ODPOWIEDZ
35 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Granda to była ostra punkówa. Zresztą nie nazywają nikogo grandą bez powodu, tutaj akurat powodów było mnóstwo, bo ona żyła kłótniami, bójkami i awanturami. Do tego nosiła czerwonego irokeza, wysłużone glany, spodnie w kratkę i makijaż, który wyglądał jakby nie był zmywany od co najmniej trzech nocy, ale tak po prawdzie to za każdym razem dopieszczała go przez bitą godzinę. Miała agrafki w uszach i kolczyki na swojej chudej, podłużnej twarzy wybledzonej najjaśniejszym pudrem jaki udało jej się znaleźć. Bujała się po różnych melinach i squotach, my akurat poznaliśmy się na ulicy - grałem na jednej miejscóweczce w centrum, a ona wrzuciła mi do pokrowca guzik uznając, że tyle jest warta moja muzyka. W pierwszej chwili ogarnęła mnie konsternacja, ale Granda szybko wybuchła najgłośniejszym śmiechem jaki w życiu słyszałem, przysiadła się bez pozwolenia i od razu zaczęła częstować mnie szlugami bez filtrów oraz tanim winem. Potem niejednokrotnie ratowałem jej dupę bo nagminnie przykuwała się do drzew, pyskowała policjantom lub chodziła na każdy możliwy strajk tylko po to, żeby jako pierwsza rzucić kamieniem i wywołać jakąś grandę. Bujaliśmy się razem po koncertach, czasem pozwalałem jej przekimać u mnie, zdarzało się nam ze sobą sypiać, ale nigdy jakoś specjalnie mi się nie podobała, od początku była właściwie tylko kumpelą. Dzisiaj napisała do mnie wiadomość o treści - Billy, kurwa, lecimy dzisiaj na koncert Syfu i Hałasu, znam dziewczyny z kapeli, wkręcimy się potem na after, bądź na miejscu trochę wcześniej to zrobimy nawet jakiś biforek, jak się nie pojawisz to po ciebie przyjdę, a jak mi nie otworzysz to wejdę oknem, do zooooo - czyli generalnie nie miałem wyboru. Co prawda zespół Syf i Hałas był mi kompletnie nieznany, ale w sumie brzmiał jak coś, co chciałbym poznać, natomiast bifor w slangu Grandy znaczył mniej więcej tyle, że walniemy flaszkę przed wejściem, a potem to już będziemy zapijać tanim piwskiem z baru. Stawiam się więc na miejscu o umówionej godzinie i od razu wita mnie szeroki uśmiech dziewczyny, wciska mi w rękę napoczętą butelkę w papierowej torbie. Ciągnę dużego łyka - alkohol nieznanej nazwy jest mocny i dosłownie pali mi przełyk, na co się mocno krzywię, oddając go Grandzie, a ona znowu się śmieje - Co? Za mocne? - pyta kpiąco, po czym przysuwa ustnik do warg i wlewa w siebie potężną porcję, przez jej twarz nie przebiega nawet cień grymasu, za to spluwa na chodnik i zaciąga się ostatnim buchem z kiepa, którego trzyma między palcami. Potem jeszcze kilka razy wymieniamy się flaszką, a kiedy widać już dno, to wyrzucam pustą butelkę do kosza i wreszcie wbijamy do środka. Schodzimy w dół, do miejsca, które wygląda jakby nigdy nie zostało wykończone - otaczają nas surowe, ceglane ściany, a ponad głowami odarty z farby strop, gdzieś wzdłuż pomieszczenia biegnie bar, z tyłu kilka stolików, a na przedzie miejsce dla zespołu, wydzielone jedynie przez wzorzysty dywan, zajebany pewnie z jakiegoś śmietnika. Ludzi jest sporo, natomiast powietrze pachnie dymem, potem oraz alkoholem. Barmani serwują piwo w plastikowych kubkach, więc kupuję nam po jednym, bo Granda jak zwykle jest spłukana. Opowiada mi o tym, co ostatnio dzieje się na squocie, kto z kim i dlaczego. Mówi podniesionym głosem, bo wokol panuje już niezły gwar, nawet jeśli zespół nie pojawił się jeszcze na scenie. Wbijam w nią spojrzenie i totalnie nie zauważam czyjejś ręki, która pewnie w ferworze ekscytującej opowieści, przypadkowo wystrzeliwuje w moją stronę, prawie wytrącając mi z dłoni kubek. Praktycznie cała jego zawartość ląduje na mojej koszulce z Nirvaną i na tej rudej lasce, która właśnie pozbawiła mnie kilku procentów - Ej kurwa uważaj z tymi - łapami, kończę w myślach, bo oto nasze spojrzenia się przecinają i dosłownie czuję jak jakaś niewidzialna iskra przeskakuje z jej pięknych oczu wprost do moich, potem biegnie przyjemnym dreszczem wzdłuż kręgosłupa, zatrzymuje się gdzieś w żołądku i wywraca go na drugą stronę w wyjątkowo przyjemnym odczuciu. Czy to te legendarne motyle w brzuchu? Jebana strzała Amora? Spod wpływu jej czaru wyrywa mnie dopiero znajomy głos gdzieś po lewej stronie - A ty co się gapisz, piździelcu?! Twoja dupa wylała nam browara!... - Granda zwraca się do faceta, którego ruda musiała raczyć swoją ekscytującą opowieścią zanim doszło do zderzenia, a ja mrugam kilka razy i wbijam w niego spojrzenie.

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Mknęła przez ulice tego zasranego miasta i chichotała pod nosem, jak głupia, gdy brała kolejne ostre zakręty, próbując zgubić ścigający ją radiowóz. Włączony kogut przykuwał uwagę tubylców, ale ona znała lepiej te obskurne ulice. Na pełnej piździe wcisnęła się w wąską uliczkę, lawirując pomiędzy bezdomnymi dzieciakami, które na widok psiarni od razu złapały w małe dłonie cegły. To jej kupiło trochę czasu. Z piskiem opon zatrzymała swojego Harleya przed budynkiem i ściągnęła niezgrabnie kask z głowy, psując tym samym fryzurę. Takie rzeczy seksownie wyglądały tylko na filmach. Wypluła gumę do żucia na dłoń i używając jej jako prowizorycznego kleju, umocowała tablicę rejestracyjną na swojej maszynie. Może była szalona, ale nie zamierzała się podkładać stróżom prawa w tym mieście. Bez dowodów nie ma mandatu, a brak mandatu ją uszczęśliwiał, bo to znaczyło, że znowu wygrała.
Zsunęła ze swoich ramion ciężką motocyklową kurtkę i przywitała się gestem dłoni z kumplem, który od razu otwarł przed nią bagażnik, żeby mogła tam wrzucić swoje rzeczy i wykonać mały striptiz dla ubogich. Rozebrała się do lateksowej bielizny, którą wcześniej już na siebie wcisnęła - była w kurwę niewygodna. Założyła kabaretki, kozaki na wysokim obcasie i do tego skórzaną kurtkę od właściciela samochodu. Wytargała z odmętów schowka kilka kosmetyków i używając bocznego lusterka, nałożyła sprawnie make-up, skupiając się głównie na kreskach i ustach, które podkreśliła ciemną czerwienią. Włosy przeczesała jedynie dłonią, robiąc efekt sexy messy morning hair, pozwalając, żeby ogniste rude kosmyki luźno opadały na jej ramiona, kontrastując z czernią kurtki.
- Spóźniłaś się. Alfa czeka na ciebie już od ponad dwóch godzin. - przekręciła oczami, kiedy psikała się perfumami Tom Ford - Lost Cherry. Prezent od Alfy. Ksywkę zawdzięczał temu, że jeździł Alfą Romeo. Idąc za ciosem, ją nazwali Luną. A reszta, zależnie od relacji, była Betą, Omegą i innym gównem. A cała zgraja pieszczotliwie Watahą. Było to na tyle pojebane i od czapy, że się przyjęło, a ona nie oponowała.
- To jeszcze poczeka. Idę do baru. - zatrzasnęła za sobą drzwi i puściła oczko jednemu karczkowi, który robił za ochronę przy wejściu. Dostała się do środka bez żadnego problemu, a jej kumpla zablokowali, zmuszając żeby stanął w kolejce, jak reszta. Zgarnęła w swoje chciwe łapki energetyka, którego barman właśnie podał na blat jakiejś lasce i cicho się zaśmiała, czując na swoich biodrach znajome męskie dłonie. Alfa.
- Już mnie złapałeś?
- Długo kazałaś na siebie czekać. Należy mi się chyba jakaś nagroda.
- Bardziej ekscytowało mnie dwieście na liczniku niż twoje towarzystwo - odparła zaczepnie i gwałtownie odepchnęła dłonie mężczyzny od siebie, wylewając piwo osoby stojącej obok niej. Już miała odpyskować temu kretynowi, który miał czelność mieć do niej pretensje, ale wryło ją. Czas zatrzymał się w miejscu, a wszystkie rozmowy umilkły, pozostając irytującym szumem, gdzieś tam w tle. Wyciągnęła dłoń do przodu, ledwo muskając opuszkami jego palce, jakby chciała się przekonać, że był prawdziwy. Nigdy wcześniej nie czuła takiego przyciągania. Pragnęła spleść ich dłonie i uciec jak najdalej, żeby mieć go tylko dla siebie, co było totalnie odklejone. Nie znała go. A mimo to walczyła ze sobą, żeby nie skrócić dzielącego ich dystansu. Uniosła kąciki ust w leniwym uśmieszku, jakby chciała tu i teraz posmakować jego ust. Usłyszeć jeszcze raz jego głos. Wystarczyło jedno spojrzenie, a nogi miała jak z waty, a serce biło dwa razy szybciej. Pierwszy raz zabrakło jej słów.
Tę magiczną chwilę zepsuł jej towarzysz, który zaczął składać pocałunki na jej szyi. - Ta suka chyba coś do Ciebie ma... - zamrugała zdezorientowana, wyrywając się z tego dziwnego letargu i spojrzała na tego babo-chłopa, co pieklił się uroczo, nie wiedząc jeszcze, że akurat ona również była pierwsza do bójki. Coś tam dalej dziewczę sepleniło w jej kierunku, więc odciągnęła jej bluzkę i wsunęła za dekolt zimną puszkę napoju.
- Pojebało Cię?!
- Wybacz, pomyliłam cię ze śmietnikiem. Też jest duży, zielony i okrągły. - z politowaniem obczaiła typiarę z góry na dół. - Chodź. Nie warto. - wtrącił się jej towarzysz, który zaczął ją odciągać od tej punkówy. Jeszcze chwila, a zapewne wywiązałaby się szarpanina, która zakończyłaby się interwencją ochrony, a ona wyleciałaby z kolejnego lokalu. A naprawdę chciała zostać na tym koncercie. A później zaliczyć afterek i może wokalistę. Albo gitarzystę.
- Barman! Jedno piwo. Dla niego. Na mój koszt. - powiedziała do faceta stojącego za ladą, który już dobrze ją znał. - Uznaj to za rekompensatę i... Stać cię na więcej. - powiedziała, do nieznajomego przystojniaka i dała się porwać Alfie w stronę tłumu. Obróciła się tylko jeszcze raz, a gdy ich spojrzenia się spotkały... Uniosła dwa palce do ust, tworząc z nich literę V i wysunęła swój języczek w wulgarnym geście.

William N. Patel
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”