ODPOWIEDZ
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf in sheep's clothing
Awatar użytkownika
We swore that death will do us part, they'll call our crimes a work of art
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Ale ty mnie wkurwiasz.
Spróbował sobie przypomnieć, co zwykle mówiono o Kanadyjczykach. Że uwielbiają hokej – strasznie głupi sport. Że lubią zimę – nie bardzo wiedział, co było do lubienia w odmrożonych jajach. Że ciągle przepraszają – odkąd go posadzono w tym pomieszczeniu, nie usłyszał przepraszam ani razu. I że są niezwykle uprzejmi.
Ale ty mnie wkurwiasz nie brzmiało mu jak klasyczna uprzejmość.
Odchylił się na swoim krześle, w milczeniu obserwując postać przed sobą.
Stojący po drugiej stronie stołu, mężczyzna w mundurze rzucił ze złością teczkę na blat. W akompaniamencie kolejnych przekleństw krążył nerwowo po pokoju.
Nie był pewien, co go tak rozzłościło. Przez cały czas uprzejmie odpowiadał na powtarzany przez niego, z maniakalnym uporem, zestaw pytań. Powtarzanym tak długo, że w pewnym momencie zaczął udzielać odpowiedzi jeszcze zanim wyraźnie sfrustrowany funkcjonariusz zdołał je zadać. Czy to nie było uprzejme? W końcu oszczędzał jego czas, oszczędzał jego głos – zasadniczo wykonywał za niego część jego pracy.
Odpowiedzi były normalne. Nie były złośliwe, ani wymijające – wręcz przeciwnie.
Sięgnął do skóry na obolałej kości policzkowej, wspominając poprzedniego agenta, który przyszedł do przesłuchiwać. Nawet nie mógł go winić za to, że stracił w pewnym momencie cierpliwość. Każdy by się wkurzył, gdyby ktoś na pytanie co robiłeś zeszłej nocy odpowiedział: twoją matkę.
Mógł więc wybaczyć mu tę nieuprzejmość.
Odwrócił spojrzenie w stronę weneckiego lustra, spoglądając w swoje odbicie. Zakołysał się na krześle, wciąż cierpliwie czekając, aż najpewniej zaraz ktoś z pomieszczenia obok zdecyduje się zmienić frustrata, aby uniknąć kolejnego incydentu na taśmie z przesłuchań.
— Poczekaj aż ci się federalni do dupy dobiorą, zobaczymy czy dalej będziesz tak cwaniakował — zagroził funkcjonariusz, gdy pomiędzy kaskadą wulgaryzmów, znalazł słowa, które mógł skierować do niego wprost, a nie tylko w domyśle.
— Agencie Campbell — odezwał się głos w niewielkim głośniku nad nimi. — Już dość.
Jego spojrzenie od razu przesunęło się w stronę drzwi, bo to był już pewien schemat – kiedy ci po drugiej stronie mówili, że już dość to nie dlatego, że zrobiło im się żal zatrzymanego. To oznaczało zmianę przesłuchującego. Nie jego pierwsze rodeo. Nie jego pierwszy dzień w tym pomieszczeniu.
Trzeci.
Drzwi otworzyły się, a dotychczas obecny w pomieszczeniu funkcjonariusz spojrzał na niego po raz ostatni, z wyraźną pogardą, by zaraz potem wyjść. Jego miejsce zajął wysoki, krępawy facet, którego już miał przyjemność poznać.
— Panie komendancie — skinął głową. Kącik jego ust wciąż był delikatnie uniesiony, a w spojrzeniu widoczne to, co doprowadzało funkcjonariuszy do cholery a klasyfikowali to jako rozbawienie. Nic go nie bawiło, po prostu był pogodnym człowiekiem.
— Nie popisuj się, Visser — odezwał się mężczyzna, zajmując miejsce po drugiej stronie stolika.
Aresztowany przestał się kołysać na krześle i pozwolił mu opaść na wszystkie cztery nogi, jednocześnie nachylając się nieznacznie nad biurkiem.
— Udało ci się — rzucił komendant, z wyraźnie słyszalnym rozczarowaniem. — Sąd przychylił się do wniosku twojego człowieka i zwalnia cię za kaucją. Zabezpiecza depozyt i majątek poręczyciela.
Teraz można było mówić o uśmiechu. Niepełnym, ale widocznym. Niby nie triumfalnym, ale pełnym satysfakcji. Nie rozbawionym, a jednak nieco kpiącym.
— Ale — wtrącił natychmiastowo funkcjonariusz, nie chcąc zostawić możliwości na komentarz — zatrzymujemy twój paszport. — To nie problem, zaraz będzie miał drugi. — Dostajesz zakaz opuszczania Ontario. — Jebana, zamrożona dziura. — Masz zakaz kontaktowania się z ludźmi. — Zadzwoni, oczywiście, tylko do mamy. — Osadzamy cię w mieszkaniu w Toronto. — Sympatycznie. Podobno są drogie. — I będziesz pod stałym nadzorem.
Czyim? — spytał. Tak, jakby miało to jakiekolwiek znaczenie.
— Agentki Navarro.
Kurwa.
Komendant odniósł triumf. Dotychczasowe zadowolenie spełzło z twarzy Vissera szybciej, niż planował. Wspomnienie tego, jak federalna suka dociskała go kolanem do zimnej posadzki, boleśnie wykręcając ramiona i zakuwając nadgarstki w kajdanki, jednocześnie recytując mu jego prawa, było zbyt zdecydowanie żywe.
Zupełnie jak smak, jebanej, porażki, który momentalnie ścisnął mu gardło.
bitch
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

to capture a predator, you can't remain the prey
you have to become an equal in every way
Tysiąc dziewięćdziesiąt sześć dni.
Niecałe trzy i pół roku spędzone w innym ciele, w innym życiu, pod innym nazwiskiem. Tutaj, na Kanadyjskiej ziemi, na której żadne z nich nie miało prawa czuć się jak w domu. W ciasnym mieszkaniu na obrzeżach miasta, w ubraniach, które nie należały do niej, we włosach, które już dawno temu powinny stać się krótsze.
Trzy i pół roku spędzone skupione na n i m.
Na jego metodach działania i wszystkich, wykonanych operacjach. Na kontaktach, które posiadał w Sinaloa Cartel, a które mogły doprowadzić ich dalej. Na jego zwyczajach, zainteresowaniach i tym, w jaki sposób lubił pić swoją pieprzoną kawę.
Robin Visser pochłonął niemal cztery lata jej życia, choć skłamałaby mówiąc, że nie oddała mu ich świadomie. Potrzebowała ucieczki, im dalej, im szybciej - tym lepiej. Gdy zgadzała się na wejście w to bagno słuchała wszystkich ostrzeżeń, które miały ją od tego odwieźć - jak bycia z daleka od domu, jak ryzyko, które niosła ta operacja i czas, który mogła potrwać. Słuchała ich i podświadomie łaknęła tego coraz bardziej, w ten destrukcyjny sposób uciekając przed znajomymi kątami biura i tymi samymi twarzami, które znały jej byłego partnera.
I znów znalazła się między nimi.
Przez trzy i pół roku marzyła o chwili, w której zedrze z siebie fałszywe nazwisko i wróci do tego, co porzuciła, jednak teraz cała ta tęsknota nabrała goryczy. Elegancka koszula na jej ciele gryzła, była zbyt luźna w niektórych miejscach, opinała w innych, choć przecież należała do niej. Odznaka tkwiąca w jej kieszeni nagle zajmowała dużo przestrzeni, odbijała się linią na jej obcisłych, czarnych spodniach, irytując. Włosy spięte w kucyk - zbyt długie, zbyt nieregulaminowe do tego, na co pozwalała sobie wcześniej - powodowały u niej migrenę.
Musiała przywyknąć. Musiała o d e t c h n ą ć.
Odpowiadała uśmiechem na uśmiechy wszystkich tych, którzy gratulowali jej zakończonej operacji. Kiwała głową słysząc "witamy w domu". Liczyła na to, że za którymś razem te odruchy ciała umocnią przekonanie jej umysłu, że wreszcie to nieswoje wrażenie wynikające z bycia z powrotem wreszcie zniknie, a ona sama uwierzy w to, że faktycznie w r ó c i ł a.
Z teczką w dłoni wsunęła się do dusznego pomieszczenia, które przez trzy dni obserwowała z drugiej strony. Robin Visser wyglądał dokładnie tak, jak się tego spodziewała - o czasie, który minął tutaj zwiastowały wyłącznie jego podkrążone oczy, wymięta odzież i lekko opuchnięta szczęka. Miał ten sam, przepełniony pewnością siebie wyraz, który wytrącał z równowagi, ten sam uśmieszek majaczył gdzieś w kącikach jego ust - choć nieobecny, była go świadoma.
- Tęskniłeś, Visser? - rzuciła z beztroską i nagłym komfortem we własnym skórze, powstałym wyłącznie w kontraście do tego, w jaki sposób wyglądał on. Wtargnęła do tej dusznej, nieznośnej przestrzeni, stając przy separującym ich blacie biurka. - Wyglądasz jak gówno.
Ani jej niewygodna koszula, ani zbyt gruba odznaka, ani zbyt długie włosy nie były w stanie zetrzeć satysfakcji, błyszczącej w jej spojrzeniu.
Bo po trzech, jebanych latach gruba ryba z Sinaloa wreszcie została złapana. Przez n i ą.
- Przyniosłam ci biżuterię - dodała, unosząc w górę zakładany na kostkę nadajnik dozoru elektronicznego - zabezpieczenie, na wypadek gdyby Visser postanowił opuścić wyznaczone mu lokum. W jej oczach kompletnie zbędne, wiedziała, że nie uda się n i g d z i e, nie z nią obok. Odrzuciła opaskę niedbale na blat, pozwalając, by to komendant ją zabrał i ktoś inny zniósł nieprzyjemność zakładania mu jej. - Najwyraźniej ktoś u góry wciąż uważa, że możesz być użyteczny.

you look better in a cage
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf in sheep's clothing
Awatar użytkownika
We swore that death will do us part, they'll call our crimes a work of art
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spierdalaj.
Nie wypadł elokwentnie – nie zamierzał. W tej sytuacji, gdyby miał popisać się tym, jak barwny potrafiło być jego słownictwo, zwłaszcza względem tej kobiety, byłoby bardziej niż pewne, że nie wyszedłby za kaucją, a wrócił do śmierdzącego aresztu z paroma nowymi zarzutami – od znieważania funkcjonariusza na służbie począwszy.
Wkurwiał ją każdym atomem, którym istniała, ale jednocześnie nie był aż tak głupi, by postawić na szali własne warunkowe zwolnienie w zamian za kilka krótkich, niecenzuralnych haseł pod jej adresem. Wiedział też, że prawdopodobnie nie zrobiłyby na niej większego wrażenia.
Zaciśnięta na jego kostce bransoleta była potwierdzeniem, że jest o wiele bliżej wyjścia z tej dziury, niż nawet sam by przypuszczał.
Zignorował przy tym kolejne słowa kobiety, po raz kolejny starając się na chwilę zdławić niemożliwie ogromny pożar nienawiści względem jednej osoby.
— Podpisz mi jeszcze to i to — odezwał się komendant, przesuwając w jego stronę papiery. — Swoje rzeczy odbierzesz przy wyjściu. Twój telefon, oczywiście, zatrzymamy jako dowód.
Nakreślił we wskazanym miejsc niedbałe dwa podpisy, a funkcjonariusz wziął je, sprawdził, a potem odwrócił się w stronę Navarro.
— Uważajcie na niego, agentko Navarro. Sąd zezwolił na użycie broni, gdy uznacie to za konieczne. Dla dobra sprawy lepiej by było, aby dotarł na rozprawę w całości, ale jest znacząca, rażąca więc różnica, między wartością życia tak dobrego funkcjonariusza a zwykłej kanalii.
Krzywe spojrzenie, które posłał w jego stronę komendant, nie zrobiło na nim szczególnego wrażenia. Uśmiechnął się tylko, choć nie był to ten sam, tak mocno kpiący wyraz, jak wcześniej. Całość psuło poirytowanie, wciąż widoczne w jego spojrzeniu.
Później po prostu wstał, podążając w ciszy za dalszą procedurą. Na recepcji komisariatu czekało na niego pudło, w którym były jego rzeczy – stare ubrania i portfel, z którego w magiczny sposób zniknęły wszystkie banknoty, a które pamiętał, że tam były. Ale oczywiście to jemu coś się musiało pomylić.
To nie tak, że uprzejma kanadyjska policja go jeszcze wydymała na pieniądze. A to było dość problematyczne, bo nietrudno było się domyślić, że jego konta bankowe zostały zamrożone.
W łazience, pod nadzorem funkcjonariuszy, którzy na moment przejęli wachtę Navarro, wymienił odzież z aresztu na swoją własną, z pewną ulgą żegnając się z prześmierdniętym, pomarańczowym materiałem.
Gdy w końcu wyszli na zewnątrz i przedostali się przez grupę głośno protestujących przeciwko protestującym jego zwolnieniu ludzi – którzy w większości pewnie nawet nie wiedzieli o jego istnieniu, zanim go złapano, a którzy zjawili się nakręceni przez media społecznościowe, i znaleźli się w samochodzie Navarro, spojrzał jeszcze raz w kierunku zbuntowanych i oburzonych cywilów.
Ewidentnie miał fanów.
Uśmiechnął się pod nosem, nie w rzeczywistym rozbawieniu, przenosząc spojrzenie na kobietę, na którą go s k a z a n o.
No więc, B i a n c a — zaczął, kładąc ostentacyjnie powątpiewający akcent na imię —jest prawie jak za starych, dobrych czasów, co? Zupełnie jakby się nic nie zmieniło, poza tym, że już nie jesteś jedyną z naszej dwójki, która wie o tym, że jesteś i byłaś zakłamaną, federalną suką.
Zamierzał rzucić to luźno; bez przejęcia, bez wyraźnie słyszalnego wyrzutu. Bez żółci, która niemal dławiła go od środka. Problem był w tym, że było w nim tego tyle, że niemal wybijało się i ulewało z każdym słowem, które wymawiał. Wypełniało każdą sylabę, każdą literę, które składał.
A najgorsze w tym wszystkim było to, że nie potrafił jasno przed sobą przyznać, czy bardziej wściekły był na nią, czy może jednak na siebie, że dał się zrobić jak małe dziecko.
you're familiar
stop the bleeding
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”