30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ręce jej drżały.
Ona cała drżała.
Szurała nogami o kamienną kostkę brukowa, przesuwając się niechętnie przed siebie. Nawet podnoszenie butów wyżej niż na milimetr na tamtą chwilę zdawało się być zbyt dużym obciążeniem dla ciała. I to wcale nie chodziło o blizny, jakie zostały jej z wizyty, a to wszystko co do nich doprowadziło.
Wiedziała, że pójście na spotkanie z psychopatą, obsesyjnie w niej zapatrzonym, nie mogło przynieść nic dobrego, ale nie spodziewała się, że mogło być aż tak źle. Chociaż dowiedziała się dużo, wiedziała kto przychodził od Daltona i czego chciała ta kobieta, nawet jeśli nie podał jej jej prawdziwego imienia, tak to jak w tym samym czasie odblokował wspomnienia t a m t e j nocy, kompletnie ją podłamało. Pamiętała dokładnie jak bezbronna była, jak nie potrafiła się ruszyć. Jak jego dotyk palił i gryzł skórę, jak chciała krzyczeć, a nawet tego nie potrafiła.
I dzisiaj Dalton zrobił to samo.
Przez kilka sekund, kiedy trzymał ją w ramionach, kiedy rzucił się na nią, wbijając długie palce w jej skórę, Pilar nie była w stanie nic zrobić. Zupełnie jakby związał ją niewidzialnym sznurem nie do ruszenia. A przecież umiała się bić. Przecież była w tym nienaganna. To czemu tu nie potrafiła się ruszyć? Idiotka. Słaba idiotka. To wszystko twoja wina. Serce zabiło jej mocniej na te wszystkie myśli, a kroki mimowolnie przyspieszyły.
Potrzebowała pojechać do domu.
Umyć się.
Zmyć z siebie jego pierdolony dotyk, jego zapach, smak o b r z y d l i w y c h ust, które na kilka sekund złączyly się z tymi jej. Czuła się brudna. Naznaczona przez niego. Czuła się źle jak już naprawdę dawno się nie czuła. Docisnęła palce do rany, z której zaczęła sączyć się krew, a oczy zapiekły przybliżając ją do kompletnego załamania nerwowego. Może musiała się wypłakać? Wyrzucić to z siebie, powoli tem wylecieć i będzie okej? I może nawet by to zrobiła, gdyby nagle na swojej tego nie zobaczyła jego.
Ciemne oczy wbite były w nią z gniewem. Nie. Z f u r i ą. Była na nią wkurwiony. Wiedziała to. Widziała. Kurwa, ona też by na niego była. Zatłukłaby go, tak jak chciała go zatłuc wtedy w lesie, kiedy dowiedziała się, co zrobił. Wzięła głębszy oddech, próbując ignorować walące w piersi serce. Znowu wciągając to wszystko do środka. Znowu udając, że jest dużą dziewczynką.
Dopiero kiedy szarpnął ją za nadgarstek zupełnie niespodziewanie i przyciągnął do siebie, pytając co to jest, ona mimowolnie mu odskoczyła. Jakby palił ją jego dotyk.
Zostaw — spojrzała na niego jakoś wciąż nieobecnie, beznamiętnie, bez kurwa ani jednej emocji, chociaż w oczach na pewno kryło się przerażenie. Przecież to był Madox. Co ty robisz idiotko?. Przysunęła się z powrotem, wciskając krwawiącą dłoń do kieszeni kurtki. — To nic. To przez przypadek — wyjaśniła pod nosem i już chciała iść dalej, ale wtedy on wyrwał się w stronę wejścia. Gotowy zapierdolić Daltona. Wiedział, że to on. Oczywiście, że kurwa wiedział.
Złapała go w ostatniej chwili. Szarpnęła mocno na swoje nieszczęście tą poranioną dłonią, bo ją miała silniejszą. Niewielka plama została na materiale jego kurtki. Spróbowała ją wytrzeć, ale rozmazała wszystko jeszcze bardziej.
Trzeba to będzie zaprać — o czym ona w ogóle pierdoliła? O kurtce? Oczywiście, ze o kurtce, chociaż najchętniej zaprałaby w pierwszej kolejności to jego spojrzenie, które w nią wbijał, podczas gdy ona nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy. Widziała przelotnie ten zawód. To jak bardzo mu podpadła. Ona też by tak na niego patrzyła w lesie, gdyby Sombra nie był ranny. A może nawet i jeszcze gorzej.
Potrzebujesz jechać do szpitala?
Nie — mruknęła krótko, sięgając do kieszeni, żeby wyciągnąć z niej kluczyki. — Nic mi nie jest — tak bardzo chciała w to wierzyć. Żeby wszystko było okej. Dużo, naprawdę dużo by oddała, żeby przenieśli się te kilka dni wstecz do słonecznego Rio. Rio w którym wszystko było proste. W którym liczyli się tylko oni, gdzie nie było tych wszystkich problemów. Gdzie nie było jebanego Daltona, który znowu namieszał jej w głowie i tego nieznośnego uczucia paniki, które się w niej zbierało.
Pogadamy w domu — rzuciła tylko i wyminęła go, kierując się do Jaguara. — Pojadę za tobą — on był wściekły, ona jak widać nieskora do rozmowy… może ta krótka przejażdżka do mieszkania serio zrobiłaby im dobrze. Może zdążyliby ochłonąć. Problem w tym, że kiedy tylko Pilar wsiadła za kółko, kiedy zatrzasnęła za sobą drzwi… nawet nie umiała trafić kluczykiem do stacyjki. Ręce się jej trzęsły. Ciepło rozpalało jej klatkę piersiową.
Kurwa — rzuciła pod nosem i przyjebała dłonią w kierownice, co on doskonale mógł widzieć w tylnym lusterku, jeśli na nią patrzył ze swojego BMW. A potem mógł widzieć jak finalnie wysiada i kieruje się w jego stronę. Załadowała się na miejsce pasażera, zapinając pas i dosłownie nie mówiąc nic więcej.

No estoy bien.
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Zostaw.
Zawahał się, bo przecież widział po niej, że coś jest nie tak. Przecież obiecywał jej tyle razy, że nigdy jej nie zostawi, a jednak... puścił jej dłoń.
- Przez przypadek? - prychnął i zamierzył się do wejścia, bo doskonale wiedział, że to Dalton. Już dawno powinien go załatwić, a on mu darował życie. Ale tym razem...
Nie zdążył jednak się ruszyć, bo szarpnęła go za kurtkę pozostawiając na materiale krwistą plamę. A kiedy powiedziała to trzeba to będzie zaprać, uniósł jedną brew.
- Jebać to - teraz to on się od niej odsunął. Gdzieś miał kurtkę i gdzieś miał...
Nie no kurwa, jej wcale nie miał gdzieś. Był zły, wkurwiony. Ale jego ciemne oczy bez przerwy, usilnie wpatrywały się w te jej, które go unikały.
- Co ty zrobiłaś? Co on zrobił? Jak kurwa w ogóle... - nawijał i rzeczywiście w pierwszej chwili żądał jakiś wyjaśnień, potrzebował ich, ale widział ten jej nieobecny wzrok, dlatego zapytał, czy potrzebowała szpitala.
Spodziewał się takiej odpowiedzi.
- Pilar... - zaczął nawet, ale kiedy zawiesiła na palcu kluczyki, to tylko zacisnął dłoń w pięść. Bo może ona teraz była... Sam nie wiedział jaka. Zimna? Spokojna? Nieobecna?
To jego nosiło.
Ze złości, z bezsilności. Z tej niewiedzy, co tam się wydarzyło, no bo kurwa coś musiało, skoro wychodziła z wizyty w więzieniu ranna. Znowu spojrzał się w kierunku wejścia, może mógłby się tam czegoś dowiedzieć.
- W domu? Pojebało cię Pilar? - sięgnął do niej, ale już go minęła. Nabrał ciężko w płuca powietrze - za mną? - spiął się, ale nie miał zamiaru się z nią tutaj dochodzić i szarpać. Wypuścił powietrze nosem, odprowadzając ją do samochodu spojrzeniem. Pojebie go przecież.
Nie zamierzał jechać do mieszkania... Nie no musiał jechać do mieszkania, żeby ją tam odstawić, żeby wyjaśniła mu to wszystko. Jeszcze przechodząc koło swojej beemki kopnął w oponę. Niby wsiadł do samochodu, niby zaczął szarpać się z pasem, ale obserwował ją we wstecznym lusterku, a kiedy uderzyła w kierownicę, to już zamierzył się, żeby do niej wysiąść, ale ona zrobiła to pierwsza. Śledził ją spojrzeniem po lusterkach, jak podchodzi do jego beemki, ale kiedy wsiadła na siedzenie pasażera, to nawet się do niej nie odwrócił. Odpalił silnik i wyjechał z parkingu.
Nie odzywał się, walczył w sobie z tak skrajnymi emocjami, był zły, ale też martwił się o nią. Chciał na nią nawrzeszczeć i chciał ją dotknąć, dodać jej otuchy. Zacisnął palce na kierownicy tak mocno, że pobielały mu knykcie.
- Powiesz mi co się stało? - zapytał w końcu, kiedy przeciął jedno ze skrzyżowań na czerwonym. Powinien skręcić w prawo i byłaby to ostatnia prosta do ich mieszkania, a on odbił w zupełnie drugą stronę. Dużo słów cisnęło mu się na usta, chciał jej zapytać dlaczego to zrobiła, co jej strzeliło do głowy. Dlaczego kurwa znowu go okłamała. I jak mogła to zrobić, kiedy sama wyrzucała mu, że powinien z nią być szczery.
On z nią był. Za każdym jebanym razem był, a to, że o niektórych rzeczach jej nie mówił. To przecież nie tak, że ją okłamywał. A ona... patrzyła mu rano w oczy i słowem nie odezwała się co planuje, a pewnie już doskonale wiedziała. A w kieszeni kurtki miał kolejny dowód na to, że go okłamywała. Jebane wiadomości od Galena Wyatta o tym, że gdyby nie oddał jej kluczyków, to teraz byłaby jego. Może lepiej jakby była?
Mieli by sobie piękne, bezproblemowe życie. A to ich to wieczne kłopoty. Jak nie Luna, to Dalton, wszyscy dookoła się na nich uwzięli. Madox nawet nie czuł tego, jak jego noga opadła ciężej na pedał gazu, a beemka wypadła na autostradę. Bez celu, przed siebie.
Czekał na jakieś wyjaśnienia i znowu zamierzył się, żeby do niej sięgnąć, jego dłoń zawisła nad jej kolanem i opadła na skrzynię biegów, z której przecież nie korzystał w automacie, ale i tak ułożył na gałce wytatuowane palce, a potem przełączył na tryb sportowy, żeby jeszcze trochę rozkręcić auto. Dużo siedziało w nim różnych emocji, zwłaszcza tych negatywnych, jak złość, strach, bezsilność, ale też kurwa troska. Bo mogła odjebać najgorsze gówno na świecie, a on przecież... i tak ją kochał.
Szkoda tylko, że dzisiaj znowu przyszedł dzień, kiedy to w to, co ona do niego czuła, zaczynał wątpić. Zbierało się to w nim od wczoraj, kiedy wytknęła mu paranoję po tym wszystkim co jej powiedział. Do pieca dołożyła jej wycieczka do więzienia, i jeszcze jej telefon. A teraz to jak nawet nie potrafiła na niego spojrzeć. Jakby kurwa jej coś zrobił.
Był winny. Wciągnął ją w to wszystko...
Zahamował gwałtownie gdzieś w pierwszym lepszym zjeździe z autostrady, w ciemnej drodze chuj wie gdzie. Szarpnęło nimi, a pasy wbiły się w obojczyki i brzuchy.
- Zamierzasz ze mną porozmawiać? - bo od wczoraj znowu szło im to mocno chujowo. Najpierw on sobie poszedł, przy śniadaniu ona nie odezwała się do niego ani jednym słowem. A teraz... Teraz znowu to pierdolone milczenie.
Nienawidził go.
Cisza nigdy nie zwiastowała niczego dobrego.

¿Planeas hablar conmigo?
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, przemoc
Miał rację — pojebało ją.
Pojebało ją, kiedy myślała, że jest w stanie załatwić to wszystko sama. Że to wszystko z Daltonem, to co czuła, to jak nie radziła sobie z emocjami i narastającymi atakami paniki miała już za sobą. Chciała mieć. Myślała, że miała. A jednak dzisiejszy dzień uświadomił ją, że wcale. Że za grosz tego w sobie nie przepracowała. Że jej największym mankamentem i czymś czego nie potrafiła przeboleć było bycie bezsilną. Bezbronną. Ta pierdolona niemoc, że kiedy najbardziej tego powitrzebowałsa, nie umiała się ruszyć.
Nigdy wcześniej tak nie miała.
Nigdy niczego się nie bała.
A teraz? Teraz jedyne co siedziało w jej głowie, to desperacka potrzeba zagwarantowania mu bezpieczeństwa. Ta pierodlona chęć dowiedzenia się, kto chciał do skrzywdzić, co to była za kobieta i odjebanie jej pieprzone łba. Bała się o niego. Bała się, że to co stało się w lesie się powtórzy, a on już nie będzie mieć psa, który go uratuje. Jej też mogło nie być obok. A co gdyby była, ale znowu nie będzie umiała się ruszyć?
Kurwa.
Wysiadła z auta i przeszła do czarnego BMW. Szarpnęła za pas i chociaż zawsze wychodziło jej to nienagannie, teraz pas faktycznie się zaciął. Spróbowała jeszcze raz — znowu nic. Nie doszedł nawet do połowy. Wzięła głęboki wdech, zatrzymała się na moment i przymknęła oczy, a potem po-wo-li przeciągnęła pas i w końcu umieściła go w klipsie.
Nie chciała z nim rozmawiać. Nie wiedziała od czego zacząć. Nie wiedziała, jak miała z nim rozmawiać. Nie potrafiła przyznać się przed nim, że była słaba. Przecież byłby nią jeszcze bardziej zawiedziony. Zawsze mówił jej, że zakochał się w niej, bo była nieustraszona, bo niczego się nie bała… gdzie była ta Pilar? Bo ta na siedzeniu naprawdę zaczynała w siebie wątpić. A do tego jeszcze to gryzące uczucie na skórze i ustach po dotyku Daltona…
Powiesz mi, co się stało?
Po co? — rzuciła aż za bardzo spokojnie, chociaż w środku wszystko w niej wrzało. — Żebyś zaczął się na mnie wydzierać? — wiedziała przecież, że był zły. Emocje kipiały z niego na wszystkie strony, ręka nerwów chodziła mu po kierownicy i nawet sposób, w jaki naciskał pedał gazu kompletnie różnił się od tego, jak jeździł zazwyczaj.
Oboje lubili szybką jazdę, ale zawsze podchodzili do niej stopniowo, żeby nie zajechać auta. On kompletnie teraz o to nie dbał. Wyjechał na autostradę, sunął pomiędzy autami, niektóre nawet na niego trąbiły. Zapierdalał jak pirat drogowy i brakowało w tym wszystkim jedynie policji jako jebanej wisienki na torcie. I może by na nią trafili, gdyby on nagle nie skręcił gwałtownie w poboczny zjazd i nie zatrzymał się z piskiem opon na jakimś kompletnym zadupiu. Pilar momentalnie poczuła jak pas wbija się jej w żebra i obojczyk. Aż syknęła z bólu, bo kawałek nawet drasnął jej ranę na szyi.
Serce biło jej jak szalone. Wiedziała, że będzie musiała z nim w końcu porozmawiać, ale miała w sobie jakaś taką blokadę. Jakby czuła, że z chwilą, w której zacznie mówić, kompletnie się rozklei. Rozsypie na milion jebanych kawałków i nawet on nie będzie w stanie jej pozbierać.
Jedź na sale — wyrzuciła w końcu z siebie w odpowiedzi na jego pytanie. Nawet na niego nie spojrzała. Patrzyła pusto przed siebie, znowu zaciskając paznokcie tym razem na bandażu, który nasiąkał coraz bardziej świeżą krwią. Dopiero po chwili odwróciła głowę, zaglądając mu w oczy. W te kurwa przepiękne, czekoladowe oczy, które kochała jak nic innego na świecie. — Powiem ci wszystko, obiecuje — wtrąciła. — Ale błagam jedź na sale, bo jak zaraz w coś nie przypierdole… — zacisnęła mocniej palce, finalnie uderzając głową o zagłówek. — Proszę — dodała już ciszej. Błagalnie prawie.
Musiał ją zrozumieć. Tez się bił. Wiedział jak uwalniające było móc przyjebać w worek albo kogoś, wyładować emocje, puścić ten cały gniew, który siedział w środku. A on… tak, ruszył w końcu. Skierował się w stronę salki, którą często wynajmowali, w której już nie raz ćwiczyli i się lali.
Pilar milczała całą drogę. Czuła jedynie jak niszczą ją od środka te wszystkie emocje, te uczucia mieszające się ze sobą i chociaż nawet na niego nie patrzyła, widziała przed oczami jego pełne zawodu spojrzenie. Ono było chyba jeszcze gorsze niż to, co zrobił jej Dalton, a już na pewno bolało bardziej.
Gdy tylko zaparkował auto, ona wypadła jako pierwsza. Nawet raz się na niego nie odwróciła. Przeszła prosto do recepcji i wpisała się na listę, przypisując pierwszą, lepszą salę z workiem treningowym. W środku nawet nie zdjęła butów czy kurtki. Po prostu ruszyła przed siebie w pierwszej chwili po prostu kopnęła z całej siły w drewnianą skrzynie. Mocno. Tak że prawie pękła u nasady. Wplątała palce we włosy i zrobiła jedno kółko dookoła. Kątem oka widziała, że na nią patrzył, ale nawet bez tego czuła na sobie jego spojrzenie. Nim jednak się odezwała, wzięła zamach i zdrową ręką przywaliła w cięzki worek. Ten zaś zachwiał się prawie do samej ściany.
Poszłam tam… — zaczęła w końcu, łapiąc większy oddech. — Bo to zdjęcie z Sombrą i znicz też było od niego — wyjawiła. I to wcale nie tak, że to przed nim ukryła. Chciała mu o tym powiedzieć, ale przecież on sobie kurwa poszedł. Zakończył ich rozmowę na powiedzeniu swojego i po prostu wyjebał przez drzwi wracając późno, więc nawet nie mógł mieć do niej o to pretensji. — Było z tyłu podpisane. Użył zwrotu, którym tylko on się do mnie zwraca — znowu przyjebała z całej siły w worek. I znowu. — I może bym ci nawet o tym powiedziała, gdybyś wczoraj nie spierdolił — warknęła, tym razem kopiąc worek kilkakrotnie, aż za którymś razem ją odrzuciło do tyłu. — Gdybyś znowu nie zostawił mnie samej w mieszkaniu… — nakręcała się, czując jak na razie tylko się w niej wszystko gromadzi, a nie uchodzi. Niemniej kontynuowała, co chwile robiąc przerwę na uderzenia i złapanie oddechu. — W każdym razie… Dowiedziałam się, że przychodzi do niego… jakaś kobieta. Przedstawia się jako Pilar, nosi czerwone sukienki i kocha… — kolejny uderzenie. — Rozmawiać… — kolejne. — O nas — walnęła tak mocno, że worek aż odbił się od ściany, a ona przelotnie podniosła na niego spojrzenie. Zrzuciła z siebie kurtkę, ciskając ją na ziemię, a kiedy worek wrócił, przytrzymała go dłońmi przyciskając do niego palce tak mocno, że knykcie jej pobledły. Jakby chciała go zgnieść. — Zna nas, a ciebie nienawidzi równie mocno jak on — i znowu zaczęła uderzać, tym razem o wiele bardziej chaotycznie. — Obiecała mu… — nawet nie zauważyła, że zaczęła używać do tego obu rąk, a z tej zranionej momentalnie poleciała krew. — Że pomoże cię zabić — ostatnie słowa ledwo przeszły jej przez gardło wraz z uderzeniem, które już na dobre puściło jej krew po przedramieniu. Klatka piersiowa szalała jej w chaotycznych unosach, serce łomotało, a głowa… ona nie mogła wyrzucić z siebie jego głosu. Tego pełnego obłędu, obrzydliwego głosu. Teraz już kurwa Madox wiedział, czemu się tak zachowywała? Czemu miała w sobie tyle strachu? A przecież to był tylko wierzchowłek góry lodowej tego wszystkiego, co tam się stało.

Me preocupo por ti.
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, przemoc
Żebyś zaczął się na mnie wydzierać?
Złapał w płuca więcej powietrza zaciskając palce mocniej na gałce zmiany biegów, jakby się kurwa na nią wydzierał bez powodu. Przecież nigdy tego nie robił, a że czasem miał powód, tak jak dzisiaj...
Ale kurwa przełknął te słowa, tą gorycz. Zamknął się, a upust emocjom dał tylko w tym, że dodał więcej gazu, że jego palce przesunęły się po kierownicy, której skórę ścisnął mocniej.
Nie chciał się na nią wydzierać, nie chciał się wytrząsać, ale kurwa, czy on dzisiaj nie miał ku temu dobrego powodu? Klatka piersiowa znowu uniosła mu się w głębokim oddechu. Dobrze, skoro nie chciała mu tego wyjaśnić, to on też postanowił nie odzywać się ani słowem. Mogli jeździć po mieście bez celu całą noc. Mogli milczeć i fiksować się w swoich głowach na tym co się wydarzyło, na tym, co sobie dopowiadali...
Nie no kurwa. Nie mógł.
Zjechał z drogi hamując w miejscu, aż nimi szarpnęło. Musiała mu coś powiedzieć, cokolwiek, bo czuł, że zaraz zwariuje.
Ale tego jedź na salę się nie spodziewał. Uniósł jedną brew i już miał się jej sprzeciwić, ale kiedy w końcu złapała jego spojrzenie. Kiedy zajrzał w te jej wielkie, błyszczące oczy, to znowu odpuścił. W pierwszym odruchu chciał wysiąść i wyciągnąć ją z samochodu, żeby przywaliła jemu. Wyżyła się na nim, tutaj w tym szczerym polu, ale finalnie skinął głową. Odpalił silnik i wyjechał tyłem nawet nie obracając beemki. Znowu go strąbili, ale w dupie to miał, a potem zawrócił na jakiejś podwójnej ciągłej tylko obserwując w lusterku, czy w pościg za nim nie puściły się jakieś psy, ale dzisiaj mieli z tym farta. On miał. Bo Pilar pogrążona we własnych myślach, walcząca ze swoimi demonami wyglądała mu mizernie, nawet nie miał serca jej zaczepiać.
I to nie tak, że była dla niego słaba, bo kurwa każdy człowiek miał swoje za skórą, z czymś się mierzył. On też, nie raz. I to wcale nie ujmowało jej w jego oczach.
On po prostu nie wiedział jeszcze nic, ani co się wydarzyło, ani co nią kierowała, a przede wszystkim, jakie on w tym wszystkim miał miejsce. Na razie szofera.
Zaparkował przed salką, a zanim zdążył cokolwiek powiedzieć ona już wypadła z samochodu, a Madox poszedł za nią, jak ten cień. Dopiero przy ladzie zatrzymał się na dłuższą chwilę dyskutując z gościem na recepcji. Wymienili kilka zdań, bo Madox przecież był tu stałym gościem już od dawna, jeszcze zanim zaczęli się tu pokazywać z Pilar, często trenował z Earlem, który siedział za kontuarem.
Wszedł na salę dopiero kiedy jego żona przywaliła w skrzynkę, chociaż właściwie tego nie widział, usłyszał tylko huk. Zamknął za sobą drzwi i kiedy ona krążyła dookoła jak dziki, rozjuszony kot, to on zdjął z siebie powoli kurtkę i buty. Nie chował ich do półek, ale postawił przy wieszaku, przy drzwiach. Wodził za nią spojrzeniem, kiedy uderzyła w worek, a kiedy zaczęła do niego mówić, to stanął bliżej. Rozciągnął spięte mięśnie na karku, bo złość złością, ale kurwa był tak pospinany, że czuł, że to się może źle skończyć, ale Pilar nie miała takiego instynktu samozachowawczego. A kiedy worek bujnął się od kolejnego jej ciosu, to do niego doskoczył, żeby się na nim zaprzeć, przytrzymać go jej.
- Czyli to jest moja wina, że mi nie powiedziałaś? - starał się zachować spokój, a kiedy zaczęła kopać w worek to nawet się od niego odsunął, pozwalając mu się rozbujać pod ścianę - mogłaś mi powiedzieć rano - warknął, a kiedy worek wracając na miejsce ją odepchnął, to znowu do niego doskoczył, żeby go złapać, zatrzymać - w dupie mam kto do niego przychodzi, to jebany psychol - uniósł się. A miał się na nią nie wydzierać. Aż cofnął się do tyłu, kiedy zrzucała z siebie kurtkę, kiedy złapała za worek zaciskając na nim palce. Popatrzył na jej dłonie - a to? - wskazał na bandaż głową - skąd? - musiał wiedzieć. Odsunął się, kiedy wpakowała w worek kolejną serię, aż przechylił na bok głowę, a kiedy krew pociekła po macie, to zaraz ruszył się z miejsca, a przy tym ostatnim uderzeniu wcisnął się między nią, a worek, złapał ją za rękę blokując cios i szarpnął do siebie. Niby jej słuchał, tego, że jakaś kobieta obiecała Daltonowi pomóc go zabić, ale...
- Mogłaś mi powiedzieć. Zabrać mnie ze sobą. Mieliśmy być ze sobą szczerzy, a ty jednego wieczoru robisz mi wywód, że mam cię już nigdy nie okłamywać, a rano wstajesz i idziesz do Daltona, mimo, że wiedziałaś jak się kurwa boję... - urwał patrząc w jej duże, czekoladowe oczy, a kiedy mu się szarpnęła, zacisnął mocniej wytatuowane palce na jaj zakrwawionej ręce, czerwoną ciecz miał już na swojej dłoni, na koszulce, kiedy jej palce opierał sobie prawie na sercu - przestań! - znowu podniósł na nią głos, ale jej nie puścił - zrobisz sobie kurwa krzywdę - a tego przecież nie chciał. Nigdy tego nie chciał. Szarpnął ją za sobą do wyjścia z salki. A kiedy znowu się zaparła, to pociągnął ją mocniej - nie. Nie będzie tak jak ty chcesz, bo ja też mam tutaj coś do powiedzenia - bo Madox był cierpliwy, ustępował jej, przymykał oko na wiele rzeczy. I robił to wszystko tylko ze względu na nią, bo to przecież nie leżało w jego naturze.
Earl podniósł się zza lady.
- Spoko Earl, mały wypadek, posprzątam to później... - uspokoił go Noriega. I znowu szarpnął za sobą Pilar, w kierunku toalet, po drodze zdjął ze ściany w korytarzu apteczkę, ale nawet na moment nie puścił jej ręki. Dopiero jak stanęli przed umywalką, to zwolnił uścisk, żeby rozłożyć apteczkę - na dużo ci pozwalam... - zaczął podnosząc na nią spojrzenie tylko na moment, bo grzebał za jakąś gazą i nowym bandażem, bo ten, który miała na ręce już cały się pozwijał - ale kurwa, skoro ty ode mnie cały czas czegoś wymagasz, to ja też mam do tego jebane prawo - podniósł spojrzenie na jej oczy, a zaraz wystawił dłoń, żeby podała mu rękę. Szarpnął ją za nią, nie był delikatny, jak zawsze kiedy się z nią obchodził. Dzisiaj był zły, stanowczy, i nie miał zamiaru dłużej pozwalać jej wchodzić sobie na głowę - czy ja mam jakieś wygórowane życzenia? - ściągnął pomarszczony opatrunek z jej dłoni i obejrzał zadrapania, unosząc ją do góry, a zaraz pociągnął ją pod kran, z którego puścił lodowatą wodę - żebyś na siebie uważała. Żebyś kurwa nie ryzykowała. Żebyś nie robiła sobie krzywdy, to za dużo? - zmył krew, która bladą smugą spłynęła do odpływu - chciałem, żebyś nie pisała do Wyatta, a ty wciąż wymieniasz z nim wiadomości, kurwa z jebanego Rio, gdzie braliśmy ślub - ścisnął mocniej jej rękę, kiedy ją pociągnęła - zostaw! - nie pozwolił jej się oswobodzić, bo teraz jemu się ulało. Teraz zamierzał wyrzucić z siebie to wszystko, co się w nim gotowało. Wylał na jej dłoń płyn do dezynfekcji, bez ostrzeżenia i bez podmuchania, jak przecież miał w zwyczaju. Bo on naprawdę przy niej budził w sobie jakieś głęboko skrywane pokłady delikatności. Ale nie dzisiaj.
- Jakbyś się czuła, gdybym pisał w dniu naszego ślubu z Haddie, jak kurwa Pilar? - i znowu podniósł spojrzenie na jej oczy, a kiedy płyn spłynął do zlewu, to przyłożył do jej dłoni gazę - ja mam się dla ciebie za każdym razem uginać, nie rozmawiać z moimi byłymi. Być z tobą szczery. Myśleć o konsekwencjach, angażować cię w moje plany, a ty kurwa co? Moje lęki uznałaś za paranoje. Za moimi plecami poszłaś do Daltona, ryzykowałaś. Za moimi plecami piszesz ze swoim byłym. Jak tak ma to wyglądać, to... - urwał, bo podczas tego swojego wywodu owinął już jej dłoń ciasno bandażem i teraz musiał go tylko zawiązać, spojrzał na nią, żeby przytrzymała mu go palcem, kiedy zaciskał kokardkę - to mnie od razu zabij, i miejmy to już kurwa z głowy - dokończył odsuwając się od niej. Cofnął się do umywalki, żeby umyć sobie ręce, spłukać z nich resztki jej krwi. Złapał na moment jej spojrzenie w lusterku. Nie tego się spodziewała? Tego, że znowu będzie ją głaskał po główce? Był gotowy to zrobić, za każdym razem, kiedy tego potrzebowała. Ale skoro na nią już nie działało po dobroci, to... może trzeba było po złości?
Odwrócił się i zrobił krok w jej kierunku, a zaraz kolejny, tak, że jej plecy zderzyły się z drzwiami maleńkiej toalety. Spojrzał na nią z góry, na jej duże, błyszczące oczy.
- Każdy ma kurwa jakieś granice, ja też... - a ona dzisiaj tańczyła nad jebaną przepaścią, testowała go jak nigdy chyba - a jakby Dalton coś ci zrobił? Jakby kurwa... Obiecałaś mi, że będziesz ostrożna, że nic ci się nie stanie - bo to przecież mu obiecywała, na brudnej podłodze w kuchni, zanim uznała, że z jego strony to jest paranoja.

Me lo prometiste.
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Nie.
To nie była jego wina, że mu nie powiedziała.
Jakby się nad tym dłużej zastanowić, stanąć z boku i rozbić to na czynniki pierwsze, okazałoby się, że akurat na to niedoinformowanie złożyło się bardzo dużo rzeczy. Można więc było stwierdzić, że oboje zawinili. On bo znowu robił to, o co go prosiła, żeby nie robił — zostawiał ją samą ze sobą, z myślami i problemami, które tylko mieszały w głowie, a ona zaś bo jemu robiła wyrzuty, a potem sama zrobiła to samo. Była hipokrytką. Prawie tak dużą jak on w większości spraw.
Nie odpowiadała mu na kolejne wyrzuty. Robiła po prostu swoje, n a p i e r d a l a j ą c w worek z całej siły, w jakiejś chorej furii, której nie potrafiła zatrzymać. Dopiero, kiedy z jego ust padło to jedno zdanie: W dupie mam kto do niego przychodzi, to jebany psychol, Pilar odwróciła się do niego z impetem, otwierając szeroko oczy i dosłownie gromiąc go wzrokiem.
Ale ja nie mam!! — ryknęła na niego, kompletnie nie przejmując się tym, że ktoś mógł ich usłyszeć. — Ja nie mam w dupie tego, że ktoś chce cię kurwa zabić! Czego ty nie rozumiesz?! Nie możesz pojąć, że to nie są kurwa żarty? — kiedy dokładnie oni zamienili się rolami? Bo jeszcze wczoraj on mówił jej to samo o Lunie, a dzisiaj Pilar nawijała mu o Daltonie. Niby ich dwójka kurewsko się od siebie różniła, ale prawda była taka, że pod wieloma względami byli kurwa identyczni. Zakręceni na swoim punkcie, na miłości, jaką do siebie mieli, że chcieli desperacko robić wszystko, co tylko się dało, żeby się nawzajem chronić. Tylko jakim kosztem?
Mogłaś mi powiedzieć, zabrać mnie ze sobą…
Na pewno byś mi pozwolił — rzuciła pomiędzy kolejnymi chaotycznymi kopnięciami. Oboje znali odpowiedź. I on mógł się zarzekać, ile tylko chciał, ale przecież doskonale wiedział, że gdyby mu powiedziała, co miała w planach w życiu by jej tam nie puścił. Przywiązałby ją prędzej no jebanego kaloryfera niż wpuścił do zakładu. — A i ty i ja dobrze wiemy, że przy tobie nie powiedziałby nic — to też była prawda. Smutna, pojebana i kurwa obrzydliwa, ale Dalton miał obsesje na punkcie Pilar. Jeśli komukolwiek miał wyjawić cokolwiek, to była właśnie ona. Nikt nie potrafił do niego dotrzeć jak ona, zmanipulować go. Madox mógł się wypierać, ale przecież musiał wiedzieć, że miała racje. Tak jak ona doskonale wiedziała, że nie miał wyjścia w sytuacji z Luną, a i tak chciała go od tego odciągnąć. Bo tacy już kurwa byli. Pierdolnięci hipokryci. A teraz ona jak pierdolnięta uderzała w worek. Krew lała się już po całem przedramieniu do momentu, aż Noriega znowu na nią nie warknął. Nie szarpnął ją i nią nie potrząsnął. Dopiero wtedy podniosła na niego ogniste, pełne bólu spojrzenie.
Miał rację — była naprawdę bliska zrobienia sobie krzywdy. Jeszcze większej krzywdy, bo rany i tak już miała na ciele, a akurat poranioną rękę zrobiła sama. To nie był Dalton, tylko jej pieprzony, nerwowy tik, który wyniosła jeszcze z bidula. Zacisnęła usta w wąską linie i nabrała powietrza, gotowa się z nim wykłócać, kiedy tak na nią naskoczył. Już miała mu powiedzieć, co ona myślała o tym jego na dużo ci pozwalam, z którym wcale się nie zgadzała, ale wtedy szarpnął ją mocno w stronę łazienek. Chciała się z nim szarpać, powiedzieć mu, żeby ją kurwa puścił, ale on był zbyt silny. Wyszli na korytarz, Earl posłał im smutne, zmartwione spojrzenie, a Pilar tylko odwróciła spojrzenie. Świetnie, jeszcze tego brakowało, żeby i on wszystko słyszał.
Wpadli do łazienki, a drzwi jebły o ścianę z tyłu. Pilar oddychała ciężko, serce łomotało jej w piersi, a dłonie całe się trzęsły. Znowu chciała sobie wbić paznokcie w skórę, ale on już zabrał się za jej dłoń. Dzisiaj wcale nie był delikatny. Nie miał w sobie czułości, którą normalnie jej okazywał. Traktował ją bardziej jak jakąś szmacianą lalkę, która nie miała nic do powiedzenia. I te jego mocno zaciśnięte palce, które normalnie lubiła, które wywoływały przyjemny dreszcz na skórze teraz tylko przypominały jej o tym, jak Dalton szarpał ją w sali widzeń. I dlatego…
Przestań mnie kurwa szarpać! — też się na niego wydarła, rzucając mu jakieś pełne żalu spojrzenie. Była rozjuszona i rozżalona. Wszystko dalej w niej siedziało. I to chyba było widać. — Po prostu mnie nie szarp — dodała już ciszej. Wiedziała, że nie chciał dla niej źle, że po prostu był wkurwiony, ale nic nie mogła poradzić na to, że akurat dzisiaj budziło to w niej lęk. Wytłumaczony zresztą w stu procentach, chociaż on wciąż nie wiedział, co dokładnie się tam stało.
Spuściła spojrzenie na dłoń, która zaczął polewać płynem dezynfekującym. Słyszała, co do niej mówił. Chłonęła każde jedno słowo. Wiedziała skąd to się brało, bo przecież ona czuła dokładnie to wszystko… to-kurwa-samo od momentu, kiedy znalazła go w lesie. Od kiedy dowiedziała się, że prawie zginął, że robił takie durne rzeczy, które mogły go wprowadzić w kłopoty. A ona co? Zrobiła dzisiaj dokładnie to samo. Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć. Może nawet go przeprosić? Ale wtedy on kompletnie zmienił temat. I to na taki, do którego nie spodziewała się już nigdy więcej wracać.
Co? — rzuciła zaskoczona, ponosząc na niego wielkie, ciemne oczy. Ściągnęła do siebie brwi, przechylając głowę na bok. Bo o czym on znowu pierdolił? No zaraz idę dowiedziała o czym i od razu chciała mu wyszarpać rękę, bo to wcale nie było tak! Nie pisała sobie z jebanym Galenem w Rio, tylko kurwa w samolocie powrotym i to nie tak, że wymieniała z nim romantyczne smsy, tylko chciała się dowiedzieć, czy miał jakieś wieści na temat jej potencjalnego ojca. A to że potem padła pochwałka o ślubie i się pokłócili, to już napraw∂e był powód do wielkiej awantury? Jeszcze dzisiaj? Naprawdę?
Wiele rzeczy cisnęło się jej na usta.
Wiele o b e l g.
Zaczynając od tej, że jakim prawem znowu grzebał w jej telefonie, przez to, że wcale jej nie ufał, aż po to, że jego obsesja na punkcie Galena kompletnie niszczyła ich związek. Wiecznie tylko Galen, Galen i Galen… I może coś z tego faktycznie by powiedziała. Wysyczała na niego albo wydarła się tak głośno, że Earl znowu by słyszał. Jednak ona zamiast tego…
Daj mi mój telefon — warknęła, wystawiając wolną rękę. — Co to tak kurwa patrzysz?! Daj mi mój telefon, mówię! — chuj z tym, ze wiązał jej aktualnie bandaż na ręce, a ona powinna się nie ruszać. Już i tak ściskał ją tak mocno, że będzie mieć siniaki. Ona i tak naparła na niego drugą częścią ciała, a potem bezczelnie zaczęła mu grzebać po kieszeniach. Nie mógł jej zatrzymać, bo opatrywał jej dłoń.
Znalazła go dopiero w tylnej kieszeni. Szarpnęła mocno, od razu łapiąc go w palce i kciukiem odblokowując ekran główny. Nerwowo poklikała w odpowiednie ikonki, a następnie odwróciła ekran tak, żeby i on widział co robiła. Jej spojrzenie natomiast na moment zatrzymało się na jego twarzy.
Galen Wyatt może się kurwa pierdolić — powiedziała stanowczo, a następnie na jego oczach wcisnęła trzy kropeczki przy jego kontakcie i pierwsze zablokowała jego numer, tak, żeby nie mógł do niej dzwonić ani pisać, a następnie usunęła jego numer. Wyjebała go bez żadnych skrupułów, wracając spojrzeniem do swojego męża. — Wiecznie się o niego kłócimy, wiecznie robisz mi kurwa wywody, jakby moje słowa i zapewnienia gówno dla ciebie znaczyły. Jakbyś kurwa nie potrafił uwierzyć w to, że cię kocham i tylko z tobą chce być. I boli mnie to cholernie… ale nie pozwolę, żeby akurat on nas poróżnił — taka była prawda. Wszystko by zrobiła dla Noriegi. A jeśli ucięcie wszelkiego kontaktu z Wyattem miało w końcu raz na dobrze zakończyć ten temat, to niech tak będzie. — Chociaż gdybyś przeczytał całą rozmowę, a nie tylko skupił się na rzeczach, za które chciałeś się do mnie przyczepić, wiedziałbyś, że napisałam do niego, żeby się dowiedzieć, czy wie cokolwiek na temat mojego ojca. Że wysłałam mu pierdolony pierścionek, napisałam, że za ciebie wyszłam i jestem z tobą szczęśliwa. Dałam mu JASNO do zrozumienia, że jestem teraz TWOJA. A to, że po drodze się pokłóciliśmy i mu nawciskałam, to już inna historia. Ale nawet nie oczekuje, że to zrozumiesz. Nie ufasz mi, nie wierzysz… to twoja sprawa, ale ja nie pozwolę, żeby on wchodził między nas — mogło mu się podobać albo nie to co do niego mówiła, ale nie żałowała ani jednego wypowiedzianego słowa. Bolało ją kurewsko, że jej nie ufał. Że po raz sety kurwa robił jej jazdy o jednego kolesia, z którym Pilar nawet nigdy nie była. Z którym wymieniła dwa jebane pocałunki. Mieli jednak na głowie tak wiele problemów, że naprawdę ten jeden mogła załatwić od razu. Odpulenie Galena przy tym wszystkim, co działo się z Luną było drobnostką, a po co im takie w życiu? Wyatt nie był jej potrzeby do szczęścia. Ojciec też nie. Zresztą i tak już nie żył. Nie dbała o to. Już nie.
On za do zadbał o to, żeby nagadać jej tak mocno, aby sukcesywnie sprawić, że Pilar poczuła się kurewsko kiepskim człowiekiem. Przedstawił się jako biednego męczennika, który za każdym razem musi się przed nią uginać, a ona nie dawała mu nic w zamian. I może coś w tym faktycznie było. Bo to przecież nie pierwszy raz, kiedy jej tak mówił. Nie pierwsza kłótnia, która kończyła się na tym, jaka to ona nie była i jak on szedł jej wiecznie na rękę. Jak zawsze było tak, jak ona chciała.
W pierwszej chwili chciała go spytać, dlaczego w takim razie w ogóle z nią był. Z tego co mówił brzmiało, jakby wiecznie coś mu w niej nie pasowało, jakby próbowała go sobie ustawić, kontrolowała go, miała same, jebane wady, za które kiedyś ją pokochał. Za to że miała swoje zdanie, że stała przy swoim i nie odpuszczała. Teraz to już nie było mu na rękę. I skoro on chciał od razu przez to zginąć i mieć to kurwa z głowy, to może ona powinna zdjąć mu ten ciężar z barków? Skoro tylko się z nią męczył?
Tak wiele skrajnych emocji umieszczało się właśnie w jej głowie i sercu. Plątały się z tymi ziwąznymi z daltonem, ze złością, smutkiem, żalem, paniką… sama nie wiedziała, czy bardziej chciała na niego krzyczeć i go rozszarpać, czy może jednak rozkleić się przed nim. Nie. Tego już więcej nie zrobi. Już ostatnio obiecała sobie, że nigdy więcej przy nim nie zapłacze.
Zabrała rękę, kiedy skończył, przytulając ją do piersi. Przesunęła opuszkami w miejscu, które przed chwilą mocno ściskał. Niewielkie ślady już jawiły się na skórze. Chociaż te na ramionach pewnie będą jeszcze bardziej widoczne. Dzisiaj była wyjątkowo naznaczona. Zrobiła tez krok w tył, jakby tym razem to ona chciała uciec, ale on nagle odwrócił się gwałtownie i zrobił krok w jej kierunku. Złość wciąż z niego kipiała. Wycofała się, a on za nią. I znowu. Aż jej plecy nie natrafiły na chłodną ścianę. Zgromiła go wzrokiem, gdy znowu zaczął nawijać o granicach, znowu chciała mu przypomnieć, jak bardzo on sam je nagiął wczoraj, ale wtedy…

A jakby Dalton ci coś zrobił?
Obiecywałaś, że nic ci się nie stanie.

Te dwa zdania dopiero sprawiły, że trafił w czuły punkt. Że jej twarz kompletnie się zmieniła. Mięśnie odpuściły, warga zadrgała, a spojrzenie uciekło od jego twarzy gdzieś w dal. Kurwa, miał racje. No przecież miał jebaną rację. Bo…
Zrobił — powiedziała w końcu, lekko łamiącym się głosem. Mógł czuć, jak całe jej ciało momentalnie się spięło i zadrżało. Nie przyjemnie, jak pod wpływem jego dotyku, panicznie i nagle. Kurewsko niemilło. Znowu czuła na sobie jego palce, jego pierdolone usta, to jak mocno ją złapał, jak kurwa rozjebał pierdoloną szybę i to jak ona w tym wszystkim była bezsilna. A przecież Madoxowi właśnie o to chodziło. O nią. O jej bezpieczeństwo.
Ja pierdole.
Podniosła w końcu na niego spojrzenie. Zwiesiła przerażone, smutne, zranione oczy na tych jego czekoladowych, przechylając delikatnie głowę i gdzieś kurwa z głębi serca, z pierdolonego poczucia winy i tego, że faktycznie wszystko pierdoliła, powiedziała w końcu to jedno słowo, najszczerzej jak tylko potrafiła:
Przepraszam.


Lo siento.
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
- Nie on pierwszy chce mnie zabić, i nie ostatni, myślisz, że Dalton, który jest chory na łeb jest gorszy niż ci zwyrole, którzy przychodzą do klubu? - zatrzymał się przy worku kręcąc głową - myślisz, że przez osiem lat nikt mi nie groził? - złapał na moment jej spojrzenie.
Problem leżał w tym, że wcześniej grozili jemu, że tym co miał najcenniejsze było jego własne życie, a teraz... On kurwa by je za nią oddał. Poświęcił się bez mrugnięcia okiem. I o to cały czas walczył, o jej bezpieczeństwo, nie swoje. Bo to jego stało pod pierdolonym znakiem zapytania odkąd on zdecydował się być łącznikiem między policją, a półświatkiem. Niby psy zapewniały mu bezpieczeństwo, niby Diego, ale prawda jest taka, że jakby makaroniarze wpadli do Emptiness to bez problemu mogliby go odstrzelić.
Na jej kolejne słowa zbliżył się do worka.
- Pozwolił? A czy ja mam w ogóle kurwa coś do gadania, jak ty i tak robisz to, co chcesz - jak z tym przekazaniem gotówki, powiedział, że mu to nie pasuje, a i tak go do tego przekonywała. Jak z Galenem Wyattem, dwa razy jej mówił, że nie chce, żeby się z nim kontaktowała, a ona i tak to robiła. Gubiła jego ochronę, szarpała jego goryli, rzucała się do gangusów. Wiedział, że była nieokiełznana, lubił to w niej. Kochał ją za ten charakter, nad którym nie dało się zapanować, ale kurwa... Wierzył, że ona dla niego też pójdzie na pewne kompromisy. A jednak znowu wyprowadziła go z błędu.
Nigdy nie miał nic do gadania. Tylko wcześniej może wmawiał sobie, że potrafi nad nią zapanować, ale dzisiaj dała mu dowód, że wcale nie. Że i tak jego zdanie było dla niej gówno warte. Denerwowało go to, wkurwiało. Ta cała sytuacja, w której znowu się narażała, a co jakby Dalton miał broń? Jakby rzucił się na nią z nożem? Ze szkłem? Z czymkolwiek? Mogłaby skończyć dużo gorzej niż te kilka zadrapań.
- Dobrze też wiemy, że mogłem na ciebie czekać w środku, nie pokazywać mu się, ale cię ubezpieczać - mógł. Przypilnować, żeby Dalton jej nie skrzywdził, gdyby tylko mu na to pozwoliła. Bo może niektóre sytuacje nie miały wyjścia, on do Luny musiał jechać sam, bo nie chciał jej narażać, tak do więzienia mógł z nią iść. I miał jej za złe, że go ze sobą nie zabrała. Bo przecież we wszystkim co on odpierdalał, głównie chodziło o jej bezpieczeństwo, żeby to jej nie stała się krzywda...
A działa się nawet na tej jebanej macie, kiedy bez opamiętania uderzała w worek, aż jej dłoń zalała się krwią.
Madox od razu pociągnął ją do łazienki, nie obchodziło go to czy Earl ich słuchał, ani to, że Pilar mu się jeszcze kilka razy szarpnęła. Bo co miał pozwolić jej zedrzeć rękę do kości? Przecież on nigdy nie działał na jej niekorzyść.
Zawsze wyrywał się w jej obronie, nawet kiedy jeszcze nie łączyło ich to, co teraz... A to uczucie dopiero kiełkowało. Nawet kiedy jeszcze jego priorytety były inne, to nie umiałby stać z boku i patrzeć jak jej działa się krzywda. Tak jak ona nie umiała, kiedy coś zagrażało jemu.
To było kurwa silniejsze od nich.
A Noriega był od niej, dlatego zaciągnął ją do łazienki.
Chociaż na to jej przestań mnie kurwa szarpać, poluzował uścisk. Krew go zalewała. Był zły, ale nie chciał jej zrobić krzywdy. Nigdy nie chciał, nawet kiedy go o to prosiła. Nawet musiał się na moment oprzeć o umywalkę, przez chwilę tylko na nią patrzył. A później już delikatniej chwycił w palce jej rękę, kiedy wylewał na nią płyn do dezynfekcji. A z siebie wyrzucał kolejne żale. Tym razem te na temat Galena Wyatta. Bo przecież już ostatnio jej uwierzył, że nic ich nie łączy, przecież nie pasowało mu to, żeby się z nim spotkała, a jednak... zgodził się, znowu. Jak zwykle. Na wszystko się zgadzał, właśnie dlatego, że jej ufał. Ale myślał, że kiedy okazało się, że Galen ją okłamywał, że tym razem próbował jego postawić w jakimś kurwa czarnym świetle, wmawiając jej jego romans z Cherry, to zerwie z nim kontakt. Ale przecież nie zerwała, czego dowód miał na jej telefonie. A gdy kazała mu go oddać, to chciał po niego sięgnąć, ale wiązał jej bandaż, a zaraz ona zrobiła to sama. Znalazła go w tylnej kieszeni jego jeansów, ale oddał jej go bez oporów, zerknął nawet na to co zrobiła, ale pokręcił głową.
- Ile razy mi już to mówiłaś? A wciąż z nim pisałaś - zawiązała bandaż na krzywą kokardkę i się odsunął - a moje coś dla ciebie znaczą? To ile razy prosiłem cię, żebyś się z nim nie kontaktowała? Jak mam ci ufać Pilar, kiedy jednego dnia mi mówisz, że Galen może się pierdolić, a drugiego sama do niego piszesz? - pozbierał rzeczy do apteczki i teraz to on wcale na nią nie patrzył, jakby teraz sprawą życia i śmierci było zapakowanie tych wszystkich bandaży - tak, bo ja się tylko ciebie czepiam, wiecznie i o wszystko, a ty zawsze jesteś bez winy. To Galen do ciebie napisał z życzeniami? Ze swojej podróży ślubnej? Ja pierdole Pilar, jak ty byś się czuła, gdybym pisał ze swoją byłą? Gdybym kurwa powiedział ci, że nie będę się z nią kontaktował, a potem to robił, i znowu. I znowu - aż zrobił krok w jej kierunku, ale tym razem wytatuowane palce zaciskał już na apteczce. Do Madoxa też te jego byłe wracały jak bumerang, z Debbie nawet przez chwilę mieszkał, spotkał gdzieś Cherry, czy Haddie, ale kurwa z żadną z nich nie pisał, a już na pewno nie robiłby tego, gdyby wiedział, że Pilar by to przeszkadzało. Przecież Madox nigdy dokładnie nie wiedział co łączyło ją z Galenem, coś, chemia, pocałunki, które wydarzyły się po tym jak on jej wyznał miłość w Medellin. A potem wiadomości, dużo, w różnych okresach ich życia, mimo że obiecała mu, że nie będzie tego robiła. A potem pretensje, gdy on go pobił, bo co? Bo może jej na nim zależało? Starał się o tym nie myśleć, wierzyć jej, zaufać, ale kiedy znowu zobaczył te smsy. Kiedy przeczytał, że gdyby Galen wtedy się odważył to byłaby jego... Jak miał na to zareagować?
I tak stał teraz przed nią i słuchał jej wyjaśnień. A nie tak jak ostatnio od razu pojechał do Wyatta, więc to już jakiś progres.
- Ufam ci i wierzę, pozwoliłem ci do niego jechać, bo wiem jak ważna jest dla ciebie sprawa twojej... Twojego ojca, ale kurwa, ile można Pilar? Ile razy jeszcze powiesz mi, że Galen może się pierdolić, usuniesz jego numer, a potem do niego napiszesz? - znowu robił krok w jej kierunku i znowu mówił, to co leżało mu na sercu.
Wcale nie chciał, żeby czuła się przez niego złym człowiekiem, bo kurwa, przecież ona była... Najlepszą osobą na tym skurwiałym świecie jaką on znał. Pomagała innym, i dała mu od siebie tyle, ile nikt nie dał mu przez całe życie, nawet matka. Stała za nim murem, wyciągała go z najgorszego gówna, życie by za niego oddała. A to czego on się przy niej nauczył, jakie cechy z niego wyciągnęła, to dobre serce, to przecież wszystko była jej zasługa.
I dlatego właśnie z nią był, brał ją całą, taką jaka była...
Z tym uporem, z empatią, z tym, że czasami kiedy on już nie umiał znaleźć z sytuacji wyjścia, to ona wtedy je znajdowała.
Ale jednocześnie bolało go kurewsko to, że dzień wcześniej wymagał od niego szczerości, a sama go okłamywała. Że zarzucała mu, że ryzykował, odpierdalał, a sama to dzisiaj zrobiła. A to ona kurwa miała być w tym ich duecie mądrzejsza. Była.
Ale go zawiodła.
Mogła to widzieć w jego oczach, kiedy znowu się do niej odwrócił, kiedy zrobił krok w jej kierunku. A potem kolejny.
Bo przecież mogła się dystansować od niego, a on i tak zawsze by za nią poszedł. W szczere pole, przez sam środek autostrady, na samo dno piekła nawet.
Zawsze wyciągnąłby do niej rękę, bo... kochał ją.
I chociaż ostatnio zaliczali więcej upadków niż wzlotów, to każde jedno jebane zdanie, które układał na ustach w tej świątyni pełnej róż, w której brali ślub było prawdziwe.
Na dobra i na złe.
Póki śmierć ich nie rozłączy.

A dzisiaj kurwa znowu mogła.
I to zaraz Madox znowu jej powiedział, to co ostatnio nazwała paranoją, jego strach przed tym, że mógł ją stracić.
Oparł pięść o drzwi nad jej ramieniem, jeszcze przez chwilę zaglądając w jej oczy. Zacisnął palce tak mocno, że pobielały mu knykcie, i już miał się od niej odsunąć, bo przecież powiedział już wszystko. Więcej argumentów nie miał. Teraz ona już mogła zrobić z tym, co chciała. Zaufać mu. Albo go wypierdolić ze swojego życia. Nie pozwoliłby jej, ale mogła próbować.
Odepchnął się od drzwi i już nawet zamierzył się do wyjścia, ale kiedy padło to zrobił, to stanął w miejscu. Zacisnął palce na apteczce tak mocno, że coś w niej chrupnęło.
- Co. Zrobił? - wycedził przez zęby. No przecież widział, że coś na pewno i to już nawet nie chodziło o te zadrapania, o rękę, którą opatrzył, a o to jaka Pilar była nieobecna...
Złapał więcej powietrza w płuca, a na moment nawet przymknął powieki, ale kiedy je otworzył jego ciemne spojrzenie odszukało jej piękne, czekoladowe oczy - no i dlatego powinnaś mnie tam ze sobą zabrać, żeby on... - i już się nakręcał, już chciał jej znowu powiedzieć, że gdyby się z nim podzieliła tym co zaplanowała, to mógłby ją ubezpieczać, ale wtedy z jej pełnych ust padło to...
Przepraszam.
- Co? - zbiła go z tropu - przecież mnie nie chodzi o to, żebyś mnie przepraszała - chociaż trzeba przyznać, że to jedno słowo sprawiło, że zeszło z niego powietrze, wypuścił je nosem wraz z tymi całym nerwami. Chociaż może one już wyszły z niego wcześniej, z tymi wszystkimi słowami - ja tylko chcę, żebyś... - odchylił do tyłu głowę patrząc w sufit - ja tylko boję się, że... - i to chyba od tego wychodziło to wszystko co jej powiedział. Bo bał się, że ją straci, że coś jej się stanie, ktoś zrobi jej krzywdę, albo, że w jej życiu pojawi się ktoś inny. Tak jak za każdym razem kiedy on oddawał komuś swoje serce, kiedy się przed kimś otwierał. Madox mógł grać najbardziej pewnego siebie człowieka, jak tylko się dało. I w zasadzie był arogancki, ale przy niej wychodziło też z niego to zawahanie, te jebane myślenie, co by było gdyby... Gdyby coś jej się stało.
Albo gdyby Galen Wyatt nie oddał jej kluczyków.
Znowu utkwił spojrzenie w jej oczach, a zaraz... Już nie umiał się zdystansować, tylko wyrwał się do niej, żeby tym razem przesunąć miękko palcami po jej policzkach, odgarniając z nich ciemne kosmyki. Z czułością, którą ona dawno temu w nim obudziła.
- Przepraszam cię za to, że cię szarpałem i na ciebie nakrzyczałem... i że mnie nie było dzisiaj... z tobą - albo, że nie zabił wtedy Daltona. Do tej pory tego żałował. Dużo rzeczy uniknęliby, gdyby on wtedy nie oddał go w ręce policji, tylko wykończył. Wytatuowane palce przesunęły się po jej ramieniu, za które jeszcze chwilę temu ją szarpał - i za to, że czasem nie umiem przy tobie nad sobą panować - bo nie umiał. W klubie wychodziło mu to tak dobrze. Umiał trzymać nerwy na wodzy i udawać, że nic się nie dzieje, a z nią wystarczyła jedna pierdolona iskra, żeby się odpalił. Tak jak dzisiaj.
Najpierw się odpalał i rzucał, a potem żałował i ją przepraszał.

No puedo controlarme cuando estoy contigo.
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Gadał od rzeczy.
Dla Pilar nie było ważne, kto chciał zabić go bardziej, kto był bardziej niebezpieczny — przecież to nic nie znaczyło. Dalton może i był za kratami, może nie miał tak wielu wpływów i kontaktów jak Luna, ale jakieś miał. Współpracował z kimś, a oni nie mieli pojęcia kim była ta kobieta. I chociaż Madox nie widział w tym zagrożenia, Pilar już tak. Nie godziła się na to, żeby ignorować temat. Żeby użyć na to wszystko argumentu, że facet jest psychiczny i machnąć ręką, bo właśnie to, że był p s y c h i c z n y sprawiało, że był jeszcze bardziej niebezpieczny. Nieobliczalny. Z Luną mogli się jeszcze dogadać, robić z nim biznesy, podejść go, a taki psychol? Zakręcony we własnej głowie nie cofnie się przed niczym, żeby zdobyć to, czego chciał.
A chciał Pilar.
Chciał mieć ją tylko dla siebie.
I ona sama nie wiedziała co jest bardziej przerażające — to jak ją chciał, czy jak gotowy był zabić Noriege tylko po to, żeby usunąć go z drogi. Sam fakt, że ten ktoś wiedział o śmierci Sombry kilka godzin po fakcie, powinien dać im do myślenia. Uświadomić, że bagatelizowanie tematu mogło postawić krzyżyk nad czyimś życiem.
Noriega jednak wiedział swoje. Uciął temat, zaciągnął ją do kibla i zajął się jej ręką, tak dla odmiany wplatając w rozmowę Galena. Jakim cudem wszystkie ich problemy kręciły się wokół jej byłych facetów, z którymi nawet nigdy nie była w związku? Z Wyattem nawet nie spała. Jasne, miała do niego pewien sentyment, ale przecież do przyjaciół też się go miało. Bo Pilar kiedyś naprawdę myślała, że oni mieli potencjał na prawdziwych przyjaciół. Przecież dobrze się rozumieli, wstawiali się za sobą, troszczyli o siebie. Tylko bardzo szybko zrozumiała, że nie istniała kombinacja, w której miałaby ich obu przy sobie. W której mogłaby kolegować się z Wyattem, od czasu do czasu z nim porozmawiać i mieć Madoxa za swojego męża. Kochać go jak nikogo innego na świecie. On chciał być jedynym mężczyzną w jej życiu i chociaż było to kurewsko toksyczne, musiała to uszanować. Przede wszystkim dla zdrowia ich relacji i świetego spokoju. Wyatt nie był jej aż tak potrzebny do szczęścia, a Noriega? On był szczęściem. Powodem, dla którego nigdy się nie poddawała, dla którego nawet kiedy upadała, podnosiła się do góry. Był jej siłą, drugą połówką i tym pierdolonym połączeniem dusz, o którym zawsze rozmawiali. Wszystko by dla niego oddała, nawet własne życie, więc i znajomość z Wyattem mogła. Tym razem na dobre.
Nie znała jego numer na pamięć, dlatego w momencie kiedy zablokowała jego numer, a potem jeszcze usunęła, odcięła sobie możliwość kontaktu z nim. Na dobre. Nie zrobiła tego wczoraj, jednak teraz była gotowa na to poświęcenie.
Nie skomentowała nić więcej na to, co jej mówił, to jak wytykał jej, że była mu niewierna, jak mówił, że przecież obiecała mu, że nie będzie z nim rozmawiać. Jej czyny musiały mówić same za siebie i w tym przypadku chyba po prostu potrzeba było czasu, żeby mogła mu to po prostu udowodnić, bo słowa ewidentnie już tutaj nie wystarczyły.
Jakby się czuła, wiedząc, że on wracając z Rio wysłał swojej byłej życzenia urodzinowe? Uważała, że okej, ale przecież to było tylko gdybanie. Mogła teraz stać i powtarzać sobie, że nie byłaby zazdrosna, a kto wie, gdzie leżała prawda? Czy nie wyszłoby z niej dokładnie to, co wyszło z niego? Nie mogła tego wiedzieć, bo on miał ten szacunek i chyba tego nie robił. Nie wiedziała tego, co ona w przeciwieństwie do Noriegi nie g r z e b a ł a mu w telefonie. I nie miała zamiaru tego faktu zmieniać.
Zmienił się za to jej stosunek do rozmowy, kiedy Madox wspomniał Daltona. Kiedy wymówił to jedno zdanie, które kompletnie odblokowało jej wszystkie emocje. Kiedy g d y b a ł, co by było, gdyby Dalton faktycznie jej coś zrobił. A przecież zrobił. Zrobił, co zresztą zaraz mu powiedziała. Przyznała się, chociaż dłonie zacisnęła w pięści, jako samo powiedzenie prawdy wywołało u niej wstyd.
Zawsze chciała w jego oczach być tą silną. Tą która niczego się nie bała i umiała o siebie zadbać. Tak bardzo chciała mu pokazać, że też umiała coś załatwić i co? I kurwa zawiodła. Na całej, pierdolonej płaszczyźnie zawiodła. Pilar zawsze wymagała od siebie dużo, ale przy nim ta skala dopiero wykurwiła w kosmos. Całe życie była samowystarczalna, to ona pomagała innym i po prostu nie chciała pozwolić na to, że będzie bezbronna do tego stopnia, żeby to on musiał pomagać jej. No po prostu kurwa nie.
A jednak zawiodła.
Podniosła na niego spojrzenie, kiedy spytał co zrobił. Przez moment po prostu patrzyła mu w oczy, jakby dalej biła się z myślami, czy powinna mu w ogóle o tym mówić. Było jej tak kurewsko wstyd… że aż znowu odwróciła od niego spojrzenie. Westchnęła głośno i wyrzuciła głowy w tył, przypierdalając nią mocno w kafelki. Przymknęła oczy. Nie mogła kurwa na niego patrzeć. Przeczesała włosy dłońmi, znowu ciężko oddychać.
No powiedz to, kurwa!
Rozpierdolił szkło w sali przesłuchań — zaczęła, marszcząc całą twarz. Każdy jeden mięsień na jej buzi pracował nad tym, żeby się teraz przed nim nie rozkleiła, chociaż szargało nią całe stado emocji. — Przeskoczył przez nie i rzucił się na mnie — znowu przyjebała głową o kafelki, a palce wcisnęła w wewnętrzną część dłoni. W prawej wbijając paznokcie w bandaż, a w lewej ryjąc sobie krwiaki na zdrowiej ręce. Znowu miała to wszystko przed oczami. Znowu wróciła tam na tą pierdoloną salę. Przesunęła drżące dłonie po ramionach, układając je w dokładnych miejscach, gdzie były jego palce. — I chwycił mnie mocno. Tak mocno, że nie mogłam się ruszyć… jakby chciał mnie kurwa zgnieść, a potem… — przesunęła palce po szyi, żuchwie i ułożyła je na ustach. Oczy wciąż miała zaminięte, ale mógł widzieć, jak wielkie obrzydzenie miała na twarzy, jak mocno to wszystko nią targało. — Ja pierdole, a ja znowu nie mogłam nic zrobić — wcisnęła palce we włosy i mocno za nie szarpnęła. Znowu chciała wyjebać głową o kafelki, ale tym razem Madox zdążył podłożyć jej rękę i jedynie odbiła się od jego dłoni. — Tak bardzo chciałam ci udowodnić, że potrafię to zrobić. Zadbać o siebie, też się kurwa przydać. Załatwić to, żeby chociaż ta jedna rzecz z listy problemów była roziwązana. Żebyś był bezpieczny… a kurwa znowu byłam bezużyteczna — chciała jej się ryczeć. Nawet nie płakać, nawet nie kurwa uronić kilka łez, ale po prostu rozkładać się jak małe dziecko, skupić w kłębek i kurwa robić to tak długo, aż nie zacznie się zanosić. Chciała, a jednak on odpowiednio ją unieruchomił. Przywarł do niej tak mocno, że nie mogła się już wierzgać. Nie mogła walić w kafelki ani zrobić sobie więcej krzywdy.
I znowu wchłonęła to w siebie.
Wcisnęła w najgłębsze zakamarki umysłu, zapchnęła do kąta i poniosła na niego spojrzenie.
Przeprosiła go.
Nie dlatego bo wypadało. Nie bo nie chciała się z nim już więcej kłócić. Bo naprawdę czuła żal. Skruchę. I chociaż on powiedział jej, że nie chodziło o to, żeby przepraszała… okej, ale jej tak. Po prostu potrzebowała to powiedzieć.
Ja tylko chce, żebyś…
Ja tylko boje się, że…

Nie umiał się wysłowić i tym razem to ona ułożyła dłoń na jego piersi. Zacisnęła mocno materiał koszulki, którą na sobie miał i przytrzymała go przy sobie, łapiąc przenikliwe spojrzenie ciemnych oczu.
Wiem — wtrąciła się. Nie musiał się jej tłumaczyć, bo przecież… — Wiem, bo czułam dokładnie to samo odbierając się z tamtego lasu — każdą jedną emocję, przez którą on teraz przechodził, Pilar przerobiła dzień wcześniej. Smutek, żal, zawód i przede wszystkim strach. Tak bardzo chciała, żeby był bezpieczny, że wszystko by oddała. Każde jedno dobro materialne jakie miała, wszystkie organy, życie… wszystko. I chociaż teraz była po drugiej stronie, doskonale umiała postawić się w jego sytuacji. Dlatego go przeprosiła. Bo on też to czuła.
Przymknęła oczy, gdy osadził dłoń na jej policzku i aż przymknęła oczy, wtulając się w znajomą fakturę skóry. D o c i s n ę ł a do niego twarz tak mocno, że aż musiał zaprzeć rękę, żeby oboje nie polecieli na bok. Jej wielkie, czekoladowe oczy natomiast patrzyły głęboko w te jego, gdy ją przepraszał. Tym razem on.
Szarp mnie i krzycz na mnie… — przerwała mu, mówiąc spokojnie, delikatnie kręcąc głową. — Rób co musisz, tylko mnie nie zostawiaj — i znowu się przed nim rozpadała. Znowu czuła na karku jak blisko była do tego, żeby go wczoraj stracić. Jakie kurwa szczęście miał, że to Sombra dostał kulkę a nie on, bo teraz stałaby twarzą w twarz jedynie z własnym odbiciem. Z jebanym powietrzem. A ta myśl… momentalnie ścięła ją z nóg.
Osunęła się na pieprzonej ścianie, ryjąc plecami o kafelki, znowu ciężko oddychając. Czemu to było takie trudne? Czemu wszyscy dookoła chcieli ich skrzywdzić? Jego skrzywdzić. Przerastało ja to wszystko, a chyba jeszcze bardziej fakt, że ona nie była w stanie mu pomóc. Załatwić tego. I chociaż on nie widział w Daltonie zagrożenia, Pilar naprawdę miała co do niego kurewsko złe przeczcia. Do tej kobiety, z którą spiskował, z którą razem chcieli zabić Noriegę. Zjadało ją to od środka. Sprawiało, że ręce znowu jej drżały, kiedy oplotła nimi swoje piszczele, układając głowę na kolanach.
Na moment w łazience zapanowała cisza.
Każde z nich trawiło pierdoloną niesprawiedliwość tego świata.
I wtedy w jej głowie zrodziło się jedno zdanie. Jedno. Coś czego nigdy, ale to kurwa nigdy nie sądziła, że będzie w stanie powiedzieć na głos. Coś, co było przeciwieństwem wszystkiego, w co wierzyła, za czym stała. Kompletnym aktem desperacji, do którego doszła i była gotowa przyjąć tego konsekwencje. Żyć tą świadomością do końca swoich dni.
Madox… — zaczęła cicho, ledwo słyszalnie, przy okazji przekręcając głowę tak, żeby móc na niego spojrzeć. Na te wyczekujące, czarne oczy, wpatrzone tylko w nią. — Chciałabym, żebyś go zabił.

Quiere que lo mates.
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Ich relacja pod wieloma względami była toksyczna, z boku jakaś chora. Bo Madox bywał o nią kurewsko zazdrosny, ale z Galenem Wyattem też, sprawa wyglądała inaczej, to nie była zwykła przyjaźń, a najgorsze w tym wszystkim chyba było to, że Noriega do końca nie wiedział co.
Bo on też miał swoje przyjaciółki, otaczał się kobietami, które przecież czasem robiły do niego maślane oczy, ale nigdy żadnej nie napisał, że mogła być jego. Że gdyby życie potoczyło mu się trochę inaczej, to może teraz byliby razem. Ale on nie rozpamiętywał, nie rozdrapywał takich rzeczy, on szedł przed siebie. I znalazł się w tym miejscu, w którym był, bo o to zawalczył, a nie dlatego, że zaważyła na tym jakaś jedna decyzja. Bo gdyby Pilar odmówiła mu wtedy wyjazdu do Medellin, to znowu by spróbował. Znowu i znowu. Do skutku.
Bo był kurwa zupełnie inny niż Galen Wyatt.
Nie traktował Pilar jak damę i nie zapraszał jej na wytworne kolacje, nie wysyłał jej kwiatów i nie kupował diamentów. Tylko robił jej dobrze w miejscach publicznych, zabierał do kolumbijskiej knajpy, kupował jej ulubione czekoladki i oddawał swoje ukochane błyskotki. Może nie był pięknookim, torontońskim księciem, ale się dla niej starał, jak dla nikogo innego na świecie.
Tylko, że nawet jakby kurwa stanął na głowie, a przecież mógł, to nie byłby jak Wyatt.
Bo byli zupełnie różni.
I może Madox zawsze był kurewsko pewny siebie, a jednak przy Galenie Wyattcie już chyba nie do końca. Bo przecież doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby on się nie wpierdolił w jej życie z butami, to ona mogłaby teraz mieszkać w pięknej willi pod miastem, w której Noriega był, żeby obić mordę Wyattowi, a nie iść do więzienia, żeby załatwiać w nim sprawy z jakimś psycholem, który groził jej mężowi.
Inaczej by to wszystko wyglądało, gdyby Galen nie oddał jej wtedy kluczyków.
Gdyby Madox sobie odpuścił.
Ale nie umiał. Nigdy nie umiał odpuszczać i teraz też. Stał przed nią w tej łazience owijając bandaż na jej krwawiącej dłoni. I może to, że skasowała numer Wyatta powinno mu wystarczyć, ale to była powtórka z rozrywki, już dwa razy to robiła. Galen może się pierdolić, powtarzała mu, a jednak wychodziło, że nie. Czas pokaże jak będzie tym razem, ale Madox dał jej chyba jasna do zrozumienia, że kolejnej szansy już nie będzie... Już dał jej trzy. Trzy jebane razy, kiedy miała zakończyć znajomość z Wyattem. Do trzech razy sztuka, podobno.
Zamierzył się do wyjścia, a jednak kiedy na tapecie pojawił się temat Daltona i tego co zrobił, chociaż Madox jeszcze nie wiedział co, to cały się spiął. Uderzył ją? Wyrwał się do niej? Skrzywdził?
Coś jej zrobił...
I nawet w tej pierwszej chwili chciał ją pospieszyć, wyciągnąć z niej to teraz, w tej chwili, już bez owijania w bawełnę. Bo przecież on nigdy nie był cierpliwy...
Z nią był. Z nią uczył się pokory, tego, że czasem powinien dać jej chwilę. Tak jak ona dawała ją jemu. Nie zawsze naciskanie było najlepszą opcją. Chociaż przecież Madox w większości przypadków tak działał, wymuszając na wszystkich swoje racje. A jednak na niej nie, zawiesił to ciemne spojrzenie na jej oczach, a kiedy walnęła głową w kafelki, to szarpnął się do niej.
- Pilar... - zaczął, ale jej nie poganiał, bo już bardziej chodziło mu o to, żeby uważała, nie chciał powtórki i żeby znowu miała jakieś zaniki pamięci. Nawet miał już ją do siebie pociągnąć, ale kiedy się odezwała, kiedy zaczęła mu opowiadać co zrobił Dalton, to go zamurowało. Jak to rozpierdolił szybę w sali przesłuchań, to nikogo tam nie było? Nie przykuli go? Nikt go nie odciągnął?
Wiele jebanych pytań kłębiło mu się w głowie.
A klatka piersiowa unosiła mu się już w chaotycznym oddechu, ściągnął do siebie brwi.
Rzucił się na nią.
Jakim kurwa cudem to zrobił w więzieniu? Przesunął czarnym już spojrzeniem po jej ramionach wraz z jej palcami, na usta. Te jego drgnęły niespokojnie wraz z całą szczęką, kiedy zacisnął zęby, a dłoń w pięść.
Znowu chciał na nią krzyknąć, zapytać jakim kurwa cudem to się stało, powiedzieć, że gdyby go ze sobą zabrała, to to by się nie wydarzyło...
Ale przecież nie miał pewności. Wiedział tylko, że gdyby go wtedy zabił, zajebał na tym lodzie, albo w tym motelowym pokoju, w którym go okładał...
Wcisnął rękę pomiędzy jej głowę, a kafelki, kiedy znów chciała o nie uderzyć.
- Przestań - chodziło mu o to, żeby już nie robiła sobie krzywdy? A może o to, żeby tak nie mówiła?
Pewnie i o to, i o to, bo jego czarne oczy odszukały jej piękne, czekoladowe spojrzenie. Wytatuowane palce przesunęły się po jej ramieniu, sięgnął nimi do jej pleców, przytulając ją do siebie.
No bo kurwa mógł być na nią zły. Mógł mieć w sobie jeszcze cały kalejdoskop pierdolonych emocji, ten zawód, tą niepewność. Ale i tak na pierwszym miejscu było zawsze dla niego jej bezpieczeństwo, jej komfort, jej dobro. Nawet gdyby mu dzisiaj powiedziała, że zostawia go dla Galena Wyatta, to on w takiej sytuacji, jak ta z Daltonem, wyciągnąłby do niej rękę. Przycisnął ją do siebie mocniej.
- Nigdy nie jesteś bezużyteczna, tylko czasem nieostrożna - zaczepił ją, opierając palce na jej podbródku, zadzierając jej głowę do góry, żeby na niego spojrzała. Oboje byli nieostrożni. Oboje stawiali dobro tego drugiego ponad swoje bezpieczeństwo, za każdym jebanym razem - ale o mnie się nie martw, Pilar ja umiem o siebie zadbać - ile razy już jej udowodnił, że nie do końca? Ile razy mu pomagała? A w tym lesie, gdyby nie Sombra... - a gdyby ktoś cię skrzywdził, to ja bym sam tam poszedł i... - złapał w płuca więcej powietrza, znowu skupiając spojrzenie na jej oczach - gdyby coś ci się stało, przeze mnie, to bym się zabił - i wtedy nie musiałby szukać Daltona, czy Luny, po prostu sam odstrzeliłby sobie łeb... Albo nogę, biorąc pod uwagę to, jak kiepskiego miał cela.
I zaraz to jej znowu powtarzał, kiedy go przeprosiła. Widział w jej oczach skruchę, czuł, że to wszystko było szczere i przecież... On już dawno jej wybaczył, bo kurwa przy niej ta cała jego zaciętość schodziła na dalszy plan. Mógł robić groźną minę, udawać niewzruszonego, ale serce... ono zawsze było po jej stronie. Zawsze za nią.
Dlatego on tak desperacko chciał, żeby zadbała o siebie, żeby zastanowiła się dwa razy zanim zaryzykuje, zanim znowu będzie się narażała. Bo bał się, że ją straci. Największy lęk w jego życiu, a przecież Madox niczego się nie bał.
Kiedyś.
Bo teraz bał się o nią.
Wiem, bo czułam dokładnie to samo odbierając cię z tamtego lasu.
I może dopiero teraz do niego dotarło to, że przecież on to samo właśnie zrobił. Kurwa byli tak różni, pod wieloma względami, ale czasem identyczni. Popełniali te same głupie błędy, a przecież chcieli dobrze. Tylko to co dobre jakoś tak zawsze ich omijało. Dostawali za to po dupie.
- Zjebałem, ale... - przez chwilę patrzył w jej oczy i szukał czegoś na swoje usprawiedliwienie, ale w końcu oparł policzek gdzieś o jej głowę - pewnie zjebię jeszcze sto milionów razy, bo nie umiem tak jak ty kierować się... rozumem - sięgnął do jej policzka przesuwając po nim palcami, zaczepiając o jej skroń - ale wkurwia mnie to, że przy mnie ty też go tracisz - a przecież sam jej mówił, że powinna kierować się bardziej sercem, mniej myśleć. Ale teraz w perspektywie czasu, doszli chyba do momentu, w którym powinni to wypośrodkować, jego czucie i jej rozum. Serca, które szalały w piersiach i rwały się do siebie dziko i rozumy. A przynajmniej ten jej, bo Madox to zawsze miał z tym problem, chociaż... miewał czasem łeb na karku, jak teraz kiedy też postanowił ją przeprosić. Głaszcząc jej policzek, który wtulała w wytatuowaną dłoń, tą na której miał różę, taką samą jak ona nosiła na piersi.
Złapał w płuca więcej powietrza, kiedy to powiedziała rób co musisz, tylko mnie nie zostawiaj, bo przecież on kurwa wiecznie to robił, kiedy robiło się źle to się wycofywał, to uciekał. Wolał zniknąć niż mierzyć się z trudnościami, bo to było łatwiejsze, ale...
- Nigdy cię nie zostawię - teraz to on zapewniał ją po raz kolejny. Do następnego razu. Chociaż trzeba przyznać, że przecież miewał już przebłyski i do niej wracał. Uciekał, a zaraz się cofał. I był przy niej, kiedy go potrzebowała. Ale... wczoraj go nie było. Wczoraj ją zawiódł. A ona dzisiaj jego.
Pasmo jebanych zawodów.
Ale może mogli je wreszcie skończyć? Zamknąć. Kiedy przecież oboje już wyznawali sobie prawdę. Słowa płynące prosto z serca. Przesunął palcami po jej ramieniu, kiedy osunęła się na podłogę i przez moment stał nad nią trawiąc w głowie to wszystko co mu powiedziała. Układając to w odpowiednich przegródkach w swoim mózgu, zastanawiając się co mogli zrobić, żeby to odpowiednio rozwiązać. Przede wszystkim myśleć, a nie iść za ciosem, a jednak...
Kiedy opadł obok niej na kolana, kiedy sięgnął do niej ręką, a jej pełne usta ułożyły się w jego imię, a potem w tą prośbę...
Chciałabym, żebyś go zabił.
To znowu wracali do punktu wyjścia. Do tego, że zamiast racjonalnego myślenia, oni gotowi byli poświęcić wszystko dla siebie. On dla niej był.
Przez chwilę patrzył w jej czekoladowe, duże oczy.
Już dawno powinien zabić Daltona, uniknęliby tego wszystkiego co wydarzyło się dzisiaj, może tych wszystkich listów z pogróżkami też. Powinien to zrobić.
Gotowy był to dla niej zrobić. Za to wszystko co Nick Dalton jej zrobił, ale... czy oni potem potrafiliby spojrzeć sobie w oczy? Ona mu jako mordercy? A on jej, wiedząc, że całe życie walczyła o sprawiedliwość, wierzyła, że wymierzy ją sąd, a teraz chciała egzekwowania jej od swojego męża.
Przesunął wytatuowanymi palcami po jej kolanie, znowu sięgając do jej ślicznej twarzy.
- Nie przejmuj się już Daltonem - czy rzeczywiście zamierzał to zrobić? Gdyby w tej chwili stąd wyszedł, gdyby to była tylko sprawa pojechania do Daltona i wpakowania mu kulki w łeb, to zrobiłby to bez wahania, bez zastanowienia.
Na szczęście... A może nie? Sprawa była trochę bardziej skomplikowana, ale przecież nie awykonalna. Trzeba było tylko odpowiednio to rozegrać. Z głową. A nie kierując się sercem. Chociaż to znowu wyrwało się do Pilar, kiedy się do niej przysunął. Sięgnął do jej ręki, żeby oprzeć ją sobie na karku, czuł na nim bandaż, który przed chwilą sam poprawił.
- Wszystko dla ciebie zrobię - zapewnił ją, zaglądając w jej duże, błyszczące oczy.
Czy to znaczyło, że gotowy był dla niej zabić?
Chyba tak.
Jeszcze przez chwilę siedzieli na podłodze wpatrując się w siebie i znowu trawiąc w głowie te wszystkie myśli. Układając je odpowiednio.
Jeszcze przez chwilę jego wytatuowane palce przesuwały się miękko po jej policzku, plątały z ciemnymi kosmykami, sunęły po jej kolanach i po ramionach, zupełnie inaczej niż wcześniej, z troską, z czułością, którą tylko w stosunku do niej chyba, potrafił z siebie wykrzesać.
- Ale ty też musisz zrobić coś dla mnie - utkwił spojrzenie na jej oczach, a palce znowu układał na jej szyi - po balu u Kane'a… Kiedy będę miał się spotkać z Luną w Emptiness, weźmiesz urlop i wyjedziesz z miasta, na ten jeden weekend - widział w jej oczach, że zamierzała mu się od razu sprzeciwić, ale przysunął się do niej bliżej - i tak nie wejdziesz ze mną do klubu, a ja nie mogę się zastanawiać czy on tylko tak gada, czy cię dopadł, po prostu musisz się wtedy ukryć, a ja... będę miał spokojną głowę - o ile o nim w ogóle można było tak powiedzieć. Ale przecież Madox nie zawsze działał aż tak impulsywnie, to wychodziło z niego w momencie, w którym chodziło o jej bezpieczeństwo, ten cały strach, który owocował tym, że wychodził ze swojej roli. Przecież wcześniej umiał grać, wyczekać, zaatakować w odpowiednim momencie. Jak jaguar.

Haré cualquier cosa por ti.
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Oboje zjebali.
Po równo.
On kiedy bezmyślnie pojechał na spotkanie z ludźmi Luny, nawet nie dając nikomu znać i prawie przypłacił za to życiem, a na drugi dzień ona, kiedy równie bezmyślnie usiadła twarzą w twarz z człowiekiem, który ją uprowadził i chciał zgwałcić. Oboje mieli dobre intencje. Oboje chcieli uchronić drugą stronę przed cierpieniem, zapewnić sobie nawzajem bezpieczeństwo. Wykluczyli się celowo, próbując mniejszych ryzyko do minimum. I jak na tym wyszli? On stracił psa, a ona resztki samokontroli.
Szczególnie w obskurnej łazience, w której się aktualnie znajdowali, gdy opowiadała mu o tym wszystkim, co Dalton jej zrobił. To jak rozbił szkło, jak rzucił się na na nią, a na koniec jeszcze próbował pocałować. Jak bezsilnq i bezużyteczna się czuła. I chociaż on tłumaczył jej, że wcale nie tak nie było, że po prostu czasem bywała nieostrożna, Pilar wiedziała swoje. Nawet jeśli on nie był nią zawiedziony, ona była samą sobą. Wiedziała na co ją stać i nie mogła kurwa znieść myśli, że przy tym jednym, pierdolonym zwyrolu kompletnie odbierało jej siły. Głowa zdradziła ją w pierwszej kolejności. Wymiękła, odpalając jakieś pieprzone traumy i ataki paniki, zamiast zwyczajny instynkt samoobrony. Przecież umiała się bronić. Robiła to już nie raz. Tylko czemu kiedy potrzebowała tego najbardziej coś w niej zawiodło? Zepsuło się?
Zupełnie jak w jego głowie, kiedy znowu nawijał jej, ze umiał o siebie zadbać. Gówno umiał. Gdyby umiał, to jego własny pies nie musiałby mu ratować życia. Madox był jeszcze bardziej bezmyślny od niej. On to dopiero pierwsze robił, a dopiero potem kalkulował straty. Za grosz nie miał w sobie myślenia przyczynowo-skutkowego. Ona zazwyczaj miała go aż za dużo. Do dzisiaj. Bo dzisiaj faktycznie każda, jedna decyzja, jaką podjęła była kompletnie błędna. Nieprzemyślana.
Westchnęła ciężko, kiedy powiedział, że nigdy jej nie zostawi. Chciała mu wierzyć. Naprawdę chciała. Ale kurwa nie potrafiła. Wiedziała, że znowu to zrobi. Że kiedy tylko zrobi się ciężko, kiedy nie będzie umiał nad sobą zapanować, kiedy ubzdura sobie kolejny idiotyczny romans za jego plecami… zostawi ją. Wyjdzie. Trześnie drzwiami. Ile razy juz obiecywał jej, że nigdy jej nie zostawi? Kurwa, po tej akcji z Galenem i kamieniem w parku, to nawet na kolanach w kiblu jej to obiecywał i co? I nie raz wszystko przekreślił. Z jednej strony wiedziała, że nie mogła mieć tego za pewniak, a z drugiej jak ostatnia idiotka ł u d z i ł a się, że tym razem będzie inaczej.
Łudziła się również, że w tamtym momencie, kiedy siedziała na chłodnej podłodze, wbijając głowę w twarde kafelki, mogła ufać swoim myślom. Nie mogła. NIe powinna tego robić. Nie kiedy była rozpalona, kiedy szargały nią skrajne emocje, a potrzeba obrony Madoxa za wszelką cenę, dosłownie roz-pier-da-la-ła ją od środka. Bo przecież tylko dlatego chciała, żeby zabił Daltona. Żeby Nick nie zabił jego. Tu nawet nie chodziło o nią. Jak zwykle stawała Noriege na pierwszym miejscu. Tylko czy to na pewno była właściwa droga? Nic już kurwa nie wiedziała. Wariowała.
Sięgnęła do jego dłoni i delikatnie zaczęła się nią bawić. Jak zawsze na uspokojenie przeplatała ich palce ze sobą, próbując zebrać myśli. Brodę mocno wbijała w podkurczone kolana, dociskając je jeszcze mocniej do falującej klatki piersiowej. Nie przejmuj się już Daltonem. Powtarzała w głowie jego słowa, podważając to, co sama chwile temu powiedziała. Dopiero kiedy powiedział, że wszystko dla niej zrobi, uniosła na niego spojrzenie.
Nie chce, żebyś ty to robił — powiedziała w końcu, zaciskając mocniej palce na jego szorstkiej skórze. — Myślałam, że może możesz uruchomić swoje kontakty, pogadać z kim trzeba… ja po prostu… — już się mieszała. Nie minęły nawet dwie pełne minuty, a ona już kwestionowała własne słowa i decyzje. — Ja po prostu uważam, że on jest nieobliczalny — szarpnęła go w stoją stronę, żeby jeszcze bardziej się do niej przysunął. — A ci nieobliczalni w finalnym rozrachunku są najbardziej niebezpieczni — i tu wcale nie chodziło o to, ilu ludzi ktoś miał pod sobą, jak wielkie wpływy, jak bardzo naładowaną broń i świetnego cela, ale to, że dla takiego Luny Madox był jedynie jakimś przystankiem po drodze do konkretnego celu, dla każdego z półświatka, a dla Daltona? Był głównym targetem. Usunięcie go było. Skoro stracił wszystkie klepki, nie dało się go zatrzymać. Człowiekowi jego pokroju kompletnie odebrało rozum i zatarły się granice. Wystarczyło zobaczyć, co zrobił dzisiaj. Madox chciał go bagatelizować, dokładnie tak jak za pierwszym razem, ale teraz to Pilar czuła podskórnie, że tym razem naprawdę nie powinni.
Ta kobieta… — zaczęła ponownie, poprawiając się na niewygodnej podłodze, przy okazji pociągając nosem. — Wydaje mi się, że to może być Ruby — wyznała, zaglądając mu głęboko w oczy. W końcu Ruby już raz próbowała ich zabić. Istniało ogromne prawdopodobieństwo, ze szukała zemsty. — Albo Maddie — dodała po chwili, znowu zaciskając palce mocniej na jego skórze. — No chyba, że jest jeszcze jakaś kobieta, która chce twojej śmierci, a ja o tym nie wiem? — wbiła w niego wyczekujące spojrzenie. To był moment, kiedy miał szanse wyłożyć wszystkie karty na stół, jeśli był jeszcze ktokolwiek, o kim nie wspominał jej wcześniej. Jeśli chcieli rozłożyć to na czynniki pierwsze, powinni w pierwszej kolejności dowiedzieć się, kto odwiedzał Daltona. Kto wiedział tak dużo o Madoxie — to gdzie mieszkał, gdzie chadzał, jak dostać się do klubu od zaplecza i chociażby to, że mafia zabiła mu psa. Przecież to nie było coś, o czym można było przeczytać w gazecie, szczególnie trzy godziny po czynie.
Zamyśliła się na moment, szczególnie kiedy jego palce przesuwały się miękko po jej ciepłym policzku, a zaraz potem na kolano. Nie szarpał jej, nie wydzierał, po prostu dotykał. Czule. Najpiękniej jak tylko potrafił, aż Pilar na moment naprawdę się w tym zatraciła. Nawet chciała się do niego wyrwać, poprosić o jeszcze większą chwilę zapomnienia, ale wtedy on znowu się odezwał.
Kilka słów spomiędzy pełnych ust, a ta drobna przyjemna chwila momentalnie poszła się jebać.
Wyparowała w ułamku sekundy, wraz z naturalnym wyrazem twarzy Pilar. Mocno ściągnęła brwi do siebie i z g r o m i ł a go wzrokiem.
Nie ma takiej opcji — warknęła, nawet nie próbując zabrzmieć spokojnie. — Nie ma takiej opcji, Madox — zaczęła kręcić głową na lewo i prawo w geście niezgodny. Nie. Za nic nie dopuści do tego, że ona pojedzie gdzieś za miasto, a on zostanie tutaj i co? I tym razem kto go kurwa uratuje? Sombry już nie było, jej też nie będzie na miejscu i co? — Co jak cokolwiek się wypierdoli? Co jak… będziesz potrzebować pomocy? — nie potrafiła się na to zgodzić. W ogóle dopuścić do siebie myśl, że mogłaby go zostawić samego. Nie chciała tego. Nie widziała w tym ani jednego benefitu, chociaż… kiedy wspomniał o tym, że to pomoże mu mieć spokojną głowę, zawahała się. Chciała czy nie, to był mocny argument. Sama doskonale wiedziała, jak ważne było w takich sytuacjach trzymanie nerwów na wodzy. Luna nie był głupi. Doskonale wiedział, że użycie Pilar jako karty przetargowej mogło dać mu przewagę, a gdyby Madox faktycznie miał pewność, że była gdzieś ukryta, bezczelnie… mógł odpowiednio odbić piłeczkę i przejąć inicjatywę. Problem dla niej jednak wciąż pozostawał ten sam… — Ty będziesz mieć spokojna głowę, a ja? — zajrzała mu głęboko w oczy. — Przecież mnie popierdoli. Nigdzie nie pojadę, jeśli nie znajdziemy sposobu na to, żebym wiedziała, że tobie też nic nie jest — i to był warunek, ktorgo nie miała zamiaru mu odpuszczać. Mogła pójść mu na rękę w sprawie ukrycia się, mogła postarać się dla niego nie wychylać, zrobić tak jak chciał, ale ta jedna rzecz musiała być spełniona. — Lokalizacja mi nie wystarczy. Chce dostęp do kamer w klubie. Jak się spaliły to zamontujesz nowe. Minimum po jednej w sali, twoim gabinecie i na dole — wyjaśniła stanowczo. Nawet nie miała zamiaru z nim dyskutować. Zacisnęła jedynie mocniej palce na jego dłoni i szarpnęła mocno. Tylko zamiast przyciągnąć jego, ona przysunęła się bardziej do przodu, odbijając od ściany i praktycznie wpadając na niego. Aż musiała przytrzymać się silnych ramion swojego męża, spuszczając kolana, żeby jakkolwiek utrzymać równowagę. — Jak to ogarniesz, to pojadę — sama nie wierzyła, ze miała zamiar zgodzić się na jego prośbę. Gdzieś podskórnie czuła, że źle robi, że to kurwa nie skończy się dobrze, ale też tak bardzo była zmęczona ich ciągłym dochodzeniem się i darciem kotów. Tym jaka była okropna. Jak zawsze musiało być po jej. — Będzie tak, jak chcesz — dodała ciszej tuż przy jego twarzy, oplatając ręce wokół wytatuowanej szyi, a drugą zaczepiając jego szorstki, zarośnięty policzek. — Ale jak ci się coś stanie, Madox, to przysięgam… osobiście cię kurwa zapierdole.
Nie żartowała.
Nawet kurwa w jednym stopniu.

Te mataré si te pasa algo.
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Rzeczywiście Madox najpierw działał, a potem ponosił konsekwencje swoich czynów, nie siedział i nie zastanawiał się, nie kalkulował. Wchodził w coś i parł na przód. Tak było z Luną w lesie, kiedy mu się sprzeciwił, tak było, kiedy zaprosił Pilar do Medellin. Tak było kiedy się jej oświadczał.
Przecież nie wszystkie jego nieprzemyślane decyzje w ogólnym rozrachunku wychodziły na minus. Niektóre były niezłe. Ale więcej było tych, które mogły by teraz zaprowadzić ich gdzieś indziej, gdyby on tylko się nad tym zastanowił.
A jednak to nie leżało w jego naturze.
Za to te ucieczki już tak.
Może miał to po matce, która wsadziła do paki jego ojca, okradła go i zwiała z kraju?
A może był to wyćwiczony przez lata instynkt obronny?
Nie umiał tego zmienić z dnia na dzień, chociaż i tak w stosunku do Pilar robił postępy. Już ta dzisiejsza kłótnia nim była, bo stał za nią murem. Z nią.
Siedział z nią na tej brudnej podłodze obiecując, że więcej jej nie zostawi. Znowu. Może zostawi. Ale kurwa. Za każdym pierdolonym razem do niej wracał. Bo przecież nie umiałby bez niej żyć.
Oboje mieli dużo za uszami, rzucali wiele słów na wiatr, obietnic, których nie spełniali, ale... kiedy przychodziło co do czego, kiedy się potrzebowali, to przecież byli.
I on teraz też przysunął się do niej bliżej obiecując jej, że pozbędzie się Daltona. Splótł jej palce ze swoimi spuszczając na chwilę spojrzenie na ozdobne obrączki na ich palcach. Te, które zakładali sobie w akompaniamencie tych wszystkich pięknych słów, wspaniałych obietnic.
On naprawdę zrobiłby dla niej wszystko.
- A kto? - zapytał trochę głupio podnosząc na nią spojrzenie na jej duże, piękne oczy. Przechylił na bok głowę, bo doskonale rozumiał o co jej chodzi. I prawda jest taka, że pewnie sam by tam nie wszedł, żeby odjebać Daltona, chociaż... Kiedy myślał o tym, co ten psychol jej zrobił, wtedy, a teraz znowu. Z jakąś chorą satysfakcją sprzedałby mu kulkę w łeb, a jednak prościej byłoby to komuś zlecić, komuś kto w pierdlu był u siebie - nawet jeśli ja nie pociągnę za spust, a to komuś zlecę, to wiesz, że... - będzie mordercą. Czy go to ruszało? Jego nie. Nieszczególnie. Nie pierwsze życie, które miałby na sumieniu, i w zasadzie to jej też nie, bo przecież już zabiła za niego Gonzalesa. A jednak musiał wiedzieć, że była pewna - nie będzie odwrotu - dodał patrząc w jej piękne, czekoladowe oczy. Znowu sięgnął wytatuowanymi palcami do jej policzka, znowu musnął jej skórę szorstkimi opuszkami - dobrze, dla twojego świętego spokoju, pozbędę się Daltona - obiecał jej, a kiedy szarpnęła go do siebie, to wpadł na nią zaglądając w jej ciemne oczy - jak my... - powiedział powoli - nieobliczalni i niebezpieczni - chciał rozładować napięcie. Chociaż prawda jest taka, że on rzeczywiście bagatelizował Daltona, tak jak wtedy. Kurwa. A wtedy powinien od razu do niego jechać i mu wpierdolić, kiedy znaleźli jej zdjęcia w jego samochodzie.
I teraz też może rzeczywiście powinien się go pozbyć. Jeden problem z głowy mniej.
Jedna zemsta dopełniona.
Oparł nogę o ścianę obok jej uda, a kiedy powiedziała o Ruby, pokręcił głową. Spuścił spojrzenie gdzieś w podłogę, a zaraz podniósł je na jej oczy. Wypuścił ciężko powietrze z płuc.
- Ruby na pewno nie - czy wiedziała, że jej też się pozbył? Że po tej akcji z Ruby oddawał do czyszczenia swoje BMW, bo cały bagażnik miał we krwi?
Nie wiedziała. I może wtedy też nie Madox pociągnął za spust, ale na jego życzenie. Trupa wywieźli jego samochodem. A to wszystko dlatego, że do niej strzeliła - może Maddie - tego nie był pewny, chociaż gdzieś tam podskórnie czuł, a może po prostu chciał wierzyć, w to, że jego dawna menadżerka by mu tego nie zrobiła? Zdradziła go, oszukiwała, ale czy chciałaby go teraz wykończyć? Przyjaźnił się z nią od lat, z jej mężem, był ojcem chrzestnym jej dzieciaka. Czy mimo to posunęłaby się do tego, żeby spiskować z Daltonem? Uważał, że nie.
Na jej kolejne pytanie się zamyślił. Pewnie w Toronto było wiele kobiet, które chętnie by go wykończyły, bo nie zadzwonił, nie napisał, ale nikt kto wiedziałby o tej akcji z Daltonem. Nie wiedziała o tym żadna z jego byłych, ani żadna z jego przyjaciółek. Nikt. No chyba, że obracał się w środowisku półświatka, albo policji.
- Nie wiem. Debbie? Może za to, że wiesz nie segregowałem skarpetek, jak razem mieszkaliśmy? Albo Haddie? Za ciebie - oczywiście, że znowu sobie żartował i nawet szarpnął się do niej. Ale wydawało mu się, że nie miał w swoim życiu żadnej kobiety, która miałaby na jego punkcie aż taką obsesję, żeby chciała go wykończyć, chociaż... - ale ostatnio w klubie, to znaczy jakiś czas temu, przed ślubem, była laska, która chciała mnie pobić, bo podobno wysyłałem jej swoje fotki... No i naprawdę miała na telefonie moje przerobione zdjęcie, myślisz, że to mogła być ona? Pati powiedziała, że widziała ją tam już wcześniej, ale wiesz, no w końcu to sobie wyjaśniliśmy - nie podejrzewał, że to mogło o to chodzić. W końcu na koniec nawet pobujał się na parkiecie z tą laską i wypili kilka drinków. Ale miał nawet przyjrzeć się tej sprawie, temu, że ktoś podawał się za niego, tylko miał na głowie inne rzeczy.
Oboje mieli. A on najbardziej i tak miał ją. Więc zaraz postanowił skorzystać z okazji. Coś za coś. Ona go o coś poprosiła, to on przecież też mógł ją. Chociaż spodziewał się takiej odpowiedzi. Podsunął się do niej bliżej, zarzucając sobie jej nogi na udo.
- Będę w klubie, u siebie, wezmę najbardziej zaufanych ludzi, nie pozwolę Lunie wziąć swoich. A zresztą pozwolę mu na wszystko, zgodzę się na to, żeby za dwa tygodnie wszedł do Emptiness. Jakby chciał mnie zajebać, to już by to zrobił. Ale on chce... przecież wiesz, że on nie chce tylko klubu, tylko mnie - bo gdyby chciał lokal, to nawet by go nie prosił, tylko usunął. Ale tu chodziło o coś więcej i Madox doskonale o tym wiedział. Kiedy sprzeciwił się Lunie, a ten próbował go zabić, a potem... dał mu jeszcze szansę. Wiedział, że on ma kontakty nie tylko w półświatku, ale też w policji, o to mu chodziło. I on musiał to jakoś wykorzystać, musiał to rozegrać tak, żeby Luna stracił czujność, ale czy potrafiłby myśląc o niej?
Pewnie nie. Znowu działałby raptownie. Znowu fiksowałby się tylko na tym, żeby jej nie stała się krzywda. Nie miałby spokojnej głowy, o czym zresztą zaraz jej mówił.
- A ty będziesz sobie siedzieć w jakimś SPA, albo załatwimy ci pobyt w jakimś przytulnym domku w lesie, albo... - pewnie nawijałby jej dalej, ale wtedy ona zaczęła stawiać swoje warunki. A Madox aż wywrócił oczami - mało ci jeszcze kamer? - szturchnął ją kolanem, a zaraz przesunął palcami po jej udzie - dobra, gdzie tylko chcesz - zgodził się z nią w końcu. Bo jeśli to miało sprawić, że ona wyjedzie z miasta, że się ukryje, to był gotowy zamontować jej w klubie po dziesięć kamer. Kiedy go szarpnęła, to zaparł się i przyciągnął ją do siebie, już tak blisko, że czuł na szyi jej oddech, a ten jego lądował na jej policzkach - tylko pamiętaj, że mi to obiecałaś - spojrzał na nią z góry. A na jej kolejne słowa... parsknął śmiechem, krótko, ale kurwa nie mógł się powstrzymać - czyli jednak opłacało się trochę poszarpać i trochę popyskować i od razu, będzie jak chcesz, łał - pochylił się nad nią, i zawiesił wargi tuż przy tych jej, a kiedy oparła dłoń na jego zarośniętym policzku, to przekręcił na bok głowę, żeby musnąć wargami jej opuszki, uszczypnąć je zębami - wiem. Z samego dna piekła mnie wyciągniesz, żeby mi najebać - wbił ciemne spojrzenie w jej oczy, a palce oparł na jej dłoni, przesuwając ją sobie po szyi na pierś. Może to były poważne rzeczy, to o czym rozmawiali, ale delikatny uśmiech błąkał się na jego ustach - ja bym się zabił, gdyby coś ci się stało, a ty wyciągniesz mnie z grobu i zapierdolisz... Wychodzi na to, że ja jestem romantyczny, a ty walnięta - znowu się do niej szarpnął, ale tym razem musnął jej usta wargami, krótko, zaczepnie, a zaraz zerwał się z podłogi. Wyciągnął do niej rękę - a najgorzej, że mnie to kręci - zacisnął palce na jej dłoni podciągając ją do góry. Znowu ją do siebie przyciągnął obejmując w talii, ciemne tęczówki odszukały jej piękne, czekoladowe oczy.
- Chcesz żebym cię zabrał na coś do jedzenia? Czy pozwolił ci sobie nakopać? - zaproponował tak w ramach pocieszenia. Bo przecież znał swoją żonę. Pewnie czekoladowe coś mogłoby jej poprawić humor, ale z drugiej strony, skoro już byli na tej salce, to mogli się jeszcze spróbować.
Ona mogła spróbować... mu nakopać. Może nawet mogło to zadziałać oczyszczająco? Bo jemu to szarpanie trochę pomogło, chociaż zaraz sięgnął do jej przedramienia, na którym odbił palce, przesunął po nim opuszkami.
- Jeśli następnym razem będę się tak zachowywał, to mi po prostu jebnij, nie chcę... Być jak mój ojciec - nigdy nie chciał, a to właśnie dzisiaj zrobił. Jak jego pierdolony stary, który na matce wymuszał wszystko przez agresję.
Żałował.

Soy romántico y tú estás loca ₊˚⊹ᰔ
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
ODPOWIEDZ

Wróć do „Centre for Addiction and Mental Health”