Czuł się trochę, jakby robił coś nielegalnego.
W sumie od niecałego miesiąca, jego życie przypominało fabułę filmu sensacyjnego, chociaż pozbawione było wybuchów i strzelanin, za co był niesamowicie wdzięczny. Nie tak dawno temu, bo zaledwie kilka lat wstecz, oglądał film z Melissą McCarthy, w którym to zmieniała się ze zwykłej szarej pani pracującej w którejś z agencji rządowych w pełnoprawną agentkę-szpiega. Miał wtedy może kilkanaście lat i wlepiony ze swoją twarzą w ekran laptopa, zastanawiał się, jak to było zostać agentem i to na dodatek szpiegiem. Film, chociaż komediowy, całkiem nieźle obrazował to, co robiło się, by zostać takim szpiegiem i że jedną z rzeczy, którym się poddawano, była zmiana tożsamości. Wtedy było to zaskakująco intrygującą rzeczą, o której pewnie myślał wiele razy po zakończeniu seansu.
Przenosząc się w teraźniejszość, nie sądził, że kiedykolwiek przyjdzie mu wcielić się w podobnego bohatera. Oczywiście nie musiał biegać, strzelać i szpiegować kogokolwiek, jednak zdążył poznać tajniki tego, jak wygląda zmiana osobowości. I okazało się, że film, z którego śmiał się, zawierał wiele prawdy. Bo rzeczywiście, podczas szukania i kreowania odpowiedniej tożsamości, starało się wybrać taką, która jednocześnie była prosta do odegrania, ale jednocześnie zwykła i niewyróżniająca się. Jeszcze jako Arthur, nowojorski lekarz-rezydent w jednym z większych szpitali, przyszły kardiolog mógł osiągnąć wszystko. Doskonale wiedział, jaki miał cel, co chciał zrobić i jak miało wyglądać jego życie. Siedząc w szarym pokoju, wśród specjalistów i psychologów, musiał odpowiadać na serię pytań, być prześwietlanym pod najróżniejszymi kątami i został zmuszony do odkrywania wszystkich, nawet najbardziej intymnych szczegółów dotyczących swojego życia. Musiał zanurzać się we wspomnienia, o których nawet on, posiadacz pamięci fotograficznej, musiał sobie przypominać.
Czy znasz jakieś języki obce? Łacinę.
Czy masz problemy z alkoholem? Papierosami? Hazardem? Nie, nie i nie.
Ilu miałeś partnerów seksualnych? Z iloma ludźmi się spotykałeś? Ciężko powiedzieć, gdy tak na mnie patrzycie.
Czy masz znajomych poza Stanami Zjednoczonymi? Nie wydaje mi się.
Czy potrafisz śpiewać? Grać na instrumentach? Tak, na kilku.
Czy jesteś wierzący? Chodzisz do kościoła? A skąd to pytanie? Nie…
Czuł się, jakby rozkładano jego ciało i osobowość na czynniki pierwsze. Jakby rozbijano jego atomy i próbowano z nich ułożyć coś zupełnie nowego. Miał nawet spotkania ze stylistami i chirurgiem, który miał zrobić mu operację nosa. Arthur musiał zniknąć nie tylko z Nowego Jorku, ale też ze świata. Po kilku tygodniach jego nowa tożsamość była wykreowana. Można się spodziewać, że ciężko jest stworzyć biografię, która zawierałaby dwadzieścia kilka lat doświadczenia, jednak nic bardziej mylnego. Wszystko co otrzymał, to trzy teczki. W jednej zawarte były jego nowe dokumenty, dowód kanadyjski, zaświadczenie o obywatelstwie, informacje o jego wykształceniu, paszport… wszystko na nowe personalia. W drugiej teczce były dokumenty mówiące o tym, jak będzie wyglądało jego życie od teraz – to czym miał się zajmować, co powinien robić i czego unikać. W trzeciej, najgrubszej, były informacje o tym, kim był Harry Dillion, mężczyzna, w którego od tego dnia miał się wcielać.
A więc został aktorem na scenie życia. Wydawało mu się to dość poetyckie, chociaż nie bardzo. Nie chciał odgrywać ról, bo chciał dokładnie czegoś innego. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie dano mu zbyt wiele czasu by ze wszystkim się oswoić. Zaledwie trzy dni później stał już na lotnisku ze swoją matką, gdzie widzieli się po raz ostatni, bo kobieta wysłana była do Vancouver a on do Toronto.
Na miejscu, już jako nowy wikary-organista Harry Dillion przez całe dnie zajmował się zamiataniem marmurowych podług kościoła. Musiał zapomnieć o tym, kim był, bo chociaż proboszcz został wtajemniczony w całą sprawę, to poinstruowano go, że nie mógł poruszać tego tematu na plebani. Ogólnie nie wolno było im o tym rozmawiać, więc ich relacja była… dziwna i wszelkie poruszanie tej konkretnej rozmowy odbywało się jedynie za pomocą spojrzeń i kiwnięć głową. Proboszcz był wyrozumiały i o dziwo Harry całkiem go polubił.
Co innego było z agentem, który został mu przydzielony. Bo jak się okazało, ktoś musiał go pilnować.
No i właśnie czekał na przyjazd samochodu. Siedział na ganku i gapił się w ekran telefonu, bo nic innego, lepszego nie miał do roboty. Czuł się, jakby robił coś nielegalnego, bo wszystko odbywało się w tajemnicy, a późna pora nie pomagała. Okolica była już ciemna, większość z ludzi pewnie już smacznie spała, a ci, którzy tego nie robili, z pewnością nie siedzieli z twarzami przy oknach, zastanawiając się, po co nowy wikary wsiada do czarnego, samochodu w samym środku nocy.
Pojazd w końcu podjechał, a Harry posłusznie podszedł, otworzył drzwi i wsiadł do środka.
–
Dziwne to wszystko… – powiedział na przywitanie.
javier perez