ODPOWIEDZ
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001.
Aoife Cavanagh


Przez całą noc nie zmrużyła oka. Co chwilę przekręcała się z boku na bok, raz odkrywając się z kołdry, bo było jej za ciepło, a chwilę później znowu się nią przykrywając, gdy robiło jej się zimno. Kilka razy mocno zaciskała powieki, licząc że tym razem zaśnie. Ostatecznie wpatrywała się w sufit i leżała bez ruchu, jakby samo leżenie miało wystarczyć.
Nie wystarczyło.
Szum wiatraka, który przez większość nocy powinien być jedynie cichym tłem, tej nocy działał jej na nerwy. Jednostajny dźwięk tylko bardziej podkreślał ciszę panującą w mieszkaniu. Otworzyła oczy i przez chwilę patrzyła na obracające się skrzydła, próbując skupić myśli na czymkolwiek innym.
Bezskutecznie.
Żołądek ściskał się jej niemiłosiernie. Nie potrafiła przestać myśleć o tym, co działo się od kilku dni. Co rusz, gdy tylko zamykała oczy, widziała przed sobą komendanta oraz dwóch policjantów z wewnętrznego. Ich pytania. Dokumenty leżące na stole. I własne odpowiedzi, które po raz kolejny musiała układać tak, by miały sens również dla kogoś, kto patrzył na całą sprawę z boku.
Siedziała wtedy cicho, skłonna zrobić wszystko, byle tylko uwierzyli w jej wersję wydarzeń. A jednak wewnętrznie czuła narastającą frustrację, że kolejny raz musiała tłumaczyć się i udowadniać, że naprawdę nie wiedziała nic o brudnych interesach swojego byłego partnera, z którym służyła w Mississauga. Jednocześnie czuła zażenowanie, bo doskonale wiedziała, jak to wszystko wyglądało z ich perspektywy. I w jak niekorzystnym świetle stawiała ją sprawa sprzed dwóch lat.
Właściwie czego oczekiwała? Do przewidzenia było, że temat kiedyś powróci. Skoro Daniel, będąc na warunkowym, zapadł się pod ziemię, logicznym założeniem było, że pierwszą osobą, do której się zwróci, może być właśnie ona. W końcu byli partnerami. Byli też przyjaciółmi.
B y l i.
Zdradziła go. Zdradziła ich przyjaźń w momencie, gdy odłożyła telefon i nie dała mu znać, że planują go zatrzymać. Bo zamiast emocji wybrała praworządność i odznakę. Przysięgała, że będzie stać po stronie prawa. Jak więc miała później spojrzeć w swoje odbicie w lustrze, gdyby zrobiła coś zupełnie innego, niż przysięgała?
Była n a i w n a.
Za bardzo doszukiwała się w dobroci w ludziach. Nieraz już przejechała się na tym, że zbyt łatwo i zbyt szybko obdarzała innych zaufaniem. Tak jak teraz, gdy partner, który niejednokrotnie osłaniał ją i chronił jej życie, okazał się działać pod jej nosem jako brudny gliniarz. Przyjmował łapówki i robił za ochronę niejednego gangstera, który zdecydowanie powinien wylądować za kratkami, a nie być chroniony przez policjanta.
I co jej przyszło za to, że zaufała komuś za bardzo, a ostatecznie wybrała odznakę i prawo?
Nie zabrali jej sierżanta, o którego tak długo walczyła. Nie. Zrobili coś gorszego. Zabrali jej najważniejsze sprawy, ograniczyli ją do rutynowych patroli, jak żółtodzioba, ale przede wszystkim zesłali na czas wyjaśnień do archiwum.
– Mamy z tobą problem, Gonzalez. – Tak określił to komendant, składając ogromne dłonie na blacie drewnianego biurka. Chwilę później jego ręce przesunęły się po leżących przed nim dokumentach. Ruch, choć wydawał się spokojny i opanowany, zdradzał bak komfortu zaistniałą sytuacją.
Wyrzucić jej nie mogli. Nie mieli w końcu podstaw ani na tyle twardych dowodów. Bazowali na domysłach, a to nie wystarczało, żeby pozbyć się jej ze stanowiska. Co najwyżej zostały plotki, które co rusz pojawiały się podczas przerwy na kawę w pokoiku socjalnym. Dyskusje milkły w momencie, gdy wchodziła, by nalać sobie kawy.
Nie była pewna, czy w ogóle spała. Wstała, gdy zegar wskazywał kilka minut przed szóstą. Ruch uliczny, choć obecny przez całą dobę, wyraźnie się zwiększył, sugerując, że miasto zaczynało się budzić, a wielu szarych pracowników podobnych do niej ruszało właśnie do pracy.
Nie miała ochoty jeść. Wypiła tylko duszkiem szklankę wody, a później ubrała się w sportowe ubrania, zawiązała sznurówki butów i wyszła pobiegać.
Lato w mieście nie należało do najprzyjemniejszych. Zwłaszcza tutaj, w betonowej dżungli, gdzie każdy skrawek zieleni zastępowano szarą wylewką, a w miejsce drzew stawiano kolejne wieżowce. Nawet jeśli temperatury nie wydawały się szczególnie wysokie, zbite kondygnacje nie przepuszczały tak chętnie powietrza.
Temperatura powoli wzrastała, co Betty czuła w momencie, gdy ciepłe powietrze osiadało na odkrytej skórze jej ramion. Dzisiejszy dzień zapowiadał się ciepło.
Ruszyła rytmicznym krokiem, całkowicie zapominając o rozgrzewce. Później będzie miała więcej zakwasów, ale nie przejmowała się tym. Biegła, stawiając równo krok za krokiem. Greektown charakteryzował się znacznie niższymi budynkami niż inne rejony Toronto. Po drodze mijała liczne greckie restauracje, mniejsze sklepy i lokale usługowe.
Ona jednak biegła przed siebie. Prosto do parku.
Brakowało jej zieleni. Tak jak nieraz brakowało jej rodzinnego Ajax, w którym lato kojarzyło się jej głównie z ogrodem matki i zimną lemoniadą stojącą w karafce na ganku. Z tym spokojem, którego tutaj zawsze było trochę za mało.
Wbiegając do parku, ocieniającego kawałek miasta koronami drzew, ruszyła jedną z tras, którymi biegała odkąd przeniosła się do Toronto. Przez chwilę towarzyszyła jej tylko muzyka i własny, stopniowo coraz cięższy od wysiłku oddech. Aż w pewnym momencie na trasie zetknęła się z kobietą.
Początkowo chciała ją wyminąć. Dopiero gdy zrównała się z nią ramieniem, kątem oka dostrzegła znajomą twarz. Znała przecież tę osobę.
Wyciągnęła słuchawkę z jednego ucha.
– Cześć, Aoife – przywitała się z sapnięciem, które jasno sugerowało, że kobieta miała już za sobą kawałek trasy. Zrównała z nią tempo. – Co dzisiaj tak wcześnie? – zapytała, choć to samo pytanie równie dobrze można było zadać jej.
33 y/o
For good luck!
167 cm
pani adwokat w Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
My name is Aoife [ee-fa] which means beauty or radiant in Irish Gaelic.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os
czas narracji-
postać
autor

Aoife obudziła się jeszcze przed piątą, choć trudno było nazwać to przebudzeniem. Bardziej przypominało to moment, w którym ciało poddawało się zmęczeniu, a umysł uznawał, że dalsza walka ze snem nie miała sensu. Leżała przez chwilę nieruchomo, wpatrując się w sufit, który w bladym półmroku wydawał się bardziej obcy niż zwykle. Nie potrafiła określić, czy to był już poranek, czy wciąż noc, światło sączące się przez szczelinę w zasłonach było zbyt słabe, by dać jednoznaczną odpowiedź. W końcu wstała, czując pod stopami chłód paneli, który przeszedł po niej jak dreszcz. W kuchni zaparzyła mocną, czarną herbatę, tę samą, która zazwyczaj pomagała jej rozpocząć dzień z odrobiną energii. Tego ranka smakowała jednak nijako, jakby jej kubki smakowe odmówiły współpracy. Usiadła przy stole, trzymając kubek w dłoniach, ale nie pijąc. Patrzyła na ciemny napar, jakby oczekiwała, że coś jej powie, że w jakiś sposób uporządkuje chaos w jej głowie.
Próbowała włączyć radio, licząc na to, że dźwięk zagłuszy myśli, lecz wyłączyła je niemal natychmiast, każdy głos brzmiał zbyt głośno, zbyt natarczywie. Otworzyła okno, ale powietrze było ciężkie, gęste, jakby miasto samo próbowało ją przytłoczyć. Zaczęła chodzić po mieszkaniu, bez celu, jedynie po to, by nie siedzieć w miejscu. Jej kroki odbijały się echem od ścian, przypominając jej, jak puste było to wnętrze o tak wczesnej porze. I wtedy wrócił sen. Ten sam, który dręczył ją od kilku dni. Mężczyzna odwrócony plecami, rozmyte otoczenie, głos szepczący, by go nie dotykała. A ona wyciągająca rękę, łamiąca zakaz, czująca coś, czego nie potrafiła nazwać. To uczucie, intensywne i niepokojące, wróciło z taką siłą, że Aoife musiała oprzeć się o blat, by złapać oddech. Nie wierzyła w symbole ani w metafory, a jednak ten sen zostawiał w niej ślad, jakby był czymś więcej niż tylko wytworem zmęczonego umysłu. Właśnie dlatego zdecydowała się wyjść. Nie chciała po raz kolejny siedzieć w kuchni i analizować czegoś, czego nie rozumiała. Ubierała się szybko, bez zastanowienia, nie patrząc nawet w lustro. Związała włosy w pośpiechu, chwyciła buty i wyszła z mieszkania, zanim zdążyła pomyśleć, czy to ma sens. Potrzebowała ruchu. Potrzebowała poczuć, że jej ciało wciąż reagowało na coś innego niż lęk i niepokój.
Gdy dotarła do parku, poczuła pierwszą ulgę tego dnia. Chłodniejsze powietrze, zapach drzew, szum liści, wszystko to działało na nią kojąco, jakby natura była jedynym miejscem, które nie wymagało od niej odpowiedzi. Ruszyła biegiem, starając się nie myśleć o niczym, skupiając się jedynie na rytmie kroków i własnym oddechu. Przez chwilę wydawało jej się, że sen traci na znaczeniu, że rozpływa się gdzieś w tle. Aż do momentu, gdy na ścieżce zobaczyła Betty. Wtedy echo snu wróciło, nie jako obraz, lecz jako wrażenie, jakby jej podświadomość próbowała zwrócić uwagę na coś, czego Aoife jeszcze nie potrafiła nazwać. Aoife zwolniła odrobinę, jakby sama była zaskoczona tym, że ktoś ją zaczepił o tej porze. Spojrzała na Betty kątem oka, spoconą, zmęczoną, ale z tym charakterystycznym napięciem w ramionach, które zdradzało, że bieg nie był dziś tylko ćwiczeniem. Był ucieczką.
– Wiesz, Betty… – zaczęła, zaciągając się powietrzem, które w parku było chłodniejsze niż na ulicach. – Nie mogłam spać. Od kilku dni mam wrażenie, że jak tylko zamknę oczy, to mój mózg zaczyna robić mi jakieś chore przedstawienia. - Jej głos był spokojny, ale nie do końca. Pod spodem kryło się coś, co Betty znała aż za dobrze, napięcie, które nie znikało, nawet gdy człowiek próbował je wypocić. – Miałam sen – dodała po chwili, jakby dopiero teraz zdecydowała się powiedzieć to na głos. – Taki… dziwny. Niepokojący. I chyba przez niego wstałam wcześniej, niż powinnam. Od tygodnia nie mogę przestać o tym myśleć. Ten sen wraca, czasem w innych wersjach, ale zawsze z tym mężczyzną odwróconym plecami. I z tym głosem. I z tym uczuciem, którego nie potrafię nazwać. – Westchnęła ciężko. – Zastanawiam się, czy to coś znaczy. Czy to jest o kimś konkretnym. O kimś, kogo znam.
Przez chwilę Aoife biegła w milczeniu, jakby zastanawiała się, czy powiedzieć coś jeszcze ale zdecydowała przeciw. Spojrzała na Betty z lekkim uśmiechem, choć w jej oczach wciąż czaił się cień niepokoju. - A ty?- zapytała bez pytajnika, bo nie potrzebowała go, by wyrazić troskę. – Co cię tu przygnało o szóstej rano, Betty Gonzalez?


Beatriz Gonzalez
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Aoife Cavanagh


Czy to w ogóle było możliwe, żeby Toronto nagle okazało się tak ciasne, że brakowało w nim tchu? Czy miasto, które każdego dnia przyjmowało pod swoje skrzydła setki tysięcy ludzi, potrafiło z jakiegoś powodu stać się przytłaczające do tego stopnia, że człowiek zaczynał czuć się w nim jak zamknięty w zbyt małym pomieszczeniu? Jeszcze niedawno jego rozmiar dawał poczucie anonimowości. Dawał możliwość rozpłynięcia się w tłumie, zniknięcia pomiędzy obcymi twarzami, ulicami, budynkami i światłami. Teraz miała wrażenie, jakby wszystko to skurczyło się w brutalny sposób, zaciskając się wokół niej i odbierając możliwość swobodnego wypełnienia płuc powietrzem.
Może to był stres. Może zwyczajna panika, której nie potrafiła już rozdzielić od własnych myśli. A może bezsilność, która rozgościła się w niej zbyt wygodnie i nie zamierzała odejść. Ta najgorsza, odbierająca człowiekowi możliwość działania, kiedy doskonale wie, że powinien coś zrobić, ale jednocześnie nie ma pojęcia, od czego zacząć. Bezczynność zabijała Beatriz z każdą kolejną godziną. Wżerała się w nią powoli, zatruwając wszystko, co jeszcze próbowała utrzymać pod kontrolą. Ścisk w żołądku był niemal stały, dokuczliwy i uporczywy, a myśli nie potrafiły znaleźć sobie miejsca. Zamiast odpoczywać, krążyły bez końca wokół jednego zdania, jednej sytuacji, jednego momentu, którego nie była w stanie od siebie odsunąć.
Mamy z tobą problem, Gonzalez.
Raptem kilka słów. Nic szczególnie długiego. Nic, co samo w sobie powinno mieć taką siłę. A jednak wystarczyło, żeby odcisnęły się boleśnie w jej pamięci i zaczęły wracać do niej zawsze wtedy, gdy zapadała noc, kiedy mieszkanie cichło, a ona zostawała sam na sam z własnymi myślami. W takich chwilach ten głos wydawał się jeszcze wyraźniejszy. Spokojny, chłodny i pozbawiony jakichkolwiek emocji. Wracał dokładnie w tej samej tonacji, jakby ktoś nieustannie odtwarzał go gdzieś z tyłu jej głowy. Nie pomagało zmęczenie. Nie pomagała muzyka. Nie pomagało nawet świadome przerzucanie uwagi na coś zupełnie innego. Zdanie i tak wracało.
Nawet teraz, kiedy starała się dostosować oddech do rytmu własnych kroków, licząc kolejne uderzenia podeszew o asfalt i zmuszając ciało do skupienia się na czymś prostym i powtarzalnym, nie potrafiła wyciszyć tego głosu. Każdy kolejny ruch miał być mechaniczny. Lewa noga, prawa noga, wdech, wydech. Jeszcze kilka metrów. Jeszcze kilka kolejnych. Bieg od zawsze pomagał jej uporządkować głowę, wyrzucić z siebie napięcie, a przynajmniej na chwilę przestać analizować rzeczy, których nie mogła zmienić. Tym razem jednak ciało poruszało się szybciej od myśli, ale myśli wcale nie zamierzały za nim nadążać. Były wszędzie. Wracały uporczywie, przebijały się nawet przez muzykę sączącą się ze słuchawek, jakby nic nie mogło ich naprawdę zagłuszyć.
Co gorsza, obecność drugiej osoby wcale nie przynosiła oczekiwanej ulgi. Biegła przecież obok kobiety, którą znała od stosunkowo niedawna, ale na którą zaczęła trafiać coraz częściej na swojej zwyczajowej trasie. Ich spotkania były dotąd czymś naturalnym. Czasem zamieniały kilka słów, czasem jedynie wymieniały spojrzenia i biegły dalej każda w swoim tempie. Dziś jednak nawet towarzystwo drugiego człowieka nie potrafiło rozluźnić zacisku, który od kilku dni siedział gdzieś głęboko pod jej żebrami. Niepokój pozostał dokładnie tam, gdzie był od momentu wezwania na dywanik do komendanta. Nie przesunął się ani o centymetr.
Zrównały tempo, rytmicznie odbijając się od momentami nierównego podłoża parkowej ścieżki. Beatriz słuchała w milczeniu, pozwalając drugiej kobiecie mówić, a jedynie od czasu do czasu cięższy oddech wydostawał się z jej ust, kiedy potrzebowała zaczerpnąć więcej powietrza. Wbiegły po łuku w alejkę biegnącą niedaleko stawu. Powietrze było chłodniejsze niż kilka minut wcześniej, a poranek wciąż miał w sobie tę charakterystyczną ciszę, która pojawiała się na chwilę, zanim miasto na dobre zaczynało się budzić. Minęły przechodnia prowadzącego psa na smyczy, potem kolejnego biegacza, który przemknął obok nich bez słowa. Wszystko wydawało się zwyczajne. Aż nazbyt zwyczajne.
Nie mogłam spać. Od kilku dni mam wrażenie, że jak tylko zamknę oczy, to mój mózg zaczyna robić mi jakieś chore przedstawienia.
Słowa Aofie wyrwały ją z własnych myśli. Beatriz westchnęła cicho. Paradoksalnie doskonale rozumiała to, o czym mówiła kobieta. Sama wiedziała, jak wygląda noc, kiedy człowiek kładzie się do łóżka tylko po to, żeby przez kolejne godziny prowadzić we własnej głowie rozmowy, które dawno już się skończyły. Nie przerywała jej jednak. Pozwalała mówić, zbierając po drodze kolejne fragmenty tej historii. Koszmary, o których opowiadała Aofie, brzmiały niepokojąco właśnie dlatego, że powtarzały się z taką regularnością. Ten sam mężczyzna. Te same plecy. Inne miejsca, inne scenerie, ale niezmienny szczegół, który za każdym razem wracał.
Sny bywały przecież odbiciem rzeczy, których człowiek nie potrafił nazwać na jawie. Czasami wydobywały z podświadomości emocje, które przez całe dnie były skutecznie spychane gdzieś na dalszy plan. Innym razem wracały w nich dawne traumy, lęki albo doświadczenia, z którymi człowiek nigdy tak naprawdę się nie uporał. Rzadko kiedy były jednak tak dosłowne. Podświadomość zwykle mówiła własnym językiem, pełnym symboli, skojarzeń i dziwnych połączeń. Dlatego pytanie o to, dlaczego Aofie widziała wciąż te same plecy, miało znaczenie większe, niż mogło się wydawać.
– Czyli widzisz głównie plecy mężczyzny, ale w różnych sceneriach? – powtórzyła po niej, odrobinę przerywanie, czując, jak głos urywał się przez przyspieszony oddech. – A wydarzyło się u ciebie ostatnio coś, co odczułaś mocno emocjonalnie?
Poprawiła w biegu kręcony kosmyk, który wyswobodził się z upięcia i coraz bardziej irytująco wpadał jej do oczu. Przez moment zerknęła na kobietę obok, próbując odczytać coś z jej twarzy, ale nie naciskała. To nie było przesłuchanie. Przynajmniej nie powinno nim być. Pytanie padło raczej z potrzeby zrozumienia niż zawodowego obowiązku. Być może dlatego, że od kilku dni sama przekonywała się, jak łatwo coś pozornie niewielkiego potrafi urosnąć do rozmiaru, którego nie sposób już ignorować.
Co cię tu przygnało o szóstej rano, Betty Gonzalez?
Kącik jej ust drgnął w ledwie widocznym uśmiechu. To pytanie było tak absurdalnie trafne, że przez chwilę nie wiedziała, czy bardziej chce się roześmiać, czy westchnąć. Ostatecznie wygrało to drugie. Ciężko.
– Po części to, co ciebie – odparła i zaśmiała się bez cienia rozbawienia. Był to raczej ten rodzaj śmiechu, który pojawiał się wtedy, gdy człowiek był już zwyczajnie zmęczony wszystkim, co działo się wokół niego. – Tylko w przeciwieństwie do ciebie mnie nie wybudził koszmar. Przez całą noc nie mogłam zmrużyć oka.
Przez moment biegły dalej w milczeniu. Betty nie musiała dodawać niczego więcej. Obie miały własne powody, żeby pojawić się na tej samej ścieżce o szóstej rano. I obie najwyraźniej próbowały tego samego: zmęczyć ciało na tyle, żeby chociaż na kilka godzin zmusić głowę do milczenia.
33 y/o
For good luck!
167 cm
pani adwokat w Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
My name is Aoife [ee-fa] which means beauty or radiant in Irish Gaelic.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os
czas narracji-
postać
autor

Aoife biegła obok Betty, czując, jak chłodniejsze powietrze przy stawie łagodnie muskało jej skórę. Mimo wysiłku jej myśli nie zwalniały, krążyły wciąż wokół tych samych obrazów, jakby bieg jedynie poruszał ciało, a nie uspokajał głowy. Spojrzała na Betty, dostrzegając w jej twarzy to samo napięcie, które od kilku dni nosiła w sobie. Wtedy odezwała się, jej głos był cichy, ale nie drżał, raczej niósł w sobie zmęczenie, które nie potrzebowało głośności, by być słyszalne. – Tak, w różnych sceneriach. Miejsce się zmienia, ale on zawsze stoi tak samo. Jakby był jedyną stałą rzeczą w tym wszystkim.- Powiedziała to spokojnie, choć w środku czuła, jak ten obraz znów próbuje przebić się przez jej świadomość. Plecy mężczyzny, nieruchome, niezmienne, jakby czekały na nią w każdym śnie.
– Nie wiem, czy wydarzyło się coś… mocnego. Bardziej wszystko naraz zaczęło się robić intensywne. Jakby rzeczy, które zwykle trzymam pod kontrolą, nagle zaczęły wymykać się z rąk.- Jej oddech przyspieszył, ale nie przez tempo biegu. To było wspomnienie poranka, tego dusznego, ciężkiego, który zaczął się od bezsilnego gapienia się w kubek herbaty. – Może dlatego ten sen wraca. Może to nie jest o mężczyźnie. Może to o czymś, co stoi przede mną, czego nie potrafię nazwać. O czymś, czego nie powinnam dotykać, a jednak robię to za każdym razem.- Aoife poprawiła kosmyk włosów, który przykleił się do jej policzka. Biegacz minął je z lewej strony, a ona przez moment skupiła się na jego krokach, jakby rytm mógł ją uspokoić. Nie uspokoił.
–A to, że ty nie spałaś… nie dziwi mnie. Widać po tobie, że nosisz w sobie coś, co nie daje ci spokoju.- Jej spojrzenie przesunęło się po twarzy Betty, uważne, ale nie oceniające. W tym momencie Aoife naprawdę widziała ją, nie tylko jako kobietę biegnącą obok, ale jako kogoś, kto dźwigał ciężar, którego nie dało się zrzucić jednym porannym treningiem. -Widzę kobietę, która próbuje utrzymać się na powierzchni, chociaż ktoś właśnie przywiązał jej do kostek ciężarki. I widzę też to, że nie zamierzasz się poddać.- W jej głosie pojawiła się nuta stanowczości, której sama się nie spodziewała. Może dlatego, że w Betty dostrzegała coś, czego brakowało jej samej, upór, który nie pozwalał się zatrzymać.
–Może dlatego nasze ścieżki się dziś przecięły. Może obie potrzebowałyśmy kogoś, kto biegnie obok.- Cavanagh poczuła, jak jej oddech na moment się wyrównuje. Nie dlatego, że bieg stał się łatwiejszy. Raczej dlatego, że wypowiedzenie tych słów przyniosło jej coś w rodzaju ulgi.. drobnej, ale prawdziwej. – Żeby choć przez chwilę nie czuć się tak cholernie samotnie w tym wszystkim.-
dorzuciła a jej głos nie był dramatyczny. Nie był też słaby. Był szczery, a szczerość, jak wiedziała, potrafiła być bardziej wyczerpująca niż sam bieg. Aoife spojrzała przed siebie, na ścieżkę wijącą się między drzewami. Przez moment miała wrażenie, że powietrze stało się odrobinę lżejsze. Nie dlatego, że miasto przestało ją przytłaczać. Raczej dlatego, że obok niej biegła osoba, która rozumiała ciężar, jaki niosła.
I to wystarczyło, żeby na kilka sekund jej myśli ucichły.

Beatriz Gonzalez
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Aoife Cavanagh


Przy stawie powietrze miało w sobie więcej wilgoci niż dalej od wody, osiadało na rozgrzanej skórze i przyjemnie kontrastowało z ciepłem pojawiającym się pod kurtką wraz z kolejnymi minutami biegu. Nocny deszcz pozostawił po sobie ciemniejsze połacie ziemi, błyszczące liście i kałuże rozrzucone nieregularnie wzdłuż ścieżki. Nad taflą stawu unosiła się ledwie widoczna mgiełka, a szare światło poranka przeciskało się pomiędzy gałęziami, jeszcze zbyt słabe, by nadać wszystkiemu wyraźne kolory. Betty lubiła tę porę. Świat nie zdążył się jeszcze rozpędzić, ludzie nie pojawiali się masowo, telefony nie zaczynały dzwonić, a dzień przez kilka pierwszych minut udawał, że niczego od niej nie chce.
Tylko że nawet tutaj nie potrafiła zostawić własnej głowy w spokoju.
Coś, co jeszcze niedawno miało jasno wyznaczone granice, zaczynało zajmować zbyt wiele przestrzeni. Potem pojawiał się Daniel, wraz z całą niewygodną plątaniną wspomnień, pytań i rzeczy, których nadal nie potrafiła zamknąć w jednym, konkretnym miejscu. A pod tym wszystkim czaiło się jeszcze coś gorszego – przyszłość. To, co miało nastąpić później, kiedy bieżące problemy w końcu przestaną zasłaniać wszystko inne. Betty umiała radzić sobie z kryzysem. Znacznie gorzej radziła sobie z życiem, którego nie dało się rozłożyć na zadania i odhaczyć po kolei.
Dlatego bieg miał zmęczyć ciało na tyle, żeby głowa wreszcie się poddała. Przestała produkować kolejne warianty wydarzeń, analizować rozmowy i wracać do tych samych szczegółów. Nie pomogło. Nogi pracowały coraz sprawniej, oddech układał się w równy rytm, a myśli i tak biegły obok niej, może nawet szybciej. Betty miała czasem wrażenie, że organizm doskonale rozumie, czego od niego chce, tylko umysł uparcie prowadzi własną zmianę.
Słuchała Aoife, kiedy ta opowiadała o śnie. Nie przerywała jej, jedynie co jakiś czas zerkała w bok, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Mężczyzna stojący tyłem. Różne miejsca. Ta sama sylwetka. Betty próbowała wyobrazić sobie ten obraz, ale nie robiła tego zbyt długo. Nie chciała budować cudzej historii w swojej głowie, zwłaszcza że już własna była wystarczająco skomplikowana.
Tak, w różnych sceneriach. Miejsce się zmienia, ale on zawsze stoi tak samo. Jakby był jedyną stałą rzeczą w tym wszystkim.
Betty przez moment milczała, przetwarzając nie tyle samą treść, co ten jeden szczegół: jedyną stałą rzeczą. Brzmiało znajomo w sposób, którego nie chciała przyznawać nawet przed sobą. Ostatnio sama miała wrażenie, że wszystko wokół niej zmienia położenie. Ludzie, plany, obowiązki, relacje, decyzje. Tylko niektóre problemy pozostawały uparcie na swoim miejscu, niezależnie od tego, jak bardzo próbowała je przesunąć.
– Może dlatego wraca – odezwała się w końcu Betty, nie odrywając wzroku od ścieżki. – Nie dlatego, że jest najważniejszy, tylko dlatego, że jest jedyną rzeczą, której nie udało się zmienić.
Nie wiedziała nawet, czy mówiła o śnie Aoife, czy o czymś zupełnie innym.
Kiedy kobieta ciągnęła dalej, Betty słuchała uważniej. To, że „wszystko naraz” zaczęło robić się intensywne, było jej aż nazbyt bliskie. Nie lubiła tego określenia, bo było nieprecyzyjne, a jednak właśnie takie rzeczy najtrudniej było opanować. Jeden problem można było rozpracować. Dwa również. Gorzej, kiedy kilka z nich zaczynało na siebie nachodzić i człowiek tracił pewność, który właściwie powinien rozwiązać pierwszy. Betty znała to uczucie zbyt dobrze. Miała w sobie ten irytujący odruch, żeby nawet własne emocje próbować traktować jak kolejną sprawę do załatwienia. Nazwać, sklasyfikować, znaleźć przyczynę i rozwiązanie. Tyle że od kilku dni żadna z tych metod nie działała.
– To chyba najbardziej stresujące – powiedziała po chwili. – Kiedy nie ma jednej rzeczy, która cię rozwala, tylko pięć mniejszych, które postanowiły się skumulować w jednym czasie.
Słowa Aoife o tym, że może sen nie dotyczyć mężczyzny, tylko czegoś stojącego przed nią, czego nie potrafi nazwać, sprawiły, że Betty na kilka sekund mocniej zacisnęła dłonie. Sama nie wiedziała dlaczego. Może dlatego, że ten sposób myślenia wydawał jej się zbyt trafny. Nie lubiła nieokreślonych zagrożeń. Wolała rzeczy, które miały nazwę, twarz i konkretny adres. Łatwiej było wiedzieć, przed czym się bronić. Znacznie gorzej, kiedy człowiek czuł, że coś nadchodzi, ale nie potrafił jeszcze wskazać, z której strony.
Odpowiedź nie przychodziła. Było za wcześnie. I może właśnie dlatego sen nie dawał jej spokoju. Nie przez znaczenie, ale przez uczucie, które zostawiał. To nie był strach w najprostszym sensie. Bardziej napięcie związane z oczekiwaniem. Jakby cały obraz sprowadzał się do jednego pytania: co jest dalej? A Betty, od kilku dni niewyspana i zmęczona ciągłym przewidywaniem konsekwencji, zaczynała mieć serdecznie dość pytań, na które nie można było odpowiedzieć.
Kolejne słowa Aoife sprawiły, że Betty odruchowo spojrzała na nią, kiedy ta wspomniała o jej niewyspaniu. Wiedziała, że musi wyglądać gorzej, niż sądziła. To, co jeszcze kilka dni temu dało się ukryć pod makijażem i przyzwoitym poziomem energii, teraz coraz trudniej było zamaskować. Sen był jednym z tych elementów życia, nad którymi człowiek zwykle nie zastanawia się, dopóki go nie zabraknie. Dopiero wtedy okazywało się, jak wiele rzeczy opierało się na czymś tak banalnym jak kilka spokojnych godzin w ciemności.
Betty prychnęła lekko.
– Widać aż tak? – rzuciła półżartem, choć znała odpowiedź. Nie czekała zresztą, aż ją usłyszy. Sama wiedziała, że wygląda na zmęczoną.
Kiedy Aoife opowiedziała o kobiecie próbującej utrzymać się na powierzchni, Betty poczuła ukłucie irytacji, ale nie na nią. Bardziej na samą siebie. Nie lubiła, kiedy ktoś trafiał w coś, co sama próbowała odsunąć. Przez większość życia nauczyła się funkcjonować pomimo wszystkiego. Jeśli bolało – robiła swoje. Jeśli była zła – robiła swoje. Jeśli coś ją przerażało – tym bardziej robiła swoje. Działanie było łatwiejsze od przyznania, że czasami zwyczajnie nie wie, co zrobić.
Tyle że obecnie nawet działanie zaczynało przypominać bieganie w miejscu. A właśnie wtedy najbardziej potrzebowała przestać.
Słuchała dalej, aż do słów o ciężarkach przywiązanych do kostek i o tym, że mimo wszystko nie zamierza się poddać. Betty przez kilka sekund patrzyła przed siebie, pozwalając, by oddech i rytm kroków wyrównały to, co poruszyło się gdzieś głębiej. Nie lubiła wielkich deklaracji. Zwłaszcza dotyczących jej samej. Nie uważała się za kogoś niezwyciężonego i nigdy nie miała zamiaru udawać, że nic nie jest w stanie jej złamać. Po prostu nie wiedziała, co jeszcze mogłaby zrobić poza dalszym ruchem.
– Nie poddaję się. Staram się przynajmniej… – odezwała się cicho. – Po prostu nie mam pojęcia, co zrobić z rzeczami, które zostają, kiedy człowiek przestaje biec.
Zdanie zawisło pomiędzy nimi, a Betty niemal natychmiast pożałowała, że powiedziała je na głos. Z drugiej strony może właśnie dlatego je wypowiedziała, że od kilku dni wszystkie takie myśli pozostawały zamknięte w jej głowie.
Kiedy Aoife zasugerowała, że ich ścieżki mogły przeciąć się właśnie po to, by przez chwilę nie biec samotnie, Betty nie odpowiedziała od razu. Spojrzała przed siebie, na ścieżkę wijącą się dalej wzdłuż wody. Poranne światło zaczynało powoli nabierać wyrazistości, gdzieś wyżej ptaki zaczynały być głośniejsze, a pojedyncze osoby pojawiały się na trasie. Zwyczajny początek dnia. Wszystko wracało do swojego rytmu.
A jednak Betty przez chwilę miała wrażenie, że znalazła się poza nim. Aoife była jej obca. Wciąż. I może właśnie to sprawiało, że łatwiej było biec obok niej niż obok kogoś, kto znał jej historię, wiedział, gdzie dokładnie postawić pytanie i których tematów lepiej nie dotykać. Obca osoba nie miała wobec niej gotowych oczekiwań. Nie musiała być dla niej policjantką, partnerką, córką, siostrą, kimkolwiek jeszcze. Nie musiała niczego reprezentować.
– Chyba dawno nie miałam zwyczajnie kogoś obok tak wiesz… – urwała, zerkając na Aoife. – … bez żadnego powodu. Bez sprawy do załatwienia. – I choć może zabrzmiało to dziwniej, niż chciała, zabrzmiało prawdziwie.
33 y/o
For good luck!
167 cm
pani adwokat w Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
My name is Aoife [ee-fa] which means beauty or radiant in Irish Gaelic.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os
czas narracji-
postać
autor

Aoife przez chwilę nic nie powiedziała, słowa Betty rozpłynęły się pomiędzy nimi i zostały gdzieś w wilgotnym porannym powietrzu, mieszając się z oddechami oraz jednostajnym rytmem kroków. Ścieżka ciągnęła się wzdłuż stawu, a tafla wody poruszała się ledwie zauważalnie pod wpływem słabego wiatru. Wszystko wokół wydawało się spokojne. Niemal absurdalnie spokojne. Czy nie było właśnie tak, że świat najbardziej przypominał o swojej normalności wtedy, gdy człowiekowi najbardziej jej brakowało?
Aoife spuściła wzrok na mokry asfalt. W kałużach odbijały się gałęzie i jaśniejące niebo. Jeszcze kilka godzin wcześniej siedziała sama we własnej kuchni, próbując znaleźć sens w śnie, który nie dawał jej spokoju. Teraz biegła obok kobiety, której właściwie nie znała, a mimo to odnosiła dziwne wrażenie, że rozumie ją lepiej niż niektórych ludzi obecnych w jej życiu od lat. Może dlatego, że zmęczenie było uniwersalnym językiem. - Może masz rację.- Jej głos zabrzmiał ciszej niż wcześniej. -Może wraca właśnie dlatego, że jest jedyną rzeczą, której nie udało się zmienić..- dodała by po chwili znowu zamilknąć i przez chwilę obserwowała ścieżkę przed sobą.
Ile było w życiu takich rzeczy? Takich, które trwały niewzruszenie, podczas gdy wszystko inne przesuwało się i zmieniało? Ile razy człowiek próbował odsunąć od siebie jakiś problem, jakieś wspomnienie albo uczucie, tylko po to, żeby po miesiącach odkryć je dokładnie tam, gdzie zostawił?
- Chyba najbardziej irytują mnie właśnie takie rzeczy.- uśmiechnęła się blado do Betty. - Te, które cierpliwie czekają. Nie robią hałasu. Nie domagają się uwagi. Po prostu są. Aż któregoś dnia człowiek orientuje się, że przez cały czas zajmowały pół jego głowy.
- wydusiła z siebie z przyspieszonym oddechem, pokonując niewielkie wzniesienie.
- Dlatego rozumiem, co mówisz o tych pięciu problemach, jeden przeciwnik byłby prosty. Wiesz, gdzie stoi. Wiesz, w którą stronę się obrócić. Możesz przynajmniej spróbować zrobić cokolwiek. Ale kilka rzeczy naraz? To już nie walka. To bardziej takie poczucie, że coś cię powoli zasypuje. Nie na tyle, żebyś przestała funkcjonować, tylko na tyle, żeby codziennie było odrobinę trudniej oddychać.- pokręciła głową robiąc głęboki wyddech. Gdzieś wysoko nad nimi odezwał się ptak. Na drugim brzegu stawu starszy mężczyzna rozkładał składane krzesło wędkarskie. Zwyczajne rzeczy. Świat nie zatrzymywał się razem z człowiekiem., a biegł cały czas we własnym nienaruszonym tempem.
- A najgorsze jest to, że większość czasu wyglądasz normalnie. Idziesz do pracy. Rozmawiasz z ludźmi. Żartujesz nawet czasem, a potem wracasz do domu i okazuje się, że przez cały dzień tylko udawałaś, że wszystko jest pod kontrolą. - Mówiąc to, bardziej myślała o sobie, niż chciała przyznać.
Kiedy Betty zapytała, czy aż tak widać jej zmęczenie, Aoife zaśmiała się cicho. - Troszeczkę -po chwili dodała: - Ale to nie przez cienie pod oczami! - dorzuciła po czym przesunęła wzrokiem po sylwetce kobiety biegnącej obok.
- Bardziej przez sposób, w jaki biegniesz...Jakbyś próbowała zostawić coś za sobą.- powiedziała drugie zdanie trochę ciszej i przez dłuższy moment szukała odpowiednich słów. - Tylko że to coś biegnie razem z tobą...- To akurat znała aż za dobrze. I czy nie była to najbardziej frustrująca rzecz na świecie? Odkrycie, że przed własną głową nie da się uciec, choćby człowiek przebiegł pół miasta?
Przez kilka sekund słyszała jedynie ich oddechy gdy padły słowa Betty o rzeczach, które zostają, kiedy człowiek przestaje biec. Aoife odruchowo opuściła wzrok. Bo prawda była taka, że to zdanie trafiło znacznie głębiej, niż chciała pokazać.
-Myślę, że właśnie dlatego ludzie ciągle czymś się zajmują. Pracą, sportem...innymi ludźmi. -Jej głos złagodniał.


Beatriz Gonzalez
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Aoife Cavanagh


Toronto o poranku wyglądało zupełnie inaczej niż w ciągu dnia. Ospałe miasto dopiero co zaczynało się wybudzać, chociaż nawet wtedy trudno było nazwać je cichym i spokojnym. Gdzieś w oddali przejeżdżał kolejny autobus, na większych ulicach samochody przecinały jeszcze niemal puste skrzyżowania, a pomiędzy drzewami dało się czasem usłyszeć charakterystyczny szum miasta, który nigdy tak naprawdę nie znikał. Zawsze gdzieś tam był. Nawet kiedy człowiek próbował go zagłuszyć własnymi myślami, muzyką w słuchawkach czy zwykłym zmęczeniem. Miasto nie zasypiało na tyle, żeby naprawdę zamilknąć. Po prostu na kilka godzin mówiło ciszej.
Park był jednak od niego trochę odcięty. Wilgotna po nocnym chłodzie ścieżka uginała się lekko pod kolejnymi krokami, a powietrze pachniało mokrą ziemią, trawą i liśćmi. Wczesna jesień zostawiała już po sobie pierwsze oznaki – część drzew zaczynała przybierać żółte i rude odcienie, chociaż większość zieleni nadal pozostawała na swoim miejscu. Gdzieniegdzie na ścieżce leżały pojedyncze liście, przyklejone do wilgotnej nawierzchni, a chłód poranka przyjemnie osiadał na skórze. Betty biegła równym tempem, dopasowując oddech do kroków i co jakiś czas spoglądając przed siebie, żeby nie wpaść na któregoś z nielicznych spacerowiczów, którzy zdecydowali się rozpocząć dzień równie wcześnie. Przez chwilę mogło się wydawać, że to miejsce nie ma nic wspólnego z resztą Toronto. Że za drzewami nie ma bloków, biurowców, radiowozów, mieszkań, komisariatów i ludzi, którzy od kilku godzin próbują poukładać swoje własne problemy. Tylko drzewa, ścieżka i chłodne powietrze. Tyle że Betty wiedziała już, że od problemów nie ucieka się nawet wtedy, kiedy człowiek biegnie.
Nie potrzebowała szczególnie szybkiego tempa, a bieg nie miał być treningiem, podczas którego liczyło się każde pięć sekund bliżej życiówki. Bardziej chodziło o to, żeby ruszyć się z miejsca i przez kilkadziesiąt minut nie myśleć o problemach, Danielu i pracy. Nie zawsze jej się to udawało. Właściwie ostatnio nie udawało jej się prawie wcale. Samo bieganie przynajmniej dawało jej zajęcie dla tej części głowy, która zazwyczaj uparcie wracała do rzeczy, na które nie miała wpływu. Aoife biegła obok niej, a Betty z czasem przestała zwracać uwagę na to, czy trzymają dokładnie takie samo tempo. Raz przyspieszała odrobinę, raz zwalniała, pozwalając, żeby rytm sam się wyrównał. Czuła napięcie mięśni nóg i coraz szybszy oddech, przyjemne zmęczenie pojawiające się powoli w ciele. W takich chwilach łatwiej było jej uporządkować myśli. Nie dlatego, że nagle znajdowała rozwiązania wszystkich problemów. Po prostu ruch wymuszał skupienie na tym, co było tu i teraz. Kolejny krok. Kolejny oddech. Zakręt ścieżki. Drzewo, które trzeba ominąć. To było prostsze niż leżenie w łóżku w głuchej ciszy i pozwalanie, żeby myśli same wybierały sobie temat, zazwyczaj ten sam.
D a n i e l .
Nawet tutaj, między drzewami, przy zimnym powietrzu i pierwszym świetle poranka, jego imię potrafiło wrócić do niej z irytującą łatwością. Nie musiała go przywoływać. Nie musiała niczego analizować. Wystarczyła chwila ciszy, żeby pojawiło się to samo pytanie, które od pewnego czasu wracało do niej jak bumerang. Gdzie on był. Co robił. Z kim był. Czy w ogóle zdawał sobie sprawę, co zostawił za sobą. A przede wszystkim, dlaczego znowu to ona musiała sprzątać po czymś, czego nie zrobiła. Nie znała odpowiedzi na żadne z tych pytań, a brak odpowiedzi był chyba gorszy od każdej złej wiadomości. Człowiek przynajmniej wiedział wtedy, na czym stoi. Tutaj pozostawało tylko czekanie, domysły i świadomość, że jedna decyzja kogoś, kto nawet nie był obok, mogła wywrócić do góry nogami kilka cudzych żyć.
Lubiła takie miejsca. Zawsze bardziej niż beton, szkło i wysokie budynki. Toronto było piękne na swój sposób, co Gonzalez potrafiła docenić, ale nigdy nie potrafiła do końca zrozumieć, jak właściwie dawała radę mieszkać w mieście, które potrafiło człowieka przytłoczyć samą swoją wielkością. Wieżowce, ruchliwe ulice, światła, ludzie spieszący się wszędzie i o każdej porze, dźwięki dochodzące z każdej strony. Wszystko było tu większe, szybsze i głośniejsze, niż czasem miała na to ochotę. Toronto nie dawało wiele przestrzeni na zwykłe zatrzymanie się. Zawsze ktoś gdzieś jechał, ktoś biegł, ktoś się spieszył, ktoś coś załatwiał. Nawet ludzie siedzący przy kawie sprawiali wrażenie, jakby za kilka minut mieli już być gdzie indziej. Betty zdecydowanie lepiej czuła się tam, gdzie między jednym człowiekiem a drugim było trochę więcej przestrzeni, gdzie zamiast kolejnego budynku można było zobaczyć drzewa, a zamiast klaksonów usłyszeć wiatr poruszający liśćmi. Zieleń zawsze działała na nią lepiej niż miasto. Może dlatego tak dobrze biegało jej się właśnie tutaj. Park dawał jej przynajmniej namiastkę tego, czego brakowało jej na co dzień. Kilka hektarów drzew, ścieżek i mokrej od rosy trawy potrafiło czasem zrobić więcej niż pół dnia spędzonego na próbie przekonania samej siebie, że wszystko jest w porządku.
Bo świat, do którego miała wrócić po tym biegu, nie był już tak łatwy do odcięcia.
Przebiegły kawałek dalej, mijając ławkę, na której pozostał papierowy, zgnieciony kubek pozostawiony przez kogoś, kto musiał być tu wcześniej. Beatriz zerknęła na niego przelotnie, po czym ponownie skupiła wzrok na ścieżce. Zaczynała już czuć pot na karku, włosy wymykały się spod związania, a policzki przyjemnie się rozgrzały. Było coś prostego i uczciwego w zmęczeniu po bieganiu. Ciało mówiło dokładnie tyle, ile miało powiedzieć. Bolało, kiedy miało boleć. Męczyło się, kiedy miało się męczyć. Nie było w tym miejsca na zastanawianie się, czy coś sobie wyobraziła, czy przesadza, czy może powinna była zachować się inaczej. Kiedy nogi zaczynały ciężko pracować, po prostu zaczynały ciężko pracować. Kiedy brakowało oddechu, trzeba było zwolnić. Betty lubiła tę prostotę, szczególnie teraz, kiedy tak wiele rzeczy w jej życiu przestało takie być.
Bo z Danielem nic nie było proste. Jego zniknięcie nie było już tylko prywatnym problemem. Coraz wyraźniej stawało się czymś, co mogło mieć konsekwencje również dla niej. Betty znała procedury. Wiedziała, jak wygląda praca policji, kiedy przestaje chodzić o zwykłe podejrzenia, a zaczyna się szukanie odpowiedzialności. Wiedziała też, że przynależność do służby nie chroni człowieka przed konsekwencjami cudzych działań. Czasem wręcz przeciwnie. Mundur sprawiał, że każde potknięcie było widoczne bardziej. Wystarczyło kilka złych decyzji, niewłaściwy człowiek, zbyt dużo zależności i nagle wszystko, na co pracowało się latami, mogło zostać postawione pod znakiem zapytania. Zawieszenie. Dochodzenie. Utrata zaufania. W najgorszym przypadku utrata pracy. I może właśnie to bolało ją najbardziej, bo nie chodziło już tylko o strach przed tym, co Daniel zrobił. Chodziło o świadomość, że jeśli sprawy przyjmą naprawdę zły obrót, to ona również może zapłacić za jego decyzje.
A przecież tak niewiele miała wspólnego z tym, co zrobił. Niewiele. To jednak nie zawsze wystarczało. Niektóre rzeczy w świecie dorosłych nie działały według zasady niewinny albo winny. Czasami liczyło się tylko to, przy kim stałeś, komu ufałeś, co powinieneś był wiedzieć i czego rzekomo nie mogłeś nie zauważyć. Prawda rzadko przychodziła pierwsza. Zwykle najpierw pojawiały się pytania, podejrzenia, dokumenty, rozmowy prowadzone za zamkniętymi drzwiami i ludzie, którzy zaczynali patrzeć odrobinę dłużej niż wcześniej. Betty miała świadomość, że jeśli Daniel postanowił zniknąć, to nie zniknęły razem z nim wszystkie konsekwencje. Wręcz przeciwnie. Zostawił je tutaj. Na ulicach Toronto. W pracy. W aktach. I gdzieś obok niej.
Podobno sny miały odzwierciedlać to, o czym człowiek myślał. To, czego się bał, czego pragnął albo czego świadomie próbował nie dopuszczać do siebie w ciągu dnia. Betty nigdy nie była szczególną zwolenniczką doszukiwania się w nich drugiego dna. Sen pozostawał snem. Kilkoma przypadkowymi obrazami, które rano znikały szybciej, niż człowiek zdążył je dobrze zapamiętać. Mózg robił sobie własny bałagan, łączył twarze, miejsca i sytuacje, które nie powinny mieć ze sobą nic wspólnego. A jednak ostatnio zaczęła zwracać na nie większą uwagę, choć nie chciała. Może dlatego, że na jawie cały czas próbowała trzymać wszystko pod kontrolą, a nocą ta kontrola znikała. To właśnie wtedy wracały rzeczy, od których przez cały dzień skutecznie uciekała.
Daniel. Praca. Strach przed tym, co będzie dalej.
– Najgorsze w snach jest to, że nie można nimi sterować – odezwała się w końcu, nadal patrząc przed siebie. – Możesz przez cały dzień pilnować, o czym myślisz, a potem zasypiasz i nagle twój własny mózg robi, co chce.
Biegła jeszcze przez kilka chwil w milczeniu, słysząc przede wszystkim własny oddech i rytmiczne uderzenia butów o nawierzchnię. Nie trzeba było wielkiej wyobraźni, żeby połączyć niektóre rzeczy. Wiedziała, że ostatnio zachowywała się inaczej. Była bardziej zmęczona. Mniej obecna. Czasami łapała się na tym, że ktoś mówił do niej przez kilka sekund, zanim naprawdę zaczynała słuchać. Nie lubiła, kiedy ktoś to zauważał. Nie dlatego, że uważała się za szczególnie skomplikowaną. Po prostu nie była przyzwyczajona do tego, żeby pozwalać innym oglądać własne pęknięcia.
Aoife coś wyłapała, na co Betty uśmiechnęła się tylko krzywo.
– To tylko trochę problemów w pracy – powiedziała po chwili, jakby sprawa rzeczywiście była tak prosta, jak chciała ją przedstawić. – Nic wielkiego. Spokojnie. Wymyślę coś.
Brzmiało wystarczająco lekko. Prawie wiarygodnie. Tak, jak powinno brzmieć coś, co nie jest warte większej uwagi. Nie dodała, że sama jeszcze nie wiedziała, co dokładnie ma wymyślić. Nie dodała, że od kilku dni coraz częściej zastanawiała się, czy będzie miała dokąd wracać, jeśli wszystko naprawdę pójdzie źle. Nie dodała, że myśl o utracie pracy była czymś znacznie bardziej konkretnym niż zwykłym zawodowym problemem. To nie był tylko etat. To były lata pracy, nauki, treningów, godzin spędzonych na robieniu rzeczy, których większość ludzi nigdy nie chciałaby robić. Była przekonana, że kiedy już człowiek założy mundur, najtrudniejsze jest dostanie się do środka. Z czasem zaczynał rozumieć, że równie trudne może być pozostanie w nim wtedy, kiedy życie postanowi sprawdzić, ile naprawdę jesteś w stanie wytrzymać.
Przed nimi ścieżka zakręcała lekko pomiędzy drzewami. Słońce zaczynało przebijać się przez korony, rozlewając jasne plamy na wilgotnej ziemi. Światło było jeszcze miękkie, ale Betty wiedziała, że za kilka godzin wszystko będzie wyglądało zupełnie inaczej. Ciepło podkręcone przez beton. Tłumy ludzi. Samochody. Syreny. Głosy. Zwykły dzień. Zwykłe problemy, które tylko z daleka wyglądały na mniejsze. Miasto było szare w sposób, którego nie dało się naprawić kilkoma drzewami. Ładne tylko wtedy, kiedy patrzyło się na nie z odpowiedniej odległości i przy odpowiednim świetle. Na co dzień było po prostu miejscem, w którym ludzie robili głupie rzeczy, podejmowali złe decyzje, uciekali, kłamali, tracili pracę, tracili ludzi, a następnego dnia i tak musieli wstać i iść dalej.
Toronto nie było bajką. Żadne miasto nią nie było. Betty spojrzała przed siebie, poprawiając odruchowo tempo. Nie miała rozwiązania dla Daniela. Nie wiedziała, gdzie był ani co zrobi dalej. Nie wiedziała też, jak zakończy się sprawa, która coraz wyraźniej zaczynała dotyczyć również jej. Mogła tylko robić to, co umiała najlepiej. Zbierać informacje. Myśleć kilka kroków naprzód. Nie panikować, dopóki naprawdę nie było ku temu powodu.
– Spokojnie – powtórzyła ciszej, bardziej do siebie niż do Aoife. – Coś wymyślę.
I tym razem sama chciała w to uwierzyć. Potem znów skupiła się na biegu. Kolejny krok. Kolejny oddech. Jeszcze kilka minut, zanim trzeba będzie wrócić do miasta na dobre. Do spraw, których nie dało się zostawić za drzewami. Do Daniela, którego nie było. Do pracy, która nadal była jej, choć coraz wyraźniej czuła, że nie może zakładać, iż tak pozostanie. I do całej reszty życia, które nie miało zamiaru zatrzymać się tylko dlatego, że jeden jego fragment właśnie zaczął się rozpadać.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Riverdale Park”