-
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ostatecznie odpuściła, chociaż jeszcze nie raz i nie dwa uderzyła się w usta, gdy w najmniej oczekiwanym momencie znowu przypominała sobie, że prawie się pocałowali. Wtedy próbowała mu udowodnić, jak bardzo na nią nie działał. Tymczasem działał i to okropnie!
W poniedziałek Zoya wyjechała do Huntsville. Ojciec poprosił ją o opiekę nad gospodarstwem na czas swojego pobytu u jednej z ciotek gdzieś w głębi Kanady. W tym czasie bracia byli w rozjazdach, więc natychmast się zgodziła i wzięła w pracy kilka dni wolnego. I tak potrzebowała odetchnąć od miejskiego zgiełku, od tych wszystkich telebimów z twarzą Luciena i od przeklętego algorytmu, który uparcie podsuwał jej na ig rolki przygotowywane przez jego fanki.
I przede wszystkim potrzebowała w spokoju oswoić się z wizją macierzyństwa, która coraz natarczywiej pojawiała się w jej głowie w randomowych momentach dnia.
We wtorkowe popołudnie Zoya zajęła się sprzątaniem stajni. Ubrała wysokie kalosze, mocno rozdarte jeansowe spodenki i top. Przez pierwszą godzinę wywoziła taczką starą słomę, a kiedy skończyła, zaczęła wykładać boksy świeżą. W międzyczasie donosiła koniom baniaki z wodą.
Była tak pochłonięta pracą, że nawet nie usłyszała, kiedy pod bramę zajechał jakiś samochód. Zresztą i tak spodziewała się co najwyżej chłopaka, który odkupował od nich jajka.
W końcu zaalarmowało ją gdakanie kur. Niespodziewanie rozbiegły się one po podwórzu, a dwie z nich wpadły do stajni. Zgraja niosek Weasleyów była wyjątkowo panicznie nastawiona do odwiedzin gości. Zoya jednak nie zdążyła nawet wychylić nosa zza wrót budynku, kiedy niespodziewanie w wejściu pojawił się mężczyzna.
Niestety rozpoznała go natychmiast i z równą prędkością ściągnęła niezadowolona brwi i ułożyła usta w podkówkę. Patrzyła, jak on patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy, co tylko jeszcze bardziej zaczęło ją irytować, bo naprawdę nie spodziewała się kolejnego spotkania. I, co przecież ważniejsze, już naprawdę tego kolejnego spotkania nie chciała.
Zanim zdążyła oswoić się z niespodziewaną obecnością Luciena, chwyciła garść siana i podchodząc bliżej, rzuciła nim prosto w mężczyznę.
— Co ty tutaj robisz? — zapytała podniesionym głosem i ponownie schyliła się po garść słomy, aby następnie po raz drugi wycelować nią w intruza. Niesamowite, że Lucien potrafił wyprowadzić Zoyę z równowagi, nie wypowiadając jeszcze ani jednego słowa. — Idź sobie!
Po chwili, jakby w przypływie jesze większej dawki zdenerwowania, sięgnęła po jajko z paletki stojącej obok; dokładnie tej, która czekała na klienta. Niestety, zanim zdążyła porządnie się zamachnąć, Luke chwycił ją za nadgarstek i tym samym przypadkiem wytrącił jajko z dłoni.
To wesoło upadło i rozbiło się dokładnie na czubku białego buta mężczyzny.
Lucien Spencer
-
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Niestety, ciemnowłosa oraz wydarzenia z szatni dopadały go w najmniej spodziewanych momentach, nie pozwalając mu w pełni sfokusować się na pracy. Chwilami łapał się na tym, że jego myśli odbiegały do chwil, w których Zoya znajdowała się blisko. I do jej słów, które ciążyły na nim bardziej, niż mógł sobie na to pozwolić. Media uwielbiają skandale. Zabrzmiało to jak groźba, a po dziewczynie mógł spodziewać się wszystkiego. I tego obawiał się najbardziej. Nagłego newsa w mediach, na który mógł się jedynie przygotowywać mentalnie.
Wierzył, że sobie z tym poradzi. Nie z takich tarapatów udawało mu się wyjść, poza tym znany był ze swojego opanowania i charyzmy, dzięki której nie raz uciszał bezsensowne plotki.
Z tym, że ciąża z Zoyą nie była plotką. Była jak najbardziej realnym zjawiskiem, co stawiało go w naprawdę złej sytuacji. I tym razem z całych sił starał się uciec w pracę. Ale było to znacznie trudniejsze, niż przewidywał.
Ułamki sekund dzieliły go od tego, by przejąć prowadzenie w stawce. Ponad dwieście na liczniku, zakręt zbliżający się w zawrotnym tempie. I jeden niewłaściwy ruch. Źle wymierzona odległość od auta konkurencji, a Lucien odbił kierownicą i stracił panowanie nad autem. Kolejne mrugnięcie okiem, a wypadł poza tor, brodząc w żwirze i ostatecznie z impetem zatrzymując się na barierkach.
— Kurwa — z całej siły uderzył w kierownicę. — Przepraszam was — rzucił do słuchawki, zanim w ogóle pomyślał, co się właśnie stało. Wiedział jedno — to była jego wina i przyjął to na siebie.
Wyszedł z auta trochę obolały. Nawet nie zdejmując kasku, rzucił okiem na auto, którego bok mocno ucierpiał. Żółta flaga powiewała na wietrze, a on musiał jak najszybciej zejść z toru. Przeszedł przez barierę, zupełnie ignorując reporterów, których wyminął z rosnącym gniewem, skrytym pod kaskiem, tuż zanim oddał się w ręce ratowników.
W jego głowie aż huczało od emocji. Kurwa, tak nie mogło być! Cała ta absurdalna sytuacja nie mogła mieć aż takiego wpływu na jego karierę i sprawiać, że nie myślał o niczym innym.
Dla niego wyścig był już przegrany, ale to wcale nie oznaczało, że jego praca została skończona. Musiał jeszcze tylko zagryźć zęby, porozmawiać z fotoreporterami i wytłumaczyć się przed swoimi pracodawcami. Jedyne, o czym marzył przez cały ten czas to powrót do domu.
Kiedy emocje po wyścigu opadły, w drodze powrotnej wyciągnął z portfela znajomą wizytówkę i jeszcze raz dokładnie ją obejrzał. Po chwili wahania wpisał w wyszukiwarkę widniejące na niej imię, by finalnie ją odnaleźć.
Do tej pory nie miał pewności, czy była to jej wizytówka, ale teraz wystarczyła chwila, by trafić na jej profil. Z ciekawością przescrollował jej tablicę, zatrzymując się chwilę dłużej na ostatnich postach i selfie. Następnie w zamyśleniu przygryzł wargę.
Dziwiło go, że nie wydała go jeszcze na pastwę mediów. I że w ogóle nie drążyła już tematu. Pamiętał złość i chłód bijący z jej oczu, zanim wyszła. Zachował się jak dupek. I musiał wyjaśnić tę sprawę, żeby oczyścić głowę z nachodzących go wyrzutów sumienia. Zachować się tak, jak należało, bo był to Zoi winien.
Niebieski Mercedes klasy G przemierzał wolno szutrową drogę w poszukiwaniu odpowiedniej farmy. Jedynie dzięki życzliwości pracownicy kliniki weterynaryjnej, a następnie jakiejś przypadkowej starszej kobiety zatrzymanej na ulicy, Lucienowi w końcu udało się znaleźć odpowiedni numer.
Musiał przyznać, że sielskość wsi i otaczające go zewsząd widoki były niezwykle kojące i zupełnie inne od życia w mieście i pędzie, do którego się przyzwyczaił. I pewnie zająłby myśli tym na dłużej, gdyby nie fakt, że nie przyjechał tu na odpoczynek.
Zaparkował pod domem i skierował swoje kroki na altanę, po czym zastukał do drzwi domu i nawoływał ciemnowłosą po imieniu, ale z niepokojem odkrył, że nikogo w nim nie było. Wyszedł więc przed dom i po rozejrzeniu się po okolicy, z nadzieją ostatecznie udał się do pobliskiej stajni, nieznacznie krzywiąc się na płochliwe kury, które narobiły niepotrzebnego krzyku. Dosłownie, jakby anonsowały jego przybycie.
W momencie, gdy przystanął w wejściu, jego spojrzenie padło na stojącą nieopodal postać. Zdawał sobie sprawę z tego, po co właściwie przyjechał, ale i tak w chwili, gdy zobaczył Zoyę, nie był pewien, co powinien zrobić. Żadne ze słów, które przygotował sobie wcześniej w głowie, nagle przestało być odpowiednie, by zacząć to spotkanie.
— Cześć — przywitał się ostrożnie, starając się wybadać jej reakcję, a sądząc po jej minie, w ogóle nie była zadowolona z jego wizyty. I wcale się jej nie dziwił. Ale kiedy podeszła, żeby poczęstować go sianem, które zsunęło się po jego niebieskiej koszulce polo i beżowych spodenkach na ziemię, skrzywił się.
— Wszystkich tak witasz? — udało mu się odpowiedzieć w zamian, zanim znów obrzuciła go słomą, na co cofnął się o krok. — Co, tylko Ty możesz składać mi niezapowiedziane wizyty? — zapytał, ściągając brwi, bo jej złość wydała mu się nawet trochę zabawna. Dopóki nie zobaczył w jej ręku jajka.
Tym razem nie pozwolił jej na atak, w porę chwytając ją za nadgarstek. Niestety, nie zdołał już złapać jajka, które roztrzaskało się o jego białego sneakersa. Na chwilę zacisnął wargi, ale ostatecznie postanowił to zignorować.
— Nie powinnaś w ciąży się tak złościć — zauważył za to, wzrokiem na sekundę wskazując na jej brzuch, by zaraz przesunąć po niej spojrzeniem ponownie na twarz. — Spokojnie, Zoya, przyjechałem w pokojowych zamiarach — uśmiechnął się do niej kącikiem ust, jakby w ten sposób chciał ją zapewnić o tym, że naprawdę właśnie próbował wywiesić białą flagę. Jednocześnie nie potrafił oprzeć się przed tym, by zaakcentować jej imię. Bo tak, teraz już je znał, więc miała przed nim znacznie mniej do ukrycia.
Zoya Weasley
-
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
W pewnym stopniu dokładało to oczywiście kolejną czarkę goryczy do jej i tak podłego nastroju, ale c h y b a w tym momencie, będąc wciąć przed wizytą ginekologiczną, nie chciala tego roztrzasać.
Za to wieczorami dopadały ją zupełnie inne myśli. O samotności i o ciężarze całej tej sytuacji. Im usilniej próbowała je od siebie odgonić, tym wyraźniej uświadamiała sobie, w jakim szambie ugrzęzła.
Cholera.
I cholera druga, bo Lucien być może okazał się mniejszym dupkiem, niż w rzeczywistości Zoya sądziła, i przeprawił się przez dwieście kilometrów, aby stanąć w stodole Weasleyów.
Nie przywitała się jednak. Nagła fala złości popłynęła w jej krwi, więc, co zresztą Lucien pewnie już zauważył, zadziałała całkowicie impulsywnie, obrzucając go sianem.
— Idź stąd! — powtórzyła zdenerwowana, kiedy zapytał, czy wszystkich gości witała w podobny sposób. Raczej oboje znali odpowiedź. Potem zacisnęła usta i sięgnęła po to nieszczęsne jajko, gdy wspomniał o niezapowiedzianych wizytach.
Niestety wszystko znowu potoczyło się w jakiś niefortunny sposób! Jęknęła głośno i żałośnie, kiedy Lucien złapał ją za nadgarstek. Zaraz dodała kolejne krótkie, mimowolne mruknięcie, świadczące o zaskoczeniu, gdy zobaczyła spływające po bucie mężczyzny żółtko.
Przez chwilę, zupełnie ignorując jego palce zaciśnięte na swoim nadgarstku, wpatrywała się wyłącznie w tę durną plamę. Dopiero kolejne słowa Luciena sprawiły, że odzyskała rezon.
Zoya zmarszczyła brwi, dostrzegając sugestywne skinienie w stronę jej brzucha, a potem mocno zacisnęła usta, gdy wypowiedział jej imię. J e j i m i ę, które naprawdę dziwacznie brzmiało w jego ustach; ustach, jakie jeszcze tydzień temu były kompletnie obce, a pomimo tego obcałowywały ją z niesamowitą mocą.
— Czego chcesz? — Wyrwała rękę i odruchowo rozmasowała nadgarstek. Przesunęła wzrok po twarzy mężczyzny i naprawdę nie wiedziała, skąd wywodziła się ta nagła zmiana jego usposobienia. Po skromnym uśmiechu śmiała podejrzewać, że był stosunkowo zrelaksowany (?). Dodatkowo wydawał się zaakceptować wiadomość o ciąży, a raptem parę dni posądził Zoyę o oszustwo! Z tego względu patrzyła na Luciena dosyć nieprzychylnym, wręcz podejrzanym okiem.
— Jak mnie znalazłeś? — zadała kolejne pytanie. — Nie zamierzam cię prześladować. Nie musisz się tego obawiać, więc nie pojawiaj się tak znienacka w moim domu. Zresztą nigdzie mnie nie nachodź. To niepoważne — dodała ze słyszalną krytyką, choć doskonale zdawała sobie sprawę, że sama postąpiła tak samo.
Wszystko nadal rozbijało się o sławę Luciena Spencera. Skoro postanowiła, że nie zdradzi bliskim, kto był ojcem dziecka, nie mogła pozwolić, aby ktoś zobaczył go w jej towarzystwie. W końcu Zoya nigdy nie afiszowała się znajomością z gwiazdą, więc jego nagłe pojawienie się na farmie mogło wzbudzić zbyt wiele pytań.
Na szczęście obecnie nikogo nie było i mogła być spokojna.
Mimowolnie przesunęła spojrzenie wzdłuż sylwety mężczyzny w poszukiwaniu ewentualnych obrażeń. Nawet jeśli wcale tego nie chciała, algorytm i tak podsuwał jej wiadomości oraz rolki z ostatniego wyścigu, więc wiedziała, że wypadł z toru. Wyglądał jednak na całego. Obecnie by się do tego nie przyznała, ale gdzieś głęboko, na czarnym dnie umysłu, poczuła ulgę.
Wychodząc tamtego dnia z szatni, w głowie Zoi brzęczały życzenia, aby przegrał. Teraz pomyślała, że to było naprawdę głupie.
Lucuś
-
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Co nie zmieniało faktu, że do tej pory wcale nie okazywał jakiegokolwiek zainteresowania w tym temacie. Na początku logicznym dla niego wydało się, że przyszła do niego wyłącznie ze względu na dodatkowe korzyści, jakie mógłby jej zaoferować. Ale z perspektywy czasu, sądząc po tym, jak potoczyła się ich rozmowa, po której nastąpiła przedziwna cisza, sam już nie wiedział, co o tym myśleć. Zoya miała rację — do Huntsville sprowadziły go wyrzuty sumienia.
I miała pełne prawo być na niego zła, czego wcale przed nim nie ukrywała.
— Nie po to przejechałem tyle kilometrów, żeby dać się jakiejś małej wariatce wystraszyć słomą! — ściągnął brwi z udawanym oburzeniem, w którym czaiło się rozbawienie. Jej upór i groźna mina były na swój przedziwny sposób urocze. Właściwie bawiło go, jak szybko wyprowadził ją z równowagi. I chyba sam miał ochotę przekonać się, do czego jeszcze była zdolna.
Nieco więcej pokazała mu dosłownie chwilę później, kiedy w ostatniej chwili złapał ją za rękę, zanim udało jej się trafić w niego jajkiem. W ciągu tych kilku sekund zdążył dostrzec w jej niebieskich oczach złowrogie błyski, gdy poirytowana zrozumiała, że tej potyczki nie wygrała. Gdyby nie brudny but, na jego twarzy wykwitłby właśnie triumfalny uśmiech, bo to małe zwycięstwo sprawiło mu szczególną przyjemność. Podobnie, jak reakcja na jej własne imię, które udało mu się odkryć. Nie natrudził się tak bardzo, jak tego oczekiwała.
Gdy nieco ostre czego chcesz? wyrwało się z jej ust, Lucien przez chwilę spoglądał na nią w milczeniu, rozważając coś w myślach. Następnie pokiwał z wolna głową, przenosząc spojrzenie na swojego buta. Zasłużył sobie na to.
— Muszę w Twoich oczach być zajebistym dupkiem, skoro uznałaś, że zostawię sprawę w ten sposób — przyznał spokojnie. Zdążył już pogodzić się z tą myślą. Tak jak z faktem, że uważała go za każdego jego poprzednika, choć nadal wydawało mu się to trochę naciągane. W międzyczasie podniósł buta w jajku do góry. — I może trochę nim jestem, ale nie aż tak, żeby puścić taką sytuację w niepamięć. Nie mogę udawać, że to się nie wydarzyło — powiedział, a w tonie jego głosu nadal dźwięczało opanowanie. Strzepnął z siebie część gluta, starając się nie myśleć o tym, że wciąż gdzieś tam głupio mu było za to, jak ją potraktował ostatnim razem. Swoją zranioną dumę musiał schować w kieszeń.
Kolejne pytanie Zoi było czymś, czego się spodziewał, a jednak jej podejrzliwość sprawiła, że na moment się zawahał, by ostatecznie niepostrzeżenie westchnąć.
— Nie pozwoliłaś mi o sobie zapomnieć — wyznał tak rozbrajająco szczerze i swobodnie, jakby wcale nie miało zabrzmieć to dwuznacznie. Nie pozwoliła mu zapomnieć - ani o swoich palcach sunących pod jego białą koszulką, ani o słodkich ustach pieszczących jego, ani o tym, jak mocno oplatała nogami jego biodra. — Zostawiłaś mi wizytówkę. Musiała wypaść Ci z torebki, kiedy szukałaś testu. Potem łatwo już poszło — wyjaśnił, na koniec wzruszając ramieniem, całkiem zadowolony z ułatwienia, jakie świadomie, lub nie, mu zapewniła. Gdyby wszystko przychodziło mu tak bez trudu, byłby ustawiony do końca życia. Ale w przypadku ciemnowłosej podskórnie czuł, że z nią czekało go jeszcze niejedno wyzwanie.
Na jej wyznanie, że nie zamierzała go prześladować, mężczyzna podniósł na nią spojrzenie, przez chwilę bacznie się jej przyglądając. Tym razem w jej głosie oprócz dotychczasowej hardości pobrzmiewała także szczerość, która pozwoliła mu uwierzyć jej słowom, na co mimowolnie odetchnął. Nawet nie wiedział, jak potrzebował to usłyszeć. Ulżyło mu, a jednak słysząc jej dalszą wypowiedź, tę jawną krytykę skwitował lekkim prychnięciem.
— Technicznie rzecz biorąc jesteśmy w stajni, nie w domu. To przecież nie jest tak, że przeszkadzam półnagiej Tobie tuż przed prysznicem — zaznaczył, unosząc wymownie brew z nieco rozbawionym uśmiechem. Może to wtedy nie był jego dom, ale na pewno bezpieczna przestrzeń, która nie była dostępna dla przypadkowych osób. — Poza tym masz rację. To niepoważne. Swoim najściem w szatni dałaś mi zły przykład — przytaknął jej pewnym siebie głosem, udając powagę, ale błysk w jego oczach zdradzał nieme wyzwanie. Czyżby ją prowokował? Może odrobinę. Ale wprost nie mógł sobie odmówić ani tej uwagi, ani zaczepki.
Musiał przyznać, że rozbawiło go to, iż wymagała od niego czegoś, czego sama nie robiła. Czemu miałby więc stosować względem niej podwójne standardy? Niedoczekanie.
Zojka