Snucie planów na wieczór zostawił na potem. Na późniejsze potem, bo teraz faktycznie mogli sobie mówić o tym czy o tamty, ale jeśli miało przyjść co do czego, to wszystko miało zweryfikować
później. Parę momentów po tym, jak dotrą w to rzekome instagramowe miejsce.
Uniósł jednak lekko brew, słysząc jej pytanie. No trochę chyba jego dziewczynę poniosło, że takie straszne rzeczy tworzyła.
—
Nie nooo, już bez przesady. To horror, a nie psychologiczna opowieść o psychopacie z nadprzyrodzonymi mocami. — To akurat brzmiało jak naturalny, codzienny problem jaki miał mieć jego brat z Siyeon. Jiwoongowi do faktycznych, uporczywych objawów ADHD było daleko. Być może miał ich kilka (no bo przecież wszyscy mają jakieś objawy!!), ale chyba nie na tyle, by mówić o faktycznym problemie. Oszołomem może był, ale raczej dobrze zorganizowanym. I może preferował spontaniczność ponad sztywne ramy, ale do tych drugich także umiał się dostosować.
Jak faktycznie chciała posłuchać takich horrorów, to może powinna poprosić Jaehyuna o kilka opowieści z życia wziętych. O ile w niedalekiej przyszłości się nie rozstanie z partnerką, faktycznie mając dość.
Z nim, na szczęście, takich problemów nie było. Może był jebnięty, ale nie aż tak. W zdrowych ramach. Na krawędzi, ale dalej w zdrowych ramach!
—
Nie wiem, czy chcę ci to zrobić. Mogłabyś się z pewnej traumy już nie wykaraskać. — Więc może też lepiej, żeby nie prosiła jego brata o historie, bo on miał pewnie jeszcze gorsze, niż te Jiwoonga. —
Zastanowię się. Do wieczora jeszcze szmat czasu, może mi jeszcze podpadniesz. — Mrugnął do niej porozumiewawczo, sygnalizując że – kto wie, może faktycznie ją pognębi, ale do tego musiałaby się naprawdę postarać.
Jako że trochę ten spacer trwał – na szczęście cały czas było płasko, a także przez to, że nie zerwali się przecież z samego rana, to słońce powoli zaczynało zachodzić. Bardzo powoli, trudno było mówić o całkowitym zmierzchu, ale nie było już tak ekstremalnie jasno.
Powoli już docierali na miejsce, przynajmniej tak zdradzała mapa w jego telefonie, więcna pewien moment ucichł, aby wymienić jeszcze kilka wiadomości z bratem, aby upewnić się, że wszystko było już dograne. Ale Jaehyun, już po raz kolejny, zapewnił go, że wszystko było gotowe i że po prostu czekał. Sam. Siyeon nie zaprosili. Z powodów wiadomych jej nie powiedzieli. Nie żeby była wielką plotkarą, ale były pewne sprawy, które na pewno trudno byłoby zachować w tajemnicy przed koleżanką. Albo nie robić głupkowatych aluzji, które wszystko by spaliły.
Niby nie był to jakiś wielki pomysł z tysiącem gołębi wypuszczonym przy pytaniu, bo Jiwoong, chociaż chciał zadać pytanie, to wolał zrobić to w mniejszym stylu, ale z tak samo wielkim uczuciem.
Schował telefon i złapał głębszy oddech, na gębie starając się utrzymać ten sam delikatny uśmiech, który towarzyszył mu od początku. O jego pulsie, mogli na razie nie rozmawiać, zresztą w tej chwili wydawało się być jeszcze tylko ciut… powyżej normy.
Zeszli z głównej ścieżki szlaku i zakręcili w taki, który zagłębiał się w las, ale prowadził w stronę jeziora, które jakiś czas temu zniknęło za zasłoną z drzew. I niedługo potem, jeszcze w leśnej gęstwinie, ukazała się im skromna sceneria. Rozłożony koc, na nim ustawiony koszyczek z pokaźnym bukietem a także winem i paroma przekąskami, ale nie rodem z walmarta. Najważniejszym jednak aspektem całego tego miejsca było kilka tasiemek z lampek, przewieszonych pomiędzy dwoma drzewami. A pomiędzy lampkami – zapięte niewielkimi spinaczami zdjęcia. I, kiedy podeszli bliżej, to już pewnym było, że to były ich zdjęcia.
Te, które robili razem do prywatnej galerii, podczas ich mniejszych czy większych przygód.
Idealna miejscówka na świętowanie rocznicy spotkania, no kto by pomyślał. To może mogło coś sugerować, ale z drugiej strony – przecież pokrywało się z tą całą okazją, o której on mówił. Więc mogła to być niespodzianka z tego powodu. I może coś, co albo go wyda (a raczej wyda jego zamiary), albo już całkowicie zdejmie z niego podejrzenia.
—
O patrz, ale ktoś to ładnie przyszykował! — Na pewno nie ty, Jiwoong. Ale gdyby ktoś pytał, to na razie zamierzał zeznawać, że on. Z samego rana. Raczej nie planował opowiadać, nie na tym etapie, że po lesie nieopodal biegał jego brat. I ogarniał kolejne rzeczy. W dodatku pouczony tak, żeby absolutnie się nie wydać. A teraz był bardzo w
pobliżu, więc musiał być jak Wielka Stopa. Nieuchwytny.
Zbliżył się z dziewczyną do miejsca, a raczej – pozwolił jej się zbliżyć, podczas gdy sam podszedł do kosza, aby wyciągnąć z niego bukiet z licznych czerwonych róż.
—
To co, Sora? Za ten nasz pierwszy rok i za rocznicę najwspanialszego i najgorszego dnia twojego życia? — spytał, wręczając jej kwiaty. Dla niego to oczywiście tylko najlepszy, ale Wolff to pewnie jeszcze przez pół wieku będzie przeżywać z zażenowaniem ten swój okres. —
Słyszałem, że lubisz róże.
Sora Wolff