Pomimo tego, co myślał Madox, życie Pilar wcale nie było
piękne.
Było chaotyczne. Pełne kłamstw i niedopowiedzeń.
Sekretów, które nosiła głęboko w sercu. Z którymi była kurewsko samotna i które zżerały ją od środka do tego stopnia, że niekiedy nie miała siły wstać z łóżka.
Nigdy nie chciała stać się złym człowiekiem, a jednak dla miłości stałą się
potworem.
Rozkochała w sobie mężczyznę, który gotowy był dla niej oddać swoje serce. Gwiazdę z nieba jej uchylić, tylko po to, żeby była szczęśliwa. A ona nie tylko pozwoliła mu wejść do swojego życia, ale też patrząc mu prosto w błękitne jak bezchmurne niebo oczy potrafiła kłamać jak z nut. Mówić mu wszystkie najpiękniejsze słowa świata, które taknaprawdę dla niej nie znaczyły absolutnie nic. Wyznawała mu miłość, chociaż tak naprawdę jedyny mężczyzna, którego kochała siedział kilkanaście kilometrów dalej w więzieniu i nie chciał jej znać.
A przynajmniej tak myślała przez ostatnie kilka lat.
Myślała, bo teraz stojąc tuż przed nim twarzą w twarz, patrząc mu głęboko w czarne jak ciemność oczy, sama już nie wiedziała w co wierzyć. Z jednej strony głowa kazała naginać rzeczywistość i sukcesywnie wypominać mu kłamstwo, tłumaczyć jego odkrycia jednym wielkiem
oszustwem, byleby tylko utrzymać się w ryzach. A serce? Ono wariowało. Waliło jak oszalałe, nie potrafiło się uspokoić, obijało bezczelnie o żebra, jakby chciało je rozpierdolić w drobny mak i po prostu wyrwać się na zewnątrz.
Kolejne starcie głowy z sercem.
I kolejna nierówna walka.
Walka, w której
serce musiało walczyć za trzech. Musiało zapierać się rekami i nogami, żeby mieć w ogóle cokolwiek do powiedzenia, bo wszechświat jak zwykle rzucał im pod nogi same kłody, ludzie życzyli im źle, dosłownie wszystko dookoła chciało trzymać ich od siebie z daleka, a jednak… oni znowu skończyli
blisko. Na wyciągnięcie ręki. Znowu odkrywali okropną prawdę, która na kilka lat ich podzieliła.
Znowu za sprawą osób trzecich.
Nie chciała mu wierzyć, a jednak słysząc to jak cytował z pamięci jeden, jedyny list, jaki od niej dostał, to jak czuła, jak pod nią drżał, jak mocno waliło jego
dobre serce… kurwa.
Poczekam. Tyle ile będzie trzeba. Zawsze będę na ciebie czekać. Nie ma takiej mocy, która sprawiłaby, że bym przestała…
Ile jeszcze mogła się od tego wypierać? Jak długo miała zamiar łudzić się, że Madox był jedynie oszustem, który znowu chciał się zabawić jej uczuciami. Czy ostatnim razem naprawdę niczego się nie nauczyła? Byłoby łatwiej gdyby po prostu był, dał jej powód do tego, by go nienawidziła, a on zamiast tego rozgrzewał jej popękane, zmarnowane serce. A kiedy sunął długimi palcami po jej plecach, po raz pierwszy od sześciu lat intencjonalnie ją
dotykając…
Wtedy przyszedł on.
I teraz to jego miała ochotę nienawidzić. Nawet kiedy Galen po prostu spełniał rolę troskliwego męża. Przejmował się. Widział w jakim stanie ją tu zastał — roztrzęsioną, ledwo potrafiącą złapać oddech, kompletnie rozbitą i zgniecioną przez prawdę, kto®ej nigdy nie spodziewała się usłyszeć. Nie chciała na niego patrzeć. Kurwa, ona nawet nie chciała z nim rozmawiać, a co dopiero całować jego usta. A jednak zagrała ponownie w tą zabawę zwaną
domem. Uśmiechała się i przytakiwała Wyattowi, chociaż jej spojrzenie co kilka sekund kierowało się do szafy.
Szafy, w której nagle coś jebło. Pani Wyatt od razu zamarła, sprawdzając reakcje swojego męża, który może i ruszyłby to sprawdzić, ale wtedy jak na zawołanie Amra zerwała się z łóżka, krzycząc cała przestraszona.
Dobra dziewczynka. Nawet nieświadomie broniła swojego ojca.
Galen oczywiście doskoczył do niej w pierwszej kolejności, podczas gdy Pilar złapała ziemne spojrzenie Madoxa i zrobiła do niego wielkie oczy, karcąc go spojrzeniem. Kurwa pięciu minut nie umiał wysiedzieć w szafie? Czy naprawdę to było tak wiele w porównaniu do tego, że
w ł a m a ł się do cudzego domu i przesiadywał w pokoju małego dziecka?
Wróciła do łóżka, przewracajać oczami na uwagę Wyatta, że nie powinna opowiadać Amrze takich bajek. Cóż, wiele rzeczy jej opowiadała i to za plecami Galena, więc ta uwaga jak zwykle spłynęła po niej jak po kaczce. Wzdrygnęła się za to na sposób, w jaki Amra odezwała się do mężczyzny. Nigdy nie mówiła do niego
tato, bo przecież nim nie był. Pilar tak naprawdę zeszłą się z Galenem, kiedy Amra miała już trzy latka. Nie było sensu wmawiać jej, że nagle ma ojca. Był dla niej jak tata, troszczył się o nią tak, jak tylko ojciec potrafił i wziął je razem pod swoją opiekę, jednak nie łączyła ich ze sobą żadna genetyka. Nie chciała, żeby Madox o tym wiedział, żeby zaczął łączyć kropki. Już i tak w głowie mieli jeden, wielki, pierdolony chaos.
—
Z piankami? — prychnęła na słowa własnego dziecka, spoglądając na nią spod byka, chociaż uśmiech wciąż miała przyklejony do ust. —
Chyba śnisz, Pulgarcita —
calineczko. Amra momentalnie zmarszczyła nosek i ściągnęła brwi patrząc na… Galena. No oczywiście, bo przecież na nią te rzeczy wcale nie działały. W przeciwieństwie do niego. On wiecznie się pod tym uginał.
To też miała po mamusi. Potrafiła być bardzo przekonująca. — Jutro dostaniesz kakao z piankami, jak zjesz całe śniadanie — przedstawiła alternatywę. NIe było nawet opcji, że da teraz dziecku cukier, kiedy
d e s p e r a c k o potrzebowała, żeby ta poszła spać. Ani na sekundę nie zapomniała o
dabile, który czaił się w szafie.
—
Obiecujesz? — spytała mała podejrzliwie.
—
Na mały paluszek — wtrąciła, zaplatając ze sobą ich palce, przy okazji całując ten jej, a zaraz zwróciła się do Galena. —
Wodę, proszę — Wyatt skinął głową i wyszedł z pokoju, kierując się w dół po schodach. Pilar momentalnie przymknęła za nim drzwi i dopiero wtedy wsadziła małą do łózka. Widziała dokładnie jak wielkie, ciemne oczy Amry uciekają do szafy. Widziała go? Czuła, że tam jest? Czuła obecność swojego ojca? Znowu serce przeskoczyło w piersi Pilar. Sama chciała się odwrócić. Sprawdzić, czy na pewno tam siedział, ale przecież wiedziała, że tak. Zamiast tego przysunęła się do swojej córki i pomogła jej się położyć, ciałem zasłaniając całkowicie pole widzenia w tamtym kierunku.
—
No już — naciągnęła jej kołdrę pod samą szyję. —
Bo jutro będziesz niewyspana, a mieliście z samego rana jechać na konie — zauważyła, przypominając dziewczynce o planach, jakie miała ze swoim ojczymem. —
Galen jutro wieczorem jedzie do Toronto. Znowu nie będzie go przez kilka dni, a ty musisz mieć na jutro duuużo energii.
—
Tak duuuużo? — Amra od razu ją przedrzeźniła, wystawiając w górę małe rączki i pokazując nimi jak
dużo. Pilar natomiast pociągnęła za nie i jeszcze bardziej rozszerzyła.
—
O tyle! — obie zaśmiały się w tym samym czasie. Dla kogoś z boku mogły brzmieć tak samo, ale ona w śmiechu swojego dziecka słyszała
jego. Ten sam beztroski śmiech, który pokochała jeszcze jako dziecko. —
Opowiedzieć ci bajkę o Calineczce? — była to jedna z ulubionych bajek Amry. Co prawda nie ulubiona, ale tej akurat Pilar bardzo, ale to bardzo nie chciała w tym momencie opowiadać.
—
A możesz tą o dzielnym rycerzu, co kochał mango? — porosiła, wtulając się coraz mocniej w swojego pluszaka, a Pilar się spięła. Mimowolnie spojrzała ukradkiem w stronę szafy.
—
Amra… — zaczęła, wzdychając głośno. —
Ale ta jest długa…
—
Proszę, mami! — wyszarpała do góry jedną rączkę i umieściła ją na dłoni Pilar. I chociaż w sprawie pianek na noc była w stanie jej odmówić, tak jeśli chodziło o bajki… no przecież nie miała do tego serca.
—
W porządku — uległa, poprawiając się na materacu, a po chwili zabrała się za opowiadanie historii, którą tworzyła kiedy dziewczyna w łóżku była jeszcze niemowlakiem. Swego czasu opowiadała jej to codziennie do snu. Historię, w której
dzielny rycerz tak naprawdę na początku był pretendentem do tronu.
Małym księciem, którego ojcu bardzo zależało na tym, żeby syn przejął od niego królestwo. Problem w tym, że książę wcale nie chciał takiego życia. Nie chciał luksusu, służących i tego, by ludzie przed nim klękali. Nienawidził też dobrych manier, przez co miał masę kłopotów na dworze. Dużo rozrabiał, strzelał w ochronę z procy, ale i tak najbardziej kochał zakradać się do ogrodu i zajadać mango. Im starszy się stawał, tym bardziej rozumiał, jak bardzo chciał dla siebie innego losu, jak
nie chciał być taki, jak jego ojciec. Więc zaczął wymykać się z pałacu, by pomagać innym. Poznawał wiele wspaniałych ludzi, uczył się walki, brał nawet udział w kilku wymianach na miecze, a nawet swego czasu zakochał w biednej dziewczynie, która na targu sprzedawała właśnie mango. Jego ulubiony owoc. Bardzo szybko zrozumiał, że to życie, którym zachłysnął się poza murami pałacu było tym, czego naprawdę chciał. Nie potrzebował władzy, bo jego miejsce było wsród ludzi. Po kryjomu zaczął trenować, by zostać prawdziwym rycerzem. Wszystko szło świetnie, gdyby nie jego ojciec, który po czasie o wszystkim się dowiedział. Chciał zamknąć księcia w pałacu i zmusić go do tego, żeby przejął stołek po ojcu, ale książę wcale się nie poddawał. Walczył o swoje, próbował się wyrwać, aż w końcu jednego dnia, dziewczyna z targu przyniosła w formie
darów do pałacu wielkie ilości pysznego mango. Zajadali się nim wszyscy — nawet król i królowa, cała służba i pracownicy. Nikt jednak nie wiedział, że w środku nie było tylko mango, ale każdy jeden kawałek posmarowany był… trucizną. Silnym środkiem nasennym, który uśpił cały pałac. I kiedy wszyscy dookoła chrapali głośno, dziewczyna odnalazła księcia i razem uciekli. Wyjechali do innego królestwa. Każde z nich mogło tam zacząć wszystko z czysta kartą. Książę został prawdziwym rycerzem, pod wodzą
dobrego króla, a dziewczyna otworzyła swój sklep z mango. Pobrali się i żyli długo i szczęśliwie. Razem. Nic nie był w stanie ich rozłączyć.
Po drodze oczywiście mieli jeszcze masę innych przygód, o których Pilar raz po raz opowiadała Amrze, jednak tym razem to na tym zakończyła, widząc, że dziewczyna pogrążona już była w głębokim śnie. Galen przyniósł szklankę wody już dawno. Postawił ją po prostu na nocnym stoliku, a sam powiedział Pilar, że poczeka na nią w łóżku. Byli sami. Tylko ona, śpiąca Amra i Madox.
Rodzinka w komplecie.
Słyszała, że wyszedł z szafy. Słyszała jego kroki, jednak za nic nie spodziewała się, że kiedy wstanie z miejsca i się odwróci, od razu na niego wpadnie. Zacisnęła palce na materiale jego koszulki, podczas gdy spojrzenie odnalazło ciemne oczy
dzielnego rycerza. Jego oddech gilgotał jej poliki, mrowił skórę, sprawiał, że serce znowu jej przyśpieszyło. Otworzyła powoli usta, żeby się do niego odezwać, jeszcze mocniej zaciskając palce na koszulce… Ale wtedy coś strzeliło w pokoju obok.
Nie spał. Galen jeszcze nie spał. Czekał na nią.
—
Idź — poprosiła go chociaż wcale ale to wcale nie chciała, żeby sobie szedł. Żeby odsuwał się gdziekolwiek, nawet w cień, ale przecież nie miała wyjścia. Oboje nie mieli wyjścia. —
Wyjdź tak jak przyszedłeś, albo drzwiami od kuchni. Zawsze są otwarte — wyjaśniła, luzując uścisk. Znowu ciężko jej się oddychało. Jego bliskość ją otumaniała. Odepchnęła go od siebie, podchodząc do wyjścia z pokoju.
Idź, idź, idź, po prostu wyjdź. Powinna. A jednak odwróciła do niego, spojrzała głęboko w oczy i… —
W ogrodzie za dwie godziny. Za różami.
Co ona kurwa wyprawiała?
En el jardín, dentro de dos horas. Detrás de las rosas.