ODPOWIEDZ
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Ale ty mnie wkurwiasz.
Spróbował sobie przypomnieć, co zwykle mówiono o Kanadyjczykach. Że uwielbiają hokej – strasznie głupi sport. Że lubią zimę – nie bardzo wiedział, co było do lubienia w odmrożonych jajach. Że ciągle przepraszają – odkąd go posadzono w tym pomieszczeniu, nie usłyszał przepraszam ani razu. I że są niezwykle uprzejmi.
Ale ty mnie wkurwiasz nie brzmiało mu jak klasyczna uprzejmość.
Odchylił się na swoim krześle, w milczeniu obserwując postać przed sobą.
Stojący po drugiej stronie stołu, mężczyzna w mundurze rzucił ze złością teczkę na blat. W akompaniamencie kolejnych przekleństw krążył nerwowo po pokoju.
Nie był pewien, co go tak rozzłościło. Przez cały czas uprzejmie odpowiadał na powtarzany przez niego, z maniakalnym uporem, zestaw pytań. Powtarzanym tak długo, że w pewnym momencie zaczął udzielać odpowiedzi jeszcze zanim wyraźnie sfrustrowany funkcjonariusz zdołał je zadać. Czy to nie było uprzejme? W końcu oszczędzał jego czas, oszczędzał jego głos – zasadniczo wykonywał za niego część jego pracy.
Odpowiedzi były normalne. Nie były złośliwe, ani wymijające – wręcz przeciwnie.
Sięgnął do skóry na obolałej kości policzkowej, wspominając poprzedniego agenta, który przyszedł do przesłuchiwać. Nawet nie mógł go winić za to, że stracił w pewnym momencie cierpliwość. Każdy by się wkurzył, gdyby ktoś na pytanie co robiłeś zeszłej nocy odpowiedział: twoją matkę.
Mógł więc wybaczyć mu tę nieuprzejmość.
Odwrócił spojrzenie w stronę weneckiego lustra, spoglądając w swoje odbicie. Zakołysał się na krześle, wciąż cierpliwie czekając, aż najpewniej zaraz ktoś z pomieszczenia obok zdecyduje się zmienić frustrata, aby uniknąć kolejnego incydentu na taśmie z przesłuchań.
— Poczekaj aż ci się federalni do dupy dobiorą, zobaczymy czy dalej będziesz tak cwaniakował — zagroził funkcjonariusz, gdy pomiędzy kaskadą wulgaryzmów, znalazł słowa, które mógł skierować do niego wprost, a nie tylko w domyśle.
— Agencie Campbell — odezwał się głos w niewielkim głośniku nad nimi. — Już dość.
Jego spojrzenie od razu przesunęło się w stronę drzwi, bo to był już pewien schemat – kiedy ci po drugiej stronie mówili, że już dość to nie dlatego, że zrobiło im się żal zatrzymanego. To oznaczało zmianę przesłuchującego. Nie jego pierwsze rodeo. Nie jego pierwszy dzień w tym pomieszczeniu.
Trzeci.
Drzwi otworzyły się, a dotychczas obecny w pomieszczeniu funkcjonariusz spojrzał na niego po raz ostatni, z wyraźną pogardą, by zaraz potem wyjść. Jego miejsce zajął wysoki, krępawy facet, którego już miał przyjemność poznać.
— Panie komendancie — skinął głową. Kącik jego ust wciąż był delikatnie uniesiony, a w spojrzeniu widoczne to, co doprowadzało funkcjonariuszy do cholery a klasyfikowali to jako rozbawienie. Nic go nie bawiło, po prostu był pogodnym człowiekiem.
— Nie popisuj się, Visser — odezwał się mężczyzna, zajmując miejsce po drugiej stronie stolika.
Aresztowany przestał się kołysać na krześle i pozwolił mu opaść na wszystkie cztery nogi, jednocześnie nachylając się nieznacznie nad biurkiem.
— Udało ci się — rzucił komendant, z wyraźnie słyszalnym rozczarowaniem. — Sąd przychylił się do wniosku twojego człowieka i zwalnia cię za kaucją. Zabezpiecza depozyt i majątek poręczyciela.
Teraz można było mówić o uśmiechu. Niepełnym, ale widocznym. Niby nie triumfalnym, ale pełnym satysfakcji. Nie rozbawionym, a jednak nieco kpiącym.
— Ale — wtrącił natychmiastowo funkcjonariusz, nie chcąc zostawić możliwości na komentarz — zatrzymujemy twój paszport. — To nie problem, zaraz będzie miał drugi. — Dostajesz zakaz opuszczania Ontario. — Jebana, zamrożona dziura. — Masz zakaz kontaktowania się z ludźmi. — Zadzwoni, oczywiście, tylko do mamy. — Osadzamy cię w mieszkaniu w Toronto. — Sympatycznie. Podobno są drogie. — I będziesz pod stałym nadzorem.
Czyim? — spytał. Tak, jakby miało to jakiekolwiek znaczenie.
— Agentki Navarro.
Kurwa.
Komendant odniósł triumf. Dotychczasowe zadowolenie spełzło z twarzy Vissera szybciej, niż planował. Wspomnienie tego, jak federalna suka dociskała go kolanem do zimnej posadzki, boleśnie wykręcając ramiona i zakuwając nadgarstki w kajdanki, jednocześnie recytując mu jego prawa, było zbyt zdecydowanie żywe.
Zupełnie jak smak, jebanej, porażki, który momentalnie ścisnął mu gardło.
bitch
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

to capture a predator, you can't remain the prey
you have to become an equal in every way
Tysiąc dziewięćdziesiąt sześć dni.
Niecałe trzy i pół roku spędzone w innym ciele, w innym życiu, pod innym nazwiskiem. Tutaj, na Kanadyjskiej ziemi, na której żadne z nich nie miało prawa czuć się jak w domu. W ciasnym mieszkaniu na obrzeżach miasta, w ubraniach, które nie należały do niej, we włosach, które już dawno temu powinny stać się krótsze.
Trzy i pół roku spędzone skupione na n i m.
Na jego metodach działania i wszystkich, wykonanych operacjach. Na kontaktach, które posiadał w Sinaloa Cartel, a które mogły doprowadzić ich dalej. Na jego zwyczajach, zainteresowaniach i tym, w jaki sposób lubił pić swoją pieprzoną kawę.
Robin Visser pochłonął niemal cztery lata jej życia, choć skłamałaby mówiąc, że nie oddała mu ich świadomie. Potrzebowała ucieczki, im dalej, im szybciej - tym lepiej. Gdy zgadzała się na wejście w to bagno słuchała wszystkich ostrzeżeń, które miały ją od tego odwieźć - jak bycia z daleka od domu, jak ryzyko, które niosła ta operacja i czas, który mogła potrwać. Słuchała ich i podświadomie łaknęła tego coraz bardziej, w ten destrukcyjny sposób uciekając przed znajomymi kątami biura i tymi samymi twarzami, które znały jej byłego partnera.
I znów znalazła się między nimi.
Przez trzy i pół roku marzyła o chwili, w której zedrze z siebie fałszywe nazwisko i wróci do tego, co porzuciła, jednak teraz cała ta tęsknota nabrała goryczy. Elegancka koszula na jej ciele gryzła, była zbyt luźna w niektórych miejscach, opinała w innych, choć przecież należała do niej. Odznaka tkwiąca w jej kieszeni nagle zajmowała dużo przestrzeni, odbijała się linią na jej obcisłych, czarnych spodniach, irytując. Włosy spięte w kucyk - zbyt długie, zbyt nieregulaminowe do tego, na co pozwalała sobie wcześniej - powodowały u niej migrenę.
Musiała przywyknąć. Musiała o d e t c h n ą ć.
Odpowiadała uśmiechem na uśmiechy wszystkich tych, którzy gratulowali jej zakończonej operacji. Kiwała głową słysząc "witamy w domu". Liczyła na to, że za którymś razem te odruchy ciała umocnią przekonanie jej umysłu, że wreszcie to nieswoje wrażenie wynikające z bycia z powrotem wreszcie zniknie, a ona sama uwierzy w to, że faktycznie w r ó c i ł a.
Z teczką w dłoni wsunęła się do dusznego pomieszczenia, które przez trzy dni obserwowała z drugiej strony. Robin Visser wyglądał dokładnie tak, jak się tego spodziewała - o czasie, który minął tutaj zwiastowały wyłącznie jego podkrążone oczy, wymięta odzież i lekko opuchnięta szczęka. Miał ten sam, przepełniony pewnością siebie wyraz, który wytrącał z równowagi, ten sam uśmieszek majaczył gdzieś w kącikach jego ust - choć nieobecny, była go świadoma.
- Tęskniłeś, Visser? - rzuciła z beztroską i nagłym komfortem we własnym skórze, powstałym wyłącznie w kontraście do tego, w jaki sposób wyglądał on. Wtargnęła do tej dusznej, nieznośnej przestrzeni, stając przy separującym ich blacie biurka. - Wyglądasz jak gówno.
Ani jej niewygodna koszula, ani zbyt gruba odznaka, ani zbyt długie włosy nie były w stanie zetrzeć satysfakcji, błyszczącej w jej spojrzeniu.
Bo po trzech, jebanych latach gruba ryba z Sinaloa wreszcie została złapana. Przez n i ą.
- Przyniosłam ci biżuterię - dodała, unosząc w górę zakładany na kostkę nadajnik dozoru elektronicznego - zabezpieczenie, na wypadek gdyby Visser postanowił opuścić wyznaczone mu lokum. W jej oczach kompletnie zbędne, wiedziała, że nie uda się n i g d z i e, nie z nią obok. Odrzuciła opaskę niedbale na blat, pozwalając, by to komendant ją zabrał i ktoś inny zniósł nieprzyjemność zakładania mu jej. - Najwyraźniej ktoś u góry wciąż uważa, że możesz być użyteczny.

you look better in a cage
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spierdalaj.
Nie wypadł elokwentnie – nie zamierzał. W tej sytuacji, gdyby miał popisać się tym, jak barwny potrafiło być jego słownictwo, zwłaszcza względem tej kobiety, byłoby bardziej niż pewne, że nie wyszedłby za kaucją, a wrócił do śmierdzącego aresztu z paroma nowymi zarzutami – od znieważania funkcjonariusza na służbie począwszy.
Wkurwiał ją każdym atomem, którym istniała, ale jednocześnie nie był aż tak głupi, by postawić na szali własne warunkowe zwolnienie w zamian za kilka krótkich, niecenzuralnych haseł pod jej adresem. Wiedział też, że prawdopodobnie nie zrobiłyby na niej większego wrażenia.
Zaciśnięta na jego kostce bransoleta była potwierdzeniem, że jest o wiele bliżej wyjścia z tej dziury, niż nawet sam by przypuszczał.
Zignorował przy tym kolejne słowa kobiety, po raz kolejny starając się na chwilę zdławić niemożliwie ogromny pożar nienawiści względem jednej osoby.
— Podpisz mi jeszcze to i to — odezwał się komendant, przesuwając w jego stronę papiery. — Swoje rzeczy odbierzesz przy wyjściu. Twój telefon, oczywiście, zatrzymamy jako dowód.
Nakreślił we wskazanym miejsc niedbałe dwa podpisy, a funkcjonariusz wziął je, sprawdził, a potem odwrócił się w stronę Navarro.
— Uważajcie na niego, agentko Navarro. Sąd zezwolił na użycie broni, gdy uznacie to za konieczne. Dla dobra sprawy lepiej by było, aby dotarł na rozprawę w całości, ale jest znacząca, rażąca więc różnica, między wartością życia tak dobrego funkcjonariusza a zwykłej kanalii.
Krzywe spojrzenie, które posłał w jego stronę komendant, nie zrobiło na nim szczególnego wrażenia. Uśmiechnął się tylko, choć nie był to ten sam, tak mocno kpiący wyraz, jak wcześniej. Całość psuło poirytowanie, wciąż widoczne w jego spojrzeniu.
Później po prostu wstał, podążając w ciszy za dalszą procedurą. Na recepcji komisariatu czekało na niego pudło, w którym były jego rzeczy – stare ubrania i portfel, z którego w magiczny sposób zniknęły wszystkie banknoty, a które pamiętał, że tam były. Ale oczywiście to jemu coś się musiało pomylić.
To nie tak, że uprzejma kanadyjska policja go jeszcze wydymała na pieniądze. A to było dość problematyczne, bo nietrudno było się domyślić, że jego konta bankowe zostały zamrożone.
W łazience, pod nadzorem funkcjonariuszy, którzy na moment przejęli wachtę Navarro, wymienił odzież z aresztu na swoją własną, z pewną ulgą żegnając się z prześmierdniętym, pomarańczowym materiałem.
Gdy w końcu wyszli na zewnątrz i przedostali się przez grupę głośno protestujących przeciwko protestującym jego zwolnieniu ludzi – którzy w większości pewnie nawet nie wiedzieli o jego istnieniu, zanim go złapano, a którzy zjawili się nakręceni przez media społecznościowe, i znaleźli się w samochodzie Navarro, spojrzał jeszcze raz w kierunku zbuntowanych i oburzonych cywilów.
Ewidentnie miał fanów.
Uśmiechnął się pod nosem, nie w rzeczywistym rozbawieniu, przenosząc spojrzenie na kobietę, na którą go s k a z a n o.
No więc, B i a n c a — zaczął, kładąc ostentacyjnie powątpiewający akcent na imię —jest prawie jak za starych, dobrych czasów, co? Zupełnie jakby się nic nie zmieniło, poza tym, że już nie jesteś jedyną z naszej dwójki, która wie o tym, że jesteś i byłaś zakłamaną, federalną suką.
Zamierzał rzucić to luźno; bez przejęcia, bez wyraźnie słyszalnego wyrzutu. Bez żółci, która niemal dławiła go od środka. Problem był w tym, że było w nim tego tyle, że niemal wybijało się i ulewało z każdym słowem, które wymawiał. Wypełniało każdą sylabę, każdą literę, które składał.
A najgorsze w tym wszystkim było to, że nie potrafił jasno przed sobą przyznać, czy bardziej wściekły był na nią, czy może jednak na siebie, że dał się zrobić jak małe dziecko.
you're familiar
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Robin Visser był jej pierdolonym k o s z m a r e m.
Był spaczonym centrum jej całej egzystencji na przestrzeni ostatnich miesięcy, celem wpisanym nie tylko w akta, ale też w każdy plan dnia ułożony w jej głowie gdy działała pod przykrywką. Ilość czasu i uwagi, jaką poświęcała mężczyźnie byłaby niemal obsesyjna gdyby miał o tym jakiekolwiek pojęcie. Znała jego zwyczaje, wiedziała jak traktował najbliższych współpracowników i z jaką pogardą traktował też wrogów.
Przyciskając go kolanem do zimnej posadzki i skuwając jego nadgarstki, czuła ogarniającą ją euforię na myśl, że już nigdy więcej nie zobaczy jego twarzy - chyba, że w nagłówkach gazet.
Bo właśnie tak to miało wyglądać. Jej operacja zakończyła się powodzeniem, Visser był winnym wszystkich czynów kawałem skurwysyna, który nigdy nie powinien ujrzeć światła dnia bez krat oddzielających go od reszty społeczeństwa.
A jakimś całkowicie chorym zrządzeniem losu, tkwił teraz właśnie w j e j samochodzie gdy miała odwieźć go do i c h kryjówki.
A ona, jak zwykle, zaciskała zęby. Tak, jak robiła to przez ostatnie miesiące, jak potrafiła robić całe swoje, pieprzone życie. Zaciskała zęby i trwała, wiedząc, że jeszcze trochę. Że Visser popełni błąd, spróbuje uciec, albo jego szczęście, które z jakiegoś powodu posiadał, wreszcie się skończy i ktoś postanowi wsadzić go z powrotem do aresztu.
Jeszcze trochę.
Jej dłonie mocno zaciskały się na kierownicy gdy przyśpieszyła na drodze szybkiego ruchu. Samochód rozpędzał się do niezdrowych prędkości, jakby każde jego bezczelne słowo zmuszało jej but do dociśnięcia pedału gazu. Nienawidziła tego tonu, którym się posługiwał. Nienawidziła tego, w jaki sposób jej imię brzmiało wypowiedziane jego obrzydliwym językiem.
I gdy ta złość powoli zaczynała wypływać na powierzchnię, ukazując, że udało mu się zaleźć jej za skórę, jej noga gwałtownie zerwała się z pedału gazu i nacisnęła na hamulec.
Samochód gwałtownie zwolnił, pas naparł boleśnie na jej klatkę piersiową, auto za nimi zatrąbiło wściekle gdy kierowca zjechał na pas obok. Wszystko było jednak warte widoku mężczyzny rzucanego na deskę rozdzielczą - gdyby miała odrobinę więcej szczęścia, może rozwaliłaby mu tym gębę.
- Powinieneś zapinać pasy, R o b i n i e - cmoknęła, świadoma ciężaru broni przytroczonej do jej uda. - Wypadki chodzą po ludziach. Kazali mi upewnić się, że przeżyjesz następne dni, ale nikomu nie zależy na tym, żebyś zrobił to w stanie nieuszkodzonym.
Odruchowo zerknęła w lusterko, sprawdzając samochody, które za nimi jechały - upewniając się, że żaden z nich nie towarzyszył im od komisariatu, w tej paranoi, do której zdążyła nawyknąć pracując pod przykrywką.
- Przyzwyczaiłeś się do rozdawania kart w swoim burdelu, ale już w nim nie jesteś - wytknęła mu, śledząc jego położenie wyłącznie kątem oka. - Będziesz robił to, co ci każę, jeśli nie chcesz wylądować w pierdlu - dodała zimno, urywając na moment. - To znaczy, wylądujesz w nim szybciej, bo szczerze wątpię, żeby ktokolwiek puścił cię wolno. T w o i ludzie grają na zwłokę.

already running out of patience
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie zdążył nawet zrozumieć, co robiła, zanim jego ciało poleciało do przodu, a czoło i ramię spotkały się boleśnie z deską rozdzielczą. Zaklął pod nosem, odruchowo zapierając dłoń o kokpit, kiedy samochód ponownie nabrał prędkości, a przez krótką chwilę po prostu siedział pochylony, czując pulsowanie rozchodzące się gdzieś nad prawą brwią. Godverdomme. Powoli wyprostował się na siedzeniu i, ignorując jej słowa, przesunął kciukiem po łuku brwiowym, szukając pod opuszką wilgoci, która potwierdziłaby, że jednak go uszkodziła. Nie poczuł niczego. Szkoda, właściwie. Mógłby potem zrobić zdjęcie, wysłać prawnikowi i z wielką przyjemnością patrzeć, jak ktoś próbuje wyjaśnić a g e n t ce Navarro, że powierzony jej przestępca nie powinien docierać do sądu poobijany bardziej, niż był w chwili przekazania.
Sięgnął niespiesznie po pas i zapiął go, woląc nie ryzykować. Skoro była na tyle pierdolnięta, że przez lata węszyła obok niego i udawała kogoś zupełnie innego, to nie sądził, by akurat próba obicia mu mordy – pomimo, że n i e p o w i n n a, w świetle przepisów – stanowiła dla niej problem.
Przez moment jeszcze masował miejsce nad brwią, po czym opuścił rękę i wygodniej rozparł się na siedzeniu.
Burdel niby daleko stąd, fakt, ale największa dziwka nadal jest przy mnie — odpowiedział, odpowiednio głośno i odpowiednio twardo, by wejść jej w monolog.
Wkurwiała go. Swoją obecnością, swoim głosem, nawet swoim oddechem. Wkurwiała go świadomość, że przecież z jednej strony tak dobrze znał ten tę obecność, ten głos i ten oddech – że zdołał się do niego przyzwyczaić, oswoić i sklasyfikować, jako niegroźny – a jednocześnie cały ten zestaw okazał się być zupełnie mu obcy.
Zupełnie czymś innym. Zupełnie kimś innym.
Chociaż muszę przyznać, że masz tupet — dodał po chwili, obracając głowę w jej stronę. — Trzy lata włażenia ludziom do łóżek, mieszkań i życia, a teraz jeszcze ten ton, jakbyś była od nich wszystkich lepsza.
Bo, kurwa, była. I to sprawiało, że wewnątrz wrzał, gotując się we własnej żółci. Doprawionej rozczarowaniem i urażonym ego.
Uśmiechnął się – w charakterystyczny dla siebie, daleki od realnej radości, sposób.
Ci twoi ludzie muszą być z ciebie naprawdę dumni — dodał, odwracając głowę w jej stronę. — Trzy i pół roku babrania się w moim życiu, wielki finał, kajdanki, gratulacje, jebane habazie i pewnie jakieś pierdolone uściski dłoni prezesa po powrocie do biura... — przerwał, pozwalając, by uśmiech rozciągnął się odrobinę szerzej. — A potem stwierdzili, że najlepszą nagrodą będzie wsadzić mnie do twojego samochodu i kazać ci pilnować, żebym regularnie jadł i nie przebiegał przez ulicę na czerwonym. — Wyciągnął nogi, zsuwając się odrobinę z fotela, rozsadzając się wygodnie na stanowczo niewygodnym fotelu. — Chyba jednak cię nie za bardzo lubią.
Spodziewałby się, że po takiej akcji, powinna dostać długi urlop. Szansę na odpoczynek i zmycie z siebie brudu, którym zdążyła obrosnąć przez ponad trzy lata. Dozór mógł prowadzić każdy inny agent.
blah, blah, blah... shut up
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Skłamałaby mówiąc, że któreś z jego jadowitych słów nie znalazły podatnego gruntu, gdzieś w głębi zakamarków jej miękkiego serca.
Nie miała szczególnie czasu by przeanalizować to, jak powinna się z tym wszystkim c z u ć. Nigdy nie odnalazła się w pełni w jego świecie, ale istniały jego elementy, które nie były obiektywnie takie złe. Niektórym ludziom, których poznała, brakowało wiele do sadystycznego kryminału takiego jak on i widok poczucia zdrady na ich twarzy bolał, choć przecież nie powinien. Nie powinna się nimi przejmować i nie powinna sprawdzać swojego telefonu, gdy dostała na niego dziesiątki wiadomości rozpoczynające się od wyzwisk i kończące na ufaliśmy ci.
Dlatego tego nie robiła.
Dlatego odsuwała to daleko od siebie, wyjęła kartę z telefonu, którego już nie potrzebowała i następnie wyrzuciła go do pieprzonego jeziora razem z kluczem do mieszkania, którego już nie potrzebowała. Ubrała swoje ubrania, które już były jakby za sztywne, zbyt obcisłe i zbyt luźne jednocześnie, związała swoje włosy i odebrała odznakę, którą przytroczyła sobie do paska. Porzuciła tamto życie tak samo, jak porzuciła to, nie dając sobie żadnego czasu na aklimatyzację.
Chociaż, czy tkwienie w samochodzie z pieprzonym Robinem Visserem nie można było uznać za aklimatyzację?
- Złapanie cię nie wymagało ode mnie wejścia do żadnego łóżka, Visser - odrzuciła kąśliwie, bo mimo wszystko ta jedna uwaga dotarła do jej podświadomości szybciej niż pozostałe. - W zasadzie nie wymagało zbyt wiele trudu. Jesteś gówniany w tym co robisz.
Być może to była największa zmiana, jaką wyciągnęła z tamtego życia.
Umiejętność kłamstwa bez choćby jednego zająknięcia się w trakcie.
Visser bowiem kosztował ją prawie w s z y s t k o i każda sekunda spędzona na zbieraniu na niego brudów i lawirowaniu po polu minowym swojej pozorowanej lojalności było najtrudniejszą rzeczą, jaką zrobiła w całej swojej federalnej karierze.
- Myślisz, że pozwoliłabym im przydzielić cię do kogoś innego, Robbie? - rzuciła na tyle beztrosko, na ile była w stanie, zjeżdżając z głównej drogi gdy zbliżali się do przydzielonego do tej operacji mieszkania. - Nie zamierzam popełniać twojego błędu - dodała, wsadzając palec w ranę by sprawdzić, jak była głęboka. - Agencja czy nie, nie ufam nikomu poza sobą. Jestem jedyną osobą, której nie będziesz w stanie przekupić.
Samochód gwałtownie zatrzymał się na parkingu za budynkiem, może zbyt nagle, choć przecież już był zapięty i nic mu nie groziło pod kątem potencjalnych stłuczek. Odwróciła ku niemu głowę, przyglądając się obliczu, które znała z tak wielu zdjęć umieszczonych w aktach, że zawsze niemal surrealistycznym było dostrzeganie go na żywo, w ruchu.
- Póki nie wylądujesz w pierdlu, gdzie twoje miejsce, jesteśmy na siebie skazani.

till death do us part
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przyglądał się jej przez chwilę w milczeniu, z głową opartą o zagłówek i kącikiem ust drgającym w ledwie zauważalnej zapowiedzi uśmiechu, tak charakterystycznego dla niego. Od zawsze, w całym jego (zapożyczonym) rozumieniu uśmiech nigdy nie służył do zdradzania tego, co działo się pod powierzchnią, a wręcz przeciwnie – był narzędziem, jednym z bardziej użytecznych, jakie człowiek miał do dyspozycji. Uspokajał tych, których należało utrzymać blisko, nie pozwalał przeciwnikom odgadnąć kolejnego ruchu i, niezależnie od okoliczności, stwarzał wrażenie, że nadal posiadało się nad nimi kontrolę. Nawet jeśli w rzeczywistości zaczynała wymykać się z rąk.
No i odpowiednio działał na nerwy pracownikom służb.
Trzy i pół roku — przypomniał spokojnie. — Całkiem długo jak na złapanie kogoś, kto jest gówniany w tym, co robi.
Gdy samochód zatrzymał się gwałtownie, a pas ponownie napiął się na jego klatce piersiowej, nawet odetchnął. Tym razem nie został rzucony na deskę rozdzielczą, choć niewielka jego część, już spodziewała się kolejnego uderzenia. W końcu Navarro była pierdolnięta. Mógł ją już teraz zacząć podejrzewać, że o drodze, całkowicie cichcem, zdecydowałaby się mu ten pas odpiąć.
Ale że nie ufasz nikomu poza sobą… — powtórzył powoli. Prawdopodobnie była to pierwsza naprawdę szczera rzecz, którą powiedziała mu od chwili, kiedy wsiadła do samochodu. I pierwsza, za którą należałyby się jej słowa jego uznania. — Prawie jestem pod wrażeniem.
Przez wszystkie lata swojej pracy, a nawet na długo przed nią, traktował brak zaufania jak zaletę. Jak mechanizm obronny, dzięki któremu nadal żył, podczas gdy wielu bardziej lojalnych od niego ludzi dawno znalazło się trzy metry pod ziemią. Nie zakładał, że inni dotrzymają słowa, ani też nie wierzył, że nie można byłoby ich w końcu przekupić, zastraszyć albo złamać. Każdego można było. Należało wyłącznie poświęcić wystarczająco dużo czasu, by ustalić, czego naprawdę chciał.
Jego błąd, ten którego nie mógł sobie darować od dnia, w którym kolano federalnej suki dociskało go do posadzki, tak naprawdę, nie polegał na tym, że zaufał Biance. Po prostu przestał jej nie ufać, a przez to różnica była zasadnicza. Przynajmniej w jego głowie i na jego planszy.
Każdego można przekupić, akurat tego powinnaś była się ode mnie nauczyć — stwierdził, wreszcie naciskając przycisk zwalniający pas. — Ludzie tylko bardzo często mylą cenę z pieniędzmi. — Pozwolił aby metalowa klamra uderzyła o bok samochodu, nie spiesząc się zbytnio, aby sięgnąć do klamki. — Ty swoją właśnie podałaś — ciągnął, nie spuszczając z niej swojego spojrzenia, w którym skrzyła się odrobina rozbawienia, jak również prowokacji — M u s i s z być osobą, która doprowadzi mnie do więzienia. M u s i s z wszystko kontrolować, patrzeć, jak przegrywam, i osobiście upewnić się, że nie wydarzy się nic, co mogłoby odebrać ci zwycięstwo. — Uśmiechnął się nieszczególnie radośnie; w grymasie tym było jednak wystarczająco dużo satysfakcji, jakby właśnie był pewien, że podważył jedną z tych prawd, które chciała mu przedstawić jako niepodważalne. — Ergo - masz cenę, jak k a ż d y.
Wyciągnął w końcu rękę, złapał za klamkę i otworzył drzwi samochodu. Dopiero wtedy spojrzał na budynek, który miał przez najbliższy czas udawać jego mieszkanie, a w praktyce stać się nieco wygodniejszą celą. Mógł się spodziewać tam Kamer, czujników, alarmów i zapewne kilka źle skończonych mebli z Ikea.
Ale akurat ciebie nie muszę przekupywać — kontynuował, niczym do tej pory nie zrażony, wysiadając z samochodu i poprawiając koszulkę, zanim wychylił się jeszcze nieznacznie w stronę wnętrza. — Ty już zapłaciłaś trzema i pół roku życia za to, żeby nadal przy mnie być. — Posłał jej znaczące spojrzenie, a ukontentowany grymas, jak zagościł na jego gębie, tak dalej się jej trzymał. — Więc nie mów, że jesteśmy na siebie s k a z a n i. Ty sama się na mnie skazałaś, S c h a t j e.
ba ba ba, black sheep, have you any soul?
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Trzy i pół roku z perspektywy osoby postronnej mogły wydawać się ogromnym odcinkiem czasu. Dla niej też powinny, bo czy nie zmusiły jej do prowadzenia zupełnie innego życia? Do ciągłej egzystencji w strachu przed byciem wykrytym, do obracania się wśród ludzi, z którymi nie chciała mieć nic do czynienia?
Przerażało ją to, że tak naprawdę ten odcinek czasu nie wydawał się w żaden sposób i s t o t n y.
Może byłby, gdyby mierzyła go jak każdy, normalnie funkcjonujący obywatel. Gdyby trzy i pół roku były trzema bądź czterema urodzinami bliskich, które ominęła, a tym samym też własnych, które odmierzały lata jej kobiecej przydatności, nakładając presję zakładania rodziny. Może gdyby przepełniał ją strach przed upływającym czasem i przemijającym życiem przerażałoby ją to, jak wiele oddała j e m u.
Ale to wciąż wydawało się niewystarczające.
Rana, która miała się zabliźnić w tym czasie wciąż była dla niej wyczuwalna. Czuła jej postrzępione brzegi gdy sięgała po odznakę i wkładała na siebie stare ubrania - ubrania, które wciąż pamiętały jej porażkę.
- Czym są trzy lata w obliczu całego życia? - odrzuciła niedbale, tym razem nie musząc udawać, że jego słowa wcale jej nie obeszły - bo tym razem było tak naprawdę. - W pierdlu na dożywociu na pewno przekonasz się, że to wcale nie tak długi okres czasu.
Musiała wyłącznie na niego nie patrzeć.
Robiła w swoim życiu obiektywnie patrząc dużo bardziej wymagające rzeczy. Mogła z pewnością przez następne minuty, godziny bądź dni i g n o r o w a ć Robina Vissera. Nie spoglądać na ten jego przebiegły uśmieszek, przyklejony permanentnie do twarzy. Nie widzieć pewności siebie wymalowanej w głębi spojrzenia, jakby nic z tego, co teraz robiła, nie miało żadnego znaczenia.
Tkwiła w tym postanowieniu gdy odpinał swój pas i wychodził na zewnątrz, sama robiąc to samo powoli. Na tyle, by móc zaczerpnąć oddechu, jakby ten magicznie miał naznaczyć jej istnienie większą ilością cierpliwości.
Problem tkwił w tym, że wciąż go s ł y s z a ł a.
I gdy z jego ust padło to pogardliwe słowo, które niejednokrotnie słyszała wypowiadane w stosunku do innych kobiet, jej dłoń wystrzeliła do klamki i zamaszystym ruchem otwierając drzwi, które następnie z hukiem zamknęła. Jej wzrok wreszcie powrócił do jego bezczelnej gęby, rozciągniętej w uśmiechu głoszącym, że ją rozgryzł.
- Jesteś taki pewny, że znasz moją cenę, Visser? - odrzuciła chłodno. W jej dłoni błysnęły klucze do mieszkania i samochodu, lecz zamiast skierować się do wyjścia, ruszyła w jego stronę, obchodząc pojazd.
A gdy ta prowizoryczna bariera między nimi zniknęła, poczuła ten sam, charakterystyczny ucisk w tyle głowy. Podszept intuicji, nakazujący jej zwiększenie między nimi dystansu, odsunięcie się od górującego nad nią mężczyzny możliwie jak najszybciej, na wzór jakiegoś pieprzonego drapieżnika, którego jej prymitywny, owczy mózg dostrzegł na horyzoncie.
- Co, jeśli wcale nie zależy mi tak na twoim dotarciu do więzienia? - rzuciła butnie, wychodząc mu naprzeciw - na przekór czerwonych lampek błyszczących w jej głowie i oddechu, który przyśpieszał, gdy znalazła się tak blisko, że musiała zadrzeć głowę by nadal na niego spoglądać. - Co, jeśli po tych trzech latach jestem już tak wkurwiona i sfrustrowana, że jedynie czekam, aż popełnisz jakiś błąd?
Czuła ciężar broni przy swoim pasku, w kaburze, którą potrafiła w ułamku sekundy otworzyć by dostać się do pistoletu. Wiedziała, że go widział - pod połami jej marynarki, gdy wbrew temu owczemu instynktowi wykonała jeszcze pół kroku, aż poczuła przy sobie żar bijący z jego ciała i mieszankę znajomych perfum, potu i krwi.
- Postawisz na tym swoje życie, cariño?

don't take bets you might lose
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie cofnął się przed nią, gdy zbliżała się, ani i potem, kiedy zrzuciła na niego swoje słowa, choć może powinien. W końcu jej groźba nie była szczególnie zawoalowana, a broń przy jej boku nie stanowiła elementu garderoby, który można było zignorować wyłącznie dlatego, że nie podobał mu się stylistycznie.
A mimo to pozostał dokładnie tam, gdzie stał.
Nie b a ł się śmierci, ale nie oznaczało to oczywiście, że szczególnie chciałby umrzeć. To była znacząca różnica.
Przez krótką chwilę jedynie przyglądał jej się z góry, tak jak zawsze na to pozwalała ich różnica we wzroście, jednocześnie też pozwalając, aby cisza rozciągnęła się pomiędzy nimi odrobinę dłużej. Ten sam uśmiech wciąż majaczył na jego wargach, chociaż nie dało się nie zauważyć, że coś w nim stężało.
— Zamierzam — odpowiedział całkowicie spokojnie. Bez prowokacyjnego przeciągania słowa, bez charakterystycznego uniesienia łuku brwiowego, a nawet bez spojrzenia uciekającego w stronę broni. Przez cały ten czas patrzył wyłącznie na nią. — Bo gdybyś naprawdę chciała mnie zabić, schatje, to nie czekałabyś trzy i pół roku, tylko po to, żeby zrobić to legalnie. — Dopiero po tych słowach wyprostował się wyraźnie, a na jego wargach zagrał znów ten sam półuśmiech, którym tak bardzo lubił wytrącać ludzi z równowagi. — Poza tym – przecież to właśnie na tym polega cała zabawa.
Nie musiał znać Navarro tak dobrze, jak jeszcze kilka dni temu wydawało mu się, że ją znał. Właściwie to ostatnie wydarzenia udowodniły, dość boleśnie, że cała jego wiedza o niej nadawała się przede wszystkim do podtarcia dupy. Imię było fałszywe, historia była fałszywa, powody, dla których pojawiała się w konkretnych miejscach, zadawała konkretne pytania i przebywała w jego otoczeniu również były fałszywe.
Pierdolę.
Nie chciał jej tak po prostu pozwolić, aby myślała, że wygrała.
— Trzy i pół roku to, wiesz, nieco ponad tysiąc dni — przypomniał jej cicho. Nie wiedział, czy dokładnie tyle ich było. Nie prowadził, kurwa, kalendarzyka ich znajomości. — Tyle czasu kręciłaś się obok mnie. — Lekko przechylił głowę, wciąż nie spuszczając z niej spojrzenia. — Miałaś tysiąc okazji, żeby pewnego dnia wpakować na minę. — Wzruszył nieznacznie ramionami. — Mogłem zostać zastrzelony, wysadzony, otruty, wydymany, chuj wie co jeszcze. Mogłem się nawet tragicznie poślizgnąć pod prysznicem, jeżeli chciałaś zachować odrobinkę subtelności. — Uśmiechnął się nieco szerzej. — A jednak jestem tutaj. Ciągle ż y w y.
Przez cały ten czas nie skrócił dystansu pomiędzy nimi, o którego wielkości ona sama zadecydowała. Z tej odległości wyłapywał już nie tylko szczegóły jej twarzy – choć te zdawał się znać już na pamięć – ale też ciepło bijące od jej ciała i zapach perfum i to było dość ciekawe, że sama zdecydowała się aż tak wejść w jego przestrzeń.
Strasznie odważna się zrobiła od tego jednego razu, kiedy faktycznie udało się jej sprowadzić go do parteru. A może czuła się po prostu odważna przez tę nierówność w kwestii wyposażenia. Cokolwiek to nie było: działało mu na nerwy
— Przez trzy lata nie chciałaś mnie martwego, Bianca. — Tym razem jej imię wypowiedział zwyczajnie, bez tej całej gry, którą rozpczął jeszcze w samochodzie. Niemalże miękko, prawie łagodnie, świadomie prozucając wszystkie wcześniejsze próby przeciągania sylab na rzecz zupełnie innej strageii. — Chciałaś wygrać. — Nachylił głowę i ciało odrobinę niżej, jak gdyby miał jej zdradzić wielką tajemnicę, która miałaby pozostać pomiędzy nimi. A jednocześnie zrobił to odpowiednio powoli i bez nagłości po swojej, na którą mogłaby zrzucić może nie tyle co dziesięć strzałów ostrzegawczych w głowę, ale przykładowo taką upokarzającą dla niego lepę na mordę. — I nadal chcesz. Więc jeżeli naprawdę czekasz, aż popełnię błąd, Navarro, to postaraj się nie wyglądać na tak rozczarowaną, kiedy trochę se jeszcze poczekasz.
Wyprostował się, pozwalając charakterystycznemu grymasowi wciąż grać jego rolę w kąciku jego warg. Wyciągnął rękę w jej stronę, otwartą dłonią do góry w wyczekującym geście.
— A teraz daj mi klucze, schatje. Chyba że w pakiecie z całodobowym dozorem dostałem też seksowną, ale wciąż federalną pokojówkę.

Bold of you to assume I haven’t already calculated the odds
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Powinna się cofnąć.
Istniał t y s i ą c powodów, dla których powinna to zrobić i ani jeden, który uzasadniałby jej uparte tkwienie w tym miejscu, w którym jej głowa musiała być zadarta by mogła na niego spoglądać. W tym, w którym wraz z zapachem jego wody kolońskiej docierało do niej bijące z jego ciała ciepło - a wraz z nim, schowana w nim moc.
Przewyższał ją wzrostem i muskulaturą. Wiedziała, że wbrew filozofii, którą z pewnością podzielał człowiek pokroju Vissera rozmiar to nie było wszystko, a w jej kaburze znajdowała się broń, której mogła użyć - mimo wszystko, nie czuła się przy nim pewnie. Nie czuła tej kontroli, którą malowała słowami bądź mimiką, nie czuła przekonania gdy wypinała klatkę piersiową i zadzierała podbródek.
Nie była w stanie jej poczuć, bo sama nie wiedziała, czy byłaby w stanie spełnić swoje groźby.
Na papierze - oczywiście, pociągnęłaby za spust, gdyby wymagała od niej tego sytuacja. Potrafiła to robić. Potrafiła celować w rzepki kolan bądź w ramiona trzymające broń. Słyszała huk wystrzału i smród czarnego prochu niejednokrotnie.
Ale wbrew temu, co sugerowały jej słowa i błyszcząca w oczach determinacja, jeszcze nigdy nikogo nie z a b i ł a.
Zawsze znajdował się obok ktoś inny - ktoś, kto był bliżej, miał lepszą pozycję do strzału, nie wahał się przed użyciem broni. Nawet wtedy, gdy funkcjonowała pod innym nazwiskiem i operowała pod nadzorem innych osób.
Tam zawsze znajdował się ktoś, kto był bardziej narwany, bardziej wkurwiony, bardziej żądny zemsty, na której jej całkowicie nie zależało.
Za każdym razem, gdy spoglądała na padające na ziemi ciało, kula, która wydarła z niego życie nie należała do niej. Nawet wtedy, gdy to liczyło się najbardziej i gdy jej zawahanie kosztowało ją w s z y s t k o.
Patrząc w oczy tego człowieka, który mówił zdecydowanie zbyt dużo i uśmiechał się zbyt często, którego sam widok i obecność działały jej na nerwy, pragnęła wierzyć, że tym razem nie zawahałaby się, niezależnie od okoliczności.
- Strasznie dużo pierdolisz, Visser - odrzuciła w odpowiedzi, nie znajdując innej, której mogłaby użyć by mu zaprzeczyć. Bo nie mogła. I świadomość tego, że być może dostrzegał zwycięstwo w tej absurdalnej, płytkiej rywalizacji, która nie powinna jej wcale obchodzić, wzbudzała w niej wściekłość. Sięgnęła do kluczy, wsuwając palec wskazujący w obręcz zawieszonego przy nich breloka z jakimś psem czy innym zwierzęciem, któremu nie przyjrzała się zbyt dobrze. - Znoszenie twojego pseudointelektualizmu było największym cierpieniem przez tysiąc dwieście siedemdziesiąt osiem dni.
Gdy tylko sięgnął po klucze, w ten dziecinny sposób, w którym odnajdywała drobną przyjemność, zamknęła wokół nich swoją dłoń i wyminęła mężczyznę bez słowa, ruszając w stronę tylnych drzwi prowadzących na klatkę schodową.
Wnętrze wynajętego przez służby mieszkania nie należało do wystawnych. Dwupokojowe mieszkanie równie dobrze mogło być zatęchłą kawalerką w Parkdale, w której brakowało wyłącznie aktywnej infestacji. Mała kuchnia stanowiła osobne pomieszczenie z oknami wychodzącym na tyły budynku, gdzie zaparkowany był ich samochód. Głównym pokojem był salon, z rozpadającą się kanapą wyglądającą na obdartą bądź obgryzioną przez jakieś zwierzę. Ostatnim pokoikiem była sypialnia, której większość miejsca wypełniało łóżko. Agencja nie wykosztowała się przy znajdowaniu kryjówki. Nie dziwiła im się. Visser nie zasługiwał na przeznaczanie mu sensownych środków z operacyjnego budżetu a jego komfort tkwił na samym końcu listy priorytetów.
Szkoda tylko, że nikt nie pomyślał w tej sytuacji o j e j komforcie - ale myśl tę zachowała dla siebie, nie chcąc karmić jego wybujałego ego ani dawać mu następnej pożywki do niekończących się prób wytrącenia jej z równowagi.
- Kanapa jest cała twoja - zadecydowała krótko, wyłącznie dlatego, że dostrzegła w sypialni klucz i zamek, z którego nie omieszkała skorzystać jeśli miała wytrzymać z tym mężczyzną w jednym mieszkaniu. Natychmiast po tym, gdy weszli do środka zamknęła zamek drzwi wyjściowych - choć nie wyglądały na wystarczająco solidne, by nie mógł ich wyważyć, jakby bardzo tego chciał. - Legowisko adekwatne do twojej nowej obroży - dodała kąśliwie, kontrolnie zerkając na opaskę, której kształt wystawał nieco ponad materiał jego spodni.

let's see what you've got
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”