Jakoś mimowolnie ponownie spojrzała na swoje kalosze, które sięgały do kolan, po czym jeszcze raz zerknęła na białe buty Luciena, które pochodziły od jakiejś znanej i cholernie drogiej marki. Ostatecznie tylko prychnęła. Mógł przynajmniej wybrać sobie ciemniejszy model! Nawet w mieście tak jasne obuwie było po prostu niepraktyczne.
Zoya nie była
mieszczuchem. Tak naprawdę dopiero od niedawna zaczęła odnajdywać się w ciasnych czterech ścianach w Toronto, ogarnęła komunikację miejską i pogodziła się z wszechobecnym smogiem. Lubiła otwarte tereny, pracę w ziemi i przy zwierzętach, czego pomimo posady technika weterynarii, bardzo jej brakowało.
Bardzo brakowało jej tego klimatu i nie zaprzeczała, że być może kiedyś wróci na stałe do Hunstville.
K i e d y ś.
Zacisnęła usta w cienką linię, aby przypadkiem nie uśmiechnąć się łobuzersko, gdy Lucien powtórzył dokładnie to samo, co pod klubem.
Nie miał niczego do ukrycia. Pomimo dziwnej pokusy Zoya postanowiła zdusić chęć ciągnięcia tej rozmowy dalej. Tym bardziej że dostrzegła, jak frywolnie uniósł kącik ust, a w jego oczach rozdarł się figlarny błysk.
—
Co? — zapytała, jakby serio nie zrozumiała. Przez pierwszych kilka sekund nie mogła uwierzyć, że kobiety potrafiły być aż tak nieobliczalne, aby posunąć się do fingowania małżeństwa. Z drugiej strony wiedziała, że Lucien próbował w ten sposób usprawiedliwić swoją podejrzliwość względem testu ciążowego, dlatego tylko delikatnie skinęła głową. —
Nie chciałabym skończyć w małżeństwie z mężczyzną, którego nie znam. To byłby jakiś absurd. Żadne pieniądze nie przekonałyby mnie do czegoś takiego — wzruszyła ramionami, przedstawiając swoje stanowisko. Może była wariatką, ale wciąż
zdrową psychicznie wariatka, jakkolwiek absurdalnie to brzmiało.
Mogła nie znać perypetii sławy Luciena Spencera, ale nie miała na tyle ograniczonego umysłu, aby nie potrafić sobie tego wszystkiego wyobrazić. Przecież nie mógł uśmiechać się bez przerwy, tak jak robił to przed kamerami. Nawet stojąc w kaloszach, w stajni, ubrudzona tu i ówdzie, intuicyjnie wiedziała co nieco, chociaż... tą powyższą informacją zdecydowanie ją zaskoczył.
Spokojnie wysłuchała tego, co mówił, jednocześnie uważnie obserwując jego twarz. Przez moment zastanawiała się, o jakich czarnych scenariuszach nie miała pojęcia. Jak bardzo zdesperowani musieli być ludzie, aby wbić w niego swoje pazury i zaczerpnąć z bogactwa. Czy rzeczywiście pieniądze były warte tego, aby tak się upodlić i pławić w blasku nieuczciwości? Na samą myśl Zoyę aż zatrzęsło, jednak przestała roztrząsać ten temat, kiedy usłyszała
przeprosiny Luciena
Tak zwyczajne, a jednocześnie zupełnie nieświadomie....
...potrzebne.
Zoya uchyliła usta, ale słowa ugrzęzły jej w gardle. Ostatecznie przyjęła wszystko w milczeniu, choć spuściła wzrok na czubki swoich kaloszy. Przez chwilę poczuła się dziwnie winna, ale westchnięciem odoniła te uczucia. Ani ona, ani dziecko nie zrobili niczego złego.
Lucien też nie. Po prostu dał się ponieść emocjom i piętrzącym się niewiadomym.
* * *
Co miał robić? Na farmie nie brakowało roboty, więc Zoya szybko rozplanowała im czas. Nie oszczędzała Luciena, ale też sama nie próżnowała i robiła wszystko, co było trzeba. Pomimo to mężczyzna wyręczał ją przy cięższych obowiązkach, co serio przyjmowała z ulgą, bo gdzieś z tyłu głowy wiedziała, że dla dobra ciąży nie powinna dźwigać.
Przez cały czas obserwowała wysiłki Luciena i to, jak operował narzędziami, fakt, raz sprawniej, raz bardziej nieporadnie. Kiedy nie patrzył, ukradkiem lustrowała detale jego sylwetki, które nagle wydały jej się jeszcze atrakcyjniejsze niż tamtego wieczoru w alejce. Tutaj mogła na własne oczy przekonać się do czego był zdolny, jeśli mu na czymś zależało. I to było absurdalne, bo zależało mu na kontynuowaniu rozmowy.
W międzyczasie Zoya rzucała jakieś anegdotki, aby nie zapadła między nimi niezręczna cisza. Wybierała bezpieczne tematy i opowiadała o gospodarstwie; o odławianiu koni, o warzywach, które co roku sadzili, o stadzie niosek i jakości znoszonych przez nie jaj czy o innych, zupełnie nieistotnych sprawach.
Kiedy skończyli pracę, umorusana ziemią akurat odpoczywała na drewnianym płocie. Obserwowała jak Lucien wysypał z taczki ostatni ładunek i chyba naprawdę ciągnęło ją do
złych wyborów, bo po raz kolejny mimowolnie pomyślała, że taki brudny i spocony podobał jej się bardziej niż tamtego wieczoru, kiedy był
pod krawatem.
Prędko jednak cmoknęła z ironią, jakby próbowała przywołać się do porządku. Potem zeskoczyła z płotu i podbiegła do mężczyzny, gdy zaproponował podwózkę.
—
Kieruj się w stronę domu! — krzyknęła rozbawiona, jednocześnie usadawiając tyłek we wnętrzu taczki. Przy okazji demonstracyjnie wskazała paluchem na budynek, po czym złapała się metalowych rantów. —
Jesteś głodny? — zapytała mimochodem i spojrzała na Luciena przez ramię.
Kto by pomyślał, że kiedykolwiek przyjdzie jej sprzątać gospodarstwo z kanadyjską gwiazdą Formuły GT. Życie naprawdę bywało przewrotne, a Zoya była o tym boleśnie przekonana od chwili, gdy dowiedziała się, że została podmieniona w szpitalu.
Tymczasem...
—
Szybciej nie potrafisz? Myślałam, że lubisz prędkość. — zażartowała. Zaraz musiała mocniej chwycić się taczki, gdy Lucien niespodziewanie puścił się biegiem. Wybuchnęła głośnym śmiechem, kiedy raz po raz podskakiwałai na każdej napotkanej wyboi.
W środku Zoya wyciągnęła parę kapci dla siebie i dla Luciena, choć nie była pewna, czy przyjmie obuwie należące do jej brata. Niemniej była przyzwyczajona do tego, że częstowała nimi gości. Następnie udała się w głąb do kuchni, której wystrój przypominał te stare, spotykane w amerykańskich prowincjach domostwach. Znajdował się tam kredens, solidna meblościanka z przeszklonymi drzwiczkami w szafkach oraz stół przykryty czerwoną ceratą. Charles Weasley nie odważył się na remont odkąd zmarła mu żona.
Zoya wyjęła z lodówki zapiekankę makaronową, po czym włożyła ją do piekarnika. Następnie otworzyła górną szafkę.
—
Chcesz się czegoś napić? Kawy? Sportowcy piją kawę? — zapytała, zerkając przelotnie na Luciena, po czym ponownie rozejrzała się w poszukiwaniu puszki z kofeiną. Stała wysoko-wysoko nad jej głową, dlatego wspięła się na palce i ze wszystkich sił wyciągnęła ramię, ale pomimo tego nadal nie dosięgała. —
Cholera — sapnęła i wtedy poczuła za sobą obecność mężczyzny, który najwyraźniej postanowił jej pomóc.
Mimowolnie stanęła na całych stopach i odwróciła się przodem do Luciena. Wpierw dostrzegła jego umorusaną koszulkę, a dopiero po chwili zadarła spojrzenie na oczy. Te wyraźnie się w nią wpatrywały, więc w kolejnym, niespodziewanym ruchu usiadła na blacie.
—
Wracając do naszej rozmowy... — zaczęła ostrożnie, ani na moment nie przerywając kontaktu wzrokowego. W międzyczasie przejęła puszkę, którą odłożyła na bok. —
Sądzę, że powinniśmy się lepiej poznać skoro za parę miesięcy nasze dotychczasowe życie może znacznie się zmienić — stwierdziła.
Zoya w tym momencie nie myślała o tym, że będzie musiała zrezygnować z pracy i prawdopodobnie albo zamieszkać u biologicznych rodziców w Toronto, albo tutaj, u ojca w Huntsville. Nie myślała też o tym jak wiadomość o nieślubnym dziecku, o ile Lucien w ogóle zdecyduje się kogokolwiek poinformować, wpłynie na jego karierę.
Po prostu udzielił jej się ten lekki, frywolny nastrój, który niespodziewanie towarzyszył im podczas prac w gospodarstwie. Nieświadomie postanowiła go kontynuować i na moment wygięła się w bok, aby w koszyczku z przydasiami odnaleźć marker.
Następnie odważnie złapała Luciena za rękę i przyciągnęła ją do siebie, kładąc na swoim nagim udzie, aby odsłonić sobie dostęp do jego przzedramienia. Potem zębami otworzyła marker i odłożyła nakrętkę na blat.
—
Jak chodziłam do szkoły, to z braćmi uczyliśmy się w ten sposób, że pisaliśmy sobie zagadnienia na rękach, a wtedy jedno z nas czytało z książki ich definicje. Jakoś wtedy lepiej nam się wszystko zapamiętywało — zaczęła, po czym bez pytania postawiła Lucienowi pierwszą literę na skórze. —
Mamy osiem? Siedem miesięcy, aby się poznać? — Uśmiechnęła się, choć w tym geście brakowało szczerości. —
Więc trochę to przyspieszymy. — Kiedy skończyła pisać, powstały napis przedstawiał słowo „rodzeństwo”. —
Mówimy tylko tyle, ile chcemy i nie zadajemy pytań. — Puściła dłoń mężczyzny i dwukrotnie postukała palcem w jego przedramię. —
Mam pięciu starszych braci — poinformowała.
Kolejną informacją był
kolor Zoyi. Podzieliła się tym, że najbardziej lubiła pastelowe odcienie, ale rzadko wykorzystywała je w swojej garderobie. Potem napisała „prawo jazdy” i zdradziła, że prowadzi całkiem dobrze, ale pomimo wszystko nie czuła się komfortowo za kierownicą.
Lionel