To
nagle wbrew pozorom wcale nie było takie nagłe. Lucien potrzebował chwili czasu, żeby przetrawić nowe informacje, zreflektować się, a przede wszystkim zastanowić, jaki ta sytuacja miała wpływ na jego życie w czasie długofalowym. Do tego ostatecznie skłonił go przerwany wyścig i problemy z koncentracją, które
nie mogły zagościć u niego na dobre.
Nie ulegało wątpliwości, że zasłużył sobie na zasypanie przez nią wyrzutami i jechał do niej, starając się mentalnie przygotować na wszystko. W końcu nie bez powodu uważał ją za wariatkę, prawda? Szansa to chyba jedyne, czego od niej w tym momencie oczekiwał.
—
Doprawdy? — Na zaprzeczenie Zoi obdarzył ją dość sceptycznym spojrzeniem, bo wcale mu na to nie wyglądało. Niemniej rozbawił go sposób, w jaki wypowiedziała te słowa zdecydowanie zbyt szybko. Jego kolejna uwaga na kilka sekund zbiła go z tropu, przez co rozchylił wargi, patrząc na nią bez słowa. Zaraz jednak się zreflektował. —
No wybacz, ale nie zdążyłem się zaopatrzyć w tak stylowe obuwie jak Twoje. Takie kalosze powinny być rozdawane przed każdym wjazdem na wieś — stwierdził z udawaną urazą, doskonale wiedząc, jak absurdalnie to zabrzmiało.
Był
mieszczuchem i wcale się z tym nie ukrywał. Na wieś rzadko kiedy zaglądał, nie mając ku temu większych powodów niż zaznanie chwili spokoju, ciszy i sielskości, która go tak ujęła podczas drogi na farmę Weasleyów. Szczerze mówiąc, nie spodziewał się aż takich
okoliczności. Dla niego liczyło się przede wszystkim spotkanie ze stojącą tuż przed nim ciemnowłosą.
Nie skomentował jej cichego, niemal nostalgicznego westchnięcia, jedynie odczuwając ciężar wypowiedzianych przez nią słów, pod którymi mogło kryć się wszystko to, co właśnie krążyło po jego głowie. Rzadko kiedy bywał tak nierozsądny, ale nic nie mógł poradzić na to, co kierowało nim zarówno w tamtej alejce, jak i w szatni.
Wygrażanie mu palcem na nic dziewczynie się zdało, bo dzięki temu tylko bardziej wzmogła w Lucienie rozbawienie. Zwilżył wargi i ciężko westchnął.
—
Mówiłem, że nie mam nic do ukrycia — odparł lekko, znacznie poszerzając swoje kąciki ust. Pozwolił jej się badać pod klubem do woli, acz nie wykorzystała tego w pełni. W tamtym czasie rządził nimi pośpiech, a w szatni nadal pozostawiał pewne pole wyobraźni. Tym razem jednak powstrzymał się przed wyprowadzeniem jej z błędu, a jedynie jego łobuzerski uśmiech zdradzał jego pewność siebie.
Wyglądało na to, że ton ich rozmowy stawał się coraz bardziej swobodny i przystępny, co prowadziło ich w dobrym kierunku. A przynajmniej takie wrażenie miał Luke, kiedy wprost nie potrafił powstrzymać się przed tymi drobnymi zaczepkami i widział, jak wpływało to na Zoyę. Jej dotychczas czysta złość przeradzała się w złośliwość, w której kryło się już coś znacznie lżejszego, łagodniejszego, czemu bez problemu był w stanie sprostać.
Satysfakcjonował go sposób, w jaki przełamywali między sobą bariery. Nawet, jeśli przeszli na poważniejszy temat, w głosie Zoi nie było już typowego dystansu czy oburzenia, co pozwalało mu spojrzeć na to wszystko ze spokojem i ze znacznie szerszej perspektywy.
Przez chwilę w ciszy rozważał to, co powiedziała, nie wiedząc, jak się do tego odnieść. Bo miała rację, nie znał odpowiedniego sposobu, w jaki mogłaby mu powiedzieć o ciąży, bez ingerowania w to osób trzecich. A tego przecież za wszelką cenę chciał uniknąć. Jego wahanie można było dostrzec po tym, jak przełknął ślinę i odwrócił na chwilę wzrok gdzieś w bok, uśmiechając się kącikiem ust na jej ostatnie zdanie.
—
Zdarzają się kobiety, które podczas składania autografów podsuwają kierowcom akt małżeństwa — oznajmił poważnie, finalnie posyłając jej spojrzenie, które mówiło, że tym razem nie żartował. Co prawda, może nie zdarzało się to tak często w jego branży wyścigowej, ale w F1 już tak. Chyba już nic nie powinno go zdziwić.
Westchnął ponownie i pokiwał głową. Tak, zaatakował ją, nie przyjmując do wiadomości innej możliwości, jak próby naciągnięcia go na dziecko. Zaczynał jednak rozumieć, jak wyglądało to z jej strony i że nie miała zbyt wielu opcji.
Dziwiło go też jej zrozumienie w kwestii życia, które prowadził, zwłaszcza, że sama przyznała, iż nie należała do tego życia. Świadczyło o tym między innymi to miejsce, w którym obecnie się znajdowali - jej
dom. Patrząc na nią, w kaloszach, w stajni, w zupełnie naturalnym środowisku, zrozumiał, że należeli do różnych światów. A mimo to potrafiła wykrzesać z siebie tę wyrozumiałość, której wielu osobom brakowało.
—
Wiem, nie tak powinno to wyglądać — przyznał szczerze, odnosząc się do swojego zachowania w szatni. —
Ale z mojej perspektywy wyglądało to dość podejrzanie. Nawet nie wiesz, do czego ludzie są zdolni, żeby zdobyć to, czego pragną — pokręcił głową z niedowierzaniem, wspierając się na chwilę rękami o biodra. Nie był z siebie dumny i miał nadzieję, że Zoya mu uwierzy.
Jak nikt inny wiedział, że tylko desperaci próbowali zaznać jego życia i korzystać z jego
uroków. Nikt zdrowy na umyśle nie chciał uczestniczyć w tym wszystkim, z czym musiał zmagać się Luke. A już na pewno nie płeć piękna, która potrzebowała znacznie więcej uwagi, zamiast tego stając się coraz bardziej przytłoczoną intensywnym trybem życia mężczyzny i tęsknotą przez wieczne rozjazdy. Biorąc to pod uwagę, Zoya coraz bardziej wydawała mu się mieć głowę na karku. Kolejne słowa i przyznanie się do kłamstwa tylko to potwierdzały.
—
Przepraszam — powiedział po chwili milczenia, prosto i poważnie, naprawdę mając to na myśli. Jeżeli mieli zachować dobre kontakty, wypadało w końcu powiedzieć to na głos. W końcu była matką ich dziecka, więc upomniał się w myślach, że to tylko powinno mieć teraz znaczenie.
Ściągnął nieznacznie brwi, kiedy dziewczyna strzepnęła jego rękę z wideł i je zabrała, ale w tym momencie skupił uwagę przede wszystkim na jej wyznaniu. Urodzi. A oni byli parą idiotów. Mimowolnie kącik jego ust nieznacznie powędrował do góry w grymasie, który nie przypominał uśmiechu, i pokiwał zgodnie głową. —
I tu nie sposób się z Tobą nie zgodzić — mruknął, niepostrzeżenie wzdychając. Był ojcem. To nadal była bardzo abstrakcyjna wizja. Na jej propozycję podniósł na nią spojrzenie. —
Co mam robić?
Był gotów na wszystkie zadania, jakie miała mu zlecić, choć tak naprawdę nawet nie zdawał sobie sprawy, na co się pisał. Operował jednak taczkami i widłami, robiąc użytek z własnych mięśni tak, jak potrafił. Po jakimś czasie zaczynał już odczuwać zmęczenie, więc gdy w pewnym momencie bezwiednie przetarł wilgotne czoło, usłyszał złośliwe pytanie Zoi, na co z rozbawieniem porównał swoją pracę do darmowej siłowni, której tego dnia dzięki niej nie będzie musiał już zaliczyć.
Widział, że rozkazywanie mu sprawiało ciemnowłosej pewną satysfakcję, ale dzielnie i z uśmiechem na ustach to znosił, domyślając się, że było to pewne wyzwanie i
musiał się wykazać. Nie pozwolił jej natomiast przenosić beli słomy ani baniaków z wodą, przypominając jej, że nie powinna się przemęczać. Ostatecznie sam zajął się zaniesieniem ich w odpowiednie miejsce, starając się przy tym nie przejmować swoimi
już nie białymi butami i brudnymi ubraniami.
Kiedy przekręcił ostatnią taczkę, wyrzucając z niej zawartość na sporą już kupę starej słomy, westchnął ciężko, po czym spojrzał na Zoyę, która przyglądała mu się z czających się w oczach rozbawieniem. Lucien był brudny, zmęczony, ale to nie przeszkodziło mu w tym, żeby uśmiechnąć się do niej zawadiacko.
—
Wsiadaj, podwiozę Cię. Gwarantuję, że lepszego kierowcy do prowadzenia taczki dziś nie znajdziesz — rzucił, przekrzywiając nieco głowę i spoglądając na nią wymownie, bo przecież taka okazja mogła się nie powtórzyć.
Zojka