They just continue in a life that was never supposed to happen.
Mieli już zawsze być szczęśliwi.
A ona miała być na zawsze jego.
Jeden list... Tyle od niej dostał. Nie odpowiadała na te jego, a wysłał ich dziesiątki, może setki?
Nie odwiedziła go ani razu.
Praktycznie nikt go nie odwiedzał. Został sam, w czterech ścianach celi, z jakimś zwyrolem jako jedynym kompanem do rozmów. Facetem, który siedział za morderstwo ze szczególnym okrucieństwem, którego dopuścił się na własnej żonie. A z nim Madox. Niewinny.
Ale w pewnym momencie sam zaczął wierzyć, że jednak to wszystko to była jego wina.
To sześć lat było kurewsko ciężką szkołą życia. Nie miało porównania do szkoły aktorskiej, którą sobie wybrał. Ani do akademii policyjnej, do której mieli iść razem. W pace ludzie się zmieniają i to samo tyczyło się Madoxa.
Najpierw umarła nadzieja, a ponoć ona zostaje z człowiekiem do końca, ale kiedy siedzisz w czterech ścianach. Kiedy ośmiu typa grozi ci śmiercią i nie śpisz trzecią noc z rzędu, bo zastanawiasz się czy twój współwięzień nie sprzedał cię za paczkę szlug i nie zapierdoli cię w nocy łyżeczką, to przestajesz liczyć na cokolwiek...
Potem umarła jego chęć pomagania innym, kiedy wstawił się za kogoś i skopali go tak, że kilka następnych nocy spędził w więziennym szpitalu. I tak nie spał, bo nie pozwalał mu na to ból, który dotknął chyba każdej żywej tkanki w jego organizmie. Myślał, że umarł... Że teraz już tylko piekło czeka przed nim otworem.
Niewiele się pomylił.
Ostatnie umarło jego dobre serce, gdzieś pomiędzy wyborem stłuc kogoś na kwaśne jabłko, czy samemu znowu lądować w izbie chorych. Wybrał pierwszą opcję.
Najpierw nauczył się nie wychylać, nie rzucać w oczy, nie reagować bez potrzeby. Wszelkie skrupuły wyparowały z niego szybciej niż się spodziewał. Potem zaczął zauważać pewne układy. Z czasem przyszło okrucieństwo. Przyszła walka o swoje. Bo on też nie zamierzał się w tym poddać.
Może złamał się w momencie, w którym wysłał do niej ostatni list?
Może już wcześniej.
Dni zlewały się w jedno, lata trwały wieczność...
A on spędził ich tam sześć.
Sześć wieczności.
Póki nie znaleźli dowodów, które wskazywały na to, że został wrobiony. Póki jakiś nadęty prawnik, jeden z najlepszych w Kolumbii nie zajął się jego sprawą. Zakładał, że to Lopez, odwiedził go wtedy... Odwiedzał go jeszcze kilka razy, opowiadając Madoxowi o jego siostrze. Esme nie przyszła do niego nigdy. Ukrywała się, bo Carlos Noriega, który przeżył postrzał, wydał na nią wyrok. Wydał go na całą trójkę. Zdradziecką żonę, jej kochanka kapusia i syna obłudnika.
Marie siedziała na ogródku, przy jednym z tych ładnych okrągłych stolików, gdzie wysoko postawione paniusie z Medellin, tak jak zresztą ona, pijały swoją odtłuszczoną kawę. Spojrzała na swój złoty zegarek na nadgarstku, a długimi paznokciami postukała w blat stolika.
Pilar się spóźniała...
A może to Marie przyszła za wcześnie? Zdążyła już upić swojej fikuśnej kawy i przeglądała coś w telefonie, kiedy najpierw do jej stolika podbiegła uśmiechnięta od ucha do ucha dziewczynka.
- Ciocia! - krzyknęła mała, a Marie uścisnęła dziewczynkę, mocno ją do siebie przytulając, pogłaskała jej gęste, ciemne włoski, a zaraz wstała, żeby przywitać się też ze swoją przyjaciółką.
- Boże Pilar, dobrze, że jesteś, to naprawdę ważne - i kiedy one usiadły do stolika, to dziewczynka już pytała czy może iść do ogródka pobawić się z innymi dziećmi.
Z boku kawiarni znajdował się plac zabaw, bo przecież kiedy eleganckie matki piły tu swoje kawki i oddawały się plotkom, to dzieci musiały się gdzieś bawić.
- Idź, tylko tak, żebyśmy miały cię na oku - Marie odpowiedziała za przyjaciółkę, ale przecież to była jej wyuczona formułka, Pilar zawsze chciała mieć swoje dziecko na oku. Mała roześmiała się wesoło i pobiegła do zjeżdżalni, gdzie dzieciaki ustawiały się w kolejce.
Kiedy podeszła do nich kelnerka Marie zamówiła kawę dla swojej przyjaciółki, tą co zawsze, a dla siebie ciastko. Nie jadała ciastek, bo dbała o linię, ale dzisiaj postanowiła sobie na nie pozwolić.
- Pilar... - zaczęła, a zaraz sięgnęła do dłoni swojej rozmówczyni, żeby zwrócić na siebie jej uwagę - Ticiano powiedział mi, że dzisiaj z więzienia wychodzi Madox - wydusiła to w końcu z ciężkim westchnieniem na pełnych ustach - jest przerażony, kazał mi się spakować i chce stąd wyjechać. Jest pewny, że on... że będzie się mścił - Marie też się bała, jej duże, zielone oczy zabłyszczały niebezpiecznie - ja w to nie wierzę, ale Pilar… Muszę ci coś pokazać - zaczęła grzebać w torebce, w tym czasie kelnerka przyniosła im zamówienie. A mała dziewczynka zjechała ze zjeżdżalni machając wesoło do swojej mamy.
Marie w końcu wyciągnęła z torebki pogniecioną kopertę.
- Pilar! To ważne - znowu zwróciła na siebie uwagę przyjaciółki. Trzęsącą się dłonią położyła na stole kopertę zaadresowaną na Pilar Stewart i przesunęła ją po blacie w jej kierunku - to ostatni list, który z więzienia wysłał Madox. Tio udało się go przechwycić... Wiesz, on też robi te swoje dziwne interesy - przewróciła oczami. A kiedy Pilar sięgnęła po wygniecioną kopertę mogła poczuć, że była wyjątkowa cienka. W środku nie było nic, żadnego listy, żadnej kartki i tylko na wewnętrznej stronie koperty, w samym środku wypisane jedno zdanie.
Marie jęknęła, a zaraz pochyliła się nad stolikiem.
- Pilar nic więcej tam nie było, żadnego listu, tylko to... Ticiano go otworzył, bo myślał, że to coś ważnego, ale to tylko to, nic więcej - powiedziała cicho, a jej trzęsące się palce sięgnęły do dłoni przyjaciółki - wysłał go zaraz po twoim ślubie, może to zbieg okoliczności, ale... - Marie spojrzała na przyjaciółkę zmartwiona, a zaraz mocniej ją ścisnęła - Pilar, myślimy z Ticiano, że też powinnaś na siebie uważać, nie wiadomo co mu przyjdzie do głowy... - duże, zielone oczy utkwiła w twarzy przyjaciółki.
Zadanie było proste...
Chciał ją tylko nastraszyć. Pokazać jej, że będzie cierpieć za to co mu zrobiła. Miała na niego kurwa czekać, całą wieczność, jeśli zajdzie taka potrzeba, a ona wyszła za mąż. A ona urodziła temu facetowi dziecko.
Złamała mu serce.
Jakie kurwa serce?
Już go nie miał.
Stanął po drugiej stronie niskiego płotku, który otaczał placu zabaw dla dzieci, przy kawiarni. Najpierw złapał jej spojrzenie, identyczne jak jej matki. Potem pomachał do niej, uśmiechając się wesoło. A kiedy zwróciła na niego uwagę, wyciągnął w jej kierunku czekoladowy batonik z ciekawostkami i naklejkami ze zwierzątkami.
- Cześć, mam dla ciebie czekoladkę - zagadał ją, a gdy dziewczynka zbliżyła się do ogrodzenia, on znowu się do niej uśmiechnął.
- Nie znam cię, a mama nie pozwala mi rozmawiać z obcymi - rzuciła rezolutnie, mierząc go spojrzeniem. Madox kucnął przy płocie zrównując z nią wzrok. Uśmiechnął się pod nosem. Bystra była, jak jej matka. Oparł dłoń na zaostrzonym szczebelku.
- Jestem kolegą z pracy twojej mamy, Pilar - z jego twarzy nie schodził ten sympatyczny, sztuczny uśmieszek.
Dziewczynka się zawahała, ale skoro znał imię jej mamy...
Podeszła bliżej.
- Jesteś policjantem? Nie wyglądasz - powiedziała hardo. A Noriega znowu się uśmiechnął, cała Pilar.
- Nie? A dlaczego? - zapytał i znowu wyciągnął w jej kierunku batonik - zjadłem już trzy, ale rozbolał mnie brzuszek, ten może być twój - zrobił smutną minę.
Ciemne, duże ślepka zmrużyły się patrząc na niego podejrzliwie, ale w końcu zacisnęła małe paluszki na czekoladce.
- Oni nie są tacy pomazani - powiedziała odnośnie policjantów, patrząc na jego tatuaże. Rzeczywiście Madox przez te lata w pudle zrobił sobie sporo nowych dziar. Czarne włosy zgolił na łyso, zapuścił brodę. Wyglądał inaczej.
- Niektórzy są... Wiesz co? Jak mi nie wierzysz, to chodź, pokażę ci samochód, którym przyjechałem i wtedy wszystko będzie jasne - wyciągnął do niej rękę, na której wierzchu miał wytatuowane skrzydła.
- Radiowóz? - zapytała mała, a on skinął głową. Jej drobne paluszki przesunęły się po jego ręce, po tych wydziaranach anielskich skrzydłach - skrzydełka... Są ładne - powiedziała. A kiedy go dotknęła, to skóra zadrżała pod jej dotykiem.
Co on odpierdalał?
Miał ją złapać i wywieźć, nastraszyć Pilar. Pokazać jej, że teraz będzie cierpiała, tak jak on. Ale kiedy ta mała patrzyła w niego wielkimi, błyszczącymi oczami, identycznymi jak te jej matki.
Kurwa.
Wstał i poprawił kurtkę, spojrzał na nią z góry.
- Muszę iść, pozdrów mamę - jego wytatuowane palce musnęły jej główkę, a zaraz odwrócił się na pięcie i odszedł.
A Pilar, która siedziała z Marie przy stoliku, mogła zobaczyć tylko jego plecy, tatuaże na szyi, które wystawały spod skórzanej kurtki.
- Mami, mami! Zobacz co dostałam, od twojego kolegi, miał takie skrzydła na ręce, to chyba anioł! - zawołała dziewczynka biegnąc do swojej mamy, w rączkach ściskała batonik z ciekawostkami i naklejkami ze zwierzątkami - otwórz mi! - poprosiła, a kiedy Pilar rozerwała papierek, to zaraz wyciągała go jej z rąk - zobacz! Jaguar! - zaprezentowała z szerokim uśmiechem nową naklejkę, która wystawała z opakowania.
Se suponía que ibas a ser mía, maldita sea.