Gardner był profesjonalnym kawoszem. Był też zawodowym cukroszem i w większości kawiarnio-cukierni już dawno powinien był dorobić się odznaki najwierniejszego klienta, złotej karty stałego bywalca i własnego zdjęcia na ścianie gdzieś obok wizerunku najlepszego pracownika miesiąca. A jednak, mimo wszystkich tych superlatyw na linii biznes-klient, nie miał bladego pojęcia, jak długo takie lokale są otwarte. Do szóstej wieczorem? Siódmej? Ósmej?
Była prawie dziewiąta.
Złota godzina dobiegała końca, a słońce powoli przestawało rzucać długie, pomarańczowe cienie na miasto, szykując się do zajścia za horyzont. Wciąż było ciepło, wciąż było względnie jasno. Wciąż było przyjemnie. Leniwy wieczór wypełniony przechodniami, tętnem życia i całym tym wielkomiasteczkowym urokiem, którego Gardner nigdy nie potrafił pojąć, ale który znał najlepiej i tylko jego potrafił się trzymać. Czasem marzył o ucieczce. Czasem myślał o spakowaniu się i wyjechaniu w Góry Skaliste, gdzie mógłby żyć, jak klasyczny outsider: z dala od przepychu, pośpiechu i reszty. Zbudowałby sobie chatkę z drewna, zaprzyjaźnił się z miejscowym ptactwem, żarłby jagody, a ekipa z National Geographic chciałaby nakręcić o nim program. Może nawet oswoiłby niedźwiedzia i nazwał go Wojtek.
Problem był tylko jeden. Jeden główny — bo chociaż samych problemów logistycznych było znacznie więcej, to były wciąż niczym w porównaniu do tego jednego, najważniejszego. Cukru. A w zasadzie jego braku.
Jako outsider musiałby albo zacząć hodować buraki cukrowe i ogarnąć leśną technologię do przerabiania ich w kryształki cukru albo zrzucić łatkę prawdziwego wyludnieńca i bawić się w import. Każda z opcji po drodze rodziła kolejne problemy, kolejne zawiłości i jeszcze więcej problemów, więc ostatecznie zawsze, zawsze porzucał swoje małe myśli o ucieczce i lojalnie wracał na ziemię.
Teraz też tak było. Po Parkdale kręcił się na motorze ze zwykłej nudy — bo przecież nie przyznałby się, że coś go gryzie — i nim się zorientował, już parkował pod Kitten and the Bear. Drogę tu znał na pamięć, podświadomość pewnie sama go tu przytargała, nim w ogóle się zorientował, że cztery przecznice wcześniej zawrócił, że na światłach skręcił w tę właśnie stronę, że sunął ulicą w tym, a nie innym, kierunku. Przekręcił manetkę, zgasił silnik i trzymał maszynę między nogami, balansując to na jedną to na drugą stronę, gapiąc się na wejście do lokalu i rozważając.
Zajęło mu to trzy sekundy.
Światło wewnątrz jeszcze się paliło. Plakietka jeszcze nie była wywrócona — a może zwyczajnie ją zignorował. Może zignorował po drodze inne znaki, które mówiły o tym, że cukiernia była już zamknięta. Może wkręcił sobie, że dla niego, klienta nr. 1 będzie otwarte. Cokolwiek to nie było, to i tak ściągnął z łba kask, i tak kopnął nóżkę, by motocykl utrzymał się w miejscu, i i tak zaczął z niego schodzić. Potrzebował kawy, potrzebował cukru. Potrzebował spokoju. Potrzebował Kitten and the Bear.
I ewentualnie mokrych chusteczek, którymi mógłby wytrzeć sobie zaschniętą krew z rozciętej brwi i poranionych kłykci. I braku pytań. I więcej cukru.
Szarlotki na przykład. Podwójnego espresso z syropem różanym i spienionym mlekiem. Jagodzianki. Muffinki z kawałkami czekolady. Kokosanek.
Czegokolwiek.
Wszystkiego.
Jak zbity pies, który szukał powodu, żeby zamerdać ogonem.
Jamie Park