ODPOWIEDZ
35 y/o
For good luck!
194 cm
homicide detective in TPS & criminology adjunct at UofT
Awatar użytkownika
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidaj/ciastko
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#4

Gardner był profesjonalnym kawoszem. Był też zawodowym cukroszem i w większości kawiarnio-cukierni już dawno powinien był dorobić się odznaki najwierniejszego klienta, złotej karty stałego bywalca i własnego zdjęcia na ścianie gdzieś obok wizerunku najlepszego pracownika miesiąca. A jednak, mimo wszystkich tych superlatyw na linii biznes-klient, nie miał bladego pojęcia, jak długo takie lokale są otwarte. Do szóstej wieczorem? Siódmej? Ósmej?
Była prawie dziewiąta.
Złota godzina dobiegała końca, a słońce powoli przestawało rzucać długie, pomarańczowe cienie na miasto, szykując się do zajścia za horyzont. Wciąż było ciepło, wciąż było względnie jasno. Wciąż było przyjemnie. Leniwy wieczór wypełniony przechodniami, tętnem życia i całym tym wielkomiasteczkowym urokiem, którego Gardner nigdy nie potrafił pojąć, ale który znał najlepiej i tylko jego potrafił się trzymać. Czasem marzył o ucieczce. Czasem myślał o spakowaniu się i wyjechaniu w Góry Skaliste, gdzie mógłby żyć, jak klasyczny outsider: z dala od przepychu, pośpiechu i reszty. Zbudowałby sobie chatkę z drewna, zaprzyjaźnił się z miejscowym ptactwem, żarłby jagody, a ekipa z National Geographic chciałaby nakręcić o nim program. Może nawet oswoiłby niedźwiedzia i nazwał go Wojtek.
Problem był tylko jeden. Jeden główny — bo chociaż samych problemów logistycznych było znacznie więcej, to były wciąż niczym w porównaniu do tego jednego, najważniejszego. Cukru. A w zasadzie jego braku.
Jako outsider musiałby albo zacząć hodować buraki cukrowe i ogarnąć leśną technologię do przerabiania ich w kryształki cukru albo zrzucić łatkę prawdziwego wyludnieńca i bawić się w import. Każda z opcji po drodze rodziła kolejne problemy, kolejne zawiłości i jeszcze więcej problemów, więc ostatecznie zawsze, zawsze porzucał swoje małe myśli o ucieczce i lojalnie wracał na ziemię.
Teraz też tak było. Po Parkdale kręcił się na motorze ze zwykłej nudy — bo przecież nie przyznałby się, że coś go gryzie — i nim się zorientował, już parkował pod Kitten and the Bear. Drogę tu znał na pamięć, podświadomość pewnie sama go tu przytargała, nim w ogóle się zorientował, że cztery przecznice wcześniej zawrócił, że na światłach skręcił w tę właśnie stronę, że sunął ulicą w tym, a nie innym, kierunku. Przekręcił manetkę, zgasił silnik i trzymał maszynę między nogami, balansując to na jedną to na drugą stronę, gapiąc się na wejście do lokalu i rozważając.
Zajęło mu to trzy sekundy.
Światło wewnątrz jeszcze się paliło. Plakietka jeszcze nie była wywrócona — a może zwyczajnie ją zignorował. Może zignorował po drodze inne znaki, które mówiły o tym, że cukiernia była już zamknięta. Może wkręcił sobie, że dla niego, klienta nr. 1 będzie otwarte. Cokolwiek to nie było, to i tak ściągnął z łba kask, i tak kopnął nóżkę, by motocykl utrzymał się w miejscu, i i tak zaczął z niego schodzić. Potrzebował kawy, potrzebował cukru. Potrzebował spokoju. Potrzebował Kitten and the Bear.
I ewentualnie mokrych chusteczek, którymi mógłby wytrzeć sobie zaschniętą krew z rozciętej brwi i poranionych kłykci. I braku pytań. I więcej cukru.
Szarlotki na przykład. Podwójnego espresso z syropem różanym i spienionym mlekiem. Jagodzianki. Muffinki z kawałkami czekolady. Kokosanek.
Czegokolwiek.
Wszystkiego.
Jak zbity pies, który szukał powodu, żeby zamerdać ogonem.

Jamie Park
vasco da gama
31 y/o
SPRING TIME
157 cm
kręcę lody i piekę w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
Któżby pomyślał, że ten jeden wyjazd będzie tyle znaczył... Tak wiele zmieni...
Złamie serce, ale uleczy duszę.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjiTrzecia osoba
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

- Już zamknięte... - przepraszający ton, jaki doleciał do uszu Francisa, wydobył się spod czarnych włosów zasłaniających teraz pochyloną nad stertą papierów twarz.
Było w nim coś bezradnego. Taki rozdzierający wydźwięk frustracji, ale jednocześnie chęci, żeby jednak tego gościa przyjąć. Dziewczyna siedziała ze zwieszoną głową, przykurczonymi ramionami, oparta łokciami na jednym ze stolików. A przed nią piętrzyła się niewielka sterta papierów, które mogły być albo raportami policyjnymi, albo księgowością. Tak czy siak, obie te wersje były upierdliwe.
Podniosła zmęczone spojrzenie na ostatniego klienta, orientując się, że zapomniała zamknąć cukiernię. Ekspres już buczał, kończąc cykl czyszczenia, światła w dalszej części lokalu były przygaszone. Od dawna miała zwyczaj, żeby księgowość robić tutaj na dole. Dzięki temu nie "wynosiła pracy do domu", o co było bardzo łatwo, bo przecież znajdował się raptem kilka metrów nad nimi.
Ciemne brewki zmarszczyły się, kiedy węgielki jej oczu skupiły się na twarzy mężczyzny.
- Mike? - mruknęła na tyle cicho, żeby tego nie usłyszał, a jej serce zatłukło się mocniej w piersi, odzywając się tęsknotą i raną, która niby już się zagoiła.
Niby, bo doświadczenie wakacyjnego romansu z Hugo i to, że jednak nie doszło do kolejnego spotkania po powrocie, na nowo rozdrapało tę ranę. I nie chodziło tutaj o samego Mike'a.
Potrząsnęła głową, chcąc w ten sposób zmusić wzrok do wyostrzenia się. Dzięki temu dostrzegła szczegóły, które się różniły. Nieco inny odcień włosów, inne spojrzenie, inny uśmiech. Stał przed nią ktoś zupełnie inny. Do tego był cały we krwi.
- Chryste... - Jamie poderwała się ze swojego miejsca i podbiegła do mężczyzny. - Potrzebujesz karetki?
Zapytała, biorąc go za rękę, jakby chciała ją sobie przerzucić przez wątłe ramiona i podtrzymać go. Mimo że Francis wcale nie wyglądał na człowieka potrzebującego takiej pomocy. Dotarło to do niej dopiero po chwili, kiedy instynkt działania osłabł, uspokojony jego uśmiechem i tym, że wcale nie był miękki w nogach.
- No dobrze, siadaj... -dalej asekurując go, przeprowadziła go do najbliższego stolika i posadziła na jednym z krzeseł. - Zaraz przyniosę apteczkę.
Cofnęła się do drzwi, tym razem już definitywnie zamykając kawiarnię odwróceniem kartonika i przekręceniem zamka w drzwiach. Rzuciła jeszcze okiem na motocykl, jakby spodziewała się, że to on jest przyczyną wyglądu jej gościa. Zniknęła na chwilę na zapleczu, po czym wyniosła naprawdę imponującą apteczkę. Pewnie wypadła z jakiejś karetki, a Jamie zaopiekowała się nią, na wypadek gdyby jej potem szukali ratownicy. Chwilę potem na stole wylądowała miska z ciepłą wodą i dwoma ręcznikami, z których jeden posłużył do wycierania śladów krwi z jego twarzy.
- Nastraszyłeś mnie! - powiedziała z niekrytym wyrzutem, ale czule i opiekuńczo dalej zajmowała się ranami.

https://i.pinimg.com/736x/3b/09/0e/3b09 ... jpg]outfit

Francis Gardner
Żejmi
znęcania się i bezsensownej przemocy
35 y/o
For good luck!
194 cm
homicide detective in TPS & criminology adjunct at UofT
Awatar użytkownika
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidaj/ciastko
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Już zamknięte powinno było na niego zadziałać. Na pewno bardziej niż wszystkie inne znaki, które zignorował po drodze, a które wprost mówiły, że lokal jest nieczynny. Uniósł łeb, wiodąc spojrzeniem po wnętrzu, po przyciemnionej przestrzeni w tyle, po ladzie, za którą gdzieś — tak mu się wydawało — warczał ekspres. Po zmęczonych oczach czarnowłosej dziewczyny, którą często widywał, a której imienia nie znał albo nie potrafił odnaleźć w bezkresach niepamięci. Wyłapał ruch na jej twarzy, te drobne zmiany w mimice i otworzenie ust, kiedy na niego spojrzała i coś powiedziała. Nie słyszał co, nie było na to sposobności i udał, że wcale nie zrozumiał. Nie każdy musiał wiedzieć, że potrafił czytać z ruchu warg, nie każde słowa musiały być też zaadresowane. Tym bardziej te, które wypowiedziano albo bezwiednie albo z pełną intencją niesłyszalności.
Przepraszam, myślałem, że...otwarte. Nie dokończył, bo wcale tak nie myślał. W ogóle o tym nie myślał, wierząc, że tak właśnie było, bo przecież świeciło się światło i drzwi były otwarte. A jednak nie. Odbicie się od ściany mogło przybrać też formę zupełnie niematerialną, ciało kontra słowa. Zatrzymał się zatem w pół kroku, z palcami wciąż na skrzydle drzwi, które już miał puszczać, by wejść głębiej i zająć się kupnem słodkości. W zasadzie już miał się odwrócić, przeprosić raz jeszcze i zniknąć — bo przecież nie był tytanem tupetu i nie zamierzał wypraszać obsłużenia — kiedy drobne ciało poderwało się ze stolika i mignęło w jego kierunku. Nie zdążył zareagować. Może trochę z zaskoczenia, może dlatego, że nie rozumiał, a część jego chciała zrozumieć. Kompletnie nie zarejestrował faktu, że był cały we krwi, prędzej podejrzewał parę przecięć i tyle. Gdyby wiedział, że wyglądał jakby przygotowywał się na halloweenową imprezę, to nie fatygowałby się ze ściąganiem kasku, który wciąż tkwił pod jego pachą. Tą drugą, nie tą, którą dziewczyna próbowała przerzucić sobie przez ramię, co samo w sobie było karykaturalne z ich różnicą wzrostu i postury. Mimo wszystko, nie opierał się, kiedy dyktowała w którą stronę iść i sadzała go na jednym z krzeseł. Legł tam, jak posłuszny piesek, zaskoczony swoim własnym posłuszeństwem.
Patrzył za nią, jak odchodziła, z wolna odstawiając kask na blat obok niego. Dopiero teraz, kiedy zniknęła na zapleczu, spojrzał na swoje dłonie. Wyciągnął je przed siebie i rozprostował palce, a potem zacisnął pięści i znowu rozczapierzył i tak kilka razy, jak masochista wywołując szczypanie za każdym razem, gdy poraniona skóra się rozciągała pod naporem ruchu. Kłykcie były obite, naskórek solidnie zdarty i krwawiący, dookoła mocno zaczerwieniony; nowe krople juchy przykrywały utworzone już skrzepy. Łapska odłożył na swoje uda w chwili, w której Jamie wróciła na dobre, z ciepłą wodą i ręcznikami. Dalej siedział grzeczny i nawet nie ruszył się o milimetr, nie walcząc z jej instynktem opiekuńczym i wystawiając się na wszystkie działania rodem z sitcomu o pielęgniarzach i pierwszej pomocy.
Wybacz — mruknął i nawet brzmiał szczerze, jakby naprawdę nie przewidział, że zakrwawiona twarz może wywołać taki efekt. Nie dla każdego była to przecież codzienność. Nie dla każdego był to też widok, który chcieli oglądać. Wielce spokorniały, nie odrywał od niej wzroku, śledząc każdy jej ruch, ale przede wszystkim jej ciemne oczy, w które wgapiał się jak ciele w malowane wrota. W życiu pełnym brutalności Jamie była jak iskierka nadziei — zbyt dobra, by faktycznie istnieć. Może dlatego wcale się nie ruszał, siedząc jak ten marmurowy gargulec, w czarnym odzieniu, kontrastując z jej pastelową sukienką i delikatnym dotykiem .
Darował sobie pieprzenie o tym, że nie wiedział dokąd pójść albo co robić. Choć byłoby to niewątpliwie prawdą, takie frazesy nigdy nie były jego dobrą stroną. Ani przyznawanie się do nich przed kimś ani przed samym sobą. Przede wszystkim przed samym sobą.
Po prostu stęskniłem się za Twoją kawą. — Nawet to było nie w jego stylu. Ale już tego nie cofnął, nie sprostował, nie dodał nic więcej. Nie zastanawiał się jakim cudem wciąż nie znał jej imienia i nad tym, że to była prawdopodobnie pierwsza prawdziwa rozmowa między nimi w ciągu ostatnich kilku miesięcy, kiedy bywał tu przynajmniej dwa razy w tygodniu. Po prostu przyjął do świadomości, że znajomości mogą zawiązywać się też bez rozmów — gdzieś w innym wymiarze porozumienia między rzucanymi spojrzeniami, zamówieniami i życzliwymi, profesjonalnymi uśmiechami.

Jamie Park
vasco da gama
31 y/o
SPRING TIME
157 cm
kręcę lody i piekę w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
Któżby pomyślał, że ten jeden wyjazd będzie tyle znaczył... Tak wiele zmieni...
Złamie serce, ale uleczy duszę.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjiTrzecia osoba
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

Jamie przypominała przez moment szczeniaka, który totalnie nie był świadomy tego, jak bardzo jest mały i jak niewiele miał siły. Trzeba było mieć nie lada odwagę, żeby próbować podtrzymywać tak wielkiego faceta. Ale jak widać - Jamie była dzielna. A przynajmniej działała szybciej, niż była w stanie pomyśleć.
Przysunęła sobie krzesło, siadając naprzeciwko swojego pacjenta, i zaczęła mokrym ręcznikiem obmywać jego twarz w poszukiwaniu poważnych uszkodzeń. Była przy tym tak skoncentrowana, że jej twarz znalazła się naprawdę blisko jego. Zezowała przy tym śmiesznie, totalnie nieświadoma tego, że jej się przygląda. Dopiero po chwili jej spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem Francisa. W odruchu uśmiechnęła się szeroko, tuszując swoje zażenowanie, i cofnęła lekko głowę, skupiając uwagę na wypłukiwaniu krwi z ręcznika.
- Nie żebym się Ciebie bała, ale wparują tutaj zaraz gliniarze? Mogliby mi nie dać immunitetu za dobrą kawę. - zażartowała, starając się to podkreślić nieco nerwowym śmiechem.
Sięgnęła po jego ręce i skrzywiła się lekko, widząc świeże rozerwania tuż pod zaschniętymi strupami. No ładnie. Dopiero teraz zauważyła, jak były duże w porównaniu do niej. Jak on cały był duży...
- Nie policja? Konkurencyjny gang motocyklowy? Lubię Harleye, ale już jeden pożar tutaj przeżyłam i wolałabym go nie powtarzać... - dodała, czując, że serce jej nieco przyspiesza, kiedy tak lustrował ją swoim spojrzeniem. Wcale nie w przyjemny sposób.
Dlatego, marszcząc brwi, skupiła się na dalszym obmywaniu jego twarzy. Przy łuku brwiowym zatrzymała się na dłużej, by znów się nachylić i przyjrzeć mu mocniej.
- Niby się zasklepiło... Ale łuk brwiowy zazwyczaj się szyje. - zauważyła, robiąc potem z ust dzióbek, który uciekł jej na prawo, gdy w zamyśleniu zaczęła przygryzać wnętrze policzka. - Mam jakieś takie plasterki, a'la szwy...
Cofnęła się, oceniając wynik wymuszonych na nim ablucji, i odsunęła się ze zgrzytem krzesła na imitujących drewno kafelkach, żeby zajrzeć do swojej wielkiej apteczki i wygrzebać z niej rzeczone opatrunki i coś do odkażania.
Po prostu stęskniłem się za Twoją kawą.
Spojrzała na niego zaskoczona. Nie kojarzyła go. W półmroku był rzeczywiście podobny do jej byłego, ale był znacznie wyższy. A mówił tak, jakby był stałym bywalcem. Więc zaczęło się... Do tej pory szczyciła się tym, że rozpoznawała większość, jeśli nie wszystkich stałych bywalców cukierni. Większość z nich znała z imienia i nawet pamiętała różne szczegóły z ich życia. Pamiętała, że syn jej imienniczki złamał rękę na początku lata, więc zawsze pytała, jak tam ręka. Pamiętała, że Bob, przemiły staruszek, zawsze zamawiał dwa ciastka dla siebie i swojej żony. Ale odkąd Cristy zmarła, ze smutkiem zamawiał jedno... Więc dawała mu dwa i zawsze chociaż na chwilę siadała z nim przy "ich stoliku".
Francisa też powinna była pamiętać, ale przez to, że zaczęła oddawać część obowiązków Clementine i coraz częściej brała sobie wolny dzień albo chociaż popołudnie, musieli się mijać. Chyba że wpadła już w taką rutynę? Niee... Nie Jamie...
- Czaruś... - mruknęła, nachylając się nad nim, chociaż wcale wielkiego wysiłku nie musiała robić. - Głowa do góry! Zamknij oczy.
Poprosiła, a kiedy ją zadarł, psiknęła na rankę i szybko nadmiar starła gazą, żeby nie naleciało mu do oczu. Odczekała chwilę i nakleiła dwa plasterki mające zabezpieczyć to rozcięcie.
- Na moje, powinieneś z tym pójść do lekarza... A teraz pokaż ręce. - i znów przysiadła, podsuwając się bliżej, żeby zadbać o kolejne rany.
Poniosła jeszcze spojrzenie na jego twarz.
- Nie martw się, jeszcze dziewczyny będą się oglądały. Takie blizny na brwi dodają uroku.

Wielki Zły Wilk
Żejmi
znęcania się i bezsensownej przemocy
35 y/o
For good luck!
194 cm
homicide detective in TPS & criminology adjunct at UofT
Awatar użytkownika
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidaj/ciastko
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nawet nie drgnął. Nie pisnął, nie syknął, nie skrzywił się. Nie odsunął. Chociaż piekło, gdy mokry ręcznik dotknął świeżej, powoli zaklepiającej się rany, zachował kamienną twarz i nie dał po sobie poznać, że jakikolwiek impuls bólu powędrował nerwem do mózgu. Może był już przyzwyczajony. Może świetny w chowaniu emocji.
Oba.
Dopiero jej nerwowy śmiech wywołał zmianę w mimice. Kącik ust Gardnera drgnął nieznacznie w czymś, co miało być uśmiechem i zapewne by było, gdyby nie sięgnęła po jego ręce i nie skrzywiła się, zmieniając rozbawienie z jej reakcji na szczere zainteresowanie skąd ten grymas. Faktycznie wyglądała jak szczeniak, który nie zdaje sobie sprawy ze swoich gabarytów i dopiero uświadamia sobie o gabarytach psa obok; jak maltańczyk przy rottweilerze. Nie był tylko pewny, czy istnieją maltańczyki o ciemnym umaszczeniu.
Nie — przytaknął zaraz po niej, kiedy odrzuciła opcję nagłego wtargnięcia policji. Gdyby tylko wiedziała, że jeden z nich właśnie siedział na jej krześle i potulnie dawał sobie obmywać rany... Nie zamierzał jej jednak wyprowadzać z nieświadomości. Nie chciał psuć tego pastelowego azylu, do którego wparował swoją ignorancyjną potrzebą kofeiny i cukru swoim zawodem ani faktem, że krew na nim w dużej mierze nie należała do niego, a do kogoś, kto kilkadziesiąt minut wcześniej wyjątkowo zasłużył na boleśnie bliskie spotkanie z ceglanym murem w ciemnym zaułku. Gardner dalej wierzył, że zrobił to, co musiał. A teraz płacił za to piekącym bólem i wątpliwościami czy nie potraktował typa zbyt łagodnie. Sam też zerknął na swoje łapska w jej dłoniach i niemal zaśmiał się na to, jak kuriozalnie wielkie wydawały się w jej własnych. — Gang motocyklowy też nie.
W zasadzie żaden gang, ale uznał, że to oczywiste i nie trzeba tego dodawać. Zapomniał, że nie każdy czytał w myślach i nie każdy rozumiał od razu każdą sytuację na podstawie szczątkowych danych. Nie każdy był analityczną maszyną na sterydach.
A może po prostu zachęcał ją do dalszej zabawy w zgadywankę.
Wzmianka o szyciu przeszła bez echa, bo i tak zamierzał zostawić to w ręce natury i pozwolić ranie zagoić się naturalnie, więc oferta plasterków była wręcz wersją premium w tym, co Jamie i tak mu oferowała. W ciszy obserwował ją dalej, choć już nie tak intensywnie, bez tej przenikliwości płynącej ze sceptyzmu — teraz już był po prostu ciekawski. Jaką minę zrobi? Czy znowu ułoży usta w śmieszny dzióbek? Była tak ekspresyjna, jak postać z bajki. A potem się odsunęła i Gardner odpowiedział ruchem ze swojej strony, prostując się bardziej na krześle, orientując się, że gdzieś w tym wszystkim — jej nachylaniu się i obmywaniu krwi z jego mordy — sam pochylił się do niej, jakby podświadomie chciał ułatwić jej robotę. Robotę, którą niejako na niej wymusił. Nie był z tego powodu dumny, ale też daleki od narzekania.
I kiedy ich spojrzenia znowu się skrzyżowały — wtedy to do niego dotarło.
Prawdopodobnie wciąż nie miała pojęcia, kim był.
I trudno było mieć do niej o to pretensje. Chociaż wpadał tu średnio dwa razy w tygodniu, to nie było to wystarczająco często, by mogła go zapamiętać, zwłaszcza odkąd za ladą pojawiała się też druga dziewczyna. Pomijał już przy tym kwestie formalne poznawania, bo wcale tego nie ułatwiał. Jak miała go zapamiętać, jeśli nigdy nie wchodził w żadne small talki, po prostu zamawiał co chciał, a ewentualnie pytany o imię podawał pierwsze lepsze, jakie przyszło mu do głowy w danym momencie. Bruce (Wayne). Ludwik (Anderson). Optimus (Prime). Fester (Addams). Heinz (Dundersztyc). Chip, a następnym razem Dale. Panoramiks. To była taka jego mała, głupia gra — ucieczka od prawdziwej tożsamości w miejscu, które pachniało cukrem i świeżo zmielonymi ziarnami kawy. Bezpieczeństwem. Czymś, co było bardzo dalekie od jego codzienności, nawet jak przemycał do niej słodkości z uporem maniaka. Miejsca zbrodni stawały się tylko odrobinę mniej upiorne, gdy w łapie trzymał gorącą cynamonkę.
Czaruś.
A może kłamałem i nie powinnaś mi ufać z tą kawą — rzucił, posłusznie zadzierając podbródek do góry. Przymknął przy tym powieki, prawie jakby miał się tu zaraz zrelaksować i zamienić w lwa salonowego. — Mogę być w końcu oszustem. Albo złodziejem.
Nie chciał jej wystraszyć, ale skoro nawet go nie kojarzyła, to ten wewnętrzny funkcjonariusz kazał dać jej pstryczka w nos za wpuszczanie do lokalu byle kogo, zwłaszcza gdy prezentował się jak chodzące kłopoty, cały we krwi. Podał jej też ręce, skoro o nie poprosiła, i dopiero wtedy otworzył oczy, zerkając znowu na nią. Krzywy uśmiech wykwitł na jego twarzy, gdy tylko rzuciła uwagą o tym, że powinien iść do lekarza i że dziewczyny będą się za nim jeszcze oglądać, bo blizny dodają uroku. Tak. Dokładnie tego w życiu potrzebował.
Mówisz? To te całe lecenie na bad boyów? Łobuzy kochają najbardziej i inne takie? — to miał być żart. Wiedział co prawda, że było za dużo jednostek o takich upodobaniach, ale wiedział też, jak zazwyczaj takie relacje się kończyły. Gdzie się kończyły. Oddany opiekuńczej niewoli Jamie, poruszył brwiami, testując klej plastrów. — To co z tymi harleyowcami? Straszą podpaleniem?
little red riding hood
vasco da gama
31 y/o
SPRING TIME
157 cm
kręcę lody i piekę w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
Któżby pomyślał, że ten jeden wyjazd będzie tyle znaczył... Tak wiele zmieni...
Złamie serce, ale uleczy duszę.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjiTrzecia osoba
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

Spojrzała na niego z powątpiewaniem, najpierw w jego oczy, potem na rozbity łuk brwiowy, wreszcie na dłonie.
- Brawo za zaangażowanie... Dużo poświęcenia, żeby okraść cukiernię. - uniosła brwi, uśmiechając się w lekkim rozbawieniu.
Ale jednak prztyczek trafił w punkt jej obaw. Rzeczywiście wpuściła go tutaj, jakby był dobrym znajomym, od razu się nim zaopiekowała, a od niego aż krzyczało, że może przynieść ze sobą kłopoty. Jej minka lekko zrzedła, brwi się zmarszczyły, kiedy wróciła spojrzeniem do jego oczu, zadając nieme pytanie... Czy zrobisz mi krzywdę?
- Niewiele byś ukradł... Trochę balansuję na granicy opłacalności. - skrzywiła wargi, czując niesmak tego, co powiedziała.
Nie mówiła tego do tej pory nikomu, ale były powody, dla których sama robiła swoją księgowość. Po prostu nie było jej stać na to, by kogoś zatrudnić.
Lekko drżącymi dłońmi zabrała się za bandażowanie jego rąk. Najpierw odkażenie, potem gazik, wreszcie bandaż. Trochę nieporadnie, bo pomimo sprzętu małe zacięcia i oparzenia były jedynymi strasznymi rzeczami, które się tutaj działy. Nie miała wprawy ratownika pola walki ani medycznego.
Natomiast jej opatrunki miały na koniec całkiem ładną kokardkę z bandażu, na szczycie jego dłoni.
- To... - zaczęła trochę nieporadnie, kiedy pierwsza fala przymusu pomocy opadła i zaczęło do niej docierać, w jak absurdalną sytuację się wplątała.
Oto jest sama w swojej kawiarni z facetem, bądź co bądź przystojnym, który pokiereszowany przyjechał tutaj na motocyklu, bo... stęsknił się za jej kawą. Mimo że go nie kojarzyła... Bo pozwoliła sobie na za dużo luzu i przestała wystarczająco dbać o cukiernię! Mógł być rzeczywiście łobuzem. Mógł teraz chcieć zrobić jej krzywdę albo rzeczywiście okraść, a... drzwi były zamknięte, bo sama je zamknęła.
Cofnęła się do lady i spojrzała nerwowo w kierunku drzwi, nasłuchując, czy aby nie zbliża się policja. Ale była cisza.
- Jesteś łobuzem? - zapytała, próbując ukryć swoje zdenerwowanie za ładnym, ale wymuszonym teraz uśmiechem. - Raczej w to nie wierzę... W sensie, że łobuz kocha najbardziej, ale dużo dziewczyn marzy o bad boyu, który będzie dobry tylko dla nich. Za to faceci o dobrych dziewczynkach, które będą niegrzeczne tylko dla nich...
Za dużo gadasz, jest już opatrzony, może sobie przecież iść...
Ale następne jego pytanie ją rozbroiło, zachichotała, na moment odzyskując swój zwykły rezon i lekkość, z jaką pływała pomiędzy stolikami, ekspresem, lodówkami i wypiekami.
- Niee... Kilka lat temu to miejsce spłonęło. Wada instalacji. Ale udało się uratować ten ekspres. - wskazała ręką na zabytek, który stał na półce, wysoko ponad tym, który rzeczywiście na siebie zarabiał.
Spojrzała na sprzęt z dziwną czułością, po czym przeniosła spojrzenie węgielków na napis na ścianie.
- Dlatego strażacy, policjanci i ratownicy mają tutaj kawę za darmo. Skoro ryzykują życiem, to niech mają miejsce, gdzie są mile widziani. Szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy jest taka nagonka na policję...
Tak... Wiedz dobrze, że podnosząc rękę na to miejsce i mnie, pewnie napytasz sobie wrogów w policji. Ech... Gdyby to było takie proste!
- To... - kolejne nieporadne otwarcie. - Chcesz mi powiedzieć, jak to się stało?

Bądź grzecznym wilkiem! Plis...
Żejmi
znęcania się i bezsensownej przemocy
ODPOWIEDZ

Wróć do „Kitten and the Bear”