ODPOWIEDZ
25 y/o
For good luck!
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Po tej feralnej rozmowie Zoya nie mogła spać przez trzy noce. Na przemian wściekała się na Luciena i robiła sobie wyrzuty, że pod koniec spotkania zachowała się tak, jakby naprawdę była naciągaczką. W dodatku puszczalską naciągaczką. Najbardziej jednak nie mogła zrozumieć, dlaczego w ogóle przejmowała się opinią tego mężczyzny, skoro najpewniej nigdy więcej nie mieli się zobaczyć.
Ostatecznie odpuściła, chociaż jeszcze nie raz i nie dwa uderzyła się w usta, gdy w najmniej oczekiwanym momencie znowu przypominała sobie, że prawie się pocałowali. Wtedy próbowała mu udowodnić, jak bardzo na nią nie działał. Tymczasem działał i to okropnie!
W poniedziałek Zoya wyjechała do Huntsville. Ojciec poprosił ją o opiekę nad gospodarstwem na czas swojego pobytu u jednej z ciotek gdzieś w głębi Kanady. W tym czasie bracia byli w rozjazdach, więc natychmast się zgodziła i wzięła w pracy kilka dni wolnego. I tak potrzebowała odetchnąć od miejskiego zgiełku, od tych wszystkich telebimów z twarzą Luciena i od przeklętego algorytmu, który uparcie podsuwał jej na ig rolki przygotowywane przez jego fanki.
I przede wszystkim potrzebowała w spokoju oswoić się z wizją macierzyństwa, która coraz natarczywiej pojawiała się w jej głowie w randomowych momentach dnia.
We wtorkowe popołudnie Zoya zajęła się sprzątaniem stajni. Ubrała wysokie kalosze, mocno rozdarte jeansowe spodenki i top. Przez pierwszą godzinę wywoziła taczką starą słomę, a kiedy skończyła, zaczęła wykładać boksy świeżą. W międzyczasie donosiła koniom baniaki z wodą.
Była tak pochłonięta pracą, że nawet nie usłyszała, kiedy pod bramę zajechał jakiś samochód. Zresztą i tak spodziewała się co najwyżej chłopaka, który odkupował od nich jajka.
W końcu zaalarmowało ją gdakanie kur. Niespodziewanie rozbiegły się one po podwórzu, a dwie z nich wpadły do stajni. Zgraja niosek Weasleyów była wyjątkowo panicznie nastawiona do odwiedzin gości. Zoya jednak nie zdążyła nawet wychylić nosa zza wrót budynku, kiedy niespodziewanie w wejściu pojawił się mężczyzna.
Niestety rozpoznała go natychmiast i z równą prędkością ściągnęła niezadowolona brwi i ułożyła usta w podkówkę. Patrzyła, jak on patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy, co tylko jeszcze bardziej zaczęło ją irytować, bo naprawdę nie spodziewała się kolejnego spotkania. I, co przecież ważniejsze, już naprawdę tego kolejnego spotkania nie chciała.
Zanim zdążyła oswoić się z niespodziewaną obecnością Luciena, chwyciła garść siana i podchodząc bliżej, rzuciła nim prosto w mężczyznę.
Co ty tutaj robisz? — zapytała podniesionym głosem i ponownie schyliła się po garść słomy, aby następnie po raz drugi wycelować nią w intruza. Niesamowite, że Lucien potrafił wyprowadzić Zoyę z równowagi, nie wypowiadając jeszcze ani jednego słowa. — Idź sobie!
Po chwili, jakby w przypływie jesze większej dawki zdenerwowania, sięgnęła po jajko z paletki stojącej obok; dokładnie tej, która czekała na klienta. Niestety, zanim zdążyła porządnie się zamachnąć, Luke chwycił ją za nadgarstek i tym samym przypadkiem wytrącił jajko z dłoni.
To wesoło upadło i rozbiło się dokładnie na czubku białego buta mężczyzny.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
For good luck!
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Zbliżał się wyścig, a więc Lucien musiał skupić się na tym, co w tym momencie było najważniejsze — na wygranej. Myśli o Zoi i domniemanym tacierzyństwie odsunął więc na bok, poddając się intensywnym treningom tak, jak dotychczas.
Niestety, ciemnowłosa oraz wydarzenia z szatni dopadały go w najmniej spodziewanych momentach, nie pozwalając mu w pełni sfokusować się na pracy. Chwilami łapał się na tym, że jego myśli odbiegały do chwil, w których Zoya znajdowała się blisko. I do jej słów, które ciążyły na nim bardziej, niż mógł sobie na to pozwolić. Media uwielbiają skandale. Zabrzmiało to jak groźba, a po dziewczynie mógł spodziewać się wszystkiego. I tego obawiał się najbardziej. Nagłego newsa w mediach, na który mógł się jedynie przygotowywać mentalnie.
Wierzył, że sobie z tym poradzi. Nie z takich tarapatów udawało mu się wyjść, poza tym znany był ze swojego opanowania i charyzmy, dzięki której nie raz uciszał bezsensowne plotki.
Z tym, że ciąża z Zoyą nie była plotką. Była jak najbardziej realnym zjawiskiem, co stawiało go w naprawdę złej sytuacji. I tym razem z całych sił starał się uciec w pracę. Ale było to znacznie trudniejsze, niż przewidywał.

Ułamki sekund dzieliły go od tego, by przejąć prowadzenie w stawce. Ponad dwieście na liczniku, zakręt zbliżający się w zawrotnym tempie. I jeden niewłaściwy ruch. Źle wymierzona odległość od auta konkurencji, a Lucien odbił kierownicą i stracił panowanie nad autem. Kolejne mrugnięcie okiem, a wypadł poza tor, brodząc w żwirze i ostatecznie z impetem zatrzymując się na barierkach.
Kurwa — z całej siły uderzył w kierownicę. — Przepraszam was — rzucił do słuchawki, zanim w ogóle pomyślał, co się właśnie stało. Wiedział jedno — to była jego wina i przyjął to na siebie.
Wyszedł z auta trochę obolały. Nawet nie zdejmując kasku, rzucił okiem na auto, którego bok mocno ucierpiał. Żółta flaga powiewała na wietrze, a on musiał jak najszybciej zejść z toru. Przeszedł przez barierę, zupełnie ignorując reporterów, których wyminął z rosnącym gniewem, skrytym pod kaskiem, tuż zanim oddał się w ręce ratowników.
W jego głowie aż huczało od emocji. Kurwa, tak nie mogło być! Cała ta absurdalna sytuacja nie mogła mieć aż takiego wpływu na jego karierę i sprawiać, że nie myślał o niczym innym.
Dla niego wyścig był już przegrany, ale to wcale nie oznaczało, że jego praca została skończona. Musiał jeszcze tylko zagryźć zęby, porozmawiać z fotoreporterami i wytłumaczyć się przed swoimi pracodawcami. Jedyne, o czym marzył przez cały ten czas to powrót do domu.

Kiedy emocje po wyścigu opadły, w drodze powrotnej wyciągnął z portfela znajomą wizytówkę i jeszcze raz dokładnie ją obejrzał. Po chwili wahania wpisał w wyszukiwarkę widniejące na niej imię, by finalnie ją odnaleźć.
Do tej pory nie miał pewności, czy była to jej wizytówka, ale teraz wystarczyła chwila, by trafić na jej profil. Z ciekawością przescrollował jej tablicę, zatrzymując się chwilę dłużej na ostatnich postach i selfie. Następnie w zamyśleniu przygryzł wargę.
Dziwiło go, że nie wydała go jeszcze na pastwę mediów. I że w ogóle nie drążyła już tematu. Pamiętał złość i chłód bijący z jej oczu, zanim wyszła. Zachował się jak dupek. I musiał wyjaśnić tę sprawę, żeby oczyścić głowę z nachodzących go wyrzutów sumienia. Zachować się tak, jak należało, bo był to Zoi winien.

Niebieski Mercedes klasy G przemierzał wolno szutrową drogę w poszukiwaniu odpowiedniej farmy. Jedynie dzięki życzliwości pracownicy kliniki weterynaryjnej, a następnie jakiejś przypadkowej starszej kobiety zatrzymanej na ulicy, Lucienowi w końcu udało się znaleźć odpowiedni numer.
Musiał przyznać, że sielskość wsi i otaczające go zewsząd widoki były niezwykle kojące i zupełnie inne od życia w mieście i pędzie, do którego się przyzwyczaił. I pewnie zająłby myśli tym na dłużej, gdyby nie fakt, że nie przyjechał tu na odpoczynek.
Zaparkował pod domem i skierował swoje kroki na altanę, po czym zastukał do drzwi domu i nawoływał ciemnowłosą po imieniu, ale z niepokojem odkrył, że nikogo w nim nie było. Wyszedł więc przed dom i po rozejrzeniu się po okolicy, z nadzieją ostatecznie udał się do pobliskiej stajni, nieznacznie krzywiąc się na płochliwe kury, które narobiły niepotrzebnego krzyku. Dosłownie, jakby anonsowały jego przybycie.
W momencie, gdy przystanął w wejściu, jego spojrzenie padło na stojącą nieopodal postać. Zdawał sobie sprawę z tego, po co właściwie przyjechał, ale i tak w chwili, gdy zobaczył Zoyę, nie był pewien, co powinien zrobić. Żadne ze słów, które przygotował sobie wcześniej w głowie, nagle przestało być odpowiednie, by zacząć to spotkanie.
Cześć — przywitał się ostrożnie, starając się wybadać jej reakcję, a sądząc po jej minie, w ogóle nie była zadowolona z jego wizyty. I wcale się jej nie dziwił. Ale kiedy podeszła, żeby poczęstować go sianem, które zsunęło się po jego niebieskiej koszulce polo i beżowych spodenkach na ziemię, skrzywił się.
Wszystkich tak witasz? — udało mu się odpowiedzieć w zamian, zanim znów obrzuciła go słomą, na co cofnął się o krok. — Co, tylko Ty możesz składać mi niezapowiedziane wizyty? — zapytał, ściągając brwi, bo jej złość wydała mu się nawet trochę zabawna. Dopóki nie zobaczył w jej ręku jajka.
Tym razem nie pozwolił jej na atak, w porę chwytając ją za nadgarstek. Niestety, nie zdołał już złapać jajka, które roztrzaskało się o jego białego sneakersa. Na chwilę zacisnął wargi, ale ostatecznie postanowił to zignorować.
Nie powinnaś w ciąży się tak złościć — zauważył za to, wzrokiem na sekundę wskazując na jej brzuch, by zaraz przesunąć po niej spojrzeniem ponownie na twarz. — Spokojnie, Zoya, przyjechałem w pokojowych zamiarach — uśmiechnął się do niej kącikiem ust, jakby w ten sposób chciał ją zapewnić o tym, że naprawdę właśnie próbował wywiesić białą flagę. Jednocześnie nie potrafił oprzeć się przed tym, by zaakcentować jej imię. Bo tak, teraz już je znał, więc miała przed nim znacznie mniej do ukrycia.

Zoya Weasley
25 y/o
For good luck!
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie wiedziała, że jej szukał. Była wręcz pewna, że ich ostatnia rozmowa definitywnie zamknęła temat udziału Luciena w j e j c i ą ży. Nawet przez myśl Zoi nie przeszło, że mężczyzne mogłoby ruszyć sumienie.
W pewnym stopniu dokładało to oczywiście kolejną czarkę goryczy do jej i tak podłego nastroju, ale c h y b a w tym momencie, będąc wciąć przed wizytą ginekologiczną, nie chciala tego roztrzasać.
Za to wieczorami dopadały ją zupełnie inne myśli. O samotności i o ciężarze całej tej sytuacji. Im usilniej próbowała je od siebie odgonić, tym wyraźniej uświadamiała sobie, w jakim szambie ugrzęzła.
Cholera.
I cholera druga, bo Lucien być może okazał się mniejszym dupkiem, niż w rzeczywistości Zoya sądziła, i przeprawił się przez dwieście kilometrów, aby stanąć w stodole Weasleyów.
Nie przywitała się jednak. Nagła fala złości popłynęła w jej krwi, więc, co zresztą Lucien pewnie już zauważył, zadziałała całkowicie impulsywnie, obrzucając go sianem.
Idź stąd! — powtórzyła zdenerwowana, kiedy zapytał, czy wszystkich gości witała w podobny sposób. Raczej oboje znali odpowiedź. Potem zacisnęła usta i sięgnęła po to nieszczęsne jajko, gdy wspomniał o niezapowiedzianych wizytach.
Niestety wszystko znowu potoczyło się w jakiś niefortunny sposób! Jęknęła głośno i żałośnie, kiedy Lucien złapał ją za nadgarstek. Zaraz dodała kolejne krótkie, mimowolne mruknięcie, świadczące o zaskoczeniu, gdy zobaczyła spływające po bucie mężczyzny żółtko.
Przez chwilę, zupełnie ignorując jego palce zaciśnięte na swoim nadgarstku, wpatrywała się wyłącznie w tę durną plamę. Dopiero kolejne słowa Luciena sprawiły, że odzyskała rezon.
Zoya zmarszczyła brwi, dostrzegając sugestywne skinienie w stronę jej brzucha, a potem mocno zacisnęła usta, gdy wypowiedział jej imię. J e j i m i ę, które naprawdę dziwacznie brzmiało w jego ustach; ustach, jakie jeszcze tydzień temu były kompletnie obce, a pomimo tego obcałowywały ją z niesamowitą mocą.
Czego chcesz? — Wyrwała rękę i odruchowo rozmasowała nadgarstek. Przesunęła wzrok po twarzy mężczyzny i naprawdę nie wiedziała, skąd wywodziła się ta nagła zmiana jego usposobienia. Po skromnym uśmiechu śmiała podejrzewać, że był stosunkowo zrelaksowany (?). Dodatkowo wydawał się zaakceptować wiadomość o ciąży, a raptem parę dni posądził Zoyę o oszustwo! Z tego względu patrzyła na Luciena dosyć nieprzychylnym, wręcz podejrzanym okiem.
Jak mnie znalazłeś? — zadała kolejne pytanie. — Nie zamierzam cię prześladować. Nie musisz się tego obawiać, więc nie pojawiaj się tak znienacka w moim domu. Zresztą nigdzie mnie nie nachodź. To niepoważne — dodała ze słyszalną krytyką, choć doskonale zdawała sobie sprawę, że sama postąpiła tak samo.
Wszystko nadal rozbijało się o sławę Luciena Spencera. Skoro postanowiła, że nie zdradzi bliskim, kto był ojcem dziecka, nie mogła pozwolić, aby ktoś zobaczył go w jej towarzystwie. W końcu Zoya nigdy nie afiszowała się znajomością z gwiazdą, więc jego nagłe pojawienie się na farmie mogło wzbudzić zbyt wiele pytań.
Na szczęście obecnie nikogo nie było i mogła być spokojna.
Mimowolnie przesunęła spojrzenie wzdłuż sylwety mężczyzny w poszukiwaniu ewentualnych obrażeń. Nawet jeśli wcale tego nie chciała, algorytm i tak podsuwał jej wiadomości oraz rolki z ostatniego wyścigu, więc wiedziała, że wypadł z toru. Wyglądał jednak na całego. Obecnie by się do tego nie przyznała, ale gdzieś głęboko, na czarnym dnie umysłu, poczuła ulgę.
Wychodząc tamtego dnia z szatni, w głowie Zoi brzęczały życzenia, aby przegrał. Teraz pomyślała, że to było naprawdę głupie.

Lucuś
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
For good luck!
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Lucien w zasadzie nie miał pojęcia, co krążyło po głowie Zoi w tak delikatnej kwestii, jaką była ciąża. To, że powiedział jej, iż była to jej decyzja, wcale nie oznaczało, że całkowicie umywał od tego ręce. Dla niego oznaczało to tyle, że musiała zdecydować, czy była w stanie podjąć się tego zadania w głównej roli — jako matki.
Co nie zmieniało faktu, że do tej pory wcale nie okazywał jakiegokolwiek zainteresowania w tym temacie. Na początku logicznym dla niego wydało się, że przyszła do niego wyłącznie ze względu na dodatkowe korzyści, jakie mógłby jej zaoferować. Ale z perspektywy czasu, sądząc po tym, jak potoczyła się ich rozmowa, po której nastąpiła przedziwna cisza, sam już nie wiedział, co o tym myśleć. Zoya miała rację — do Huntsville sprowadziły go wyrzuty sumienia.
I miała pełne prawo być na niego zła, czego wcale przed nim nie ukrywała.
Nie po to przejechałem tyle kilometrów, żeby dać się jakiejś małej wariatce wystraszyć słomą! — ściągnął brwi z udawanym oburzeniem, w którym czaiło się rozbawienie. Jej upór i groźna mina były na swój przedziwny sposób urocze. Właściwie bawiło go, jak szybko wyprowadził ją z równowagi. I chyba sam miał ochotę przekonać się, do czego jeszcze była zdolna.
Nieco więcej pokazała mu dosłownie chwilę później, kiedy w ostatniej chwili złapał ją za rękę, zanim udało jej się trafić w niego jajkiem. W ciągu tych kilku sekund zdążył dostrzec w jej niebieskich oczach złowrogie błyski, gdy poirytowana zrozumiała, że tej potyczki nie wygrała. Gdyby nie brudny but, na jego twarzy wykwitłby właśnie triumfalny uśmiech, bo to małe zwycięstwo sprawiło mu szczególną przyjemność. Podobnie, jak reakcja na jej własne imię, które udało mu się odkryć. Nie natrudził się tak bardzo, jak tego oczekiwała.
Gdy nieco ostre czego chcesz? wyrwało się z jej ust, Lucien przez chwilę spoglądał na nią w milczeniu, rozważając coś w myślach. Następnie pokiwał z wolna głową, przenosząc spojrzenie na swojego buta. Zasłużył sobie na to.
Muszę w Twoich oczach być zajebistym dupkiem, skoro uznałaś, że zostawię sprawę w ten sposób — przyznał spokojnie. Zdążył już pogodzić się z tą myślą. Tak jak z faktem, że uważała go za każdego jego poprzednika, choć nadal wydawało mu się to trochę naciągane. W międzyczasie podniósł buta w jajku do góry. — I może trochę nim jestem, ale nie aż tak, żeby puścić taką sytuację w niepamięć. Nie mogę udawać, że to się nie wydarzyło — powiedział, a w tonie jego głosu nadal dźwięczało opanowanie. Strzepnął z siebie część gluta, starając się nie myśleć o tym, że wciąż gdzieś tam głupio mu było za to, jak ją potraktował ostatnim razem. Swoją zranioną dumę musiał schować w kieszeń.
Kolejne pytanie Zoi było czymś, czego się spodziewał, a jednak jej podejrzliwość sprawiła, że na moment się zawahał, by ostatecznie niepostrzeżenie westchnąć.
Nie pozwoliłaś mi o sobie zapomnieć — wyznał tak rozbrajająco szczerze i swobodnie, jakby wcale nie miało zabrzmieć to dwuznacznie. Nie pozwoliła mu zapomnieć - ani o swoich palcach sunących pod jego białą koszulką, ani o słodkich ustach pieszczących jego, ani o tym, jak mocno oplatała nogami jego biodra. — Zostawiłaś mi wizytówkę. Musiała wypaść Ci z torebki, kiedy szukałaś testu. Potem łatwo już poszło — wyjaśnił, na koniec wzruszając ramieniem, całkiem zadowolony z ułatwienia, jakie świadomie, lub nie, mu zapewniła. Gdyby wszystko przychodziło mu tak bez trudu, byłby ustawiony do końca życia. Ale w przypadku ciemnowłosej podskórnie czuł, że z nią czekało go jeszcze niejedno wyzwanie.
Na jej wyznanie, że nie zamierzała go prześladować, mężczyzna podniósł na nią spojrzenie, przez chwilę bacznie się jej przyglądając. Tym razem w jej głosie oprócz dotychczasowej hardości pobrzmiewała także szczerość, która pozwoliła mu uwierzyć jej słowom, na co mimowolnie odetchnął. Nawet nie wiedział, jak potrzebował to usłyszeć. Ulżyło mu, a jednak słysząc jej dalszą wypowiedź, tę jawną krytykę skwitował lekkim prychnięciem.
Technicznie rzecz biorąc jesteśmy w stajni, nie w domu. To przecież nie jest tak, że przeszkadzam półnagiej Tobie tuż przed prysznicem — zaznaczył, unosząc wymownie brew z nieco rozbawionym uśmiechem. Może to wtedy nie był jego dom, ale na pewno bezpieczna przestrzeń, która nie była dostępna dla przypadkowych osób. — Poza tym masz rację. To niepoważne. Swoim najściem w szatni dałaś mi zły przykład — przytaknął jej pewnym siebie głosem, udając powagę, ale błysk w jego oczach zdradzał nieme wyzwanie. Czyżby ją prowokował? Może odrobinę. Ale wprost nie mógł sobie odmówić ani tej uwagi, ani zaczepki.
Musiał przyznać, że rozbawiło go to, iż wymagała od niego czegoś, czego sama nie robiła. Czemu miałby więc stosować względem niej podwójne standardy? Niedoczekanie.


Zojka
25 y/o
For good luck!
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chyba przywykła już do tego, że ludzie nazywali ją wariatką, bo niespecjalnie przejęła się wyzwiskiem Luciena. W gruncie rzeczy nawet ją rozbawiło, że podkreślił dzielące Huntsville i Toronto kilometry, a przy okazji oznajmił, że nie zamierzał dać się wystraszyć garści słomy.
Zoya przez chwilę przyglądała mu się odrobinę uważniej. Była wyraźnie zaskoczona i odrobinę wytrącona z równowagi, ale już po paru sekundach groźnie zmarszczyła brwi, jakby przypomniała sobie, że nie był tu mile widziany. Wróciła więc do swoich absurdalnych prób przepędzenia Luciena.
Czego się spodziewałeś? — zapytała ze złością.
Wszystkie znaki na niebie i ziemi podpowiedziały Zoi, że za kilka miesięcy zostanie samotną matką. Lucien, podczas ostatniej rozmowy, był przecież przekonany, że próbowała go naciągnąć. A ona była na tyle uparta i przede wszystkim zbyt dumna, że nie zamierzała udowadniać mu za wszelką cenę, że pod jej sercem naprawdę-naprawdę rosło jego dziecko. Z niezdrową zawziętością postanowiła poradzić sobie ze wszystkim sama, choć wciąż nie potrafiła do końca pojąć, jak od teraz miały wyglądać jej obowiązki.
Miała wziąć odpowiedzialność za nowe życie. Miała zostać mamą.
M a m ą.
Skrzyżowała ramiona jak zwykle gdy próbowała zrywać niedostępnej. Jednak kiedy z powagą obserwowała, jak Lucien uniósł buta, po czym oznajmił, że nie zamierzał udawać, że nic się nie wydarzyło i strzepnął jajko z czubka obuwia, mimowolnie prychnęła rozbawiona. Potem gwałtownie odwróciła głowę, nie chcąc, aby zauważył, że się zaśmiała. Właściwie nawet nie wiedziała czy mężczyzna mówił o domniemanej ciąży, czy o nieszczęsnym bucie, ale niezależnie od sensu, całość zabrzmiała dosyć śmiesznie.
Och... — westchnęła. Początkowe wyznanie Luciena o tym, że nie pozwoliła mu o sobie zapomnieć, wprawiły Zoyę w dziwny dysonans poznawczy. Po raz kolejny nie była pewna, co właściwie miał na myśli. Dopiero kiedy rozwinął swoją wypowiedź, mimowolnie skinęła głową i w duchu zganiła samą siebie za to, że w jego słowach podświadomie doszukiwała się drugiego, durnego dno. Nie wiedziała jednak, że to rzeczywiście istniało. — Powinnam bardziej uważać — zauważyła z krytyką wobec tego, że zgubiła tę cholerną wizytówkę.
W tym momencie Zoya naprawdę nie chciała dawać Lucienowi żadnych wyzwań i nie wiązała z nim jakichkolwiek poważnych planów. Najchętniej odgrodziłaby się od niego grubą kreską i definitywnie zamknęła ten rozdział. Spodziewała się jednak, że skoro pofatygował się aż do Huntsville, to namyślił się i nie zamierzał tak łatwo odpuścić.
Zacisnęła niezadowolona wargi i popatrzyła mu prosto w oczy, jakby usiłowała wyczytać z nich ukryte intencje. Te wydawały się Zoi o wiele spokojniejsze od spojrzenie, z którym borykała się tamtego dnia w szatni.
Dopiero, kiedy prychnął, intuicyjnie spięła ramiona.
Przestań się mądrować, Lionel. — Nieświadomie wpadła w zastawioną przez mężczyznę pułapkę i odruchowo odpowiedziała na jego zaczepkę. Nachyliła się w jego stronę, jednocześnie nie przesuwając stóp nawet o centymetr. — Skąd mogłam wiedzieć, że akurat idziesz pod prysznic, co? — zapytała, ni to poważnie, ni żartobliwie. Tylko błysk w błękitnych oczach Zoi, taka ledwo tląca się iskra, zdradziła, że zaczynała się z nim droczyć. Prawdopodobnie sama jeszcze nie zdawała sobie z tego sprawy, bo nadal próbowała podtrzymywać swój gniew.
Było to dosyć t r u d n e. Tym razem Lucien jej nie oskarżał. Nie atakował i nie podtrzymywał pasywno-agresywnej otoczki. Nie szydził, nie zaprzeczał i nie próbował się wymigiwać. Zamiast tego mówił spokojnie i to w dodatku z jakąś podejrzaną domieszką zaczepności. Nawet co jakiś czas się uśmiechnął i bynajmniej nie w cyniczny sposób.
Zoya nie rozumiała tego i bała się to zrozumieć.
Nie wyglądałeś wtedy na szczególnie zadowolonego z mojej wizyty. Sam dałeś mi świetny przykład, jak powinnam się teraz zachować, więc wydaje mi się, że powinieneś już sobie pójść. — Opuściła ręce wzdłuż ciała i po prostu odwróciła się, po czym ruszyła w głąb stajni. Zaraz chwyciła taczkę wypełnioną świeżą słomą i pchnęła ją w stronę kolejnego boksu. Dopiero gdy sięgnęła po widły, aby przerzucić siano do korytka gniadej klaczy, wyprostowała się i raz jeszcze spojrzała na Luciena.
Naprawdę mówiłam, że nie będę cię nachodzić — mówiła poważnie i miała nadzieję, że tym razem jej uwierzy. — W rubryce ojciec wpiszę nieznany. Ja też nie potrzebuję problemów.
Czy czuła się z tym dobrze? Niekoniecznie. Czy uważała, że to uczciwie wzlędem dziecka. Nie. Czy było to lepsze dla nich? Myślała, że tak, chociaż dziwna żałość opadła na ramiona Zoi, kiedy wspomniała o tym wszystkim.

L i o n e l
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
For good luck!
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Czego się spodziewał? Pytanie padło z jej ust ze złością, której… mógł się spodziewać. Mimo to tak naprawdę nie potrafił podać na nie jednoznacznej odpowiedzi. Po tym, w jakich okolicznościach rozeszli się ostatnim razem, mógł przypuszczać, że będzie na niego zła. Jakby nie patrzeć, zostawił ją samą z sytuacją, w której niewątpliwie znaleźć się nie chciała. I oboje byli temu winni.
Wiedział, że nie powinien liczyć na to, że Zoya przywita go z otwartymi ramionami. A jednak część niego po cichu wierzyła, że jakoś dojdą do porozumienia. Przez wzgląd na dziecko, oczywiście. W końcu to ono sprawiło, że ich drogi skrzyżowały się ponownie. Z tym, że chyba nie przewidział, że ciemnowłosa nie będzie go tu chciała w ogóle.
No nie wiem, może tego, że tym razem spokojnie porozmawiamy? — wzruszył ramionami, unosząc przy tym wymownie brew. Starał się powściągać lekką irytację spowodowaną jej uporem, bo miał na względzie fakt, że jej obecne podejście do niego było jego własną zasługą.
Co prawda, przyjeżdżając tutaj, nie miał jakichś ogromnych planów, ale na razie nic nie przebiegało zgodnie z jego założeniami. Ale, kiedy na czymś bardzo mu zależało, potrafił być cierpliwy. I to właśnie w tym momencie musiał dziewczynie udowodnić.
Mimo chwilowego zajęcia się ubrudzonym butem, uwadze Luciena nie uszło prychnięcie Zoi, po którym zaraz odwróciła wzrok. Dopiero wtedy zrozumiał, jak jego słowa w połączeniu z tym, co robił, musiały wyglądać komicznie.
Nie śmiej się, mówię prawdę — zwrócił jej uwagę z udawanym oskarżeniem, choć kąciki jego ust drgnęły nieznacznie ku górze, zdradzając jego żartobliwe intencje. — A to — tu wskazał na buta — jest Twoja wina, więc lepiej, żeby się to doczyściło — zmrużył oczy z pewną zaczepką w głosie. Czy to była groźba, zależało od interpretacji. Nie wykluczał, że zażąda od niej zadośćuczynienia. W jakiej formie, to się jeszcze mogło okazać.
Nagła konsternacja Zoi na jego wyznanie sprawiła, że na moment jego spojrzenie stało się uważniejsze. Mimowolnie poczuł nutę satysfakcji, kiedy dotarło do niego, że dziewczyna mogła zrozumieć podwójny sens jego wypowiedzi, co potwierdził jedynie nieznaczny błysk w jego oczach. Nie skomentował tego w żaden sposób, skupiając się na jej odpowiedzi odnośnie wizytówki.
Czasu już nie cofniemy — odparł lekko, kręcąc głową, jakby wiedział dokładnie, o czym mówił. Nie bez powodu użył zwrotu my, między słowami skrywając nie tylko chwilę nieuwagi w szatni, jak i brak uważności tamtej upojnej nocy, której skutek teraz oboje odczuwali aż zbyt wyraźnie.
Uważał, że tamtego biegu zdarzeń nie mogli już zmienić, ale teraz mogli mieć wpływ na to, co się zdarzy w przyszłości. Przede wszystkim to o n chciał mieć jakiś wpływ na przyszłość — ich wspólną, bo teraz dotyczyło to całej trójki. Nie stronił od odpowiedzialności i chciał zachować się na tyle w porządku, na ile był w stanie sobie pozwolić.
Aż przygryzł wargę, próbując nieudolnie powstrzymać rozbawiony uśmiech, kiedy go upomniała, znów celowo przekręcając jego imię. Chyba zaczynał lubić ją złościć. Pewnie dlatego na jej pytanie przekrzywił lekko głowę na bok.
Czy ta świadomość cokolwiek by zmieniła? — odbił piłeczkę, spoglądając na nią znacząco, z cieniem uśmiechu na ustach. Zakładał, że to pytanie retoryczne, bo przecież napis szatnia na drzwiach już sam w sobie sugerował prawdopodobieństwo negliżu, a Zoya przychodząc tam, miała konkretny cel — powiedzieć mu o ciąży. Jasno też dała mu wtedy do zrozumienia, że na niczym innym jej nie zależało. I kiedy tak patrzył w jej błękitne oczy, zastanawiało go, czy naprawdę dalej tak sądziła.
Spokój naprawdę potrafił zdziałać cuda. Po raz kolejny przekonywał się o tym, widząc, jak jego opanowanie oddziaływało na Zoyę. Z każdą chwilą jej gniew ulatniał się coraz bardziej, co mógł przypisać sobie jako sukces. W duchu ucieszył się na tę myśl. Dlatego też zupełnie zignorował kolejną, tym razem znacznie mniej wrogą prośbę o odejście i ruszył za nią.
Dziwisz mi się? Odkryłaś, kim jestem, przyszłaś do mojej szatni bez żadnej zapowiedzi i zrzuciłaś na mnie bombę, licząc na to, że uwierzę nieznajomej w coś tak abstrakcyjnego? — zapytał tonem pozbawionym jakiejkolwiek krytyki, odnosząc się do swojego niezadowolenia z jej wizyty. Nie miał zamiaru znowu jej wyrzucać tego, w jaki sposób potoczyła się tamta rozmowa, a jedynie zwrócić uwagę na jeden istotny szczegół. — Nie dałaś mi chwili zastanowić się nad tym wszystkim. Poza tym… — zawahał się, na chwilę zwilżając wargi — …życie w moim świecie nie jest takie proste, jak się wydaje — przyznał dość ogólnie, na koniec niepostrzeżenie przełykając ślinę. Ciężko było mu dobrać odpowiednie słowa, ale pomiędzy nimi kryło się przyznanie do błędu, jakim było potraktowanie jej jako psychofanki i naciągaczki. Kiedy sięgnęła po widły, odruchowo złapał za trzon. Nie chciał tak szybko kończyć tej rozmowy.
Powaga w jej głosie, gdy ponownie powiedziała, że nie chciała go więcej nachodzić, wydała mu się wiarygodna. Skinął nieznacznie głową na znak, że przyjął to do wiadomości.
Twoje ostatnie słowa sugerowały coś zupełnie innego — zauważył ze spokojem w głosie, przesuwając wzrokiem po jej twarzy. Od bystrych oczu, przez smukły nos, po wydatne usta. Właśnie te usta wypowiedziały słowa, które tak go zabolały. Czy istniała szansa, że skoro skłamała w kwestii mediów, to w tej pierwszej apropo jego poprzedników też rozminęła się z prawdą?
Nie było mu dane jednak zatrzymać się nad tym myślami na dłużej, bo dotarła do niego następna informacja, na którą nieznacznie się skrzywił. Wpadka stanowiła spory kłopot i nie sprzyjała jego ugruntowanej pozycji w Mercedesie, ale czy naprawdę mógł zrzec się swoich praw względem dziecka? Nie miał co do tego pewności.
A ja nie przyjechałem ich stwarzać — wyznał z przekonaniem. W tej samej chwili, myśląc o tym, co powiedziała Zoya, uświadomił sobie coś jeszcze. — To znaczy, że podjęłaś już decyzję? — zapytał ostrożnie, spoglądając na nią z uwagą, czując na karku czające się w mięśniach napięcie.

Zojka
25 y/o
For good luck!
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To, że nagle chciał porozmawiać, wydało się Zoi zabawne. Role jakby się odwróciły? Miała wrażenie, że tym razem to ona miała pełne prawo zasypać Luciena wyrzutami, skoro to on czegoś od niej chciał. Przez moment poczuła nawet ukłucie satysfakcji, ale szybko zdusiła je w zarodku i tylko potaknęła.
Chciał rozmawiać. Być może chciał znaleźć jakieś rozwiazanie. Albo wytłumaczyć, jak wszystko wyglądało z jego perspektywy lub chociaż wysłuchać, jak paskudnie sama się czuła, w momencie, w którym dowiedziała się o ciąży.
I niby powinna dać Lucienowi szansę, choć wewnętrzna zołza nieustannie szeptała Zoi, aby trzasnęła mu drzwiami od stodoły w twarz. I chociaz w tym momencie tego nie doceniała, to być może w przyszłości bedzie wdzięcza za ten upór i cierpliwość.
Przecież się nie śmieję — odpowiedziała odrobinę zbyt szybko, aby zabrzmiało to wiarygodnie. Usłyszała ten sztucznie oskarżycielski ton i dostrzegła nikły uśmiech błąkający się po twarzy mężczyzny. Chwilę później jednoznacznie obwieścił winę Zoi. — Ha! Trzeba było nie przychodzić tutaj w białych butach. Jesteś na wsi.
I znowu, czego się spodziewał? Wokół panował brud, który mimowolnie roznosił się po całym gospodarstwie. Nie chodziło przecież tylko o jajko. Były jeszcze zwierzęta, jakie wesoło zostawiały po sobie niespodzianki, kompostownik, sterty ziemi, siano czekające na rozłożenie i cała masa innych rzeczy!
Sama Zoya od dawna poruszała się po podwórzu wyłącznie w kaloszach.
To prawda. — westchnęła, choć tak naprawdę nie była pewna, czemu właściwie przytaknęła. Uznała jednak, że dopytywanie, czy miał na myśli rozmowę w szatni czy raczej ich nierozważny seks w alejce, byłoby wyjątkowo nietaktowne. Nie wiedziała, że celowo dobrał słowa tak, aby wprowadzić ją w lekki dysonans. Co gorsza - udało mu się.
Zoya również uważała, że nie powinna bez przerwy wałkować tego, co się wydarzyło. Oboje byli tylko ludźmi. Młodymi, impulsywnymi oraz, cholernie nierozsądnymi. Tamtej nocy nie popełnili przecież zbrodni, choć teraz przyszło im mierzyć się nowymi decyzjai.
Perspektywa rodzicielstwa przerażała Zoyę, ale wciąż nie na tyle, aby całkowicie się załamać. Wbrew temu, co można było o niej sądzić, potrafiła zmierzyć się z konsekwencjami własnych wybryków.
Rozbawiła go. Wyraźnie zauważyła, jak przygryzł wargę, próbując powstrzymać śmiech, więc odruchowo zmrużyła oczy i pogroziła mu palcem tuż przed twarzą.
A! A! A! — zaakcentowała komicznie każdą głoskę. Zorientowała się, że Lucien celowo próbował wpędzić ją w jakąś głupią p u ł a p k ę. — Nie wpędzisz mnie w wyrzuty sumienia. Poza tym nie rób z siebie świętoszka. Wszystko… — skinęła wymownie w stronę jego krocza. — …już widziałam.
Tak! Tak naprawdę, kiedy tydzien temu przyszła do niego, zależało jej wyłącznie na tym, aby poinformować go o ciąży i wspólnie ustalić, jak od tej pory powinny wyglądać ich priorytety. Teraz jednak, kiedy rozmawiali, a rozmowa stopniowo schodziła na coraz bardziej absurdalne, acz zaskakująco swobodne tory, zaczynała łapać się na myśli, że dobrze byłoby pozostać z mężczyzną w zwyczajnie dobrych, przyjacielskich relacjach.
Odpowiadała na jego spojrzenia i coraz mocniej utwierdzała się w przekonaniu, że jeśli mieli wspólnie wychować dziecko, musieli przede wszystkim nauczyć się ze sobą dogadywać.
Zaraz jednak, przyłapawszy się na tym, że zaczynała dryfować zbyt daleko, postanowiła znowu go spławić. Kiedy jednak ten nie odpuścił i podreptał za nią w głąb stajni, po raz kolejny jedynie westchnęła.
Lucien. — Po raz pierwszy zwróciła się do niego prawdziwym imieniem. — A ty jak byś to rozegrał? Miałam napisać e-mail do twojej agencji, licząc, że ktoś w ogóle rozważy moją prośbę o spotkanie z tobą? A może powinnam była zaczepić twojego menedżera na środku ulicy i oznajmić mu, że jego gwiazda przespała się z przypadkowo poznaną dziewczyną, która pechowo zaszła w ciążę? Mogłam ewentualnie po wyścigu rzucić w ciebie testem ciążowym, ale nie wiem, czy nie byłoby to jeszcze bardziej spektakularne niż włamanie się do szatni — ostatnie zdanie w nietypowym, żartobliwo-ironicznym kontekście.
Przez chwilę tylko patrzyła, jak sam na nią patrzył. Doskonale wiedziała, o co mu chodziło. Doskonale wiedziała też, jakie emocje wzbudziła w nim tamta rozmowa, ale nie zamierzała się do tego ustosunkowywać. Zoi również nie było łatwo. Lucien jako kierowca GT był dla niej nieosiągalny, dlatego musiała działać impulsywnie, aby mieć szanse z nim porozmawiać. Musiał to zrozumieć, jezeli jeszcze sam się nie domyślił.
Zaatakowałeś mnie — przypomniała z błyskiem pretensji w błękitnych oczahc. Ten jednak szybko zniknął. Cmoknęła z dezaprobatą i na kilka sekund odwróciła wzrok. Lucien naprawdę sprawiał wrażenie, jakby szczerze chciał z nią porozmawiać, więc nie powinna zasypywać go kolejnymi pretensjami. — Chodzi o to, że sam nie dałeś mi szansy, abym pozwoliła ci to wszystko przemyśleć. I to nie tak, że chciałam wprosić się do twojego skomplikowanego życia. Domyślam się, że ciągłe dbanie o wizerunek musi być dla ciebie ciężkie. Dzieli nas przepaść. Jak widzisz, w przeciwieństwie do ciebie, jestem prostą dziewczyną.
Na dzień dzisiejszy życie Luciena wcale Zoi nie przerażało. Tak naprawdę nie miała pojęcia z czym się wiązało, a jej wyobraźnia nie sięgała jeszcze tak daleko, aby się nad tym zastanawiać. Bardziej interesowało ją jakim był człowiekiem i ile musiał poświęcić, aby znaleźć się w tym miejscu.
Puść — nakazała, kiedy niespodziewanie złapał za widły. Chciała sama zsunąć dłoń Luciena z trzonka, jednak odezwał się ponownie. Wtedy drgnęła nerwowo, bo był to temat, do którego nie chciała wracać. — Kłamałam — przyznała w końcu. — Byłam zła. Zrobiło mi się przykro, kiedy posądziłeś mnie o to, że upolowałam sobie bogatego jelenia. Widząc, jak bardzo zależy ci na dobrym imieniu, powiedziałam te wszystkie bzdury i naprawdę-naprawdę nie jestem z tego dumna.
Mówiła tylko o tym, że zagroziła mu medialnym skandalem. Nawet przez myśl Zoi nie przeszło, że mógł wciąż drążyć temat jej byłych partnerów, których, ekhem, nawet nie pamiętała. A przynajmniej nie wszystkich!
W końcu zepchnęła rękę Luciena z wideł i w dość zaborczy, przez co zabawny sposób przysunęła je bliżej siebie.
Nie wiem czy kiedykolwiek miałam jakikolwiek wybór. To logiczne, że urodzę — powiedziała to z taką pewnością, jakby ani razu nie rozważała innej decyzji. — To nie wina dziecka, że jego rodzice to para idiotów. — Wzruszyła ramionami, po czym po raz kolejny wyminęła mężczyznę, aby następnie stanąć parę kroków dalej, przy kolejnym boksie. Wtedy odwróciła się przez ramię w stronę Luciena. — Jak chcesz dalej rozmawiać, to musisz mi pomóc.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
For good luck!
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

To nagle wbrew pozorom wcale nie było takie nagłe. Lucien potrzebował chwili czasu, żeby przetrawić nowe informacje, zreflektować się, a przede wszystkim zastanowić, jaki ta sytuacja miała wpływ na jego życie w czasie długofalowym. Do tego ostatecznie skłonił go przerwany wyścig i problemy z koncentracją, które nie mogły zagościć u niego na dobre.
Nie ulegało wątpliwości, że zasłużył sobie na zasypanie przez nią wyrzutami i jechał do niej, starając się mentalnie przygotować na wszystko. W końcu nie bez powodu uważał ją za wariatkę, prawda? Szansa to chyba jedyne, czego od niej w tym momencie oczekiwał.
Doprawdy? — Na zaprzeczenie Zoi obdarzył ją dość sceptycznym spojrzeniem, bo wcale mu na to nie wyglądało. Niemniej rozbawił go sposób, w jaki wypowiedziała te słowa zdecydowanie zbyt szybko. Jego kolejna uwaga na kilka sekund zbiła go z tropu, przez co rozchylił wargi, patrząc na nią bez słowa. Zaraz jednak się zreflektował. — No wybacz, ale nie zdążyłem się zaopatrzyć w tak stylowe obuwie jak Twoje. Takie kalosze powinny być rozdawane przed każdym wjazdem na wieś — stwierdził z udawaną urazą, doskonale wiedząc, jak absurdalnie to zabrzmiało.
Był mieszczuchem i wcale się z tym nie ukrywał. Na wieś rzadko kiedy zaglądał, nie mając ku temu większych powodów niż zaznanie chwili spokoju, ciszy i sielskości, która go tak ujęła podczas drogi na farmę Weasleyów. Szczerze mówiąc, nie spodziewał się aż takich okoliczności. Dla niego liczyło się przede wszystkim spotkanie ze stojącą tuż przed nim ciemnowłosą.
Nie skomentował jej cichego, niemal nostalgicznego westchnięcia, jedynie odczuwając ciężar wypowiedzianych przez nią słów, pod którymi mogło kryć się wszystko to, co właśnie krążyło po jego głowie. Rzadko kiedy bywał tak nierozsądny, ale nic nie mógł poradzić na to, co kierowało nim zarówno w tamtej alejce, jak i w szatni.
Wygrażanie mu palcem na nic dziewczynie się zdało, bo dzięki temu tylko bardziej wzmogła w Lucienie rozbawienie. Zwilżył wargi i ciężko westchnął.
Mówiłem, że nie mam nic do ukrycia — odparł lekko, znacznie poszerzając swoje kąciki ust. Pozwolił jej się badać pod klubem do woli, acz nie wykorzystała tego w pełni. W tamtym czasie rządził nimi pośpiech, a w szatni nadal pozostawiał pewne pole wyobraźni. Tym razem jednak powstrzymał się przed wyprowadzeniem jej z błędu, a jedynie jego łobuzerski uśmiech zdradzał jego pewność siebie.
Wyglądało na to, że ton ich rozmowy stawał się coraz bardziej swobodny i przystępny, co prowadziło ich w dobrym kierunku. A przynajmniej takie wrażenie miał Luke, kiedy wprost nie potrafił powstrzymać się przed tymi drobnymi zaczepkami i widział, jak wpływało to na Zoyę. Jej dotychczas czysta złość przeradzała się w złośliwość, w której kryło się już coś znacznie lżejszego, łagodniejszego, czemu bez problemu był w stanie sprostać.
Satysfakcjonował go sposób, w jaki przełamywali między sobą bariery. Nawet, jeśli przeszli na poważniejszy temat, w głosie Zoi nie było już typowego dystansu czy oburzenia, co pozwalało mu spojrzeć na to wszystko ze spokojem i ze znacznie szerszej perspektywy.
Przez chwilę w ciszy rozważał to, co powiedziała, nie wiedząc, jak się do tego odnieść. Bo miała rację, nie znał odpowiedniego sposobu, w jaki mogłaby mu powiedzieć o ciąży, bez ingerowania w to osób trzecich. A tego przecież za wszelką cenę chciał uniknąć. Jego wahanie można było dostrzec po tym, jak przełknął ślinę i odwrócił na chwilę wzrok gdzieś w bok, uśmiechając się kącikiem ust na jej ostatnie zdanie.
Zdarzają się kobiety, które podczas składania autografów podsuwają kierowcom akt małżeństwa — oznajmił poważnie, finalnie posyłając jej spojrzenie, które mówiło, że tym razem nie żartował. Co prawda, może nie zdarzało się to tak często w jego branży wyścigowej, ale w F1 już tak. Chyba już nic nie powinno go zdziwić.
Westchnął ponownie i pokiwał głową. Tak, zaatakował ją, nie przyjmując do wiadomości innej możliwości, jak próby naciągnięcia go na dziecko. Zaczynał jednak rozumieć, jak wyglądało to z jej strony i że nie miała zbyt wielu opcji.
Dziwiło go też jej zrozumienie w kwestii życia, które prowadził, zwłaszcza, że sama przyznała, iż nie należała do tego życia. Świadczyło o tym między innymi to miejsce, w którym obecnie się znajdowali - jej dom. Patrząc na nią, w kaloszach, w stajni, w zupełnie naturalnym środowisku, zrozumiał, że należeli do różnych światów. A mimo to potrafiła wykrzesać z siebie tę wyrozumiałość, której wielu osobom brakowało.
Wiem, nie tak powinno to wyglądać — przyznał szczerze, odnosząc się do swojego zachowania w szatni. — Ale z mojej perspektywy wyglądało to dość podejrzanie. Nawet nie wiesz, do czego ludzie są zdolni, żeby zdobyć to, czego pragną — pokręcił głową z niedowierzaniem, wspierając się na chwilę rękami o biodra. Nie był z siebie dumny i miał nadzieję, że Zoya mu uwierzy.
Jak nikt inny wiedział, że tylko desperaci próbowali zaznać jego życia i korzystać z jego uroków. Nikt zdrowy na umyśle nie chciał uczestniczyć w tym wszystkim, z czym musiał zmagać się Luke. A już na pewno nie płeć piękna, która potrzebowała znacznie więcej uwagi, zamiast tego stając się coraz bardziej przytłoczoną intensywnym trybem życia mężczyzny i tęsknotą przez wieczne rozjazdy. Biorąc to pod uwagę, Zoya coraz bardziej wydawała mu się mieć głowę na karku. Kolejne słowa i przyznanie się do kłamstwa tylko to potwierdzały.
Przepraszam — powiedział po chwili milczenia, prosto i poważnie, naprawdę mając to na myśli. Jeżeli mieli zachować dobre kontakty, wypadało w końcu powiedzieć to na głos. W końcu była matką ich dziecka, więc upomniał się w myślach, że to tylko powinno mieć teraz znaczenie.
Ściągnął nieznacznie brwi, kiedy dziewczyna strzepnęła jego rękę z wideł i je zabrała, ale w tym momencie skupił uwagę przede wszystkim na jej wyznaniu. Urodzi. A oni byli parą idiotów. Mimowolnie kącik jego ust nieznacznie powędrował do góry w grymasie, który nie przypominał uśmiechu, i pokiwał zgodnie głową. — I tu nie sposób się z Tobą nie zgodzić — mruknął, niepostrzeżenie wzdychając. Był ojcem. To nadal była bardzo abstrakcyjna wizja. Na jej propozycję podniósł na nią spojrzenie. — Co mam robić?
Był gotów na wszystkie zadania, jakie miała mu zlecić, choć tak naprawdę nawet nie zdawał sobie sprawy, na co się pisał. Operował jednak taczkami i widłami, robiąc użytek z własnych mięśni tak, jak potrafił. Po jakimś czasie zaczynał już odczuwać zmęczenie, więc gdy w pewnym momencie bezwiednie przetarł wilgotne czoło, usłyszał złośliwe pytanie Zoi, na co z rozbawieniem porównał swoją pracę do darmowej siłowni, której tego dnia dzięki niej nie będzie musiał już zaliczyć.
Widział, że rozkazywanie mu sprawiało ciemnowłosej pewną satysfakcję, ale dzielnie i z uśmiechem na ustach to znosił, domyślając się, że było to pewne wyzwanie i musiał się wykazać. Nie pozwolił jej natomiast przenosić beli słomy ani baniaków z wodą, przypominając jej, że nie powinna się przemęczać. Ostatecznie sam zajął się zaniesieniem ich w odpowiednie miejsce, starając się przy tym nie przejmować swoimi już nie białymi butami i brudnymi ubraniami.
Kiedy przekręcił ostatnią taczkę, wyrzucając z niej zawartość na sporą już kupę starej słomy, westchnął ciężko, po czym spojrzał na Zoyę, która przyglądała mu się z czających się w oczach rozbawieniem. Lucien był brudny, zmęczony, ale to nie przeszkodziło mu w tym, żeby uśmiechnąć się do niej zawadiacko.
Wsiadaj, podwiozę Cię. Gwarantuję, że lepszego kierowcy do prowadzenia taczki dziś nie znajdziesz — rzucił, przekrzywiając nieco głowę i spoglądając na nią wymownie, bo przecież taka okazja mogła się nie powtórzyć.

Zojka
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”