Przestrzeń windy zawęziła się do skromnego kwadratu, gdzie zebrane dotąd między nimi emocje gasiły gwiazdę dystansu, a powietrze – przesiąknięte ostrym zapachem alkoholu – wciąż nosiło w sobie ślad podwyższonego stanu upojenia u doktora, mimo że najbardziej odczuwalne, wręcz jaskrawe konsekwencje tej decyzji, stały już za nimi.
Największym skutkiem i konsekwencją jego picia wciąż pozostawało bowiem
DZISIEJSZE SPOTKANIE.
Niemożliwe do realizacji w żadnym innym wariancie i w żadnym innym przypadku. Nie było szans, żeby w normalnej sytuacji Miles zadzwonił
po pracy, wieczorem do Oleandra, a tym bardziej nie wyobrażał sobie, by zrobił to z myślą o pomocy mu (tymczasem barman zrobił to za niego).
Ocean wzruszeń i obowiązków, choć wydawał się porywać Howarda w codziennej pracy, nie był środowiskiem, w którym widział siebie po tej
drugiej stronie. Przywykły do ratowania pacjentów, ani przez moment nie brał pod uwagę zatopienia się w głębokich wodach zależności od kogoś.
A dziś, mimo tego, wracał do mieszkania z kimś.
Porzucał bezpieczny, samotny trakt, złożony z samodzielności, pozwalając Oleandrowi nie tylko odcisnąć na nim jakiś wpływ, ale także wstąpić na terytorium, które dotąd Howard traktował jak
sacrum. Mieszkanie Milesa, do którego się zbliżali, zazwyczaj nosiło w sobie tylko jeden oddech - jego własny.
Ciepło, które rozsiewał wokół siebie w pojedynkę, zaraz nikło.
Ślad, który za sobą tu zostawiał – nie był w tych murach trwały.
Odciski palców, zarys błota strąconego z buta jesienią za progiem, czy brudny kubek po kawie z rana... wszystko to sprzątał niemal od razu, pozostawiając przestrzeń czystą, niezmąconą przez nawet własną obecność. Poza nielicznymi wyjątkami, w których wpuszczał do mieszkania nieznajomych na szybkie schadzki, rzadko też miewał gości. Tendencja do trzymania apartamentu w absolutnym porządku tworzyła tym samym pewną fizyczną pustkę, ale również wyrwę w jego własnym sercu. Cichą przestrzeń, za której bluszczem kryła się niezmierzona mapa niewypowiedzianych słów i sowicie ukrywanych potrzeb. Bo choć mógł się bronić przed stałością relacji nogami i rękami, na pewnym etapie życia ręce samotności, z ich chłodnymi palcami, dotykały nawet jego, okraszając skórę dreszczem zimna.
Chcąc tego czy nie, pozostawał sam i nie zawsze tylko
samotny z wyboru, jak lubił o tym myśleć, czasem bywał osamotniony, co wyraźnym cieniem kładło się na jego twarzy nawet dziś. Właśnie z Nim. Oleander Everhart wyciągnął z niego słabość, do której nie miał zamiaru się przyznać.
Dwoistość doznań – potrzeba bliskości i nawyk dystansu – właśnie ścierały się ze sobą, wprawiając ciało w niezdecydowanie, które bardzo łatwo mogło go dziś zgubić. Bo w tej niewielkiej, odkrytej na odstrzał przestrzeni mało co dało się ukryć, a napięcie, jakie towarzyszyło im podczas podróży, zdawało się jeszcze bardziej zawęzić. Zaplatało przy tym rżnące go więzy wokół kostek, nadgarstków i korpusu, wprawiając ciało w wyraźną sztywność. Musiał odetchnąć głęboko, by przypomnieć sobie przy tym jak się o d d y c h a.
Sylwetka Milesa, z jednej strony stojąca niedaleko mężczyzny, tuż na wyciągnięcie jego ręki, z drugiej strony domagała się ostatniej namiastki wolności, gdy podświadomie odgraniczył siebie i jego barierą z rąk, skrzyżowanych ściśle na piersi.
Miał jednak wciąż wybór.
W tej wąskiej, zagęszczonej od emocji przestrzeni mógł zatopić się w niepewności i w niej zginąć lub mógł odnaleźć w tym nową drogę i nową głębię, by zacząć budować swój wizerunek (i tę relację?) od nowa.
Znaleźli się poniżej parteru, i podobnie jak z windą, mogli iść już tylko wzwyż.
—
Drugie
Odpowiedź była krótka, konkretna. Ujął ją w szorstką neutralność, poruszając się już jednocześnie ciałem w kierunku drzwi, podświadomie szukając w ten sposób jakiegoś rozwinięcia. Czegokolwiek, co popchnęłoby kontakt i wyrwało go z cugów bierności.
Był już o krok od wyjścia, z barkiem przy metalowych drzwiach i spojrzeniem skierowanym na mężczyznę, choć kosztowało go to podniesienie podbródka do góry, by w ogóle wyłapać wzrokiem jego usta i oczy.
—
Jesteś aż tak empatyczny, czy jest coś, co skłoniło Cię dodatkowo do wejścia? — spytał, skoro oboje wiedzieli, że Netflix to tylko prosta
wymówka.
Winda szarpnęła lekko i kliknęła znacząco, obwieszczając zatrzymanie się na docelowym miejscu, urywając na moment dalszą, ewentualną rozmowę między nimi. Miles w tym czasie nie powiedział już nic więcej. Jedynie doprowadził ich pod drzwi swojego apartamentu, z przytwierdzoną do nich tabliczką „18”.
—
Lubię minimalizm — zastrzegł, wyciągając klucze.
Metalowe kółko zadźwięczało cicho pomiędzy palcami, kiedy odnalazł właściwy element „układanki”, chcąc wpuścić ich niezwłocznie do środka. A przynajmniej taki był plan, bo dłoń, choć posłuszna, nie okazała się dziś równie precyzyjna, jak zwykle. Ostrze klucza zawisło na moment obok zamka, muskając metalową powierzchnię, zamiast od razu odnaleźć niewielki otwór.
Miles nie drgnął, jedynie przesunął palce nieco wyżej, pozwalając dłoni ponowić próbę cierpliwie, mimo że struga napięcia spłynęła wraz z potem po karku.
Druga próba trafiła już lepiej, choć klucz wszedł do zamka pod nieco niewłaściwym kątem. Przez krótką chwilę obracał go więc w miejscu niemal na wyczucie, z opuszkami czującymi chłód metalu.
Opór mechanizmu nie zelżał.
Jego własny również.
Choć to właśnie w tych manewrach wciąż czaiło się pokłosie picia, Howard stał wyprostowany.
Nie spieszył się. Działał powoli, bez pośpiechu, aż mechanizm ustąpił pod naciskiem dłoni cichym, głębokim kliknięciem... wraz z otworzeniem drzwi coś niewidzialnego, dotąd trzymanego po drugiej stronie barykady, zdawało się przesunąć o jeden ząbek.
Stali o jeden ząbek bliżej do zdefiniowania
tej relacji.
—
Wejdź pierwszy — zdecydował, popychając drzwi, by puścić go przodem.
oleander everhart