ODPOWIEDZ
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Wieść o przyjęciach Edwarda rozchodziła się po Toronto w sposób charakterystyczny dla najlepszych plotek — nikt nigdy nie potrafił powiedzieć, kto właściwie dostał zaproszenie pierwszy. Koperty były ciężkie. Gruby, kremowy papier pachniał lekko dymem i cedrem, jakby przez kilka dni leżał zamknięty w szufladzie starego sekretarzyka. W środku znajdowała się jedynie pojedyncza karta.

Borrowed Lives
Na jeden wieczór przestaniesz być sobą.
Przy wejściu otrzymasz historię człowieka, którego nigdy nie spotkałeś.
Nie musisz go odgrywać.
Wystarczy, że pozwolisz mu przez chwilę mieszkać w swojej głowie.
Nie przedstawiaj się swoim imieniem, jeśli nie zostaniesz o nie zapytany.
Nie kłam. Ale nie odpowiadaj jako ty.
Najciekawsze rzeczy, które o sobie odkryjemy, bardzo często należały wcześniej do kogoś innego.
— Edward Harrington


Przy wejściu każdy rzeczywiście otrzymywał niewielką, ciemnozieloną kopertę zamkniętą czerwonym lakiem. W środku znajdowała się pojedyncza karta. Jedni czytali:
Margaret, 67 lat. Od trzech miesięcy codziennie wychodzisz z domu tylko po to, żeby nakarmić kota, którego nigdy nie miałaś. Inni: Elias. Za godzinę spotkasz człowieka, który zniszczył ci życie. On nie będzie cię pamiętał. Albo: Sofia. Od dwudziestu lat nosisz cudzą obrączkę. Właścicielka nigdy się po nią nie zgłosiła. A ktoś inny: Eleanor, 54. Dziś pierwszy raz od pięciu lat wyszła z domu bez obrączki.

Nie było dalszych instrukcji. Tylko cudze życie, złożone na cztery. Czasami jedno zdanie wyrażało przeogromny smutek. Czyjąś stratę, żałobę, życie rozbite na miliony małych kawałków. Inne były pozytywne. O ciąży, o odnalezieniu kogoś, o spotkaniu miłości. Ale nie wszystkie. Dzisiaj to los decydował kto wybiera czyją opowieść.

Kilka godzin później dom przypominał miejsce istniejące gdzieś pomiędzy prywatnym muzeum a czyimś snem. Stara rezydencja nigdy nie była naprawdę jasna. Nawet latem światło wpadało do środka z pewną nieśmiałością, rozbijając się o ciężkie zasłony, ciemne drewno i wysokie biblioteki. Tego wieczoru większość lamp celowo pozostawiono zgaszonych. Pokoje rozświetlały dziesiątki abażurów znalezionych na pchlich targach, świece ustawione na podłodze oraz pojedyncze lampki ukryte za obrazami, przez co ściany wydawały się oddychać miękkim, bursztynowym światłem.
Gramofony grały jednocześnie w różnych częściach domu. W bibliotece powoli obracała się Billie Holiday. Na piętrze ktoś puścił Jacques'a Brela. Z oranżerii dobiegał stary perski jazz zmieszany z odgłosem cykad emitowanych z ukrytych głośników. Muzyka nigdy nie spotykała się w jednym miejscu. Nakładała się na siebie tylko wtedy, gdy ktoś przechodził przez korytarze.
Na marmurowych kominkach piętrzyły się misy z figami, morelami, granatami i winogronami. Obok stały srebrne półmiski z ostrygami, talerze z cienko krojoną wołowiną, miseczki pełne pistacji i migdałów, a pomiędzy nimi butelki szampana chłodzące się w cynowych wiadrach. Ludzie rozmawiali cicho. Nie dlatego, że musieli. Po prostu wieczór od początku narzucał ton, w którym szept wydawał się bardziej elegancki od śmiechu. Co jakiś czas ktoś pytał nieznajomego:
- Kim jesteś? - I równie często słyszał odpowiedź:
- Dzisiaj? Helena. Mam pięćdziesiąt osiem lat i od dwóch tygodni wiem, że mój syn nie jest moim synem. - Po czym rozmowa toczyła się dalej, jakby było to najbardziej naturalne przedstawienie się na świecie.


Najdziwniejszy pokój znajdował się na samym końcu zachodniego skrzydła. Dawna sala muzyczna zniknęła pod prowizoryczną konstrukcją przypominającą orientalny namiot. Nie był kupiony. Był zbudowany. Edward przez kilka dni wiązał ze sobą bambusowe tyczki, stare karnisze i drewniane drążki do obrazów. Całość przykrył kilkunastoma perskimi kilimami, marokańskimi narzutami, tureckimi chustami i wypłowiałymi jedwabnymi tkaninami znalezionymi na aukcjach oraz pchlich targach. Tu i ówdzie zwisały frędzle, mosiężne dzwoneczki i wyschnięte gałązki eukaliptusa. Konstrukcja wyglądała tak, jakby mogła zawalić się od mocniejszego podmuchu, a jednocześnie sprawiała wrażenie, że stoi tam od pięćdziesięciu lat.
Do środka prowadziło jedynie niskie wejście. Każdy musiał się schylić. Wewnątrz pachniało kadzidłem, starym papierem i terpentyną. Na podłodze leżały warstwy dywanów, poduszek i futer. Jedynym źródłem światła były dwie lampy oraz cienkie świece wetknięte w szyjki zielonych butelek po winie. Edward siedział po turecku. Marynarkę dawno gdzieś zgubił. Białe rękawy koszuli miał podwinięte do łokci, a dłonie poplamione były ultramaryną i umbrem, jakby jeszcze tego samego popołudnia skończył pracę w pracowni.
Przed nim spoczywała niewielka, ciemna szkatułka. Dopiero gdy ktoś usiadł naprzeciwko, otwierał ją z niemal nabożną ostrożnością. Karty nie przypominały współczesnych talii. Były wyraźnie mniejsze. Nierówno przycięte. Ich rogi od dawna przestały być ostre, a papier z wiekiem nabrał koloru starej kości słoniowej. Rewers zdobił niemal starty wzór granatowych lilii, gdzieniegdzie popękany od tysięcy przetasowań. Na awersach farba wyblakła do miękkich odcieni ochry, karminu i przygaszonego błękitu. Złocenia zachowały się jedynie w szczelinach papieru, migocząc od czasu do czasu w świetle lamp niczym pył.
Niektóre karty nosiły ślady po kroplach wosku. Na innych widniały cienkie brunatne plamki, których pochodzenia lepiej było nie zgadywać. Edward twierdził, że talia pochodzi z końca XVIII wieku i należała kiedyś do francuskiego malarza podróżującego po Italii. Co pewien czas tylko wołał “zapraszam!”.

Jude Iverson
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

12.


Dom przypomina targ - jest barwny choć zamiast krzyków pulsuje wyłącznie szeptem, jest barwny, chociaż zamiast straganów wypełnia się giełdą twarzy, jest barwny, a on stojąc w jego komorach i przedsionkach, w osoczu bodźców napierających dosadnie na jego ciało ma dość, absurdalnie ma dość i przypomina tym wypuszczone z klatki zwierzę, warczące i niespokojne, niepewne nadejścia jutra. Gniew jest dotkliwym grzechem powiedział mu kiedyś kapłan gdy z trudem układał swoje dłonie do modlitwy bo nie miał się o co modlić, na pewno nie o zbawienie, jest grzechem głównym jest środkiem innych słabości wyzbądź się tego gniewu ściśnij go i wypatrosz, ale to niemożliwe ten gniew w nim jest, to jego gniew i nikt nie będzie mu w stanie go odebrać. Zrozumiał że gniew nie zniknął, a on sam już od dawna nie odwiedził świątyni bo bóg wydawał mu się pusty, utkany wyłącznie z marzeń. Westchnął, chcąc tylko jak najszybciej się wydostać, tłum jednak zaciskał na nim swoje szczęki podobnie jak obietnica, którą złożył jednemu ze znajomych. Nie podobało mu się to przyjęcie, było zbyt głośne, zbyt wystawne, jakby już z założenia przekonane o całej swojej świetności opiewanej w pogłoskach, wiele osób pragnęło się tutaj znaleźć a on wydawał się gardzić, niewdzięcznie, nieadekwatnie jak rozwydrzony dzieciak. Powiedział wcześniej, że sprawdzi jak to wszystko wygląda bo rzeczywiście był w tym momencie ciekawy całej imprezy oraz jej gospodarza, chociaż dla niego była to banda ćpunów, tych, u których wzorzyste skutki uboczne mógł oglądać w oddziale ratunkowym. Wierzył, że dokładnie w ten sposób miały w zwyczaju bawić się elity, zostawiając ich potem z bezdechami, zaburzeniami świadomości i wianuszkiem rodziny proszącej ich o ratunek. Z tego powodu gardził tym stylem życia, bo gdyby tego nie robił byłby zwyczajnym hipokrytą, dlatego udał się, głównie po to, żeby jedynie udowodnić swoją rację. To wszystko - było zbyt intensywne. Zaczynało go męczyć. Wszystko.

Jason, 40 lat. Zwyczajny pracownik biura, któremu nigdy nie udało się wspiąć wyżej po szczeblach korporacji. Zeszłej nocy zrobiłeś coś, o co nikt by cię nie posądzał. Próbujesz to teraz ukryć.

Spojrzał na swoją kartkę. Otrzymał ją tuż przy wejściu, zgodnie z nadesłanym mu wcześniej zaproszeniem. Czuł się, jakby ktoś chciał go umieścić w stworzonym przez siebie kapryśnym przedstawieniu, jakby był jedną z osób wystawionych na arenie ku uciesze…? Kogo? Ich samych? Organizatora? Zmiął w ustach ładunek przekleństw, których glina, ciężka, wilgotna, utknęła mu na języku. Tak bardzo chciał, pewnie też jak sam Jason, żeby inni zostawili go w spokoju. Uznał, że będzie musiał się rozejrzeć. Wędrował po pomieszczeniach jak pustelnik, nie zatrzymując na nikim wiązki spojrzenia dłużej niż jeden moment. Rozmowy niosły się cicho, spacerując szeptami, które łagodnie i wyrywkowo muskały jego świadomość. Ludzie, ludzie i ludzie. Wreszcie zdołał zatrzymać się w pokoju, który okazał się być najbardziej niecodzienny. Namiot oraz treść zaproszenia jaka wysuwała się co pewien czas niczym powiew pokusy, zwięzły i hipnotyczny. Ktoś zdążył nawet go popchnąć, bo stał zbyt blisko i nie chciał równocześnie skierować się do środka. Zgromił go wtedy wzrokiem, ale zrozumiał, że nie ma już innej opcji. Schylił się, niewygodnie, z uwagi na jego wyższy od przeciętnego wzrost.

- Co teraz? - zapytał cicho, kiedy już znalazł się naprzeciw, chociaż nie było to pytanie rzucone z ciekawością, prędzej jak pretekst, którego szukał, ukrywając się jak drapieżnik w owczej skórze. Balansował obecnie na cienkiej linii pomiędzy chęcią poznania a znudzeniem, nie obchodziła go w żadnym stopniu szkatułka, obchodziła go postać, która zarysowała się naprzeciw, obchodziły go skóra, oddech i namacalna pod dystansem obecność, w której chciał znaleźć powód, aby móc jeszcze dalej się zatrzymać.


Edward Wentworth
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
ODPOWIEDZ

Wróć do „#113”