ODPOWIEDZ
37 y/o
For good luck!
187 cm
asystent trenera Toronto Marlies
Awatar użytkownika
Dedication, passion and inspiration are keys to success, both on and off the ice.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001.

Milczące radio nie przeszkadzało palcom wystukiwać o kierownicę wartkiej melodii. Wewnątrz pojazdu nie było dźwięków, te tkwiły w kierowcy, który wcale nie tłumił własnej ekscytacji, choć ta niewiele miała wspólnego z obraną drogą. Każdy przejechany kilometr przybliżał go do celu podróży i nawet promienie słońca padające na przednią szybę nie były wystarczającą przeszkodą w konsekwentnym parciu do przodu. Osiadające na skórze powietrze również nie było mu straszne, lepkie mimo wczesnej pory, ponieważ miniona noc nie przyniosła kojącej ochłody. Lato zawisło nad Toronto w pełnej krasie i prawdopodobnie nie opuści miasta do końca sierpnia.
Tym bardziej miał prawo cieszyć się z perspektywy wejścia na lodową taflę. Ostatnie tygodnie upływały mu na dobrej zabawie, a wszystko dzięki aktywnej grze. Hokej zawsze był bliski jego sercu, rozbudził w nim cały wachlarz emocji, jednak z czasem gorący płomień pasji przybrał formę żaru podtrzymywanego mocą sentymentu. Mógł tłumaczyć to naturalną koleją rzeczy, jednak to przede wszystkim objęcie roli trenera wymagało od niego zupełnie innego podejścia do ukochanej dyscypliny sportowej. Człowiek poważnieje, gdy bierze na siebie odpowiedzialność za innych.
Wreszcie nadszedł czas, w którym nie musiał dbać o siłę swojego autorytetu, mógł bez obaw skrócić dystans pomiędzy sobą a juniorami grającymi w Guelph Storm pod jego przewodnictwem. Przekazał wszystkie obowiązki swojemu następcy, ale przed rozpoczęciem kolejnego sezonu chciał dalej być częścią drużyny. Wystarczyło wynająć lodowisko, przewieźć sprzęt, zaproponować kilka terminów wspólnej gry, a potem chłopacy zrobili resztę roboty – skrzyknęli się, podzielili na dwa składy i zawsze dbali o frekwencję, aby móc rozegrać mecz. W wakacje mieli pełne prawo spać dłużej, mimo to potrafili zjawić się o tej ósmej na dodatkowy trening. Dzięki ich zaangażowaniu czuł dumę, bo nie mieli już wobec byłego trenera żadnych zobowiązań, a mimo to dalej liczyli się z jego zdaniem i oddawali się grze w całości. John raz dołączał do jednego zespołu, raz do drugiego, wyciskając z siebie siódme poty, śmiało demonstrując młodzikom kilka technicznych sztuczek.
Zaparkował tuż przy budynku, niezbyt zdziwiony obecnością innych aut. Popędliwie chwycił za sportową torbę i zaraz wysiadł z samochodu, aby jak najdłuższymi krokami uciec od wszechobecnej duchoty. Być może dłużej rozpamiętywałby atak porannego słońca, ale działająca przy wejściu klimatyzacja dała o sobie znać. Obecna już na obiekcie obsługa ewidentnie wszelkimi sposobami szykowała się na upał, chociaż John nie sądził, aby całorocznym lodowiskom coś zagrażało. Przywitał się z pracownikiem i jak zawsze odebrał klucze od szatni, która pełniła też rolę schowka na sprzęt. Nie wyobrażał sobie, aby miał za każdym razem wozić wszystko w obie strony, kręgosłup pękłby mu od tego dźwigania. W myślach już planował rozstawienie plastikowych słupków do różnego rodzaju slalomów w ramach rozgrzewki, gdy ruszył w stronę jednej ze sportowych hal.
Odgłos łyżew sunących po lodzie dotarł do jego uszu i to wystarczyło, aby rozbudzić jego ciekawość. Zwyczajowo przyjechał wcześniej i tym razem znów przymknięto na to oko, bo szkoda tracić zarezerwowany czas na rozkładanie sprzętu, każdy to rozumiał. Nikt mu nie wspomniał, że lodowisko może być zajęte. Czyżby któryś z chłopaków zjawił się przed nim? Nie, niemożliwe, w upalne wakacje może i da się wydłubać z nich odrobinę zaangażowania, ale nie aż tak ogromne pokłady, aby bladym świtem odnaleźć drogę na lodowisko.
Hokejówki tak nie brzmiały; były ciężkie i sztywne, wzmocnione z uwagi na ochronę stóp przed uderzeniami krążka. Nie słyszał też uderzeń kija o krążek. To musiał być inny rodzaj płozy, to przeczucie kazało mu zapomnieć o szatni i ruszyć prosto ku lodowisku.
Płynny ruch samotnej sylwetki momentalnie przyciągnął jego wzrok. Chciał się tylko przekonać czy jego domysły były słuszne, ale coś w dynamice ruchu łyżwiarza sprawiło, że jeden rzut oka nie był wystarczający. Twarz blondyna zdobiły nie tylko krople potu, ale także jakaś plątanina emocji, których John nie miałby odwagi nazwać. Potem dostrzegł jak wyćwiczone ciało z naturalną łatwością przyjmują najdogodniejszą pozycję, aby dostosować się do osiągniętej na tafli lodu prędkości. To był inny wymiary subtelności ruchów ciała, całkowicie mu obcy.
Nie potrafił oderwać wzroku od łyżwiarza i tym bardziej nie chciał mu przerywać zmagań. John już wcześniej miał okazję podziwiać podobne występy na żywo, ale chyba po raz pierwszy czyjś przejazd pomógł mu coś poczuć. Stał w ciszy, nawet nie spostrzegł kiedy znalazł się przy bandzie lodowiska, instynktownie pragnąc podziwiać ten indywidualny trening z bliska.
Ruch ustał bez gwałtownego hamowania zaakcentowanego grubą bruzdą na lodowej powierzchni. Wydawało się to nad wyraz naturalne, póki ich spojrzenia nie skrzyżowały się ze sobą. Policzki Johna momentalnie zapłonęły gorącą czerwienią, jakby był złodziejem złapanym na gorącym uczynku i może rzeczywiście ukradł komuś kilka chwil prywatności. Był trochę winny, w końcu zjawił się za wcześnie, ale w ostatecznym rozrachunku miał prawo tu być, nie był tak do końca przypadkowym widzem.
Chyba w akcie jakiejś desperacji sięgnął do zawieszonej na ramieniu torby sportowej, aby szybko ją otworzyć i wygrzebać z niej plastikowy bidon.
Wody? – zaproponował nieco ochryple, po czym odchrząknął. To na pewno zmiana temperatury otoczenia miała wpływ na jego głos, nie żadne zakłopotanie.
Kiedy nieco uważniej spojrzał na drugiego mężczyznę, zaczęło do niego docierać, że chyba skądś się kojarzą. Na pewno gdzieś już go widział, musiał tylko sobie przypomnieć kiedy dokładnie i jakich okolicznościach.

lazare moreau
kamehame-ha
wyznaję zasadę, że zawsze można się dogadać ❄︎
33 y/o
Welkom in Canada
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
Ring the bells that still can ring, forget your perfect offering. There is a crack, a crack in everything - that's how the light gets in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Z jednej strony, upał - w nocy skutecznie utrudniający zaśnięcie, za dnia zaś perlący się w kroplach potu zebranych u nasady karku, poniżej linii włosów które mimo starannej pielęgnacji zawsze wydawały się Lazare jakby niedomyte, oporne żeby wreszcie ułożyć się pod odpowiednim, oczekiwanym przez ich właściciela kątem - był w życiu blondyna nieproszonym gościem. Z drugiej jednak, ten nieznośny constant rekordowo wysokich temperatur i żaru wraz z nimi lejącego się z rozciągniętego nad Toronto nieba, niósł z sobą jakąś masochistyczną satysfakcję za każdym razem, gdy mimo duchoty blondynowi udało się odbyć kolejny trening.
Co więcej, w wyjątkowo pragmatycznym sensie, letnia kanikuła wiązała się też z coroczną pustką ogarniającą nie tylko większość areałów w mieście, ale też obiekty sportowe na co dzień w szwach pękające od młodszych i starszych sportowców, ich rodziców i fanów, a także potencjalnych trenerów i sponsorów, po widowni lubiących krążyć niekiedy jak sępy, ze spojrzeniami ukrytymi w potencjalnych ofiarach gwiazdach, które można by skusić obiecującym kontraktem, i wychować sobie na nową nadzieję kanadyjskiej reprezentacji.
Lazare potrzebował natomiast ciszy. Ciszy, samotności, i tej cudownej ulgi ogarniającej go zawsze, kiedy znajdował się poza rozczarowanym, albo niewzruszonym wzrokiem dawnych współzawodników i wielbicieli. Przeszło rok po skandalu, emocje trochę opadły, i coraz częściej w miejscu oburzenia Moreau znajdował po prostu kompletną obojętność na to, jak potoczą się jego losy, co w gruncie rzeczy było chyba nawet gorsze od zawodu, z jakim patrzono na niego paręnaście miesięcy wcześniej. O wiele lepiej czuł się zatem gdy wiedział, że nikt go nie obserwuje i nie ocenia, bo na gładkiej tafli lodowiska znajdował się tylko on (i wszystkie te jego demony, zawzięcie rywalizujące ze sobą nawzajem w pełnej napięcia, wewnętrznej walce).

Dzisiejszego ranka, John nie mógł posłyszeć charakterystycznego wizgu sunących po lodzie hokejówek, ani rytmicznych uderzeń krążka stykającego się z twardą ścianą bandy, ponieważ - oczywiście - żaden z tych dźwięków nigdy nie wiązał się ze sportową domeną Moreau. To prawda: niekiedy,  w chwilach naprawdę największej desperacji  jasnowłosemu łyżwiarzowi przychodziły czasem do głowy pomysły o przebranżowieniu, ale nigdy nie posunąłby się aż tak daleko by dobrowolnie wstąpić w zastępy drużyny hokejowej. Wystarczyło jedno, choćby urywkowe spojrzenie na jego szczupłą sylwetkę i długie linie smukłego ciała by stwierdzić, że wśród hokeistów nie przerwałby nawet jednego dnia. No, przynajmniej nie bez zagrażających jego życiu obrażeń.
Poranne treningi były rytuałem za którym Lazare podążał od dziecka, choć w ostatnim czasie, z sumiennością zasabotowaną działaniem tego co jego psychiatra nazywał depresją i wypaleniem(a co sam Lazare wolał określać mianem własnej słabości) i traktowanych przezeń czasem jak środki przeciwbólowe używek, uczęszczał na nie z większymi przerwami. Co rano, ciało łyżwiarza prowadziło z nim jakąś złożoną, wyrachowaną grę: najpierw, tresowane przez lata tak by do życia budzić się wraz z pierwszymi promieniami świtu, nakazywało mu rozewrzeć powieki zwykle tuż przed piątą rano, niezależnie od tego o której porze udało mu się usnąć poprzedniej nocy; potem jednak, gdy Lazare tylko spróbował wygramolić się z pościeli, buntowało się przed nim iście dramatycznie całą feerią skurczy, bóli i ćmienia.
Lazare Moreau był zardzewiały. Nadal sprawny, to prawda, ale nie tak jak jeszcze parę lat temu, gdy wydawało się, że wszelkie słabości i refleksy własnego ciała opanował w stopniu, który dawał mu nad nimi pełną władzę. Treningi rzadko kiedy były czystą przyjemnością (dla przyjemności, Lazare zwykł uprawiać seks i pić drogie, białe wino), ale teraz stawały się niemalże torturą, choć na pobocznym obserwatorze mogły robić zupełnie inne wrażenie. Tam, gdzie Myers dostrzegał wprawę i płynność ruchów, sam Lazare widział wyłącznie niedociągnięcia. Jego ruchom, dawniej precyzyjnym i pewnym, brakowało teraz głębi i odwagi, jakby ciało w ostatniej chwili przypominało sobie o możliwości upadku i instynktownie odmawiało pełnego zaufania ostrzu łyżwy. Najazdy trwały o pół uderzenia serca za długo, a każde wybicie - o moment za długo, tracąc na eksplozywności, którą kiedyś cenili sobie u niego komentatorzy. Perfekcja uciekała przed nim jak spłoszony motyl. A Lazare, w całej swojej niepoprawnej upartości, nadal gnał za nią jak rozkapryszone dziecko.

Drugiego mężczyznę bardziej przeczuł niż zobaczył. Nie musiał go też slyszeć - ze słuchawkami podpiętymi pod rzuconego na ławkę nieopodal iPhone'a nadal wciśniętymi w uszy - żeby poczuć jak energia otaczającej go przestrzeni zmienia się wraz z pojawieniem się w niej bruneta. Zatrzymał się tylko trochę poirytowany, że ktoś ma czelność mu przeszkodzić (i kompletnie ignorując tym samym fakt, że przecież lodowisko nie należało wyłącznie do niego). Przeważała jednak ciekawość, kto pozwalał sobie zaburzyć jego poranny trening.
Płynnym ruchem zbliżył się na tyle, by móc skrupulatnie ściąć bruneta wzrokiem. Natychmiast zarejestrował przyjemną symetrię jego twarzy i oczy, o których jakiś poeta mógłby powiedzieć że były dobre, i pozbawione przy tym strategicznej złośliwości tak typowej niektórym osobnikom w sportowej branży. Ponieważ jednak Lazare Moreau nie był poetą, potrafił stwierdzić co najwyżej tyle, że oczy Johna były inne od jego własnych - z ich głęboką, piwną barwą stojącą w jaskrawym kontraście do chłodnego błękitu jego własnych tęczówek. Pomyślał, że nieznajomy jest przystojny w ten generyczny sposób sprawiający, że mógł być przyjacielem starszego brata, do którego w adolescencji wzdycha się z bezpiecznej odległości, albo drugorzędnym aktorem w ulubionej telenoweli oglądanej przez jego matkę z łóżka zawsze wtedy, gdy kobieta dochodziła do siebie po jednej z licznych operacji plastycznych. Brakowało mu egzotycznych rysów Nadira, i cherubinowatego wdzięku Alfie'go, ale nadal patrzyło się nań na tyle przyjemnie, że nie odwrócił wzroku.
- Dzięki - Powiedział w sposób, który wcale nie dawał rozmówcy informacji na temat tego czy było to "nie, dzięki" czy raczej "dzięki, tak, poproszę". Wbrew temu co w ramach myślenia życzeniowego chciałby sądzić o własnej kondycji, Moreau był zdyszany, i jego pierś unosiła się teraz i opadała w tempie jednoznacznie wskazującym ze do najlepszej formy było mu co najmniej daleko. Zbliżył się o kolejne sunięcie łyżw po lodzie, i oparł ramieniem o barierę tak, że gdyby tylko chciał, mógłby faktycznie sięgnąć po bidon. - Wolałbym kawę - Rzucił, może nieco kapryśnie, i wcale nie czując się w obowiązku, żeby dziękować Johnowi bardziej wylewnie za propozycję napoju. Z jakimś roztargnieniem rzucił okiem ku zawieszonemu nad nimi zegarowi, jakby dopiero teraz przyszło mu do głowy, że może istnieje jakaś większa przyczyna za obecnością Myersa na lodowisku, niż fakt, że chciał napoić Lazare mineralką. Zmarszczył brwi, z wolna łącząc w głowie kropki - Sorry, ale... kim ty jesteś?
Poza własną świadomością, jakby w ramach echa pytania zadanego mu raptem parę dni wcześniej przez pewnego młodocianego utrzymanka.

john myers
37 y/o
For good luck!
187 cm
asystent trenera Toronto Marlies
Awatar użytkownika
Dedication, passion and inspiration are keys to success, both on and off the ice.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zasłużył sobie na to pierwsze krytyczne spojrzenie. Obserwowanie cudzego przejazdu, zwłaszcza tak surowego z charakteru, było z całą stanowczością godne potępienia. To nie był występ dedykowany jakimkolwiek widzom, a już na pewno nie takim przypadkowym, co z racji braku fachowej wiedzy nie ocenią właściwie wszystkich jego walorów. Techniczne aspekty łyżwiarstwa figurowego zasadnie porządkowały system wystawiania not sędziowskich, jednak długie serie najbardziej skomplikowanych skoków, spirali i piruetów na niewiele się zdadzą, jeśli nie przeleje się w nie choćby skrawka duszy. Publika pozostawała złakniona wrażeń, ponad mechaniczną powtarzalność perfekcyjnych wyskoków ceniła sobie szeroko pojmowany artyzm, ten najbardziej enigmatyczny składnik każdego widowiska.
Paradoksalnie niedoskonałości przy najazdach i wyskokach Moreau ujęły Johna najmocniej, bo chociaż nie pojmował ich technicznej natury, to wciąż pozwalały mu współodczuwać wypływającą z nich falę zaangażowania, a nawet desperacji. Brak pełnego zrozumienia nie czynił go ślepym, był w stanie dostrzec jak wyćwiczone odruchy w mgnieniu oka traciły impet, a mięśnie tężały, gdy tylko ciału na drodze stawał umysł. Mimo to ruch nie ustawał całkowicie, zaburzony rytm wcale nie kończył jazdy. Wszystkie momenty zawahania rezonowały w nim szczególnie, ponieważ kiedyś sam uczył się od nowa zaufania do własnych łyżew, co utrudniała na każdym kroku nieustanna plątanina myśli. Determinacja wciąż jednak była zauważalna i wygrywała za każdym razem nad niepewnością czy lękiem.
Ostre świsty towarzyszące gwałtownym zwrotom hokejówek nagle nie odbiegały tak bardzo od eleganckiego szmeru figurówek. Wątpliwym było, aby tak różne płozy mogły idealnie ze sobą współbrzmieć, ale ostatecznie zawsze będzie je łączyć lodowa tafla. Jedni na lodzie szukają brutalnej rywalizacji, drudzy pragną wplatać sztukę pomiędzy fizyczne zmagania. Tutaj preferencje rozbijały się o meandry indywidualnej wrażliwości.
Moc błękitnego spojrzenia zelżała, najwidoczniej narażony na wysiłek organizm nie był skłonny do konfrontacji. John mógł zrozumieć szybsze uderzenia serca, nierówny oddech i gorąco rozlewające się wzdłuż rozbudzonych mięśni. Jawnie przyglądał się blondynowi i to z powodu tej głupiej, jakże zgubnej ciekawości, ponieważ nie mógł spytać wprost czy intensywny trening przyniósł mu ulgę, pozostawił z niedosytem, czy może wywołał tylko większą frustrację. Obawiał się słów, zarazem nosił w sobie wystarczające pokłady odwagi, aby doszukiwać się emocji na czyjejś twarzy.
Już po kilku sekundach poczuł się skrępowany tym aktem śmiałości, poszukiwanie odczuć w cudzej mimice najwidoczniej było dla niego zbyt ambitnym przedsięwzięciem. Spojrzenie Johna ześlizgnęło się na męski tors, a widok ubrania przylegającego do spoconego ciała mimowolnie uznał za intrygujący. Ten pot był dowodem wysiłku włożonego w trening, więc rzeczywiście mógł budzić w nim coś na kształt zainteresowania, może nawet podziwu. To nie było nic dziwnego, ot, uznanie dla innego sportowca.
Prawa dłoń dzierżąca bidon utknęła w zawieszeniu, zbyt szybkie jej opuszczenie wydawało się równoznaczne z cofnięciem propozycji podzielenia się wodą. Z drugiej strony Lazare nie kwapił się, aby po niego sięgnąć, a potem wspomniał o kawie, więc dylemat Johna rozwiązał się sam. Opuścił rękę i znów spojrzał na blondyna, nieco spokojniejszy, bo jednak nie otrzymał żadnej bury za pojawienie się znienacka. Przez chwilę naprawdę czuł się jak mały dzieciak przyłapany przez rodziców na oglądaniu strasznych filmów w środku nocy.
Przy głównym wejściu jest automat z czymś kawopodobnym – podpowiedział usłużnie, dzieląc się przy okazji własną opinią na temat tworów tej maszyny. Bladoszara mieszanina wody, mleka i kilku kropel kawowego ekstraktu zwieńczona masą cukru, mającą na celu oszukać kubki smakowe. Dał się skusić dwa razy; po pierwszej degustacji stworzył teorię o niedobrej mieszance z powodu zepsutej maszyny, zaś po drugiej z rozczarowaniem obalił własną hipotezę. Wcale nie kwapił się, aby dać kawie z automatu kolejną szansę, choć znał powiedzenie, że do trzech razy sztuka.
John Myers – przedstawił się prawie odruchowo, choć podejrzewał, że za zadanym pytaniem nie kryje się chęć poznania jego tożsamości co bardziej powodu jego obecności. – Mam rezerwację na to lodowisko od ósmej. – Również powędrował wzrokiem do zegara, który informował, że pozostało dwadzieścia osiem minut do wspomnianej godziny. Czas mógł być wrogiem lub sprzymierzeńcem w zależności od tego, w jakim tempie im upłynie. – Zazwyczaj nikogo tu przede mną nie ma. – Był nawet gotów złożyć bardziej szczegółowe wyjaśnienia, wytłumaczyć swoją przedwczesną obecność cichą aprobatą personelu i szczytną ideą trenowania młodych hokeistów, ale coś mu podpowiadało, że łyżwiarz wolałby nie tracić swojego cennego czasu na lodzie na dłuższe pogawędki.
Dobrze wiedzieć, że nawierzchnia sprawuje się bez zarzutu. – Chciał zająć blondynowi jeszcze minutę, może nawet dwie, ponieważ wciąż uparcie towarzyszyło mu przeświadczenie, że skądś go zna. Nie, trudno było zakładać jakąkolwiek znajomość, po prostu kojarzył tę twarz, co uznawał za prawie niepokojące, gdy nie mógł przypomnieć sobie żadnego szczegółu z jakiegokolwiek spotkania, które mogło odbyć się kiedyś w przeszłości. John zaczął przypuszczać, że ich ścieżki mogły skrzyżować się ze sobą w czasie jakiejś sportowej gali, grubo ponad dekadę temu, gdzie może nawet nie zostali sobie oficjalnie przedstawieni. – I ty też – powiedział spokojnie, ale bez pomyślunku, próbując ukraść uwagę rozmówcy na kilka kolejnych sekund, jakby w ich trakcie mógł rozwiązać zagadkę tego nagłego rozpoznania obcego człowieka. Sam zamrugał z zaskoczenia, gdy koślawe brzmienie wypowiedzianych słów uderzyło go w twarz. I ty też? Poważnie? John, na litość boską!W tym sensie, że twój ostatni skok był niesamowity – dodał prędko, chyba tylko bardziej się pogrążając.

lazare moreau
kamehame-ha
wyznaję zasadę, że zawsze można się dogadać ❄︎
33 y/o
Welkom in Canada
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
Ring the bells that still can ring, forget your perfect offering. There is a crack, a crack in everything - that's how the light gets in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Gdyby o opinię zapytać samego Lazare, wszystkie te niedociągnięcia i niedostatki w jego perfekcyjnej niegdyś technice, które teraz w milczeniu doceniał Myers, faktycznie dało się wytłumaczyć stanem, w jakim znajdowała się jego dusza. Przetrącona przez życie, stłamszona całą serią niepowodzeń i wreszcie, w ramach ostatniego, najpotężniejszego ciosu zadanego mu przez sam Los, wychłostana zawiedzionymi nadziejami i tak brutalnie nieodwzajemnioną miłością.
Ilekroć - niechętnie! - udawało mu się podchwycić własne odbicie w jednej z przesłon dzielących go od trybun i korytarza łączącego lodowisko z szatniami, zamiast trzydziestoczteroletniego łyżwiarza, Lazare widział tylko pstrokatego ptaka z przetrąconym skrzydłem. Zbyt przyzwyczajonego do nieważkości osiąganej w przestworzach, żeby nie próbować znów wzbić się do lotu, i zbyt pokiereszowanego, by choćby marzyć o odzyskaniu swojej dawnej sprawności.
Wytykanie samemu sobie błędów i porażek było częścią jego porannego rytuału, i pewnie dawno już zacząłby w myślach katować się bezwzględną krytyką względem każdego, najdrobniejszego nawet mankamentu swojego dzisiejszego układu, ale nagła obecność intruzja skutecznie odwróciła jego uwagę od potrzeby, by zepsuć sobie humor jeszcze zanim dzień zdoła na dobre się rozpocząć. Zabawne, jak łatwo atencja Johna stała się, przynajmniej chwilowo, remedium na całą tą nienawiść, z jaką Lazare zwykł pastwić się nad sobą w miejscu śniadania. Wystarczył cień zachwytu, który kiedyś tak hojnie sączył się z setek spojrzeń wbitych weń jak w prawdziwe dzieło sztuki, by ciało Lazare wyprężyło się jak roślina chyląca się ku słońcu. To był atawizm, nie świadoma decyzja.
I nawet jeśli John mógł skutecznie wmówić sobie, że sposób w jaki jego wzrok zsunął się z twarzy Moreau na połoninę jego piersi - zroszoną obficie słonością gorącego jeszcze, choć stygnącego już powoli potu - nie miał w sobie żadnego podtekstu, blondyn już teraz był innego zdania. Nawet jeśli ta jego interpretacja była wyłącznie efektem myślenia życzeniowego.
Uniósł lewą brew, pozwalając jej ułożyć się pod kątem z gatunku Nie Wiem O Co Ci Chodzi. A potem, jak gdyby nigdy nic, raz jeszcze odepchnął się od lodowiskowej bandy, by zaszczycić rozmówcę finalnym, teraz już tak wolnym, że niemal leniwym piruetem.
- Mhm, znam ja ten automat - Powiedział; trochę płasko, czysto informacyjnie. Ale potem przez jego twarz mimowolnie przemknęło się coś innego, jakaś namiastka psotliwej przekory, tak prędka, że wystarczyło mrugnąć by kompletnie ją przegapić - Już sam fakt, że go sugerujesz sprawia, że zaczynam myśleć, że ktoś ci zapłacił, żeby mnie otruć. - Może była to już głęboka paranoja, a może po prostu próba żartu. Czasem nawet samemu Moreau ciężko było już stwierdzić.

John miał oczywiście rację. Lazare wcale aż tak bardzo się nie kwapił, aby poznać jego dane, ale z braku innych opcji ostatecznie zadowolił się nimi tak, jak można zadowolić się nieco przyschniętym biszkoptem z bankietowego bufetu, gdy inni goście pożarli już wszystkie tiramisu, makaroniki i ptasie mleczko: z uprzejmym, kompletnie niezainteresowanym uśmiechem na bladych, kształtnych wargach.
Najpierw pomyślał, że ta fuzja imienia i nazwiska podana mu przez bruneta brzmi dziwnie znajomo. Prędko przetrawił ją w myślach i, nie otwierając ust, jeszcze prędzej obrócił na dociśniętym do dolnych zębów języku, smakując rytmikę trzech ledwie sylab, wznoszących się i opadających równo po amplitudach spół- i samogłosek.

John-
My-
Ers.

Potem dotarło do niego, że jakkolwiek dźwięczne, są to raczej personalia godne serialowego chłopaka z sąsiedztwa, swoją przeciętnością pasujące do urodziwej, ale kompletnie niewyjątkowej facjaty drugiego mężczyzny. Jeśli więc brzmiały znajomo, to z pewnością z tej właśnie przyczyny, że były po prostu przeciętne.
- Nic mi to nie mówi - Stwierdził z manierą tak serdecznie wyzutą z jakiejkolwiek kurtuazji, że mogło to niemalże wzbudzić falę podziwu. Nie odwrócił jeszcze wzroku od tarczy zegara, może przeczuwając, że gdyby to zrobił, ich oczy spotkałyby się teraz w aż nazbyt intymny sposób. Wyłuskał z uszu słuchawki, z których od dłuższej chwili i tak nie płynęła żadna muzyka, zamykając je w lewej dłoni - Dziś nie jest zazwyczaj. Nie planowałem jeszcze kończyć - Skłamał, chyba głównie w ramach sztuki dla sztuki. Podczas, gdy w próbie przedłużenia ich konwersacji Myersowi ewidentnie przyświecała o wiele bardziej szczytna przyczyna, Lazare chyba po prostu podobał się fakt, że mógł się nad rozmówcą odrobinę popastwić. - Ale najwyraźniej zadecydowałeś za mnie. - Wzruszył ramionami. A następnie, pomimo przekonania, że imię i nazwisko nieznajomego wyparują mu z pamięci tak szybko, jak się w niej aktualnie rozgościły, dodał: - Johnie Myersie.
Prawie się roześmiał, gdy John nie utrzymał języka za zębami, prawiąc mu coś, co musiało być chyba komplementem. Moreau natychmiast uznał go za równie koślawy, co jego własne, wcześniejsze popisy na lodowej tafli. A mimo to nie potrafił powstrzymać się przez jeszcze jedną, kompletnie niepotrzebną prowokacją. Pchnął drzwiczki wycięte w bandzie, i zaraz nim zszedł z lodowiska, zahaczył kciuki obydwu dłoni o dolną krawędź przepoconej sportowej koszulki. Potem, jak gdyby nigdy nic, ściągnął ją przez głowę.
- Daj jednak tę wodę - Nie tyle poprosił, co pozwolił, wyciągając rękę w stronę Myersa - Zdążyłem już zapomnieć, że na zewnątrz jest miliard stopni.

john myers
ODPOWIEDZ

Wróć do „Scotiabank Pond”