkie cechy, którymi powinien wyróżniać się zajebisty pismak. Jednocześnie właśnie to sprawiało, że stawała się dla śledczych niesamowitym utrapieniem. Co prawda Miller nie pracowała w policji, tylko dla policji, ale sama zdążyła przekonać się o tym na własnej skórze. I na własnych knykciach. Chociaż akurat ją dość łatwo było wyprowadzić z równowagi. Wystarczyło, że ktoś spojrzał nie tak, a ona już była gotowa do odwetu.
Lubiła rzeczowość Gardnera. Zawsze imponował jej swoim opanowaniem. Pod tym względem bardzo się różnili. Może to i lepiej, że Zaylee jednak nie była śledczą? Pewnie już dawno przyparłaby Thiela do blatu, zaciskając palce na kołnierzu jego kurtki, i porządnie nim potrząsnęła, żeby w końcu zaczął składać jakieś sensowne zdania. Bo na razie strasznie się guzdrał.
Ekipa remontowa, sąsiedzi, bratanek Billa Cosby'ego. To mógł być każdy, a jednocześnie żadne z nich. Utarło się jednak, że winnych najłatwiej szukać w pobliżu, zanim podejmie się dalsze kroki. A potem i tak okazywało się, że najciemniej pod latarnią, prawda?
Że ktoś zrzucił ją z łódki do wody?
Miller uniosła wysoko brwi i natychmiast spojrzała na Franka. Chciała dopytać, skąd takie założenie i zaznaczyć, że nie dostał od nich informacji o tym, kim była ofiara znaleziona w jeziorze, ale wtedy po kuchni rozlało się światło flesza. Zaylee zamrugała i zerknęła w stronę okna. A potem znów wróciła spojrzeniem w obręb twarzy Gardnera. Oczami chciała dać mu do zrozumienia, że to nie jest najlepszy pomysł. Że jak wstanie od stołu i wyjdzie do dziennikarki, to naprawdę za siebie nie ręczy. Francis był chyba innego zdania. Miller westchnęła pod nosem i niechętnie odsunęła krzesło.
— Lars, jeszcze z tej strony! — instruowała pierdolona Brenna Langford Tego Frajera z Kamerą. — Pani doktor, przesunie się pani, z łaski swojej. Wchodzi pani w kadr — zwróciła się do Zaylee, która właśnie uchyliła drzwi.
— Nie powinno was tutaj być — syknęła przez zaciśnięte zęby, ale to nie zrobiło na dziennikarce najmniejszego wrażenia. — Czy ostatnim razem nie wyraziłam się wystarczająco jasno? — ściągnęła brwi, cały czas trzymając klamkę, żeby przypadkiem Langford nie przecisnęła się do środka.
— Zobacz, Lars, ona znowu mi grozi. Nagrywasz to? Nagraj to — wykonała zamaszysty gest ręką i odskoczyła na bok, robiąc miejsce kamerzyście. — Dlaczego policja znowu próbuje wszystko zataić? Ludzie mają prawo do rzetelnych informacji! — kobieta wyglądała na obruszoną zachowaniem koronerki, która nie dość, że ostatnio potraktowała ją pięścią, to teraz uniemożliwiała jej wtargnięcie do domku letniskowego Tony'ego Thiela. Doprawdy skandal! Jak długo w
Francis Gardner
-
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is younieobecnośćniewątki 18+takzaimkidaj/ciastkotyp narracjitrzeciosoobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Czas jakby zwolnił.
Wciąż patrzył na Miller. Niebieskie ślepia wgapiały się w jej brązowe tęczówki i ani drgnęły, choć z boku dosięgnął ich kolejny błysk. I następny. I ujadanie Brenny Langford.
Może faktycznie proszenie Zaylee, żeby zajęła się dziennikarką nie było najlepszym pomysłem. Może naprawdę powinien był się przed tym powstrzymać. Może, istotnie, powinien był sam się tym zająć. To nie byłby pierwszy raz, kiedy by komuś przywalił i musiał to zatuszować w raportach...
To byłby pierwszy raz, kiedy świadomie, intencjonalnie, uderzyłby kobietę.
Bo nieważne jak wkurwiająca, Brenna Langford wciąż nią była. Przede wszystkim żmiją i suką, ale kobietą. A Gardner nie bił kobiet. Taki był z niego, pieprzony ha tfu, stróż moralności.
Spojrzał na Thiela. Na tego zestresowanego biedaka, który już nawet nie potrafił utrzymać szklanki z wodą.
Tony Thiel nie był kobietą.
Ofiara. Zwłoki. Sprawa. Morderstwo. Numer w aktach. Brak śladów. Każdy jest podejrzany.
K a ż d y jest podejrzany.
— J-ja... — zaczął słabo i zaraz zamknął gębę, wracając oczami do Żmibrenny. Wtedy ciało Gardnera ruszyło się samo. To był ułamek sekundy, podczas którego całe sto dziewięćdziesiąt cztery centymetry Francisa przecięło odległość między nim, a właścicielem domku i zrzuciło go z tobołka, dociskając do najbliższej szafki za nim, pięścią trzymając go za chabety. Dla kogoś o bardzo wypaczonym spojrzeniu na relacje — albo fana dark romance — mogło to wyglądać nawet romantycznie. Dla Thiela oznaczało tylko ból w miejscu, gdzie plecami zarył o twardy blat i jego krzywizny. Dla Gardnera — trzymanie chłopa w miejscu i niepoprawny pokaz siły wobec słabszej jednostki, być może winnej, być może niewinnej. Zaylee jednak zniknęła przy drzwiach i miał ten ułamek chwili na doprecyzowanie paru spraw, bo Ten Frajer z Kamerą zajął się sensacją z Miller.
Zobacz, Lars, ona znowu mi grozi.
Zanim zdążył to w sobie stłumić, poczuł dziwny ucisk gdzieś w klatce piersiowej. Ile razy widział, jak te pismakowe sępy myślały, że jest po prostu kobietą na miejscu zbrodni, więc ma bardziej miękkie serce i łatwiej ją podejść, niż glinę? Ile razy musiał patrzeć, jak zapyziali kumple z komendy traktowali ją z góry z tego samego powodu? Znał ten zepsuty do szpiku kości system od podszewki. Służby mundurowe był przesiąknięte patriarchatem i umysłową betonozą — środowiskiem, w którym wciąż żyło durne przeświadczenie, że kobieta to co najwyżej asystentka, a nie specjalista. Facet z odznaką zyskiwał autorytet w sekundę, tylko dlatego, że miał jaja. Kobiety, jak Zaylee, z imponującą wiedzą, genialnym umysłem, niezawodną intuicją i doświadczeniem, które kładło na łopatki połowę komendy, o ten autorytet musiały walczyć za każdymi żółtymi taśmami. Musiały warczeć, uderzać w stół, być wredne i udowadniać, że ich umysły są warte więcej niż ich przerośnięte ego obrosłe testosteronem. Na szczęście tak zakorzenionych debili było coraz mniej. Na szczęście środowisko się polepszało. Na szczęście — istnieli tacy, jak Thiel, którzy patrzyli na nią i ślepo jej ufali, bo emanowała tak absolutną pewnością siebie, że byle protekcjonalny glina nie mógł nic z tym zrobić. Gardner szanował w niej to od zawsze. I jednocześnie nienawidził faktu, że w ogóle musiała wkładać w to jakikolwiek wysiłek.
Ale teraz musiał skupić się na Thielu. Złapali go na błędzie. Na słowie, które nie powinno było paść. Zaylee była dużą dziewczyną i jeśli chciała przywalić Brennie jeszcze raz, to tylko ją w tym popierał. I gdyby co, gotów był zmienić cel z Tony’ego na Tego Frajera z Kamerą, wyrwać mu jego cacko i zniszczyć wszelkie dowody, a potem upozorować upadek Langford tak, by jej obrażenia wydały się przypadkowe. Jasne, że nikt by w to nie uwierzył. Ważne, że papier przyjąłby wszystko.
No ale. Tony Thiel.
— Gdzie jest Hayes? — rzucił jedynie głośniej, bo Mark już dawno powinien tu być i pomagać ogarnąć sytuację kiedy Miller blokowała drzwi i brała na siebie zderzenie z hienami. Sam Garder patrzył prosto na mężczyznę przed nim. I niejako pod nim.
— J-ja naprawdę n-nic nie w-wiem…
— Gówno prawda. — Zignorował dłonie Thiela zaciskające się na jego przedramieniu. Zignorował jego próby wydostania się. Był niższy i niewystarczająco wkurwiony, żeby tak łatwo się wymsknąć. — Oboje wiemy, co powiedział funkcjonariusz dyżurny, który do ciebie zadzwonił, Tony.
Thiel syknął z bólu, bo każde kolejne zdanie Gardnera wiązało się z mocniejszym wbiciem jego pleców w blat za nim.
— Słowo ciało nie ma płci, dlatego ponawiam pytanie. Skąd zaimek żeński? — Wiedział już, że od Brenny Langford. Musiał to tylko usłyszeć. Kolejne dociśnięcie Thiela do szafki wywołało drżenie jego żuchwy. W panice szukał powietrza, rozumiejąc, że był zapędzony w kozi róg tak dosłownie, jak i w przenośni. Nerwowo przełykał ślinę.
— Ja… pomyślałem… to znaczy, ta dziennikarka…
— Langford? Twierdzi pan, że to Brenna Langford powiedziała panu, że w jeziorze znaleziono dziewczynę? Proszę się poważnie zastanowić, panie Thiel, bo fałszywe zeznania w sprawie o morderstwo to co innego, niż okłamanie krawężnika na rutynowej kontroli drogowej.
— Dorwała mnie przed taśmą! Wpychała się za mną! Złapała mnie, jak wysiadałem z auta i powiedziała, że znowu próbujecie ukryć morderstwo, że zamordowano małą dziewczynkę i jeśli czegoś się dowiem, to mam się z nią skontaktować, bo w tym kraju policja leci w chuja! Przysięgam! Ja nic nie wiem, ja tylko wynajmuję te pieprzone domki!
Gardner powoli poluzował ucisk palców i otworzył pięść. Wyprostował się nad mężczyzną, wygładził materiał jego koszuli, którą pomiął, niczym zatroskana matka wisząca syna w niewyjściowym stanie i uśmiechnął się przy tym niemal pokrzepiająco. A potem, cofając się o krok, odwrócił łeb i zerknął w stronę drzwi.
Hayes zdążył już podejść, cokolwiek się tam nie działo.
— Proszę nie opuszczać Muskoki, panie Thiel — rzucił Garder, zanim odszedł w stronę poruszenia w wejściu. Spojrzał na Zaylee, spojrzał na Marka. Spojrzał na Brennę, Larsa, znowu na Brennę. Wyszedł w jej stronę, krok za powolnym krokiem. — Pozwoli pani ze mną, pani Langford?
— A co z nim? — Hayes wgapił się w Frajera z Kamerą. — Bransoletki i cacko do depozytu?
Gardner nie odpowiedział, bo nie musiał. Uśmiechnął się za to szerzej do Brenny Langford i stanął przy niej, niemal wchodząc w jej przestrzeń osobistą. Delikatniej, niż Thielowi chwilę temu, przynajmniej jeszcze.
— Zrobimy sobie małą przejażdżkę po okolicy. — Towarzystwo Miller wpisał już w oczywistość. Zresztą, ktoś musiał kierować wozem.
Przy oczywistym założeniu, że Brenna Langford zgodzi się na podróż. Wątpił, ale skoro była łasa na informacje, to może... Może.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tym razem nie zamierzała szarpać się ani z dziennikarką, ani z jej kamerzystą. Nie drgnęła, kiedy Ten Frajer z Kamerą przystawił jej obiektyw do twarzy. Ani kiedy błyskawicznie zamienił urządzenie na lustrzankę. Od blasku flesza aż pociemniało jej przed oczami. Pod powiekami zatańczyły mroczki, ale nie wciąż ruszyła się z miejsca. Chciała tylko powiedzieć Larsowi, że jeśli zaraz się nie odsunie, to wsadzi mu ten aparat w dupę.
Gdzie jest Hayes? Dobre pytanie.
Zaylee odwróciła głowę i wypuściła powietrze przez nos, widząc, jak Francis doskakuje do Thiela i zaciska palce na jego koszuli. Była gotowa interweniować. Odstąpić od drzwi, żeby odciągnąć Gardnera od właściciela domku, ale to by oznaczało, że musi zostawić Langford i jej przydupas, dając im przyzwolenie na wejście do środka. Pierdolona Brenna Langford.
— Frank! — krzyknęła tylko, próbując sprowadzić go na ziemię. Z dość marnym skutkiem. I chociaż słyszała całą wymianę zdań, musiała jednak skupić się na tym, co miała przed sobą. A była to dwójka krążących sępów, którzy usilnie próbowali dostrzec, co działo się za jej plecami.
— Lars, okno — poinstruowała dziennikarka. Kamerzysta natychmiast zabrał obiektyw sprzed nosa Miller i rzucił się we wskazanym kierunku.
— Nawet, kurwa, nie próbuj — zagroziła, kiedy dziennikarka spróbowała przecisnąć się między jej ręką a framugą.
— Proszę się przesunąć! Natychmiast! To jest materiał dla ludzi, a ludzie mają prawo wiedzieć — kobieta coraz mocniej napierała na jej ramię.
Zaylee była drobna, ale uparta. I wystarczająco zdeterminowana, żeby nie dać sobą dyrygować.
— Ty mnie lepiej nie prowokuj, Langford — wysyczała przez zaciśnięte zęby. Korzystając z nieobecności Tego Frajera z Kamerą, złapała dziennikarkę za materiał płaszcza i przyciągnęła bliżej. Z boku mogło to wyglądać nawet całkiem intymnie. Jeszcze chwila i ktoś mógłby pomyśleć, że zaraz zaczną się całować. Nic bardziej mylnego.
Miller stała się w tym momencie lustrzanym odbiciem Gardnera, który chwilę wcześniej szarpał za chabety Thiela. Zadziwiające, jak bardzo potrafili być do siebie podobni w niektórych sytuacjach.
— Ja się tym zajmę, pani doktor — obok nagle zmaterializował się Hayes, który posłał jej pokrzepiający uśmiech.
Jezu, w końcu. Jeszcze kilka sekund i naprawdę doszłoby tutaj do rękoczynów. Dwóch innych funkcjonariuszy odciągnęło kamerzystę od okna, ale cokolwiek zdążył nagrać, to już jego. Długo jednak nie nacieszył się tym materiałem. Mina zrzedła mu błyskawicznie, kiedy Mark skonfiskował urządzenie i pociągnął go w stronę radiowozu.
Zaylee prychnęła pogardliwie pod nosem i zbliżyła się do Francisa. Położyła dłoń na jego piersi, wygładzając materiał kurtki, a potem podniosła wzrok. Musiała zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mu w oczy. Różnica ponad dwudziestu centymetrów to jednak całkiem sporo. That's what she said.
Brązowe tęczówki napotkały te niebieskie.
— W porządku? — zapytała zwyczajnie. Może tylko z minimalną nutą troski w głosie. Zaraz jednak się wycofała i zrobiła mu miejsce, żeby mógł zaprosić Brennę Langford na wycieczkę krajoznawczą.
Dziennikarka również spojrzała na Gardnera, ale zupełnie inaczej niż zrobiła to Miller. W jej spojrzeniu malowała się podejrzliwość i - oczywiście - ciekawość.
— Dokąd? — ciekawość okazała się silniejsza. Och, jak mocno Zaylee musiała ugryźć się w język, żeby nie powiedzieć jej, żeby przestała się interesować, bo jeszcze dostanie kociej mordy? Bardzo mocno. Zamiast tego ruszyła w stronę zaparkowanych samochodów. W innych okolicznościach pewnie sprzeczałyby się z Gardnerem, które z nich prowadzi, ale teraz nie musiała nawet upewniać się, co miał na myśli.
— Moim czy twoim? — w tym akurat musiała się upewnić. Zerknęła kątem oka na Langford, która powoli za nimi podążała. Dziennikarka wciąż wyglądała, jakby nie podjęła jeszcze decyzji, czy naprawdę chce brać w tym udział. A mimo to nie odstępowała ich ani na krok.
Francis Gardner