ODPOWIEDZ
33 y/o
Welkom in Canada
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
Ring the bells that still can ring, forget your perfect offering. There is a crack, a crack in everything - that's how the light gets in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

W świecie, w którym Lazare dorastał, i z błękitnookiego chłopca o dużym potencjale i jeszcze większej potrzebie bezwarunkowej miłości zmieniał się stopniowo w wyrachowanego, ale niepozbawionego uroku osobistego, młodego mężczyznę, plotki były najsilniejszą walutą - i to taką, której źródło nigdy nie wysychało. Pieniądze były ważne, jasne, ale równie istotne - a czasem nawet i cenniejsze - bywały informacje, kontakty, znajomości i pogłoski. To właśnie je przecież, skuteczniej niż monety i banknoty, dawało się wykorzystać na najróżniejsze sposoby. Czasem po to, żeby utorować sobie drogę na sam szczyt. Innym razem - żeby z tego szczytu kogoś zepchnąć (jednym, zgrabnie ujawnionym skandalem).
Lazare niemal od zawsze miał dostęp do obydwu tych cennych zasobów. Nie brakowało mu wszak ani pieniędzy, ani ogłady w towarzystwie, w której najważniejsze nowiny wymieniało się szeptem. Przez całe lata życia nie musiał zastanawiać się nad cenami, zamawiając zawsze po prostu to, na co miał ochotę (chyba, że nie pozwalała mu akurat jakaś drakońska, przedolimpijska dieta), zostawiając napiwki większe od przeciętnej dniówki i podpisując kolejne rachunki z tą samą obojętnością, z jaką inni podpisywali kartki świąteczne dla tych najdalszych kuzynów. Wszak kiedy świat uważa Cię za mistrza olimpijskiego, doklejając Twoją twarz do licznych kampanii reklamowych i nazwisko do ekskluzywnych produktów rozchodzących się jak świeże bułeczki, pieniądze stają się czymś kompletnie abstrakcyjnym. Zawsze obecnym, nigdy niewyczerpanym. Jak powietrze. I o dziwo dopiero kiedy zaczęło ich ubywać, zrozumiał, że powietrze także może się kiedyś skończyć.

Nie, nie oznaczało to jeszcze kompletnej katastrofy. Lazare nadal nosił świetnie skrojone marynarki. Nadal pachniał perfumami kosztującymi więcej niż miesięczny czynsz dwóch trzecich miasta. Nadal potrafił wejść do eleganckiego lokalu z tą samą wyniosłą manierą, która w mig przekonywała ludzi, że wszystko w jego życiu wciąż znajduje się dokładnie tam, gdzie powinno. Problem leżał jedynie w tym, że im dłużej trwał ten spektakl, tym bardziej blondyn miał wrażenie, że gra już wyłącznie dla pustej widowni.
I tu właśnie pojawiał się ten drugi zasób, ten który nie miał fizycznej formy, a jednak potrafił rozpoczynać i kończyć kariery, burzyć przyjaźnie, łamać serca, ale także z dzieciaków bez dobrze brzmiącego nazwiska w jeden sezon zrobić czasem milionerów. Kontakty. Układy. Pogłoski. Ostatnia deska ratunku, dla tych, którzy albo nigdy niczego nie mieli, albo wszystko już stracili. I dla takich jak on: samotnych, zranionych, i przepełnionych gniewem, którego mimo wielu prób jakoś nie da się na nikim niczym wyładować.
Na tym etapie sam już nie pamiętał, dlaczego parę dni wcześniej Alfie Bloom w ogóle przyszedł mu do głowy, pojawiając się jak cień albo zjawa - chwilę wcześniej wcale go nie było, a moment później nagle wypełniał swoją postacią całą jaźń łyżwiarza. Odnalezienie go wcale nie było trudne - nie nawet przez profil na Instagramie, który Lazare starał się ignorować, jakby wodzenie wzrokiem za smukłą sylwetką młodego modela było największą możliwą ujmą na jego honorze - a za sprawą znajomych, którym wystarczało szepnąć na ucho jakieś pojedyncze, sugestywne pytanie.
Pół godziny później Moreau już wiedział, gdzie w ostatnich miesiącach Bloom zagląda regularnie.
Nigdy nie podali sobie ręki. Nigdy nie wymienili się nazwiskami. Jeśli w ogóle, Lazare pamiętał, że zamienili ze sobą parę przypadkowych sentencji, kiedyś, kiedyś, za mgłą alkoholowego upojenia. Alfie był jedną z tych przystojnych, ale w gruncie rzeczy mdławych twarzy przewijających się przez bankiety, premiery i wydarzenia, na które zapraszano Lazare dopóki nie zasabotował całej swojej kariery; jedną z tych zbyt smukłych, zbyt zadbanych sylwetek, uwieszonych na ramieniu starszych, zamożniejszych mężczyzn na którymś z kolei afterparty. Jednym z tych pięknych chłopców, którzy szczęścia i uporu mieli e w i d e n t n i e więcej, niż talentu.
Gdyby Lazare chciał być z samym sobą szczery, musiałby przyznać, że w zasadzie wcale aż tak bardzo się od siebie nawzajem nie różnili (jeden sprzedawał swoje zdjęcia; drugi sprzedawał swoją krew, pot i łzy; obydwaj sprzedawali własne ciała sponsorom). Ale dzisiaj nie miał ochoty na szczerość. Miał ochotę wyłącznie na seks i tę ciszę, która ogarniała go wyłącznie wówczas, gdy wyładował na kimś złość, z jaką sam nie potrafił sobie poradzić.

Kiedy wszedł do środka, lokal tonął już w miękkim, niskim świetle lamp zawieszonych nad barem. W powietrzu, zapach drogich kosmetyków mieszał się z wonią alkoholu i potu ludzi, którzy nigdy tak naprawdę nie musieli parać się prawdziwą pracą. W morzu drogich materiałów i perfekcyjnie ułożonych włosów, w teorii niełatwo powinno było znaleźć kolejnego z rzędu, atrakcyjnego młodzieńca, a jednak Lazare odnalazł go niemal od razu. Siedzącego przy jednym ze stolików w nieco odleglejszym kącie, w objęciach welurowej kanapy, i w - przypadkowym? - towarzystwie sporo starszego mężczyzny, który mógł być, przynajmniej w teorii, jego ojcem, albo kochankiem, albo kimś kompletnie obcym. Swoboda, z jaką Bloom poruszał się sięgając po kieliszek, wydawała się Lazare niemal prowokacyjna. I wkurwiająca, choć nie potrafił powiedzieć dlaczego.


Może dlatego, że od miesięcy nie pamiętał już, kiedy ostatni raz sam uśmiechał się równie lekko.

Nie zastanawiał się długo. Nie był nawet pewien, czy wypił tego wieczoru wystarczająco dużo, żeby móc zwalić własną bezczelność na alkohol, czy po prostu naprawdę było mu już absolutnie wszystko jedno. Przeciął tłum jak strzała prąca w stronę tarczy, jak piorun w locie do drzewa, które zaraz rozpłata na dwie żałosne połowy, podchodząc bez uśmiechu, bez kurtuazji i bez powitania. Nie przedstawił się bo nie musiał?. Nie zapytał, czy przeszkadza.
Z kieszeni doskonale skrojonych spodni, wyciągnął po prostu wąski, skórzany portfel; cień jego zwyczajowej, dawnej ostentacji błysnął na moment w ruchu jego dłoni, choć sam portfel nie był już tak ciężki, jak bywał co wieczór raptem kilka lat wcześniej.
Zastygł nad Alfiem i tym drugim mężczyzną, kompletnie ignorując jego pytające spojrzenie. Wzrok skoncentrował wyłącznie na blondynie. Bez uśmiechu, ale i bez jakiejkolwiek dwuznaczności, która pozostawiłaby jakąś przestrzeń na domysły, albo na romantyzm.
- Jesteś dzisiaj wolny? - Zapytał po prostu. Jakby wypowiadał najbardziej oczywistą propozycję świata. I jakby naprawdę wierzył, że nie da mu się teraz odmówić.

Alfie Bloom
26 y/o
For good luck!
180 cm
utrzymanek i dusza towarzystwa w bogatym środowisku
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Czasem zastanawiał się, czego chciał od życia.
   Niewiele osób o tym wiedziało, bo skutecznie kreował swoją Internetową osobowość, ale wychował się w domu dziecka. Wszystko co pamięta ze swojego dzieciństwa, to twarze innych dzieci i nastolatków, którzy mieszkali w tym samym przybytku, co on. Dzieci tak samo pokrzywdzone, wybrakowane, niechciane lub odrzucone. Trafił tam w wieku czterech lat. Nigdy nie dowiedział się, co było powodem tego, że został oddany, chociaż zawsze chciał wierzyć, że jego biologiczni rodzice po prostu nie byli gotowi na posiadanie dziecka. Innego wyjaśnienia jego psychika pewnie nie chciałaby przyjąć. Oczywiście pojawiały się chwilę, w których myślał, że cztery lata to wyjątkowo długi czas na to, by stwierdzić, czy chce się mieć dziecko, czy nie. Gdzieś tam jednak, głęboko z tyłu jego głowy świtała mu myśl, że był trudnym dzieckiem.
   W domu dziecka był rozrabiaką. Dobrze, że jesteś ładnym dzieckiem powtarzały mu opiekunki, jeśli coś przeskrobał. No i nie myliły się, bo nie brakowało mu uroku. Jego kręcone włosy, niebieskie oczy i pulchna buźka sprawiały, że bez względu na to, co akurat robił, ciężko było się nad nim nie rozczulać. A pozwalał sobie na dużo. Lubił testować granice. Określał się nawet mianem odkrywcy-podróżnika, jednak nie odkrywał nieznanych i dzikich lądów, lecz coś bardziej prymitywnego i znacznie bardziej niebezpiecznego – ludzką cierpliwość. Być może właśnie dlatego tak trudno było mu znaleźć rodzinę, która rzeczywiście odważyłaby się go adoptować.
   Chętni się pojawiali, bo niewielu mogło oprzeć się jego dużym, niebieskim oczom i szerokiemu i niezwykle szczeremu uśmiechowi. Ludzie jednak pojawiali się i znikali. A on dorastał, tracąc swój dziecięcy urok, nabywając jednak tego niebezpiecznego, młodzieńczego wdzięku, od którego również ciężko było się uwolnić. Nauczył się wtedy najważniejszej lekcji w swoim życiu – sztuki adaptacji. Poznawał kolejne rodziny i uczył się dopasowywać do nich niczym woda wypełniająca naczynie. Jego zabiegi się opłaciły i dostał swoją rodzinę.
   Whallbergowie okazali się wspaniałymi i wyrozumiałymi ludźmi. Szybko owinął ich sobie wokół palca, tak samo, jak oni jego. Ich wspólne życie okazało się przyjemną symbiozą, bo obie strony tej relacji potrzebowały się nawzajem. Whallbergowie długo starali się o dziecko, więc gdy Alfie pojawił się w ich życiu pozwalali mu na wiele… a on brał to wszystko garściami.
   Bo właśnie taki był. Jeśli już pojawiała się jakaś okazja do tego, by zmienić w swoim życiu cokolwiek, wyszarpać do siebie coś więcej, to nie chciał przepuścić jej koło nosa.
   Chciał od życia wszystkiego.
   Wiódł przyjemne życie i nie chciał niczego zmieniać. Nie było idealnie, ale do ideału nie brakowało daleko. Nigdy nie miał po drodze z nauką, więc szybko pojął, że jego wygląd był tym, na czym powinien się skupiać. I to nie tak, że był głupi. Po prostu nie lubił tracić czasu na naukę. Było to ryzyko, którego się podjął i które się opłaciło. Rozumiał, że mógł to wszystko stracić, więc ponownie wyszarpywał, to co inni mu rzucali. Nigdy o nic nie prosił. Wystarczyło tylko, że odpowiednio zarzucał sidła na osoby, które nie mogły się im oprzeć.
   Podobnie było dzisiejszego dnia, gdy wszedł do klubu. Od razu znalazł mężczyznę, z którym się tutaj umówił. Było to jeszcze niezobowiązujące spotkanie. Czysto towarzyskie, jak on to określił. Bar pachniał drogim alkoholem i cygarami, których nie wolno było tu palić, ale nikt nie śmiał tego zabronić nikomu, więc odpowiednia klientela nie kryła się ze swoimi upodobaniami. Był to ten rodzaj baru, w którym bogaci i wpływowi zachowywali się jak zwierzęta, by pozwolić klasie średniej zaznać odrobiny luksusu, na jaki nigdy nie będzie jej stać. Dostał swojego drinka – aperol spritz, najzwyklejszy, najbardziej rozwodniony, jednak w jego dłoniach wyglądał jak coś, co pije każda osoba, która liczy się w tym miejscu. Nawet jeśli pasował tu najmniej, to nie można było odmówić mu tego, że zachowuje się, jakby miejsce to należało do niego. Bo taki już był – czuł się pewnie tam, gdzie się znajdował i gdzie ktoś mu nie powiedział, że powinien skończyć swój teatrzyk.
   Uśmiechał się z nudnych żartów swojego towarzysza. Słuchał typowych historii, które mu opowiadał, jakby opisywał właśnie fabułę najwspanialszego filmu akcji. Było przyjemnie, spokojnie i prowadziło do czegoś, co Alfiemu w tym momencie odpowiadało.
   Wystarczyła tylko chwila, by wszystko się posypało.
   Nie zarejestrował pojawienia się mężczyzny przy ich stoliku. W końcu kręciło się tutaj wiele osób. Dopiero jego słowa sprawiły, że zwrócił na niego uwagę. Spojrzał na niego, następnie na wyraźnie zdziwionego towarzysza. Nie przestał się uśmiechać, chociaż cała ta sytuacja mu nie pasowała. W sumie to wszystko wydawało się, jak scena z filmu, tak nierealna, że nawet nie przejął się tym, że rozgrywa się na żywo. Zapadła jednak cisza – ta z rodzaju niekomfortowych i cała trójka oczekiwała na to, żeby ktoś się odezwał.
   – A kim ty w ogóle jesteś? – zapytał mężczyznę, który się koło nich pojawił. Początkowo bowiem nie był w stanie dostrzec wyraźnie szczegółów jego sylwetki i twarzy – twarzy, którą jak się okazało doskonale znał, jednak nie pod postacią, pod którą się prezentowała w tej chwili. Skrzywił się. Lazare był mężczyzną, który gdzieś przemykał w polu jego widzenia, nigdy jednak nie na tyle, by naleźć się w jego centrum. Nie znał go w ogóle. Nie mieli nawet okazji do tego, by porozmawiać dłużej niż wymiana kilku grzecznych zdań.
   – Jak widać, jestem zajęty – odpowiedział na jego pytanie.

lazare moreau
33 y/o
Welkom in Canada
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
Ring the bells that still can ring, forget your perfect offering. There is a crack, a crack in everything - that's how the light gets in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

We własnym dzieciństwie, Lazare natomiast ani razu nie usłyszał, że był trudny.
"Wrażliwy"? Owszem. Wychowywany wyłącznie przez matkę, z dala od ojcowskiej kurateli i w otoczeniu pełnym kobiet, który błękitnookiego, złotowłosego chłopca traktowały jak coś na pograniczu zwierzątka domowego oraz wyjątkowo połyskliwej biżuterii, niejednokrotnie nasłuchał się o tym, jaki to jest delikatny i emocjonalny, nie tyle słaby, co kruchy, a więc należy otaczać go nieustannie permanentną troską i rozpieszczać do granic rozsądku.
"Zdolny"? Oczywiście. Do pary z epitetami jak "utalentowany", a czasem nawet i "genialny", słyszał to za każdym razem, gdy jakimś cudem udało mu się dokonać kolejnego, sadystycznego niemal gwałtu na własnym ciele, rozwijający się dopiero w gruncie rzeczy organizm przymusiwszy do bezustannego pokonywania jego własnych limitów. Treningi, które odbywał od dziecka, niejednokroć graniczyły w gruncie rzeczy z torturami, a jednak za jeden uśmiech matki usatysfakcjonowany jego katorżniczym wysiłkiem i kolejnymi sukcesami, Lazare był gotów biegać na nie codziennie bladym świtem, gdy większość jego rówieśników, a nawet i część współzawodników, jeszcze słodko spała, przewracając się dopiero na drugi bok.
"Wyjątkowy"? Och, tak, to też. Ku złośliwym niekiedy chichotom rówieśników, o których skutecznie potrafił sobie wmówić, że byli po prostu zazdrośni, Moreau dostawał czasem ochłap tego typu komplementu tak od matki, jak od tego, albo innego krytyka czy trenera. Nic nie było dla młodego blondyna większym narkotykiem niż ten krótki błysk w oku liczących się widzów - tych osób, od których zależały kolejne etapy jego kariery - niezaprzeczalnie zdradzający, że Lazare udało się wywrzeć na nich ogromne wrażenie.
"Trudny" okazał się być natomiast dopiero w dorosłości - ten pierwszy, jedyny raz, kiedy tak naprawdę powinęła mu się noga, i nagle okazało się, że upadłe anioły interesują swoich dawnych wielbicieli mniej więcej tyle, co nic. Z piedestału, na którym przez lata mógł chełpić się mianem faworyta koneserów sportu tak niewiele mającego wspólnego z brutalnymi sportami zespołowymi, albo nudnymi popisami długodystansowych biegaczy albo narciarzy biegowych, stał się nagle pośmiewiskiem. Tym, co go jednak zaskoczyło jeszcze bardziej, wcale nie był fakt, że kiepsko radził sobie ze wstydem palącym go żywcem przez te parę tygodni, gdy jego nazwisko bezustannie przewijało się przez nagłówki plotkarskich magazynów. Znacznie gorsze było bowiem to, co stało się kiedy medialny sztorm wreszcie ucichł i pył po jego dopingowym skandalu nareszcie opadł. Zamiast wyczekiwanej ulgi, Lazare Moreau ogarnęła wówczas bowiem zaskakująca i nieznośna cisza. On, tak przyzwyczajony do panującego wokół jego nazwiska zgiełku, utracił nagle cały ten rejwach w którym się wychowywał, całą tę uwagę, jaką otrzymywał od świata - nieważne już, czy wiązała się ona z zachwytami, czy niekiedy i z krytyką. Milczenie gazet, które kiedyś rozpisywały się o nim tak namiętnie, i obojętność dziennikarzy, którzy jeszcze niedawno wiele oddaliby za jeden przeprowadzony z blondynem wywiad, wpędzały go w stan bliski histerii, w której nie panował już nad niczym: ani nad swoją karierą, ani swoim losem, ani, tym bardziej, nad własnym zachowaniem.
Pogrążał się; kolejne zniknięcie Nadira, który nadzieję na stabilizację zdawał się dawać mu i odbierać niemalże z wyrachowaniem, były tylko gwoździem u trumny jego samokontroli. To, w czym zatopił się zatem w ostatnich dniach było jeszcze tylko kolejną, nową wersją jego upadku. I tym razem chyba naprawdę nie było nikogo, kto powstrzymałby jego lot na sekundę przed zetknięciem się jego ciała z ziemią.
- Tak, jakby kiedykolwiek było to dla ciebie ważne... - Odparował może ciut za ostro, nie spuszczając z chłopaka spojrzenia, i tym samym kompletnie olewając coraz bardziej skonsternowanego mężczyznę, który mu towarzyszył. Prawda była taka, że pytanie Blooma ubodło Lazare bardziej niż powinno, bo przecież przy jego narcystycznych cechach nie było gorszego przytyku niż przypuszczenie, że ktoś mógł nie mieć pojęcia, kim Moreau jest... A jednak miał nadzieję, że całą tę idiotyczną urazę udało mu się skryć skrzętnie pod płaszczykiem sarkazmu i złośliwości. Zmrużył lekko oczy, spoglądając na chłopaka spomiędzy długich, jasnych rzęs. O ironio, jego tumiwisizm tylko działał Lazare na ambicję, jedynie zwiększając jego potrzebę by postawić mimo wszystko na swoim. Dlatego też bez zawahania wsunął długie, szczupłe palce między okładkę portfela, wymownie starając się tym gestem dać chłopakowi do zrozumienia po co się tu znalazł, oraz, że nie zawaha się nawet przed podjęciem dość radykalnych finansowych decyzji aby osiągnąć swój cel. Nawet jeśli coraz bardziej zbliżało go to do bankructwa. - To może mi powiesz, ile kosztuje żebyś nie był? - Zapytał, sunąc opuszką palca po krawędzi banknotów. - Zajęty.

Alfie Bloom
26 y/o
For good luck!
180 cm
utrzymanek i dusza towarzystwa w bogatym środowisku
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Sława, blichtr i rozpoznawalność były dla niego tym, co skłaniało go do działania. To była jego Odyseja i syreni śpiew, który przyciągał i obiecywał rzeczy, o których kiedyś mógł sobie tylko śnić. Nie tak dawno temu siedział zamknięty w ciasnym pokoju mieszkania, które wynajmował ze swoim poznanym przez internetowe ogłoszenie współlokatorem, gdy zaczynał studia. Studia, których zresztą nigdy nie miał zamiaru skończyć, bo już wtedy, na tym etapie zgromadził dość pokaźne grono obserwatorów. Oczywiście żadne oferty pracy się nie pojawiały. Nie dostawał pytań o reklamy produktów czy współpracy, ale nie przeszkadzało mu to. Początkowo wystarczyła mu tylko uwaga anonimowych, pikselowych ludzików, którzy zostawiali mu pod zdjęciami pochlebne komentarze. Wtedy też zrozumiał czego chciał od życia i że ludzie będą mu w stanie to dać. Wystarczyło tylko wyciągnąć rękę i uśmiechnąć się półnago do obiektywu telefonu opartego o stertę nieprzeczytanych książek.
   Gdyby nie to, jego życie wyglądałoby inaczej. Pewnie skończyłby studia, zaczął lichą pracę, zapewne nawet nie w zawodzie, i udawał, że jest szczęśliwy i spełniony. Uśmiechałby się dalej, bo jak zauważył, uśmiech po prostu nie schodził mu z twarzy i często ciężko było nawet jemu samemu odróżnić to, kiedy grymas ten jest naturalnie szczery. Być może zamieszkałby z rodzicami albo z poznanym na studiach chłopakiem i starał się ułożyć sobie swoje życia. Było wiele możliwości, dlatego też cieszył się, że żadna z nich się nie spełniła.
   Lubił myśleć, że środowisko w którym się znalazł było niczym oko cyklonu – miejsce spokojne, w którym nie działo się nic, jednak można było być świadkiem całego chaosu, który dział się poza nim i tego, co po sobie zostawiał. Alfie wiedział, że tak długo, jak będzie podążać w tempie tego chaosu, to poradzi sobie i zbuduje na tych zniszczeniach coś swojego. I nie chodziło o to, że żerował na czyimś nieszczęściu… lub tez nie chciał się do tego przyznać. Niemniej jednak czasami miał wrażenie, że mężczyźni, którzy wpadają w jego dłonie należą do jednego rodzaju – desperatów. A tych lubił chyba najbardziej. Byli oni w stanie oddać wiele w zamian za jego uwagę i możliwość zrobienia z nim tego, co tylko chcieli. Pomimo tego, że to oni płacili i wydawało im się, że mają kontrolę nad tym, co się działo, to tak naprawdę Bloom miał ich w swojej garści. I nikomu to nie przeszkadzało.
   Można było chociażby spojrzeć na mężczyznę, z którym tutaj przyszedł. Nie był on najprzystojniejszym facetem, z jakim się spotykał. Był charyzmatyczny i niezwykle miły, jednak nie oferował sobą żadnych ekscytujących możliwości, więc Alfie określał go mianem nudnego, lubił go jednak, bo facet lubił wydawać na niego pieniądze. Pomimo tego lubił spędzać z nim czas, nawet jeśli nie był on długi i mężczyzna zaraz szybko uciekał do swojej żony i dzieci, wiedząc, że jego malutki sekrecik nie ujrzy światła dziennego. Spotkanie więc, jak zakładał Alfie, miało być krótkie i przyjemne, bez żadnych problemów.
   Problemy się jednak pojawiły same, zupełnie niespodziewane.
   Wzrok Alfiego przesuwał się z twarzy na twarz, nie wiedząc zupełnie, na którym mężczyźnie powinien się zatrzymać. Chociaż rozsądek mówił mu, że tylko jeden z nich mu płacił, Bloom spojrzał na blondyna, który właśnie w tym momencie, jakby czytając jego własne myśli, zaczął szarpać się z portfelem. Zmrużył oczy, czując budzące się w nim napięcie.
   – Daj mi chwilę – powiedział szybko do swojego towarzysza po czym wstał od stolika. Stanął obok blondyna. Skrzywił się. Na jego twarzy pojawiło się coś znacznie odleglejszego od uśmiechu. – Nie dość, że straciłeś swoją karierę, to teraz chcesz jeszcze stracić resztki godności, Moreau? – szepnął mu do ucha, jednak blondyn był w takim stanie, że Alfie nie był do końca pewny, ile z tej wypowiedzi był w stanie wyłapać. Odszedł od stolika, zmierzając w stronę łazienki. Nie wiedział, czy łyżwiarz za nim idzie czy nie. Jak dla niego każdy scenariusz był dobry i miał szczerą nadzieję, że Lazare po prostu straci swój zapał i… cokolwiek, co przyświecało jego aktualnym działaniom, i po prostu odejdzie.
   Wszedł do łazienki. Pomieszczenie było dość przestronne, jak na klubową łazienkę. Zamknął drzwi i podszedł prosto do lustra. Spojrzał na swoje odbicie, które wyglądało zupełnie tak samo, jak za ostatnim razem, gdy je widział – włosy ciągle ułożone w staranne loki, twarz odpowiednio opalona, koszula gładka, jakby dopiero co została wyprasowana i założona. Zupełnie jakby wszystko było w jak najlepszym porządku.

lazare moreau
33 y/o
Welkom in Canada
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
Ring the bells that still can ring, forget your perfect offering. There is a crack, a crack in everything - that's how the light gets in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

W desperacji - a zwłaszcza w desperacji mężczyzn przyzwyczajonych, że kiedyś patrzono na nich z podziwem, a teraz nie patrzono wcale - była w gruncie rzeczy jakaś bizarna poetyka. Honor, duma i szacunek do samego siebie cechowały się pięknem tak oczywistym, że niemal ordynarnym. To prawda: człowiek, który odnosił sukcesy, nie musząc przy tym stąpać po trupach, albo zaprzedawać duszy diabłu obiektywom i mniej czy bardziej anonimowym wielbicielom, wzbudzał jawny zachwyt i respekt. Ale desperaci cechowali się urokiem, którego brakowało osobnikom nieprzetrąconym przez życie i koleje własnego losu. W ich oczach tańczył niekiedy inny, żywszy blask - ta ostatnia, ledwie tląca się iskra nadziei, że ich sytuacja ma jeszcze (jakkolwiek marną) szansę, by ulec poprawie. Ten głód, którego nie dało nasycić się już w zasadzie niczym, a który jednak nadal trawił ich od środka, do kości.
Możliwe, że Lazare dostrzegł w siedzącym obok Blooma mężczyźnie jakieś podobieństwo do samego siebie. Nie chodziło o wiek ani jakąkolwiek cechę fizyczną - przynajmniej w tej kwestii, młodszy i przystojniejszy, Moreau zdawał się mieć jakąś lekką przewagę. Mówiło się jednak, że swój zawsze pozna swego - i nie potrzeba było więcej niż raptem kilku sekund, aby blondyn zrozumiał, że obydwaj szukają u Alfiego dokładnie tego samego. Chwili uwagi i zapomnienia. Iluzji kontroli posiadanej nad sytuacją, choć to dwudziestosześciolatek trzymał ich na smyczy. Poza tym - gwarancji, że o przebiegu dzisiejszego wieczora nie dowie się nikt, kto mógłby zrobić z tą informacją coś zagrażającego ich reputacji.


No cóż. Gdyby Moreau oczywiście ostała się jeszcze jakakolwiek jej szczypta.

Lazare nie zamierzał się jednak dzielić. Był wszak jedynakiem i upadłą gwiazdą, nie znosił kompromisów i oddawania innym zabawek, którymi nie zdołał się jeszcze nacieszyć.
Jakiej godności?, chciał zapytać sarkastycznie, gdy udało mu się przefiltrować słowa chłopaka przez mgłę klubowego zgiełku, własnego pijaństwa, i emocjonalnego wzburzenia, do którego nie chciał się przed sobą przyznawać, ale któremu nie mógł jednak zaprzeczyć. Gdyby wypowiedział swoją myśl na głos, może dowiódłby, że przynajmniej miał do samego siebie jakiś dystans. Powstrzymał go jednak wyraz twarzy Alfiego, ta dziwna hybryda pożałowania i rozbawienia, które nie miało jednak absolutnie nic wspólnego z wesołością.
Gładka zwinność, z jaką Bloom obrócił się na pięcie i ruszył w sobie, póki co, tylko znanym kierunku, zbiła nieco Lazare z pantałyku. Chwilę mu zajęło, zanim prowizorycznie połączył w głowie kolejne kropki dzisiejszego wieczora, i prędko podjął decyzję odnośnie tego, co zrobi w następnej kolejności.
- No, to miłego wieczora - Rzucił w stronę wyraźnie skonsternowanego jegomościa, którego zarówno on, jak i Alfie, porzucili teraz za sobą. Niewiele myśląc, podążył śladem blondyna, przeciskając się na powrót przez ścianę ciał i dźwięków. Neon zawieszony nad wąskim, ciemnym korytarzem, klarownie informował, że na końcu tego labiryntu znajduje się łazienka. Jeśli Alfie chciał się zwyczajnie Moreau pozbyć to... No cóż. Chyba musiał jednak postarać się odrobinę bardziej.

Łazienka faktycznie przeważała zarówno swoimi rozmiarami, jak i panującą w niej czystością, nad większością klubowych toalet w których w ostatnim czasie miał okazję urzędować łyżwiarz. Światło przygaszono na tyle, by nie raziło w oczy, ale nie utrudniało jednocześnie procesu poprawiania fryzur, wygładzania ubrań, albo rozsypywania na krawędzi umywalki długich, cienkich kresek białego proszku - czy cokolwiek stali bywalcy tego miejsca zwykli robić za ciężkimi drzwiami pomieszczenia. Bez okien, przez które mogłyby do środka wpadać dźwięki miasta, ale za to z przyduszonym echem klubowej muzyki dobiegającej zza ściany, było tutaj trochę jak w akwarium. Jeszcze trochę, a zabraknie im tlenu.
- Zabawne - Powiedział, zamykając za sobą drzwi, i zatrzymując się w niemal kurtuazyjnie bezpiecznej odległości od rozmówcy. Nie rozglądał się szczególnie uważnie, ale wydawało mu się, że znaleźli się tu sami - Nie wiedziałem, że teraz jesteś także ekspertem od godności?
Wyszedł z wprawy prawienia innym złośliwości, ale robił co mógł, choć był kompletnie zardzewiały. Całe szczęście, że ostało mu się przynajmniej trochę urody - odbijanej teraz przez łazienkowe lustro, obok odbicia Alfiego.
- Ale to akurat dobrze się składa - Pociągnął, podchodząc nieco bliżej. Stanął przy sąsiedniej umywalce, opierając na niej obydwie dłonie. Najpierw przyjrzał się sobie - tej dziwnej twarzy, która kiedyś śledziła go z billboardów - a dopiero odwrócił lekko głowę, przenosząc wzrok na Alfiego. - Może w takim razie mógłbyś przynajmniej dać mi jakąś radę w tej kwestii.

Alfie Bloom
26 y/o
For good luck!
180 cm
utrzymanek i dusza towarzystwa w bogatym środowisku
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Nienawidził, gdy coś szło dokładnie inaczej, niż sobie to planował. Ten wieczór miał być spokojny i przyjemny. Klient, z którym się spotykał był jednym z tych przyjemnych i mdłych, zupełnie jak waniliowy budyń, który ludzie lubili, ale często sięgali po inne smaki, jeśli tylko mieli ku temu okazję. Był przyjemną odskocznią od innych, bardziej gwałtownych i wymagających mężczyzn. I wiele osób mogło go pytać, że czemu spotyka się z tak rozległą gamą charakterów, a nie skupia się jedynie na tych przyjemniejszych. Uwielbiał jednak mężczyzn pod każdą postacią i ze wszystkim, co ze sobą nieśli, a jeśli coś mu się w nich nie podobało, to kończył swoje usługi. Jego relacje z innymi zawsze były transakcyjne, więc opierały się na obopólnej korzyści, ale nie znaczyło to, że Bloom miał pozwalać sobie na to, by czuć się źle w czyimś towarzystwie.
   Alfie rozumiał ideę bycia sławnym, jednak nie było mu dane tego doświadczyć. Dla szerszej publiki nie był osobą sławną. W pewnych kręgach był rozpoznawalny, dzięki swojej karierze w modelingu, niemniej jednak przeciętny człowiek raczej nie zwracał uwagi na osoby, które reklamowały ubrania i pojawiały się na sesjach zdjęciowych dla magazynów, które się czytało. Alfie wiedział o tym, bo sam tak robił. Jeśli już przeglądał jakieś czasopismo, to robił to w poszukiwaniu inspiracji i nie skupiał się na modelach i modelkach, których twarze zlewały się ze sobą i w jego myślach jawiły się jako bezkształtne masy, przy których nawet manekiny nabierały dokładniejszego wyrazu.
   Jemu samemu nigdy nie zależało na wielkiej sławie i kiedyś wystarczyło mu tylko bycie rozpoznawalnym. Obecnie jego nastawienie się zmieniło, bo jedyne czego oczekiwał to tego, by być rozpoznawalnym w pewnych ograniczonych kręgach. Udało mu się to osiągnąć, dlatego był zadowolony z takiego obrotu spraw. I jednocześnie zrozumiał, że miejsce, w którym się znajdował, pozwalało mu na cieszenie się nie tylko z zalet, jakie przynosiło bycie rozpoznawalnym, ale również tych, które zapewniała anonimowość. Jednym słowem – wygrywał.
   Lazare miał jednak rację. Pomimo wielu barw i smaków, które wnosili klienci do życia Alfiego, pod wszystkimi tymi warstwami kryło się coś, co ich wszystkich łączyło. Rzeczą tą była oczywiście niemal nałogowa potrzeba bycia zauważonym. Czasami Alfie śmiał się, że kieruje jedynym kantorem na świecie, który wymienia ludzką walutę na uwagę i zainteresowanie. Każdy lubił być zauważany i doceniany. I wielokrotnie potrzeba bycia widzianym była silniejsza niż potrzeby fizyczne, bo nie raz zdarzyło się, że spotkania z klientami kończyły się na rozmowie i słuchaniu tego, co ktoś miał do powiedzenia.
   Zniknięcie w łazience i odcięcie się od klubowego zgiełku było przyjemne. Przymknął na chwilę oczy, jakby chciał w ten sposób uwolnić się od jakichkolwiek wrażeń lub też uchronić się przed bólem głowy, który mógłby pojawić się przez chociażby wzrost ciśnienia. Nie lubił, gdy rzeczy nie szły tak, jak sobie to zaplanował. Zawsze się wtedy denerwował, a to powodowało, że tętno mu rosło i niemal czuł, jak serce obija mu się o mostek i żebra. Ucieczka do łazienki była również jego próbą uniknięcia niepotrzebnej konfrontacji.
   Zdążył wziąć kilka głębokich wdechów, zanim na nowo usłyszał rozbrzmiewającą za drzwiami muzykę, co świadczyło o tym, że ktoś właśnie wchodził do łazienki. Otworzył oczy i spojrzał w lustro, spotykając sylwetkę Lazare, który nie chciał ukrywać się w ciszy zbyt długo.
   – Wiele rzeczy potrafię – odpowiedział, ignorując jego słabe próby bycia złośliwym. Ogólnie, jeśli o Blooma chodziło, to posiadał dość grubą skórę i niewiele określeń, które miały w zamiaru ranić go, to w rzeczywistości robiły mu niewielkie szkody. Nauczył się ignorować przytyki i cięte uwagi. Zdawał sobie sprawę, że ludzie wiedzą dokładnie co robił i jak zarabiał na swoje utrzymanie. Zbywał to jednak zawsze z szerokim uśmiechem na twarzy, co doprowadzało jego krytyków do białej gorączki. Ciężko było go urazić i wyprowadzić z równowagi.
   – Szukasz godności w kiblu podrzędnego klubu, który stara się udawać ekskluzywny od utrzymanka – powiedział, podkreślając swoim rozbawionym tonem cały komizm tej sytuacji. Zaczęło go to bowiem śmieszyć. Nie miał pojęcia, czy mężczyzna rzeczywiście coś od niego chciał, czy może jego słowa były zaledwie przykrywką skrywającą inne intencje. W końcu wątpił, że Lazare wcześniej wyciągał swój portfel tylko po to, by usłyszeć z jego ust rady na temat prowadzenia się. – Czego chcesz? Uprzedzam, że tani nie jestem – dodał po chwili.


lazare moreau
33 y/o
Welkom in Canada
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
Ring the bells that still can ring, forget your perfect offering. There is a crack, a crack in everything - that's how the light gets in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

No cóż, nie dało się ukryć, że o ile tamten facet był ludzkim ekwiwalentem waniliowego budyniu, Lazare przypominał raczej crème brûlée nastrzyknięty kokainą i najeżony żyletkami: atrakcyjny z wierzchu i słodki w smaku deser, który mógł tego czy innego konesera kosztować zdrowie, albo nawet życie. A może tylko sobie schlebiał, wmawiając sobie, że był wyjątkowym, niosącym kłopoty rarytasem? Może z każdym kolejnym dniem w tym żałosnym limbo bezrobocia i nudy, coraz bardziej upodabniał się do tych mężczyzn, którymi zwyczajnie się brzydził?
Wyparcie i zaprzeczenie były najsilniejszymi mechanizmami obronnymi, po które był jeszcze w stanie sięgnąć - i po które sięgał tak często, jak tylko się dało. W jego samoobronnej iluzji pojawiało się jednak coraz więcej pęknięć, cienkich i zabójczych jak rysy na cienkim lodzie, po którym stąpa się z nadmierną pewnością.
- Ach tak, w to akurat nie wątpię - Rzucił tonem, które jego słowa plasował gdzieś na niejednoznacznej płaszczyźnie pomiędzy komplementem i obelgą. Młodszy blondyn rzeczywiście zdawał się mieć nad Lazare przewagę w więcej niż jednej formie. Być może zaletą uszczypliwych komentarzy i obelg z którymi musiał mierzyć się w życiu był fakt, że pod ich ostrzałem nie miał innego wyboru niż utkać sobie sztywny i szczelny pancerz. Moreau miał inne doświadczenia – oczywiście krytyka nie była mu obca, ale ta, z którą mierzył się w przeszłości, zwykle podawana mu była owinięta w bawełnę. Wszystkie okrutne słowa zaś padały zwykle za jego plecami, łatwiej więc było udawać, że ich nie słyszy, i że tym samym nie mają nań żadnego wpływu. Do czasu. Czara goryczy przelała się dla łyżwiarza gdy nagłówki w magazynach sportowych zastąpiły te w tabloidach, a zamiast renomowanych reporterów, do jego telefonu próbowali dobić się głównie wymoczkowaci dziennikarze najgorszego sortu.
– Nie powiedziałem, że szukam godności – Wzruszył ramionami. Na tym etapie sam już nie miał pojęcia, czego tak właściwie szuka – ani tutaj, w towarzystwie Blooma, ani w szerszym tego słowa ujęciu. Rozrywki? Dystrakcji? Autodestrukcji? Zapomnienia? Wszystkie opcje brzmiały zarówno atrakcyjnie, jak i pusto. Dokładnie tak samo jak on. – Tylko, że jeśli oferujesz, to mógłbym skorzystać z okazji.
Przez chwilę w milczeniu mierzył rozmówcę wzrokiem – nieco rozproszonym alkoholową mgiełką. Nie był nawet pewien, czy Alfie go pociąga, czy tylko przyciąga do siebie jak tafla wody przyciągnęła mitologicznego Narcyza, tak zafascynowanego własnym odbiciem, że kompletnie obojętnego na kryjące się pod nim niebezpieczeństwo. Ironiczne, że nie dało się zaprzeczyć pewnej dozie podobieństwa między dwoma mężczyznami. Choć Alfie wyglądał przy tym jak świeższa, mniej zużyta zmęczona życiem wersja Moreau. Nie był pewien, czy była to dla Blooma dobra, czy zła wiadomość. Rozumiał natomiast, że sam może stanowić jakiś rodzaj przestrogi.
Trzydziestoczterolatek zamrugał, a potem skrzywił się nieznacznie. Zadane przez chłopaka pytanie nakazywało mu – niechętnie – zastanowić się nad własnymi intencjami. Te zaś były niejasne. Rozmyte desperacją i bólem, do którego nie potrafił przyznać się nawet przed samym sobą. Nie mówiąc już o młodocianym utrzymanku, który miał czelność konfrontować go z prawdą o jego żałosnej sytuacji.
– To zależy co oferujesz? – Odbił piłeczkę (koślawo, ale uparcie) - Nie musisz martwić się o pieniądze – Skłamał Zapewnił. – Nie jestem pewien co do godności, ale te akurat jeszcze mi się ostały.


Alfie Bloom
ODPOWIEDZ

Wróć do „Miller Tavern”