ODPOWIEDZ
31 y/o
For good luck!
184 cm
Rezydent kardiochirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Oh honey, I am your saviour
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zatłoczony bankiet pełen snobów, biznesmenów i artystów zdecydowanie nie należał do ulubionych sposobów Rohana na spędzanie wolnego wieczora. Nie znosił takich zbiegowisk ludzkich i wszystkiego co się z tym wiązało - głośnych rozmów prowadzonych dla pozoru, fałszywych komplementów, sztucznej uprzejmości unoszącej się w powietrzu równie wyraźnie jak zapach drogich, duszących perfum. Jeszcze bardziej niż takich spędów towarzyskich, Kim nie trawił żebractwa - a właśnie w ten sposób można było określić fakt, że cały ten bankiet miał na celu głównie nakłonienie najbogatszych gości do otworzenia swoich portfeli i obdarowania szczodrą darowizną jedną ze szkół baletowych w Toronto.
Mimo to tego wieczoru stał wśród wystrojonych gości, leniwie kręcąc trzymanym w rękach kieliszkiem szampana. Kiedy parę dni temu wśród jego poczty znalazło się zaproszenie na to przyjęcie, zamierzał z miejsca wyrzucić je do kosza. Coś go jednak powstrzymało - na tyle długo by potrzymał zdobna kartkę z zaproszeniem tych kilka chwil dłużej. Być może uznał, że powinien skorzystać z okazji, aby jednak nie zdziczeć doszczętnie - ostatnimi czasy wychodził właściwie tylko do pracy - tej legalnej i tej mniej. Zarówno jego matka, jak i ojciec, srogo by go potępili za takie odcięcie się od śmietanki towarzyskiej Toronto - bo chociaż nie trawił ich towarzystwa, dobrze było mieć przyjaciół wśród wpływowych ludzi. On sam chciał za takowego uchodzić. Nie miał więc wyjścia - wypadało mu zjawić się tam, wtopić w tłum, pokazać publicznie, opowiedzieć kilka żartów. Może w ostateczności nawet wpłacić trochę na tę pożal się boże szkołę. Nie posiadał się wprost ze szczęścia.
Jeszcze tego samego wieczora potwierdził więc organizatorom swoją obecność.
Szykując się do wyjścia, Rohan rozważał kogo właściwie będzie miał okazję zobaczyć na tym zbiegowisku. Na myśl przyszło mu kilka nazwisk, ale to należące do Eleny dotarło do niego z pewnym opóźnieniem. Ciekaw był, czy kobieta w ogóle zdecyduje się pokazać - od czasu zszycia jej ręki minęło już trochę czasu, jednak nie wystarczająco, aby mogła paradować z odsłoniętymi przedramionami bez zbędnego przyciągania uwagi. Rohan sam siebie przyłapał na myśli, że chciałby się spotkać z Santorini - ale szybko znalazł wyjaśnienie tego niedorzecznego pragnienia. Po prostu chciał sprawdzić jak goi się jej ręka. Jeśli kobieta nie spieprzyła sprawy, jej skaleczenie powinno się ładnie i bez żadnych komplikacji goić, ale stuprocentową pewność zyska dopiero, kiedy osobiście sprawdzi stan jej ręki.
Na miejsce dotarł z minimalnym, zaplanowanym spóźnieniem. Wkroczył na pięknie przystrojoną salę akurat w momencie, gdy dyrektor szkoły kończył dziękować za przybycie wszystkim zebranym i zabierał się za przedstawienie nowej, wschodzącej gwiazdy ich placówki. Czyli Rohan nie dał rady uniknąć całej nudnej paplaniny, ale przynajmniej jej części. Chociaż tyle. Złapał wolny kieliszek szampana z jednego ze stołów. Może przy odrobinie alkoholu da radę przetrwać ten wieczór w miarę bezboleśnie.

Elena Santorini
Solhy
Posty z AI
27 y/o
DEATH IN BLOOM
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
crimson teardrops falling like rain on the shore, decimated all of my dreams I used to adore
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Santorini ż y ł a dla wieczorów takich jak ten.
Dla pięknie wystrojonych gości i drogiego szampana lejącego się strumieniami. Dla tej charakterystycznej atmosfery, którą tworzyli wokół siebie ludzie z pieniędzmi, do której ona tak przywykła, a którą Toronto próbowało z niej wyplenić.
Do sięgania po nielimitowane przystawki i wysłuchiwania obietnic, nawet jeśli większość z nich miała się nie spełnić. Do tego uczucia m o ż l i w o ś c i, podniosłego klimatu obecnego tylko i wyłącznie w miejscach takich jak to, na wydarzeniach takich jak to.
Nie mówiąc, oczywiście, że tego typu wydarzenie było potrzebne. Przynajmniej tutaj, w Toronto.
W Mediolanie przyjęcia tego rodzaju nie miały na celu zdobywania finansów, choć takie były na papierze. Jej ojciec, jak i wszyscy jego współpracownicy należeli do obszernej grupy hojnych darczyńców, dzięki którym balet mógł żyć w jej rodzinnym mieście niemalże w pewnego rodzaju przepychu. W restauracjach, na balach, pod gołym niebem, wszystkie te wydarzenia były tylko wymówką do wspólnych spotkań, do zobaczenia się na neutralnym gruncie a także - w przypadku jej ojca - do załatwiania własnych interesów.
Na swój sposób było to dla niej upadlające - to, że tutaj faktycznie m u s i a ł a uśmiechać się do starszych, zamożnych mężczyzn by zechcieli podzielić się skrawkami swojej fortuny na rzecz sztuki. Rzecz jasna, robiłaby to tak czy inaczej, ale sama myśl, że m u s i a ł a to robić tym razem, skutecznie ją od tego odstręczała.
Może to przez Caspiana.
Zwykle dostrzegała w tych przyjęciach okazję na znalezienie dla siebie towarzystwa na wieczór. Pośród tych krępych, brzydkich i starych znajdywała młodego lekarza lub zapalonego inwestora, który przywitałby ją kwadratową szczęką i idealnie równym rzędem białych zębów. Widziała w nich innego rodzaju okazję niż zwykłe zbieranie pieniędzy na balet - teraz zaś odliczała w myślach, gdy wreszcie będzie mogła się stąd wymknąć, co było bardzo do niej niepodobne.
Nigdy nie spodziewałaby się, że wśród znajomych twarzy znajdzie tutaj twarz należącą do Rohana Kima.
Zabliźniona rana na jej ramieniu zaswędziała ją pod materiałem długiego, przeźroczystego materiału, z którego stworzone były rękawy jej sukni. Wspomnienie niefortunnej nocy wróciło do niej ze zdwojoną mocą - już gdy udało jej się n i e m a l zapomnieć o tym, że została oszpecona. Rzecz jasna, nie przez Rohana, Rohan wyłącznie ratował ją z beznadziejnej sytuacji - skłamałaby mówiąc, że nie czuła lekkich wyrzutów sumienia na myśl o tym, jak go potraktowała.
Z kieliszkiem szampana w dłoni skierowała się w jego stronę, nie do końca świadoma czy robiła to z ciekawości, czy też z potrzeby nadrobienia tego, w jaki sposób rozstali się ostatnim razem. Strategicznie obrała swoją trasę by zajść go z boku, na wszelki wypadek, gdyby na jej widok zamierzał odwrócić się i ruszyć w innym kierunku - bo takiego rodzaju kompromitacji by nie zniosła.
- Nie sądziłam, że cię tutaj kiedykolwiek zobaczę - przywitała się z uśmiechem i, nim zdążyła powstrzymać to, co ślina jej język przyniosła, dodała: - Myślałam, że jesteś taki normalnie bogaty, a nie taki wspieram sztukę bo mogę sobie na to pozwolić bogaty.

Rohan Kim
31 y/o
For good luck!
184 cm
Rezydent kardiochirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Oh honey, I am your saviour
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jako że nie należał do najpopularniejszych wśród bogatej śmietanki towarzyskiej, która się tu zebrała, raczej nikt nie zaczepiał go do rozmowy. Nie mógł ich winić, mało kto z zebranych tutaj korzystał z publicznej służby zdrowia, aby Rohan miał okazję uratować im kiedyś życie. Raczej niewielu interesowało się też medycyną na tyle by znać jego osiągnięcia. Wybrana garstka natomiast była świadoma tego, jaka była jego pozycja w bardziej szemranych kręgach - co także było powodem, aby trzymać się od niego z daleka. Ci akurat znali jego szorstką naturę oraz generalny brak cierpliwości i tolerancji dla nonsensu, więc raczej unikali go jak ognia. Miało to swoje dobre i złe strony, Kim jednak zdecydowanie wolał skupiać się na pozytywach.
Pozostawiony w spokoju, Kim mógł obserwować niemal całą salę. Niczym jastrząb wodził wzrokiem po pomieszczeniu, zapamiętując twarze i osoby, prowadzone konwersacje i wymieniane uśmiechy. Gdyby bardzo mu zależało, uniknąłby spotkania z nią. Spodziewał się, że Santorini raczej każe mu na siebie czekać, pewnym zaskoczeniem było więc zobaczenie jej tak szybko. Przez chwilę zastanowił się jak wielką rolę odgrywała w całym tym cyrku? Czy to nie ją dyrektor powinien wychwalać na scenie, jako ich największą gwiazdę? I czy faktycznie chciało mu się dziś wesprzeć sztukę swoim skromnym datkiem?
- A ja myślałem że będziesz unikać tak wystawnych przyjęć, gdzie ludzie mogą przypadkiem zobaczyć, jak zostałaś oszpecona - odparł bez zawahania, lustrując kobietę i upijając łyk szampana. Jego wzrok zatrzymał się oczywiście na moment na jej przedramieniu, sprytnie okrytym ozdobnym rękawem. Samo jej pojawienie się przed jego osobą już upewniło go w przekonaniu, że wszystko goiło się perfekcyjnie. - Nie informujesz mnie o swojej rekonwalescencji, więc przyszedłem zobaczyć ją na własne oczy. - zarzucił swoistą półprawdą. Przecież nie będzie jej opowiadać o tym, że uznał, iż "zdziczał" za bardzo i dlatego potrzebne było mu wyjście do ludzi. Niestety ostatni tego typu spęd w którym Rohan brał udział, nie skończył się zbyt pozytywnie, by rzec łagodnie. Bardzo lubił garnitur który miał tego dnia na sobie, a mimo to musiał go wyrzucić - za bardzo przesiąknął zapachem palonego ciała...
- Lubię operę, balet i teatr, jeśli nie zauważyłaś - dodał jeszcze znużonym tonem. To przecież w podobnych okolicznościach rozpoczęła się ich randka, która później niestety zakończyła się jedną, wielką awanturą. Gdyby od czasu do czasu nie wykazywał zainteresowania sztuką, nie byłby w ogóle zapraszany na takie spędy. - A ciebie poproszono tu pewnie, byś nakłaniała bogaczy takich jak ja do otarcia portfeli? - nieco poniżająca rola, jeśli miał być szczery.
Upił kolejny łyk szampana i już otwierał usta, chcąc powiedzieć coś więcej, kiedy jego uwagę przykuł ruch dostrzeżony kątem oka. Nic niespodziewanego na przyjęciu, gdzie były dziesiątki gości, a jednak osoba przemykająca pomiędzy zebranymi dziwnie nie pasowała do otaczającego ją tłumu. Kimowi nie pasowała ta zawziętość i determinacja, z jaką mężczyzna przemykał pomiędzy innymi. Nie wspominając już o tym, że jego ubranie także wyróżniało się na tle pozostałych - garnitur wyglądał tanio i był co najmniej dwa rozmiary za duży. Nikt poważny nie ubrałby się tak na galę charytatywną.
- Chodź, poprzekomarzamy się na temat datków kawałek dalej. A najlepiej na zewnątrz - uznał, ujmując Elenę pod zdrowe ramię i ciągnąc ją do wyjścia. Nie wiedział o co chodziło, ale nie przestało mu się tu podobać. Ale nie mógł jej też zostawić.

Elena Santorini
Solhy
Posty z AI
27 y/o
DEATH IN BLOOM
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
crimson teardrops falling like rain on the shore, decimated all of my dreams I used to adore
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdyby spojrzała na to przez pryzmat swoich towarzyskich doświadczeń, może dostrzegłaby te wszystkie powody, dla których Rohan nie był obecnie rozchwytywany na tej imprezie - ale jako, że miała już z nim styczność, uznała, że winę za to ponosiła jego czarująca osobowość.
A przynajmniej ten jej element, który nieustannie okazywał właśnie jej - a więc, na jej logikę, musiał to robić często, bo w niej przecież nie mogło być nic szczególnie irytującego. Reprezentowała ten przyjemny element śmietanki i wszyscy zawsze dobrze bawili się w jej towarzystwie.
- Oszpecona? - prychnęła, może nieco zbyt głośno bo wyczuła na sobie spojrzenie jakiegoś mężczyzny, który usłyszał jej słowa. - Czy wszyscy twoi pacjenci mogą szczycić się takim mianem?
I znów, jakaś cząstka jej racjonalności wiedziała, że w słowach mężczyzny chowała się ironia, że wcale nie uważał jej za szkaradną po tym, co się wydarzyło - ale ta przeważająca, nieracjonalna osobowość panny z dobrego domu zwyciężyła, a Santorini poprawiła swój rękaw kontrolnie upewniając się, że nie było widać blizny pod spodem.
- Nie sądziłam, że interesuje cię moja rekonwalescencja - przyznała zgodnie z prawdą, choć napięcie, które chwilę temu wkradło się na jej twarz zelżało lekko.
Po to, by znów wzmóc, gdy wspomniał o jej poniżającej roli. Rohan Kim był zaiste specyficznym człowiekiem. Pragnęła z nim rozmawiać i była mu wdzięczna za pomoc, której jej udzielił, a jednocześnie czasem, gdy otwierał usta, pragnęła zamknąć mu je chluśnięciem szampana z kieliszka, który trzymała.
- Jestem tu też by ładnie wyglądać - odgryzła się, jakby to nie była prawda, gdy w rzeczywistości trafił w sedno. Uniosła się na palce by okręcić wokół własnej osi, trzepocząc przy tym rzęsami w sposób bardzo upodabniający ją do tego, jak wyglądała na ich r a n d c e - nim ta skończyła się, jak skończyła. - Czy czujesz się nakłoniony?
Santorini nie dostrzegła żadnego mężczyzny.
Nigdy jej rolą nie było dbanie o takie rzeczy. Tutaj, w Toronto, w dodatku na przyjęciu związanym z jej sztuką, nie spodziewała się niczego poza dłońmi niektórych mężczyzn, zsuwającymi z jej talii na pośladek gdyby dała im na to szansę.
Dostrzegała za to spięcie, które nagle pojawiło się w sylwetce i ruchach Kima - szczególnie gdy sięgnął po jej ramię, nagle zainteresowany wyjściem na zewnątrz.
- Jesteś zbyt zestresowany, Rohanie - westchnęła, stawiając lekki opór gdy pociągnął ją w stronę wyjścia. Nie chciała wychodzić, a Elena Santorini rzadko kiedy robiła rzeczy, na jakie nie miała ochoty. - Czy to praca dla mojego kuzyna cię takim uczyniła? - dodała niemal śpiewnym tonem, który często pojawiał się w jej głosie by złagodzić tego, co miało nastąpić po nim. - Czy z tym kijem w dupie już się urodziłeś?

Rohan Kim
31 y/o
For good luck!
184 cm
Rezydent kardiochirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Oh honey, I am your saviour
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

- Większość moich pacjentów jest zbyt wdzięczna za uratowanie im życia by przejmować się takimi drobnostkami - istotnie, szkaradna to ostatnie z określeń, jakich użyłby w odniesieniu do Eleny, z blizną czy bez. Co więcej, niemal każdy taki ślad po zabiegu wykonanym przez Kima był traktowany przez mężczyznę jako coś, z czego należało być dumnym. Był to swoisty dowód zarówno na jego własne wybitne umiejętności chirurgiczne, ale także na upór i wytrwałość tego, kto nosił bliznę na skórze. Co prawda, zwykle tyczyło się to raczej walki wygranej z jakąś paskudną chorobą serca, a nie pocięcia stłuczonym szkłem...
- Interesuje mnie rekonwalescencja każdego mojego pacjenta - odpowiedział gładko, nawet jeśli nie była to w stu procentach prawda. Nie przejmował się przecież byle podrzędnymi gangusami, których czasami kazali mu łatać na pęczki. Elena jednak była ważniejsza. Nawet jeśli Kim nie był świadom jakie dokładnie stosunki łączyły ją z jej kuzynem, sam fakt że należała do jego rodziny, czynił z niej kogoś istotnego.
- Z tego zadania akurat wywiązujesz się bezbłędnie - uznał, bo tak naprawdę wcale nie chciał się z nią tutaj kłócić. Po sarkam i ironię sięgał niestety wręcz odruchowo - chociaż nie da się ukryć, że w pamięci wciąż miał to, jak Elena traktowała go w jego własnym mieszkaniu jeszcze kilka tygodni temu. Wbrew pozorom po cichu liczył na to, że dzisiejszy wieczór oboje będą mogli wspominać jednak przyjemniej - albo chociaż neutralnie.
Oczywiście nie mógł jeszcze wiedzieć, jak bardzo się mylił.
- Powiedzmy że tak - rzucił sucho, ciągnąc kobietę w stronę wyjścia i nie dbając nawet na które pytanie odpowiada. W tym momencie średnio w ogóle rejestrował słowa Eleny, nie mówiąc już o ich wydźwięku. Faktem jednak było, że od kiedy Rohan zaczął obracać się w towarzystwie ludzi, którzy zawsze trzymali gdzieś na podorędziu broń, nauczył się dostrzegać pewne szczegóły. Czasami język ciała i elementy otoczenia, które nie pasowały do reszty, potrafiły zdradzić bardzo wiele o tym, co zaraz miało stać się w pomieszczeniu. Tak jak też było w tym przypadku - bo kiedy Kim zaczął się nieco gorączkowo przesuwać do wyjścia, podejrzany osobnik także przyspieszył jeszcze kroku. I zdecydowanie brnął przez tłum w ich kierunku.
- Kurwa... chociaż raz zrób po prostu o co proszę - syknął w stronę kobiety. Czemu jej po prostu nie zostawił, czemu nie uciekł przez tłum sam? Bo nie mógł mieć pewności, że nieznajomy nie miał na celowniku właśnie jej. Coś mu podpowiadało, że chodziło jednak o niego, ale nie zamierzał ryzykować. Uparcie ciągnął więc Elenę, starając się nie oglądać za ramię. Niewiele to jednak dało, bo w następnej chwili Rohan usłyszał za plecami przerażone okrzyki tłumu.
Czyli miał rację, oczywiście KURWA że miał rację.
- Rusz się! - zdążył tylko warknąć do Santorini, popychając ją przed siebie. I wtedy właśnie padły pierwsze strzały.
Będąc w szoku napędzanym adrenaliną, Rohan zdołał tylko krótko krzyknąć, zanim zwalił się na podłogę. Huk po wystrzale sprawił że przez moment dzwoniło mu w uszach. Za jego plecami wybuchł chaos, spanikowani ludzie rzucili się do ucieczki, ktoś próbował obezwładnić strzelca. Rohan nie widział jednak tego wszystkiego, bo z głębokim szokiem w oczach wpatrywał się w szybko powiększającą się plamę czerwieni na jednej ze swoich nogawek.

Elena Santorini
Solhy
Posty z AI
27 y/o
DEATH IN BLOOM
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
crimson teardrops falling like rain on the shore, decimated all of my dreams I used to adore
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zachowanie Kima było całkowicie niezrozumiałe i to rosnące w niej przekonanie sprawiało, że niemal siłą zaparła się nogami w miejscu, nie chcąc za nim podążyć.
Nie rozumiała, dlaczego rościł sobie prawa do jej towarzystwa - owszem, była mu wdzięczna, ale przecież nie uratował jej pieprzonego życia nawet, jeśli w ten sposób to przedstawiała. Załatanie jednego przecięcia na jej ramieniu naprawdę nie czyniło z niej osoby dozgonnie wdzięcznej, do tego stopnia, by miała słuchać jego poleceń bez żadnego zająknięcia.
Bo w zasadzie to w ogóle jakim prawem wydawał jej polecenia?
- Nie przypominam sobie, żebyś mnie poprosił - syknęła, uwięziona między potrzebą stawienia mu oporu a jednocześnie nierobieniem sceny. Nie dało się ukryć, że Rohan nad nią górował i jej próba zatrzymania go w miejscu kończyła się na tym, że przesuwała się w stronę wyjścia trochę wolniej. Żeby osiągnąć cokolwiek innego, musiałaby w wyraźny sposób stawić mu opór, co z kolei sprawiłoby, że całość tej sceny przyciągnęłaby żenującą ilość uwagi.
- Rohanie Kim - warknęła wreszcie, pozwalając mu się pociągnąć wyłącznie dlatego, by zbliżyć na tyle, by móc mu to powiedzieć tak, by nikt inny nie słyszał. - Czy ja wyglądam na kogoś, kto chciałby z tobą gdzieś kurwa iść?
Panika powoli rosła w jej klatce piersiowej i to panika natchnęła jej ordynarne słowa. Nie rozumiała, dlaczego mężczyzna ciągnął ją w stronę wyjścia i przez myśl przechodziły jej najgorsze scenariusze. Po co jednak pomagał jej wcześniej, jeśli teraz chciałby ją skrzywdzić? Czy to Salvatore znudził się udzielaniem jej azylu i postanowił poprosić Kima, żeby załatwił ten problem?
- Niech cię szlag trafi - syknęła głośniej, czując bolesność w ręce, wokół której zacisnął swoją dłoń.
A później rozległ się huk.
Nigdy nie sądziła, że jej słowa miały możliwość kształtowania przyszłości.
Huk, znajomy, bolesnym, na moment zamroził jej ciało, przeniósł je w czasie i przestrzeni do wnętrza jej posiadłości, do szkarłatnej podłogi pełnej posoki i trupów. Zimny dreszcz przeszedł po jej kręgosłupie gdy jakaś jej cząstka spodziewała się rozlewającego bólu, spodziewała się, że padnie na ziemię, że została z ł a p a n a.
Dopiero ułamek sekundy później spostrzegła, że to nie ona była celem.
Zbledła widząc, jak mężczyzna zwalał się na podłogę, jak szkarłat rozlewał się po nogawce jego spodni. Odwróciła głowę, z przestrachem lustrując wzrokiem salę pomiędzy rozbieganymi, przerażonymi ludźmi i dostrzegając rozglądającego się wokół strzelca.
- Cazzo - szepnęła, w nagłym odruchu umykając w dół, w stronę tkwiącego na ziemi Rohana. Stolik osłaniał ich przed atakującym, a ona nie była do końca pewna, dlaczego w ogóle się za nim schowała. Powinna rzucić się do biegu. - Kim są ci ludzie? - szepnęła, upewniając się, że obydwoje są schowani za stolikiem.
Dostrzegała dwóch.
Jeden z nich powoli, metodycznie przemierzał salę, zerkając pod każdy stolik, w dłoni trzymając pistolet.
- Wyłaź, Kim - rzucił głośno, miał paskudny i gburowaty głos, tym samym potwierdzając, że to nie Santorini była jego celem. - Oszczędź nam trudu, a nikomu nie stanie się krzywda.

stranger danger
31 y/o
For good luck!
184 cm
Rezydent kardiochirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Oh honey, I am your saviour
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Szum krwi w uszach na dobrych kilka chwil zupełnie go odciął. Nie słyszał ani cichych przekleństw Eleny, ani nawet jej pytania - również dlatego, że w całości skupił się na swojej własnej nodze. Ból przyszedł z pewnym opóźnieniem. Rohan jednak nie byłby sobą, gdyby nie był w stanie opanować swoich emocji - chociaż te znacznie różniły się od tych towarzyszących mu w sytuacjach kryzysowych na sali operacyjnej. Nawet teraz jednak tryby w jego głowie ruszyły, szukając rozwiązania.
Bez dalszej zwłoki Rohan ściągnął z własnej szyi krawat. Wziął kilka głębokich wdechów, zanim ze stłumionym jękiem założył prowizoryczną opaskę uciskową na swojej łydce. Adrenalina pędziła mu żyłami jak jeszcze nigdy dotąd, niemniej nie była w stanie całkowicie odciąć go od bólu. A szkoda, byłoby łatwiej stąd uciec.
Dopiero kiedy Kim upewnił się, że się nie wykrwawi - kula ominęła na szczęście ważniejsze naczynia krwionośne i, co najważniejsze! kości - skupił się na Elenie, a także na napastnikach, którzy jak się okazało, oczywiście szukali jego. Rohan po cichu i dyskretnie wyjrzał zza obrusa, który skrywał ich przed wzrokiem zamachowców. Nie rozpoznawał żadnego z nich, oczywiście że nie. Nie miał więc pojęcia kim byli, ale miał pewne podejrzenia, czemu mogli się na niego uwziąć.
- Jeśli mam zgadywać... ktoś się raczej nie lubi z Giovannim - odpowiedział cicho. Cóż, spotkał się już z agresją ze strony faceta, któremu zmarła matka - a która była pacjentką Kima. Tylko że tacy ludzie bardzo rzadko byli zorganizowani. Raczej działali pod wpływem emocji, tak jak to było ostatnim razem, kiedy mężczyzna po prostu rzucił się z wściekłością na lekarza, okładając go pałką teleskopową. Nie, to była zupełnie inna sytuacja. Chociaż, jeśli Rohan miał być szczery, ci tutaj też nie działali w zbyt ogarnięty sposób. Więcej sensu miałoby dorwanie go gdzieś na osobności, a nie w takim tłumie, na gali charytatywnej. Ich działaniami też musiał kierować gniew. - Może nie dostali zaproszenia na jego ślub - sarknął cicho.
Żałował, że nie nigdy nie nauczył się strzelać i nie posiadał broni - nawet pomimo odbytej służby wojskowej w Korei. Jako lekarz potrzebny był gdzie indziej. Poza tym generalnie brzydził się bronią, nie chcąc ryzykować że odrzut podczas wystrzału, zaszkodziłby mu jakoś w dłonie. Ale teraz chętnie przytuliłby jakąś niewielką giwerę. Stoliki nie mogły zapewnić im osłony na długo. Lada moment będą wystawieni do odstrzału jak kaczki. Nie tylko on, ale Elena również. Mężczyzna nie sądził, by strzelcy ją oszczędzili, szczególnie jeśli faktycznie mieli jakieś zatargi z Gio.
- Musimy się stąd wydostać - stwierdził oczywistość, gorączkowo rozglądając się za wyjściem z ich nieciekawej sytuacji. Nie wszyscy goście zdążyli uciec, część chowała się za stolikami, tak samo jak oni. Widok broni wszystkich ich sparaliżował. - Tam - Rohan wskazał na drzwi prowadzące prawdopodobnie na tył restauracji. Mieli to szczęście, że blaty ze szwedzkim stołem ustawiono akurat wzdłuż ściany, dając im względnie ciągłą osłonę przed wzrokiem napastników. No, chyba że było ich więcej. Wtedy mieli przejebane.
- Idź pierwsza - szepnął do Eleny. Nigdy nie sądził, że będzie zmuszony do tego, aby na czworakach przemykać między stołami, dość obficie przy tym krwawiąc. Ale hej, przynajmniej miał przy tym doborowe towarzystwo.

Elena Santorini
Solhy
Posty z AI
27 y/o
DEATH IN BLOOM
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
crimson teardrops falling like rain on the shore, decimated all of my dreams I used to adore
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czy ktokolwiek uznałby ją w tej chwili za n o r m a l n ą gdyby przyznała, że w tej jednej chwili poczuła ulgę?
W tej, w której padło w powietrzu inne nazwisko i jasnym się stało, że ci mężczyźni nie przyszli po nią?
Z perspektywy Kima prawdopodobnie nic się nie zmieniło. Wciąż mieli do czynienia z uzbrojonymi ludźmi, dla których koncepcja ofiar postronnych mogła być równie obojętna jak pogoda panująca na zewnątrz. Wciąż tkwiła na czworakach, za stolikiem, chowając się wraz z mężczyzną, który zostawiał wokół siebie ślady krwi.
Krwi, od której znów robiło jej się s ł a b o.
Ale nie byli tutaj po nią.
I choć nie zrobiłoby to żadnej różnicy komukolwiek innemu z gości tego przyjęcia, dla Santorini była to różnica między dniem a nocą. To ta różnica sprawiła, że jej klatka piersiowa uniosła się w spazmatycznym oddechu, myśli ruszyły wreszcie jakimś torem, wyswobodzone ze szponów ogarniającej ją paniki. W jej małym, egocentrycznym świecie nie było miejsca na przypadki - a to napełniało ją złudnym poczuciem, że skoro napastnicy nawet nie wiedzieli o jej istnieniu, z pewnością tutaj nie zginie.
- Ale dlaczego atakują ciebie? - spytała, jakby to w tej chwili było istotne, lub robiło Kimowi jakąkolwiek różnicę. Jej brwi zmarszczyły się gdy zerkała na to, co wyprawiał z krawatem nie wierząc, by było to długoterminowe rozwiązanie. - Przecież jesteś lekarzem.
Tej jednej rzeczy nie potrafiła pojąć - i ta jedna rzecz napełniła jej serce jakiegoś rodzaju absurdalnym oburzeniem, którego nie potrafiłaby w pełni wytłumaczyć. Ponieważ Kim zajmował się ł a t a n i e m ludzi.
W jej rodzinnych stronach interesy załatwiało się brutalnością i przemocą, lecz ta nigdy nie uderzało we wspólne dobro. Lekarze potrafili zmieniać strony, bywali opłacani przez jednych bądź drugich, ale liczba zaufanych specjalistów była ograniczona i każdy z nich był na wagę złota. Nikt nie ośmieliłby się zamordować lekarza by wyładować swoją złość na stojącym ponad nim hersztem.
Chyba, że naprawdę komuś nie spodobało się wesele Salvatore'a.
- Nie mnie chcą - zaprotestowała, gdy to oburzenie łamaniem tradycji w jakiś irracjonalny sposób tchnęło w niej kręgosłup odrobinę sztywności. Jej wzrok przemknął po podłodze pełnej zbitego szkła, po przewróconych krzesłach i wylanych napojach. - Nie po mnie tu przyszli - kontynuowała, choć przecież słowa były zbędne, przekazała już wszystko w jednym zdaniu i Kim nie musiał słuchać następnych. - A ty jesteś ranny.
I w tym absurdzie, w tej niepokojącej mieszance abstrakcyjnego myślenia i złudnego przekonania o tym, że to nie był j e j dzień, chwyciła za jedną z butelek leżących obok. Z adrenaliną płynącą w jej żyłach i napędzającą ją do działania, podniosła się z kolan.
- Dogonię cię - warknęła, pchnięciem usiłując nakłonić Kima do ruszenia do wyjścia.
Po to, by sekundę później unieść się na nogach, zamachnąć butelką i z całej siły posłać ją w stronę znajdującego się tuż przy nich mężczyzny. Huk rozbijanego szkła rozległ się w pomieszczeniu wraz z zaskoczonym okrzykiem pełnym bólu i wściekłości gdy napastnik złapał się za ranną głowę, a Santorini pomknęła za inny stolik.

Rohan Kim
31 y/o
For good luck!
184 cm
Rezydent kardiochirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Oh honey, I am your saviour
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wbrew pozorom, tak, Kim byłby w stanie zrozumieć tę ulgę.
Świadomość tego, że to nie ty jesteś zwierzyną, na którą zasadził się myśliwy, na pewno ściągała z barków ogromny ciężar. Lęk związany z protekcją własnego życia odrobinę odpuszczał. Problem polegał na tym, że istotnie, ofiary postronne także się zdarzały. Więc nawet jeśli Santorini nie była dziś na celowniku, mądrze robiła unikając wykrycia przez napastników.
Kim tylko zmarszczył brwi, słysząc to oburzenie w słowach Eleny. Byłby niezwykle szczęśliwy, gdyby napastnicy podchodzili do sprawy właśnie w ten sposób. Niestety, jak widać, w tych stronach medycy nie cieszyli się takim poszanowaniem. Najprawdopodobniej głównie dlatego, że Kim zwyczajnie nie był skłonny aby zmieniać strony. To właśnie ta lojalność, a także wybitne zdolności medyczne były, jak sam Rohan wierzył, powodami dla których mężczyzna w ogóle nadal żył - a nie spłonął podczas weselnego całopalenia znacznej części rodziny. Nie był prawą ręką capo, nie był nawet zaufanym doradcą ani podkomendnym Gio. Wciąż był jednak niezastąpiony. Jak sama Elena dobrze wiedziała, medycy istotnie byli na wagę złota.
- Lekarzem dość blisko powiązanym z twoim kuzynem - odpowiedział, nie mając teraz czasu na bardziej skomplikowane i wnikliwe dyskusje. Tym bardziej że mógł się mylić. Może to nie miało nic wspólnego z rodziną. Może jak raz trafił mu się jednak lepiej uzbrojony, rozgoryczony były pacjent. Nie miało to teraz znaczenia.
- Istotnie - odpowiedział nieco zmęczonym głosem, gdy Elena głośno podkreśliła, na kogo trwa ta cała obława. Tyle już zdążyli wywnioskować. Musiał jednak przyznać, że poczuł ukłucie niepokoju, kiedy kobieta powtórzyła swoją konkluzję po raz drugi. Brzmiało trochę tak, jakby chciała go co najmniej zostawić samego sobie - co prawdopodobnie byłoby w jej przypadku najrozsądniejszym posunięciem.
W najgorszym przypadku, mogłaby go im po prostu wydać.
To dlatego kiedy złapała jedną z butelek, a potem próbowała siła popchnąć mężczyznę w stronę wyjścia, zszokowany Rohan zaniemówił.
- Co ty...?! - tylko tyle zdołał wykrztusić uniesionym szeptem, zanim Elena poderwała się na nogi i cisnęła swoją prowizoryczną bronią w głowę jednego z napastników. Zdumienie nadal go nie opuszczało - nie tylko nie zostawiła go całkowicie na lodzie. Zamierzała zaryzykować, aby mu pomóc. Pomóc. Jemu. Absolutnie się tego nie spodziewał. Stracił przez to niestety kilka pierwszych sekund, które Elena kupiła mu swoim bohaterskim czynem. Męska duma cierpiała także na myśl, że miałby wiać jak tchórz, kiedy kobieta odwracała uwagę napastników - ale zdrowy rozsądek i chłodna kalkulacja szybko mu wróciły. Nie byłby w stanie nic zrobić ze swoją raną. Prowizoryczna opaska była rozwiązaniem bardzo krótkotrwałym. Kim doskonale wiedział, że jeśli nie chciał się wykrwawić, musiał działać.
Rzucając jeszcze jedno, bardzo szybkie i gorączkowe spojrzenie ku stolikowi, za którym zniknęła Elena, Rohan w końcu jakoś podniósł się na czworaka i, starając się oszczędzać postrzeloną nogę, zaczął przesuwać się ku drzwiom do kuchni. Restauracja musiała mieć tylne wyjście, jakoś przecież przyjmowali dostawy. Musiał się stąd wydostać i zawiadomić Gio, może na niego też polowali. Może próbowali dorwać też Damona.
Drzwi były uchylone - aby przedostać się do kuchni Rohan musiał otworzyć je szerzej. Zaryzykował, licząc na to, że napastnicy nie zwrócą uwagi, zajęci przeszukiwaniem sali - i czy było to szczęście, czy tez dobrze wyliczył, udało mu się. Kiedy przemknął do kuchni, oparł się o zimną, kaflową ścianę, zbierając siły. Upływ krwi powoli, acz nieubłaganie go osłabiał. Musiał podjąć jakieś działanie, nie mógł siedzieć tutaj, czekając na zbawienie. Prędzej czy później, zbiry przeszukają przecież też kuchnię.
Doznał przebłysku olśnienia, więc zagryzając zęby i klnąc pod nosem na czym świat swoi, dźwignął się na nogi. Nie miał broni - ale zawsze nosił ze sobą zapalniczkę. Starczyło przytknąć zapalony płomień do jednego z czujników w kuchni... co też Rohan zrobił. Po chwili zarówno w kuchni, jak i na sali rozległ się głośny, irytujący dzwonek alarmu, a ze zraszaczy trysnęła woda. Wierzył, że to wystarczy, aby zdezorientować napastników - a przy okazji wzywało pobliskie służby szybkiego reagowania na miejsce zdarzenia.
Zanim przyjadą, Rohan i Elena raczej powinni się stąd zawinąć.

Elena Santorini
Solhy
Posty z AI
27 y/o
DEATH IN BLOOM
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
crimson teardrops falling like rain on the shore, decimated all of my dreams I used to adore
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Trudno było mówić, by w tej chwili Santorini wykazywała się jakimkolwiek heroizmem, choć z pewnością mogło to w ten sposób wyglądać.
W końcu czy nie rzuciła butelką w najbliższego gangstera pomimo wyciągniętej przez niego broni? Czy nie rzuciła się do ataku gdy tak naprawdę powinna rzucić się do ucieczki? Owszem, miała względem Kima jakiś tam dług - ponieważ zszył jej rozciętą rękę - ale czy ten dług był wart potencjalnej śmierci?
Oczywiście, że nie.
Powinna jako pierwsza rzucić się do wyjścia, nie dbając nawet o to, że to on zaczął ją wyciągać z sali bankietowej na zewnątrz dostrzegając nieprawidłowości wokół nich i nie wiedząc, że tak naprawdę to na niego polowali. Powinna przede wszystkim ratować s i e b i e.
I skoro tego nie zrobiła, to czy nie była bohaterką?
Problem polegał na tym, że w mózgu Santorini brakowało którejś klepki - może piątej, a może tej, która była odpowiedzialna za jakikolwiek instynkt przetrwania. Podnosząc się z butelką w dłoni nie była pewna, czy w ogóle trafi w swój cel, miotacz w końcu był z niej żaden.
Była za to pewna tego, że nie zginie tutaj.
Wiedziała jak wyglądała śmierć i nie wyglądała w ten sposób. Tak mógł wyglądać koniec i n n y c h ludzi, ale nie jej. W tym specyficznym miksie całkowitego oderwania od rzeczywistości i wrodzonego poczucia własnej wyjątkowości była przekonana, że cokolwiek nie zrobi, nie spotka się z konsekwencjami.
Właśnie dlatego bohaterka była z niej żadna.
Pierwszy szok nadszedł gdy usłyszała huk i stęknięcie. Ku swojemu chwilowemu zadowoleniu trafiła, a butelka rozbiła się o czaszkę stojącego obok sprawiając, że zachwiał się, jego broń opadła w dół. Gdy ono jednak przeminęło, dotarło do niej, co zrobiła - a wraz z tym, dotarła do niej świadomość tego, że mężczyzna na nią patrzył.
Nie na Kima, nie na innych ludzi.
Wściekłość wykrzywiała jego grymas gdy patrzył się prosto na n i ą.
W panice rzuciła się w stronę wyjścia, słysząc dyszenie biegnącego za nią mężczyzny. Jej ręce chwytały za losowe przedmioty znajdujące się na stołach w poszukiwaniu kolejnego pocisku, którym mogłaby cisnąć w napastnika - ale tym razem nie miała farta, którego miała wcześniej i żaden z nich nie docierał na miejsce.
Zimna woda i nagły dźwięk syreny wyrwał ją z tego pościgu gwałtownie.
Dostrzegła Kima tkwiącego w korytarzu obok. Poślizgnęła się na resztkach napojów, jedzenia, na czymś, co miała nadzieję, że nie było krwią i rzuciła się w jego stronę w tym chaosie, który nagle zadział się wszędzie wokół nich.
- Rohan - sapnęła, wpadając do pomieszczenia świadoma tego, że co najmniej jeden z napastników wiedział, że tutaj wbiegała i prawdopodobnie stąpał jej po plecach. - Za mną - dodała krótko, licząc na to, że zorientuje się w tym, co się działo.
Licząc na to, że będzie wiedział, co zrobić z biegnącym za nimi mężczyzną, który co prawda był już osłabiony uderzeniem butelki, ale wciąż miał w dłoni pistolet. Któreś z nich musiało się nim zająć, a Santorini, wbrew swojej chwilowej odwadze, nie miała pojęcia co robić.

Rohan Kim
ODPOWIEDZ

Wróć do „George Restaurant”