Tylko nie dotarła na lotnisko. I to był naprawdę najmniejszy problem ze wszystkich możliwych. Większość dnia mijała spokojnie, raz czy dwa zerknęła nawet na dane lotów, żeby kontrolować moment, w którym Cadwalader doleci na miejsce i będzie można go zacząć bombardować wiadomościami. Chociaż właśnie to nie… nie czekała. Gdy włączył telefon po wylądowaniu miał prawdopodobnie kilkanaście wiadomości od Darcy. Bo nawet jeśli nie poleciała z nim tego dnia – wcale nie zamierzała zostawić go z tym samego. Przynajmniej do czasu, bo później zamilkła. Znaczy inaczej… dała znać, że zaraz ma spotkanie, a później zamilkła.
Nie dlatego, że nie chciała. Dlatego, że nie mogła. Wiedziała, że jej przeszłość kiedyś się na niej odbije… wiedziała, że kiedyś poniesie konsekwencje tego, co robił Daniel i tego, że z nim była, że wiedziała i widziała zdecydowanie za dużo. Że położyła łapska na klubie, który chował w sobie wiele tajemnic, że było tu ukryte mnóstwo brudów na wszystkich ważnych ludzi w tych mieście… szczególnie z tych z szarej strefy. A jakby dodać do tego, że sypiała aktualnie z policjantem? Niezależnie od tego jak sam był brudny – ostatecznie był policjantem, a ona mogła mu mówić trochę za dużo. Dlatego została wyciągnięta z klubu i zabrana na wycieczkę… i jakiś cichy głos z tyłu głowy mówił jej, że może już z niej nie wrócić.
Niezależnie od tego jak wiele razy powtórzyła, że nic nigdy nikomu nie powiedziała, że nic nie wie, że Daniel w nic ją nie wtajemniczał, że przecież była tylko jego dziwką i ona nie ma nic wspólnego z tym światem – pożałowała. Poniosła brutalne konsekwencje wszystkich swoich życiowych decyzji. Bo nie wierzyli jej, że nic nie wiedziała i nic nie mówiła… więc nie kończyli. Jej niewyparzony język na nic się nie przydał. Łzy i błagalne prośby również nie. Tego wieczoru nie ona decydowała kiedy to wszystko się skończy.
Nie wierzyła, czy skończy się kiedykolwiek… a jednocześnie chciała, żeby się skończyło jak najszybciej – raz na zawsze. Byłoby prościej. Mniej boleśnie. Ale litość nie była ich mocną stroną, więc kiedy nad ranem została wyrzucona z auta przed klubem – nie wiedziała, czy to na pewno dobrze. Co zastała w środku? Obraz nędzy i rozpaczy, ale to też był w tym momencie jej najmniejszy problem. Świat wirował, ledwie trzymała się na nogach, zdążyła tylko zapytać, czy były jakiekolwiek ofiary, a skoro nie… to niech nikt nie próbuje dzwonić po żadną policję. Film jej się urywał – nie była pewna jak dotarła do domu, chyba ktoś z klubu ją odwiózł, ale nie miała pewności. Miała natomiast pewność, że zamknęła za sobą wszystkie możliwe zamki, jakimś cudem dotarła do łazienki i próbowała się doprowadzić do porządku. Naprawdę próbowała! Potrafiła szyć, potrafiła oczyścić rany, ale nie dałaby sobie ręki uciąć, że zrobiła to dobrze, prawdopodobnie nie. Nie miała na to siły. Zasypiała i budziła się. Po tym znowu zasypiała. I znowu budziła. W międzyczasie podjęła kolejną próbę zapanowania nad własnymi ranami. Sięgnęła też po telefon i widok nieodebranych połączeń od Arvela sprawił, że przeklęła pod nosem. Już dawno powinna wylądować w Cardiff, a może już nawet był następny dzień? Nie wiedziała, zgubiła rachubę. Wysłała jedną wiadomość, która łamała jej serce, ale która – miała przynajmniej taką nadzieję – jeszcze przez kilka dni będzie go trzymać z daleka od Toronto. Chociaż ta nieszczęsna torba spakowana na wyjazd ciągle stała przy drzwiach.

Arvel Cadwalader