ODPOWIEDZ
31 y/o
For good luck!
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

three
l'enfer, c'est les autres
Przebudził się już w drugim samolocie, bez pamięci samej przesiadki, jednak nie było to nic nowego. Leif znał nawyki swojego pracodawcy podobnie jak reszta załogi i nie robili tego po raz pierwszy. Podróże były dla Raphaela czymś naturalnym, niemal bardziej naturalnym niż pozostawanie w jednym miejscu; nie przywiązywał się do geografii, ponieważ geografia była dla ludzi, którzy musieli dokądś należeć, podczas gdy on od dawna należał przede wszystkim do własnych decyzji. Wykorzystywanie okazji przelotu do własnych, hedonistycznych przyzwyczajeń również nie wydawało mu się niczym niezwykłym. Codzienność nie miała granic — nie należała jedynie do ziemi, wody czy powietrza. Była złożeniem setek czynników, przestrzeni, ludzi, pieniędzy, substancji, informacji, ciszy i nagłych impulsów, które dla przeciętnego człowieka pozostawałyby całkowicie od siebie odseparowane, podczas gdy dla Raphaela wszystkie stanowiły jeden organizm, jedną wielką maszynę, której działanie można było obserwować tylko wtedy, gdy człowiek nauczył się patrzeć na nią z odpowiedniej wysokości. Zasięg Valencourta nie ograniczał się więc do jednej płaszczyzny. Nie był człowiekiem jednego domu, jednego miasta ani nawet jednego kontynentu. Jego życie składało się z przejść. Samolot był tylko kolejnym pokojem, samochód — korytarzem, hotel — poczekalnią, a prywatna rezydencja, choć należała do niego bardziej niż jakiekolwiek inne miejsce, pozostawała zaledwie kolejnym punktem, w którym przez kilka godzin można było odłożyć ciężar świata.
Po kilku godzinach był już przytomny, lecz po wylądowaniu, po wejściu do auta i podczas podróży do Szesnastej Dzielnicy Paryża wciąż pozostawał nieobecny. Nie odczuwał przy tym zniecierpliwienia wobec Prowadzącej; przeciwnie, jej obecność była dla niego niemal równie pozbawiona znaczenia jak mijane za szybą fasady. Nie patrzył na nią. Nie musiał. Z ciemnymi okularami na twarzy odpowiadał poprawnie, lecz z opóźnieniem, jakby każda myśl potrzebowała dodatkowej chwili, żeby przebyć drogę pomiędzy świadomością a ustami. Miał ciężkie powieki, problemy z oceną czasu i charakterystyczne poczucie, że myśl pojawiała się sekundę później, niż powinna. Nic jednak, do czego nie nawykł. Znał własne ciało wystarczająco dobrze, aby rozpoznać jego stan bez konieczności nazywania go. Wiedział, że za kilka godzin wszystko miało być na swoim miejscu. Umysł miał odzyskać ostrość, dłonie przestać być ciężkie, świat odzyskać swoje proporcje, a rzeczy, które teraz wydawały się oddalone o kilka centymetrów za szybą, znowu miały znaleźć się dokładnie tam, gdzie powinny. Nie martwiło go to. Martwił go raczej fakt, że wciąż pamiętał wiadomość od ojca.
Od opuszczenia pokładu G700 nie odezwał się do niej słowem. Nie dlatego, że chciał ją ukarać ciszą. Kara wymagała zaangażowania, a on nie miał go dla niej. W kamienicy każde z nich ruszyło w swoją stronę — Leif pozostał u jego boku, podczas gdy francuscy pracownicy zajęli się Glass. Raphael nie interesował się szczegółami organizacji tego przejścia. W jego świadomości było ono jedynie kolejnym etapem pomiędzy jednym zamkniętym pomieszczeniem a drugim. Kiedy samochód wjechał głębiej w Szesnastą Dzielnicę, zaczął jednak odzyskiwać zainteresowanie otoczeniem. Paryż nocą posiadał tę szczególną właściwość, której nie posiadało większość miast: nawet jego bogactwo wyglądało jak coś starego, niemal zmęczonego własnym pięknem. Za szybą przesuwały się kamienne fasady, balkony, drzewa, żelazne ogrodzenia i wysokie okna, za którymi ktoś jadł kolację, ktoś kłócił się z kimś, ktoś spał, a ktoś inny prawdopodobnie podejmował decyzję, która miała następnego dnia zmienić cudze życie. Raphael patrzył na to wszystko z obojętnością człowieka, który wiedział, że każda z tych prywatnych historii była znacznie bardziej skomplikowana, niż pozwalała przypuszczać fasada. Tego nauczył się bardzo wcześnie: dom nigdy nie oznaczał bezpieczeństwa. Dom oznaczał jedynie miejsce, w którym sekrety miały własne pokoje.
Wylatując z Bahamów, była szósta rano. Na ziemi paryskiej była dwudziesta pierwsza i ta różnica czasu nie wydawała mu się już różnicą. Po kilku godzinach snu nie miał ochoty na więcej odpoczynku. Nie miał także jasności umysłu, aby angażować się w nocne życie europejskiej stolicy. Jeszcze nie miał. To „jeszcze” było dla niego wystarczające. Raphael nigdy nie składał obietnic własnemu ciału, których nie zamierzał dotrzymać. Wiedział, że noc może jeszcze należeć do niego. Teraz jednak doceniał urywki spokoju i nie zamierzał ich pomijać. Kiedy wysiadł z samochodu, spojrzał na budynek swojej paryskiej rezydencji i przez chwilę zatrzymał wzrok na jego fasadzie. Nie była to ostentacyjna posiadłość w znaczeniu, jakie zwykle przypisywano ludziom jego nazwiska. Nie było monumentalnej bramy, przez którą trzeba było przejechać kilometrami, ani kolumnady mającej przypominać wszystkim przechodniom, że jej właściciel posiada więcej niż oni. Kamienica miała coś znacznie bardziej niebezpiecznego: dyskrecję. Wysoka, elegancka fasada łączyła kilka odmiennych rytmów architektonicznych, jakby budynek przez lata obrastał kolejnymi warstwami cudzych ambicji. Ciemny dach mansardowy, rząd charakterystycznych okien, kamienne obramowania, wysokie drzewa przy ulicy i ciężkie czarne ogrodzenie tworzyły całość, która z perspektywy ulicy wydawała się bardziej europejskim dziedzictwem niż prywatnym azylem człowieka, który potrafił jednym podpisem przesunąć miliony dolarów z jednego miejsca na drugie. Raphael lubił właśnie tę sprzeczność. Dom nie krzyczał, że należy do niego. Dom pozwalał, aby człowiek sam doszedł do tego wniosku. Za żelazną bramą zaczynała się przestrzeń, w której Paryż stawał się odległy, choć znajdował się zaledwie kilka metrów dalej. Drzewa tworzyły naturalną zasłonę, ich liście poruszały się nad ogrodzeniem, a kamienne elewacje sąsiednich rezydencji sprawiały, że cała ulica przypominała scenografię z epoki, w której bogactwo nie musiało jeszcze udowadniać swojej wartości poprzez wysokość wieżowca. Raphael przeszedł przez wejście bez słowa. Znał ten dom w sposób, w jaki znało się własne ciało: pamiętał odległości, skrzypnięcia, kąty światła, miejsca, w których nocą można było stanąć i przez kilka minut nie być widzianym przez nikogo. A jednak nie zatrzymał się w środku.
Kilka godzin później wyszedł na dach. Nie po to, aby oglądać Paryż. Paryż widział zbyt często. Wyszedł, żeby patrzeć ponad nim. Kosmiczna przestrzeń Wszechświata miała dla niego tę przewagę nad ludźmi, że nie domagała się żadnych odpowiedzi. Nie pytała o nazwisko, pieniądze, rodzinę, Aukcję ani Prowadzącą. Nie interesowała jej reputacja Valencourtów. Gwiazdy nie wiedziały, kim był Alastair. Nie wiedziały, co zrobił Raphael. Nie wiedziały, co zamierzał zrobić. Była to jedna z niewielu przestrzeni, w której nazwisko nie posiadało żadnej wartości. Siedział więc sam, z dala od oczu innych, Leifa, służby, Prowadzącej, od ludzi, którzy zawsze czegoś chcieli, czegoś oczekiwali lub coś oceniali. Wiatr poruszał jego włosami. Pod nim Paryż trwał w swoim zwyczajnym, eleganckim chaosie. Samochody przesuwały się ulicami. Gdzieś daleko rozbłyskiwały światła. Ktoś prawdopodobnie otwierał butelkę wina. Ktoś zamykał drzwi. Ktoś całował osobę, której rano miał żałować. Miasto robiło to, co miasta robiły od zawsze: pozwalało ludziom wierzyć, że ich dramat był wyjątkowy.
Raphael wyciągnął telefon. Zignorował wiadomość od DuPont. Potem zobaczył maila od własnego ojca. Sam widok imienia Alastaira wystarczył, aby poczuł nieprzyjemnie podchodzący kwas żołądkowy pod samo gardło. Nie otworzył wiadomości od razu. Patrzył na ekran, jakby przez tę krótką zwłokę mógł zmienić jej treść. Oczywiście nie mógł. Alastair nie należał do ludzi, których można było odsunąć od siebie przez brak odpowiedzi. Milczenie również było dla niego komunikatem. Brak reakcji również posiadał znaczenie. Raphael wiedział o tym doskonale. Wiedział też, że zakup Prowadzącej miał przyciągnąć uwagę. Właśnie tego chciał, a zarazem właśnie tego najbardziej się obawiał. Jego ojciec nie widział w swoim dziecku rozpuszczonego dziedzica nepotystycznej machiny. Przynajmniej nie naprawdę. Taki Raphael istniał wyłącznie na powierzchni — młody Valencourt, który mógł pozwolić sobie na wszystko, ponieważ nazwisko otwierało mu drzwi, zanim zdążył położyć dłoń na klamce. Dla większości świata był właśnie taki: rozpieszczony, inteligentny, niebezpiecznie uprzywilejowany. Lecz najważniejsi gracze przewidywali ruchy. Nie byli ludźmi, których można było oszukać tanim teatrem. Przechodzili tę samą antyczną szkołę, co on. Zostali uformowani przez podobne zasady, przez ten sam system, w którym człowieka najpierw pozbawiano złudzeń, a następnie dawano mu władzę w zamian za lojalność. Modelowali go na swoje podobieństwo, a mimo wszystko Raphael podjął się walki z systemem, który go wychował. Z siłami tak skrajnie większymi od niego, że sam pomysł zwycięstwa był niemal absurdalny.
Pamiętał wiadomość, jaką dostał nocą tuż przed rozpoczęciem Aukcji. Rozkaz. „Nie licytuj po to, aby wygrać.” Nie miało znaczenia, czy wysłał go ojciec, czy ktoś inny. Miał przestrzegać procedury. Miał się słuchać. Miał być taki jak do tej pory — pasywny. Człowiek, który wykonywał ruchy zgodne z oczekiwaniami innych, człowiek, którego można przewidzieć, ponieważ został odpowiednio wychowany — nawet jeśli w oczach innych był chaotyczny. Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy z jego odmiennych planów.
Po wygraniu Prowadzącej ojciec ani nikt z rodziny nie mógł w jakikolwiek sposób jej odebrać bez ujawnienia, że wydarzyło się coś, czego nie planowali. Nie mogli publicznie go złajać. Nie mogli wycofać się ani anulować transakcji. Wszystko musiało wyglądać wobec zewnętrznego świata jak zamierzona czynność. Jak plan, który Valencourtowie mieli w zamiarach od dłuższego czasu. To właśnie było piękno i przekleństwo ludzi takich jak jego rodzina: nawet kiedy ktoś popełniał błąd, natychmiast budowano wokół niego narrację, która sprawiała, że wyglądał jak część strategii. Władza nie polegała wyłącznie na tym, że można było robić wszystko. Polegała na tym, że można było sprawić, aby inni uwierzyli, iż wszystko, co się zrobiło, było zaplanowane.
Reperkusje miały nadejść. Raphael był tego świadomy. Był tego pewny. Nie wiedział jednak kiedy. I właśnie to „kiedy” było najgorszą częścią. Bo pierwszy raz od długiego czasu — bał się. Nie zamierzał kłamać przed samym sobą aż tak bardzo. Bał się ojca. Bał się ludzi, których nazwisk nigdy nie wypowiadano przy stole. Bał się konsekwencji własnego ruchu. Bał się również tego, że być może przecenił siebie. Jednak bardziej niż bólu gorsze było oczekiwanie. Ból, kiedy już się rozpoczął, posiadał pewną uczciwość. Trwał. Człowiek wiedział, że go doświadczał. Wiedział, gdzie się znajdował. Wiedział, że każda sekunda przybliżała go do końca. Wiedział, że ból, kiedyś miał się skończyć. Niepewność była natomiast okrutna, ponieważ nie posiadała granic. Mogła trwać godzinę albo rok. Mogła przybrać postać telefonu o drugiej w nocy, samochodu stojącego zbyt długo pod domem, nazwiska wypowiedzianego przy kolacji, którego nie powinno tam być. Mogła być niczym albo wszystkim. I właśnie dlatego potrafiła człowieka zniszczyć szybciej niż sam ból.
Architekci tego świata nie wzięli jednak pod uwagę, że był na to gotowy. Że stworzyli sylwetkę, która doskonale zdawała sobie sprawę, iż aby coś osiągnąć, trzeba było przejść przez piekło. Musiał zaryzykować. Jeśli coś miał zdobyć, miał to zdobyć ceną, której inni nie chcieli zapłacić. Nie dlatego, że uważał się za niezwyciężonego. Wprost przeciwnie. Wiedział, że mógł przegrać. Wiedział, że mógł zostać zniszczony, upokorzony, odsunięty, pozbawiony pozycji, a nawet tego wszystkiego, co dotąd uważał za własne. Ale istniała jedna rzecz, której nie zamierzał oddać: możliwość dokonania własnego wyboru. Oczekiwanie na zmiany było dla niego regresem, brakiem potencjału i zależnością od decyzji podejmowanych przez innych, a on był tego przeciwieństwem. Dlatego też nie mógł przegrać.
Nie chodziło już o Prowadzącą. Nie chodziło nawet o Aukcję. Chodziło o pierwszą rzecz, którą zrobił w życiu nie dlatego, że ktoś mu ją nakazał, lecz dlatego, że sam uznał ją za konieczną. I choć świadomość tej wolności budziła w nim strach niemal równie silny jak groźba konsekwencji, nie zamierzał się cofnąć. Spojrzał jeszcze raz na nocne niebo. Potem na ekran telefonu. Nazwisko ojca nadal tam było. Schował telefon do kieszeni i pozostał na dachu, zaciągając się dymem papierosowym, nieruchomy pośród paryskiej nocy, jakby chciał przez chwilę sprawdzić, czy Wszechświat rzeczywiście pozostawał obojętny wobec jego decyzji. Pozostał. I właśnie ta obojętność, paradoksalnie, dała mu więcej spokoju niż jakiekolwiek zapewnienie, jakie mógłby otrzymać od człowieka.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
For good luck!
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Madame, si vous voulez, je peux demander à la cuisine de préparer quelque chose.
Non, merci. C'est gentil, mais je préfère le faire moi-même.
Très bien.

Dała mu czas. Nie tyle, ile potrzebował (resztę wieczności) - tyle, ile była w stanie zająć się sama sobą. Z obsługą zwiedziła niewielki procent posiadłości, szczególnie interesując się sztuką która zdobiła eleganckie korytarze, pomieszczenia do zabawiania gości i sypialnie. W swojej przebrała w strój znacznie bardziej odpowiedni dla planów, które podjęła w zaciszu własnych myśli - luźny t-shirt i spodnie dresowe luźno zawieszone na biodrach. Pasowały do obłożonej złotem i marmurem kuchni mniej, niż droga sukienka w której opuszczała bahamy - ale pasowały bardziej do pomidorów, które Glass zaczęła brutalnie siekać największym nożem, jaki znalazła.
Być może wyobrażała sobie, że są czymś innym, niż w rzeczywistości. Nie możemy tego zweryfikować.
Ku zdziwieniu obsługi, która wiedziała iż nie należy pytać kim jest gość Właściciela, poruszała się po kuchni jak po własnej. Jeśli szukała czegoś w złej szafce - nie zniechęcała się i próbowała dalej, a proces gotowania trwając dłużej pozwalał rozładować więcej napięcia. Było coś szalenie relaksującego w pobrudzeniu własnych rąk - jak zwykły śmiertelnik, który nawet w snach nie dotknął absurdu, jaki Sadie i Właściciel nazywali życiem.
Sięgnęła po garnek, o jakości którego informował niespodziewany dla dłoni Sadie ciężar.

Laissez, madame. Je vais vous aider.
Non, non, ça va. Je l'ai.
Vous êtes sûre ?
Oui. Je ne suis pas en train de déplacer un piano. Merci quand même.

Właściciel przeszedł z pobudzenia w senność na przestrzeni niecałej godziny. W drodze do posiadłości odpowiadał z zauważalnym opóźnieniem. Nie wydawał się wypoczęty mimo długiego snu; elementy układanki nie dawały Sadie jasnego werdyktu zmęczenia po podróży. Nie potrafiła go zdiagnozować, a spokój personelu podpowiadał jej coś bardzo cennego: nikt nie był zdziwiony nagłą zmianą usposobienia Właściciela, nikt nie próbował go ratować. Sama, zrelaksowana jak nigdy po najlepszej drzemce roku 2026 (jak bardzo relatywność wpływała na odbiór doświadczeń!) i po godzinie spędzonej na chaotycznym tańcu w cudzej kuchni, nie była gotowa zakończyć dnia.
Nie potrafiła tego zrobić przed ustaleniem, gdzie on się znajdował. I w jakim stanie.
Najlepszym wyznacznikiem był Gizmo 2.0. Ustawiony przy niepozornych, drewnianych drzwiach jak kolejny element wyposażenia. Jak mebel, który architekt wnętrz postawił tu dziesiąt lat temu - nie wzbudzał żadnych podejrzeń, jeśli się podejrzliwie czegoś nie szukało. Sadie podeszła do niego z tacą, małą książeczką pod pachą i uśmiechem studentki pytającej o drogę. Pozostały personel z ciekawością zerkał w stronę interakcji, a dobre wychowanie Glass nakazywało pozostanie przy języku francuskim, by wszyscy mogli zrozumieć jej intencje. Tego języka uczyła się na studiach - był odrobinę zardzewiały, odkąd opiekę nad klientami francuskojęzycznymi w Heffel przejęłą niższa rangą koleżanka. Pozostawał wystarczający do efektywnej, skutecznej komunikacji - natomiast brakowało mu perfekcji, lekkości głosek zsuwających z języka, którymi mógł popisać Właściciel.

Je peux monter sur le toit ?
Non, madame.
Pourquoi ?
Ce n'est pas autorisé.

Sadie spojrzała po sobie bezradnie. Po kompletnie niegroźnym ekwipunku i stroju, który mógł mówić o niej wiele - ale nie komandoska gotowa do ataku.

Je n'ai rien.
Je sais.
Non, vraiment. Regardez — uniosła lekko tacę.
Vous pourriez cacher quelque chose.

Sadie zmarszczyła brwi.

Où ?

Kącik ust Leifa drgnął w rozbawieniu.

Je ne sais même pas où les femmes dans les films cachent leurs armes. Je n'ai même pas de poches.

Naiwność z jaką Sadie Glass wykluczała naturalne, kobiece predyspozycje do przenoszenia zakazanych przedmiotów w silnie kontrolowane miejsca musiała być tym, co skłoniło mężczyznę zrobić krok w tył i nacisnąć klamkę. Wąskie schody stanowiły wyzwanie dla stóp w skarpetkach, ale udało jej się dotrzeć na szczyt i zauważyć plecy Właściciela. Nie widziała go jeszcze zgarbionego choćby o promil, zamyślonego w ten szczególny sposób, który powodwał dreszcz na jej skórze. Taktownie odchrząknęła, by o swojej obecności uprzedzić kilka metrów wcześniej i nie przestraszyć.
Obok niego postawiła najważniejsze: symbol życiowej równowagi. Domowa zupa pomidorowa, której nie podanoby w żadnej renomowanej restauracji. Przyprawiona troską, ciepła i odżywcza, pełna witamin i chęci zadbania, by zjadł coś zdrowego po tak długiej podróży i potencjalnym zażywaniu środków, których skutki do niedawna wciąż obserwowała. Obok miseczki i kompletu sztućców, element amerykańskiej finezji kulinarnej: grilled cheese. Dwie perfekcyjnie zarumienione kromki chleba na zakwasie, przełożone masłem i kilkoma rodzajami sera, rozpuszczone do poziomu dekadencji lat dwudziestych ubiegłego wieku. Nie miały w sobie absolutnie nic zdrowego, ociekały kaloriami, smakowały wyśmienicie i tylko taki był powód ich istnienia: wodzenie człowieka na pokuszenie, by przez kilka minut skosztował prawdziwego nieba.
Nie gotowała dla siebie. Nadal nie jadła. To nie było istotne. Wymioty pozostawały jej tajemnicą. Myślała, że on mógł być głodny - a jeśli nie był, powinien zjeść choć trochę. Troszczyła się o jego organizm bardziej niż o własny, bo to było dla niej najprostsze. Naturalne. Intuicyjne.
Niczego nie tłumaczyła. Ani tego, czym ten posiłek był i kto go przygotował, ani po co. Nie zapraszała do jedzenia, nie namawiała, nie prosiła, nie uzasadniała swojego gestu. Zapraszała kuszącym zapachem czegoś, co babcia przygotowywała dla niej zawsze, gdy zaczynała przeziębiona pociągać nosem. Podsunęła tacę bliżej niego, a sama usiadła po turecku kawałek dalej, wyciągnąwszy spod pachy książeczkę i długopis.

Mój francuski jest trochę zardzewiały. Pomożesz mi? — rzuciła w przestrzeń między nimi, palcami odnajdując stronę na której ktoś przed nią skończył pisać. Kliknęła długopisem. — „Dźwięk wydawany przez usta bez użycia słów, często dla przyjemności” — odczytała. — 7 liter, trzecia F.

raphael valencourt
31 y/o
For good luck!
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Usłyszał, jak wchodziła. Nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, kto przekroczył granicę dachu. Sposób, w jaki stawiała kroki, był już dla niego rozpoznawalny; nie chodziło nawet o ciężar ciała, lecz o tę drobną niepewność poprzedzającą każdy następny ruch, jakby za każdym razem musiała najpierw podjąć decyzję, czy rzeczywiście chce znaleźć się bliżej. Usłyszał, jak poruszała się za jego plecami, jak przesuwała się po wzmocnieniach dachowych, a rusztowanie odpowiadało szczękiem metalu przy każdym jej kroku. Dźwięk ten przez chwilę mieszał się z odległym szumem Paryża, z samochodami przesuwającymi się gdzieś pod nim, z głuchym pomrukiem miasta, które nigdy naprawdę nie zasypiało. Aż w końcu i to zamilkło, chociaż cisza trwała jedynie ułamek sekundy. Raphael patrzył przed siebie, niebo miało ten osobliwy, bezdenny kolor, który sprawiał, że człowiek zaczynał czuć się niewielki, niemal przypadkowy, i właśnie wtedy usłyszał jej głos.
Dźwięk wydawany przez usta bez użycia słów, często dla przyjemności. 7 liter, trzecia F.
Nie odpowiedział. Nie dlatego, że ignorował jej obecność — był jej świadomy aż nazbyt dobrze — lecz dlatego, że świadomie wybrał brak reakcji. Chciał ciszy. Chciał pozostać w zawieszeniu własnych myśli, w tym osobliwym odrętwieniu, które było znacznie prostsze od świata, w którym każde słowo musiało coś znaczyć. Wydziwnione słowa wydobywające się z ust Prowadzącej wydawały mu się niemal bluźnierstwem wobec spokoju, który udało mu się przez kilka minut odzyskać. Raphael zastanawiał się nawet, choć bez szczególnego zainteresowania, czy od zawsze była niezrównoważona, czy też rozum odjęły jej dni spędzone w piwnicy na Whale Cay. Była to myśl nieżyczliwa, lecz prawdziwa, a prawda w jego świecie nigdy nie musiała być uprzejma. Były to jednak myśli, które przesuwały się przez jego umysł, lecz nie zagnieżdżały dłużej, niż powinny. Płynęły, nie przybijały do brzegu, zajmując odpowiedni dok, po czym znikały, jak łodzie, których nie miał zamiaru zatrzymywać. Poruszały się z morzem, by ostatecznie zniknąć na horyzoncie. Sadie Glass jednak musiała pozostać przy nim; musiała wykonać swoją pracę, a on musiał być pewny, że wszystko, co miała mu do zaoferowania, oddała z nawiązką.
Nawiązką, która wkrótce miała zostać wystawiona na próbę. Raphael nie był człowiekiem, który wyrzucał pionki z planszy tylko dlatego, że zaczynały go irytować. Przesuwał je powoli. Z rozwagą. Czasami wręcz boleśnie powoli, ponieważ wiedział, że największym błędem gracza było przekonanie, iż szybkość była równoznaczna z przewagą. Nie była. Szybkość była często tylko inną nazwą paniki. A on nie zamierzał panikować. Emocje wiązał w niezrywalne węzły, jeden na drugim, aż nie pozostawało już nic poza łańcuchem. Łańcuch można było wykorzystać jako kotwicę, można było nim wzmocnić konstrukcję, ale można było również zacisnąć go na czyjejś szyi. Wszystko zależało od tego, kto trzymał jego drugi koniec.
Uderzenia długopisu o kartkę krzyżówki powtarzały się. Jedno. Drugie. Trzecie. Rytm pozbawiony sensu, a przez to niemal hipnotyczny. Raphael mógł jedynie spojrzeć na własne dłonie. Te same dłonie, które przez lata uczono go trzymać nieruchomo podczas negocjacji, nie zaciskać pięści, kiedy ktoś wypowiadał coś obraźliwego, nie zdradzać napięcia, nie poprawiać nerwowo mankietów, nie wykonywać niepotrzebnych gestów. Dłonie, które miały nie zatrzymywać się na niczym dłużej, aby zdobyć to, do czego się narodził. Nie chciał być jedynie dopiskiem w historii Valencourtów. Kolejnym fragmentem dynastii, który posiadał swój portret w zbyt długim korytarzu przodków, gdzie twarze umarłych spoglądały na żywych z tą samą spokojną wyższością, z jaką bogaci spoglądali na biednych, przekonani, że sama długość ich rodowodu stanowiła dowód moralnej racji. Takich jak on było wielu. Synowie, wnukowie, bracia, kuzyni, mężczyźni wychowani w przekonaniu, że odziedziczenie nazwiska było czymś większym niż zdobycie własnej tożsamości. Raphael gardził tym. Nie nazwiskiem. Nazwisko było narzędziem. Gardził zależnością od nazwiska. Jeśli miał coś zmienić, zamierzał poruszyć cały świat. Nagiąć go do swojej woli, a jeżeli nie można było go nagiąć — sprawić, aby przestał stanowić przeszkodę. Nie potrzebował, żeby wszyscy klękali przed nim z własnej woli. Wystarczyło mu, żeby zrozumieli, kiedy należy zgiąć kolana. Wiedział, że mógł. Wiedział też, że był do tego zdolny. To przekonanie nie wynikało z pychy tak prostej, jak mogłoby się wydawać. Było czymś znacznie cięższym: konsekwencją wychowania, obserwacji i wszystkich tych lat, podczas których uczono go, że człowiek posiadający odpowiednią wiedzę mógł przetrwać nawet w miejscu, w którym inni dawno utracili własne imiona. Poniesienie konsekwencji nie niosło dla niego żadnego znaczenia, o ile konsekwencje pozostawały ceną świadomie wybraną. Bał się ich, oczywiście. Człowiek, który twierdził, że nie znał strachu, albo kłamał, albo był głupcem. A Raphael nie był żadnym z nich. Różnica polegała na tym, że strach nie podejmował za niego decyzji.
Nie był też człowiekiem, jak inni. Wszak należał do rodzaju ludzkiego ukrytego już w ludzkości. Trzynaście linii krwi zbierało się w jego wyobraźni jak rzeki wpadające do jednego morza. Nie była to historia, którą potrafiłby opowiedzieć komuś przypadkowemu. Była mapą, którą otrzymał wraz z nazwiskiem — mapą utkaną z rodzinnych opowieści, zakazanych ksiąg, fragmentów genealogii, półszeptów, nazwisk powtarzanych przy zamkniętych drzwiach i teorii, które przez pokolenia obrastały w tak wiele znaczeń, że prawda i mit przestały być od siebie rozróżnialne. Dla Raphaela nie miało to jednak większego znaczenia. Człowiek nie musiał wierzyć w każdą legendę, aby rozumieć jej użyteczność. Władza była często właśnie tym: opowieścią, w którą wystarczająco wielu ludzi uwierzyło. Trzynaście linii. Trzynaście nazwisk. Trzynaście sposobów rozumienia świata. W jego umyśle wszystko łączyło się w jeden system, jedną rzekę Elity. W Styks Kultu, choć wiedział, że nazwa była bardziej symbolem niż historycznym faktem. Rzeka, do której wpadały wszystkie sekrety. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zlane w jeden nurt. Kontrola nie polegała przecież wyłącznie na wydawaniu rozkazów. Najdoskonalsza kontrola zaczynała się znacznie wcześniej — od decydowania, czego człowiek zostanie nauczony jako dziecko, czego będzie się bał, kogo miał uznać za autorytet i jakie granice miał uznawać za naturalne. Kto kontrolował proces nauki, ten nie musiał później kontrolować człowieka. Człowiek kontrolował się sam.
Znał historie dawnych królów, którzy odkryli, że tłum można prowadzić poprzez tortury, strach, religię, wojny, magię i obietnice zbawienia. Wiedział też, że w rodzinnych przekazach pewne rody przedstawiano jako odwiecznych architektów podobnych systemów. Historia była pełna pustych miejsc, a człowiek posiadający władzę mógł wypełniać te miejsca własną wersją wydarzeń. Nowy Babilon. Tekracja Okultystyki. Masoni. Iluminaci. Święty Graal. Nazwy, które dla jednych były symbolami, dla innych obsesjami, dla jeszcze innych narzędziami manipulacji. Raphael nauczył się nie przyjmować ich bezkrytycznie, ale też nie odrzucać ich tylko dlatego, że brzmiały absurdalnie. Absurd nie oznaczał bowiem fałszu. Oznaczał czasami jedynie, że człowiek nie posiadał wystarczającego kontekstu, aby zobaczyć mechanizm stojący za opowieścią.
Jako dziecko antycznego rodu musiał znać historię doskonale. W jego rodzinnej narracji Izmaelici stanowili jedną z tych dawnych linii, której przypisywano związki z alchemią, technikami zabójstwa i praktykami okultystycznymi. Innej przypisywano pochodzenie egipsko-celtycko-druidyjskie, z którego miał rozwinąć się druidyzm. Kolejna miała przyjść ze Wschodu wraz z magią orientalną. Następna — z Kanaanu i Kananejczyków. Astarte. Astorga. Ashdor. W końcu Astor. Nazwy przesuwające się przez stulecia, zmieniające brzmienie, lecz w rodzinnych archiwach zachowujące ten sam cień. Plemię Dana miało zostać przedstawione jako nasienie późniejszej zdrady, jako linia przypisywana tradycji Judasza Iskarioty. Jeden z rodów miał sięgać Babilonu i Nimroda. Raphael znał te opowieści tak dobrze, że potrafiłby wyrecytować je niemal bez zastanowienia. Dziecko antycznej linii musiało znać historię. Dorosły człowiek tej samej linii musiał nauczyć się wyciągać wnioski.
Wiedział jedno: przez kolejne stulecia dawnych rodów nie trzeba było widzieć na kartach podręczników, aby wpływały na tych, którzy te podręczniki pisali. Religie misteryjne miały własne rady, rady posiadały zwierzchników, a ponad nimi istniała Najwyższa Wielka Rada — Konsylium Trzynastu. Ta, która ustalała wszystko. Wzorce. Powtarzalność. Nazwiska, które pojawiały się w nieoczekiwanych miejscach. Rodzinne archiwa. Ludzi, którzy zbyt często spotykali się ze sobą, aby można było wszystko tłumaczyć przypadkiem. Dla niego świat nie był prostą linią. Był siecią. A sieć nie potrzebowała jednego pająka, żeby być śmiertelnie skuteczna.
Każdego znał na pamięć. Astor. Bundy. Collins. DuPont. Freeman. Kennedy. Li. Onassis. Rockefeller. Rothschild. Russell. Van Duyn. I ostatnia linia… jego linia. Nazwiska przesuwały się w jego umyśle jedno po drugim. Nie jak lista rodów, lecz jak twarze przy długim stole, których nigdy nie wolno było pomylić. Niektóre były związane z pieniędzmi. Inne z polityką. Jeszcze inne z przemysłem, mediami, prawem, dyplomacją. Władza nigdy nie miała jednego zawodu. Była raczej językiem wspólnym dla wielu zawodów. Raphael spojrzał na własne dłonie jeszcze raz. Przez chwilę zastanawiał się, czy właśnie te ręce miały kiedyś zostać jednym z ogniw tego łańcucha, czy też miały go rozerwać.
Uderzenie długopisu o kartkę ucichło.
I wtedy Raphael odezwał się w końcu.
- Wiesz, czemu cię kupiłem?
Jego głos po raz pierwszy wybrzmiał spokojnie, lecz nie tym typowym, lodowatym akcentem, którym zwykle odgradzał się od ludzi. Był w nim inny rodzaj spokoju — zaproszenie, wejście w dyskusję, propozycja polemiki o czymś, co łączyło dwa skrajne światy. W jej oczach jego świat był tak brutalnie absurdalny i nieprawdziwy, jak jej świat w jego oczach. Ona widziała człowieka stojącego po drugiej stronie granicy, której nie potrafiła przekroczyć. On widział kobietę, która znalazła się nagle w jego rzeczywistości i próbowała odnaleźć w niej własny język. Były dwa światy, które nie powinny się spotkać, a jednak spotkały się właśnie tutaj — nad Paryżem, pomiędzy stalowym rusztowaniem a niebem, pośród świateł miasta, które od stuleci żyło dzięki ludziom przekonanym, że byli wolni.
Absurd.
A jednak mimo to sklepienie nad ich głowami zdawało się szeptać jego imię.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
For good luck!
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Siedząc na wąskim kawałku dachu obok zdystansowanego - jak zawsze - Właściciela, nie miała złudzeń.
Nie przekonywała samej siebie, że udawał niedostępnego z bardzo ważnego powodu - ale na pewno w końcu ją polubi.
Doskonale widziała, że jej obecność przy nim go męczyła; rozmowa drażniła; odpowiadał kiedy musiał; patrzył na nią jak na obowiązek; jej ciekawość jest dla niego irytująca. Że w jej towarzystwie zdawał się cierpieć.
Mimo tego, że jego odrzucenie widziała i rozumiała bardzo dokładnie, dawała mu kolejne szanse. Świadoma, że jej nie lubił. Świadoma, że jej nie chciał. Świadoma, że najchętniej zostawiłby ją gdzieś przy ulicznym śmietniku przywiązaną do pachołka i wrócił za rok, jak mu się przypomni.
Nadal był człowiekiem. Zatem Sadie nadal mogła próbować traktować go jak człowieka.
Płaciła za tę decyzję własnym poczuciem wartości, które zarówno Właściciel, jak i Victor, skutecznie od niemal dwóch tygodni rujnowali. Strzał po strzale, cegiełka po cegiełce. Konsekwentnie karmili swoim sadyzmem jej wątpliwości. Uderzali w jej wygląd. Jej inteligencję. Jej charakter. Jej profesjonalizm. Jej moralność.
Jej wartość jako kobiety.
Jako człowieka.
Victor robił to inaczej; odwoływał się wprost, wulgarnym acz celnie bolesnym językiem, do cech które uważała za ważne - i potwierdzenia ich Sadie odmawiał, malując ją zamiast tego jako zupełne przeciwieństwo ideałów, jakie sobie stawiała. Właściciel dostarczał innych dowodów, lecz pod tę samą tezę: nie jesteś kimś, kogo można lubić.
Długopis sunął po kratkach wytyczonych na cienkim papierze. Francuski błąd ortograficzny - eu czy ue? Accent à droite czy accent grave? Zapytałaby, ale przecież nie chciał jej pomóc.
Dni po Aukcji wskazywały raczej na to, że nie chciał od niej niczego. Od strategicznego ruchu przed kolegami z branży zarządzania światem - tak, ale nie od Sadie.
Sadie była mu obojętna. Sadie była przypadkowym zbiorem cech i myśli zamkniętym w ciele, które w celach politycznych było mu potrzebne tylko na jakiś czas i znoszone z trudem.
Nie.
Dlatego odpowiadała zgodnie z prawdą. Mogła mieć swoje hipotezy co do tego, co i dlaczego wydarzyło się tamtego dnia w Mumbaju. Jej profesjonalizm zabraniał jednak zgadywać na głos. Wypowiadała się na te tematy, co do których miała wystarczającą ekspertyzę - wówczas jej głos brzmiał pewnie, postura komunikowała autorytet i rozmowa przebiegała gładko. Ten temat nie należał do Sadie, należał do niego.
Nie mogła zresztą, w całej swojej kobiecej - nieprzesadnej, acz istniejącej - próżności zaprzeczyć, jakoby zachowanie Właściciela i Victora nie wpłynęło na jej własne postrzeganie siebie.
Mogła być odporna na pojedyncze epizody odrzucenia rozrzucone na przestrzeni dorosłego życia, ale ciągłe odpychanie, wzgardzanie i poniżanie zaczęło zmieniać sposób, w jaki potrafiła interpretować swój sposób bycia.
Wróciła do krzyżówki, spróbowała wpisać kolejne słowo. Skupienie przychodziło z trudem.
Nie wiedziała, dlaczego ją kupił. Zaczynała rozumieć co innego: żałował, że to była ona.
Żałował, że to wystawiono na Aukcję.
Może poprzednia Prowadząca wzbudzałaby w nim w analogicznej sytuacji zupełnie inne odczucia, emocje i zachowania.
Może była w czymś lepsza.
Może była piękniejsza.
Może była mądrzejsza.
Może tamta mu się podobała, może tamtej żartów chciał słuchać, może przy tamtej nie sapałby jak ofiara tortur w każdej sekundzie wspólnie spędzonego czasu?
Nie wiedziała kim była jej poprzedniczka. Jakie miała zalety ani wady. Porównywała się do niej tylko dlatego, że regularnie komunikowano wersję prawdy o niej samej: nie jest wystarczająca, nie jest mile widziana, nie jest szanowana, nie otrzymuje nawet podstawowej życzliwości.
Więc może… Może gdyby licytowana Prowadząca była kimś innym…?
Nie była to romantyczna zazdrość. Była to wątpliwość: czy Właściciel swoim zachowaniem karał ją za to, że właśnie ona - niska i drobna, zbyt ciekawa świata - znalazła się na jego dachu, zamiast…
Poprzedniej, wymyślonej, wyidealizowanej Prowadzącej?
Czy gdyby mógł cofnąć Aukcję, zrezygnowałby z transakcji? Czy gdyby mógł wybrać Prowadzącą, wybrałby inną?
Czy inna byłaby mniej męcząca?
Bardziej interesująca?
Spokojniejsza?
Taka, przy której nie zaciskałby szczęki?
Czy problemem była krzyżówka, gwizdanie i Odyseja - czy to, że te tematy poruszała Sadie Glass?
Może Właściciel rozpatrywał ją w kategorii błędu, ale tej rany mu nie pokazywała.
Pisała w swojej małej książeczce, nie próbując mądrzyć na tematy, które wykraczały poza zakres jej kompetencji - w poczuciu gorzkiej żałoby nad wersją siebie, która dotychczas z łatwością zaskarbiała sympatię innych ludzi.

raphael valencourt
31 y/o
For good luck!
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Wiesz, czemu cię kupiłem?
Nie.
A więc, co wiesz?

- Jutro zaczniesz pracę - odezwał się, zupełnie jakby kontynuowali przerwany wcześniej temat. Wypowiedział to bez szczególnego nacisku, a jednak doskonale wiedział, że właśnie w tym tkwiła różnica pomiędzy rozkazem a jego sposobem mówienia. Rozkaz wymagał posłuszeństwa. Jego słowa miały jedynie określać rzeczywistość. Jutro miało nastąpić. Praca miała się rozpocząć. Nie było w tym miejsca na pytanie, czy była na to gotowa, czy chciała, czy rozumiała, co właściwie oznaczało znalezienie się po jego stronie. Decyzje, które naprawdę coś znaczyły, rzadko były poprzedzane pytaniami. Pytania pozostawiano ludziom, których zdanie mogło zmienić wynik. On nie potrzebował jednak pytania. Potrzebował działania.
Musiał przyznać, że kiedy milczała, jej obecność nie była aż tak drażniąca. W ciszy przestawała być zbiorem słów, niedopowiedzeń i osobliwych skojarzeń, a stawała się po prostu kolejnym elementem przestrzeni. Człowiekiem znajdującym się kilka metrów dalej. Obecnością, którą można było zaakceptować bez konieczności ciągłego reagowania. Cisza miała w sobie odpowiedni stan. Nie idealny, lecz wystarczający. Nie chodziło przecież o stan, ale o działania oraz ruchy. Świat nie był miejscem, które należało urządzić według własnych upodobań. Był planszą, na której trzeba było nauczyć się poruszać.
- Potrzebuję, abyś przełożyła moje interesy nad interesy Heffela.
Głos nie zmienił tonacji, rytmu ani wysokości. Nie pojawiło się w nim nic, co mogłoby zostać odebrane jako groźba. Nie prosił. Nie sugerował. Nie żądał. Nie wymagał. Potrzebował. To słowo było dla niego znacznie bardziej precyzyjne. Prośba zakładała możliwość odmowy. Żądanie zakładało konflikt. Potrzeba natomiast wskazywała na rzeczywistość, w której określony element musiał znaleźć się na właściwym miejscu. Nie zamierzał tłumaczyć jej całej architektury zależności, ponieważ człowiekowi nie należało wręczać od razu kompletnej mapy labiryntu. Najpierw powinien poznać własny korytarz. Potem następny. Dopiero później można było sprawdzić, czy potrafił odnaleźć wyjście.
Heffel był jednym z tych nazwisk, które traktował jak zmienną w równaniu, nie jak człowieka. Nie dlatego, że uważał go za pozbawionego znaczenia. Przeciwnie — właśnie znaczenie czyniło go niebezpiecznym. Ludzie pozbawieni wpływu byli łatwi do przewidzenia. Ci, którzy mieli coś do stracenia, potrafili zachowywać się irracjonalnie. Ci zaś, którzy byli przekonani, że mieli coś do zdobycia, bywali najgorsi. Nauczył się więc nie oceniać ludzi według ich deklaracji, lecz według tego, co mogli utracić.
- Ten układ nie będzie trwał wiecznie.
Dopiero teraz spojrzał w jej stronę. Nie potrzebował dłuższego wyjaśnienia. Ci, którzy znali historię Aukcji, wiedzieli, że wszystko było tymczasowe. Prowadzące pojawiały się i znikały. Nazwiska zmieniały się. Twarze starzały. Jedne kobiety znikały z kręgu po kilku latach, inne po kilku miesiącach. Nigdy nie istniała obietnica wieczności. Istniał jedynie okres użyteczności. Czas, w którym dana osoba posiadała dostęp do określonej wiedzy, ludzi i mechanizmów. Związani przez dekady z licytacjami wiedzieli o dawnych ustaleniach. O dawnych przetasowaniach oraz prostytucji Prowadzących. Nikt nie kupował ich na stałe. Nikt nie kupował ich dożywotnio.
Glass nie musiała tego wiedzieć. Prawdopodobnie nie wiedziała. Brak ciągłości jej egzystencji w tym obszarze sprawiał, że widziała zaledwie własny fragment, własną klatkę obrazu. On widział natomiast album. Nie cały — nikt nie widział całości — ale wystarczająco dużo, aby rozumieć powtarzalność pewnych zdarzeń. Zapiski i relacje rodzinne były także doskonałą kroniką. Prowadząca była elementem. Tak jak wszystkie wcześniejsze. Była funkcją, którą przez pewien czas przypisywano konkretnej osobie. Nazwisko mogło się zmienić, charakter mógł być inny, metody mogły ewoluować, ale mechanizm pozostawał ten sam.
I właśnie to było w tym wszystkim najbardziej ponure. Nie wiedział, kiedy Gospodarz zamierzał się po nią upomnieć. Fakt faktem miało to nadejść już wkrótce, a do tego czasu jej rola musiała spleść się niemal w zależności z jego egzystencją. Potrzebował jej teraz.
Patrząc na nią, widział doskonale odpowiednią charakterystykę estetykę Gospodarza. Była drobna, smukła i proporcjonalna, o sylwetce lekkiej, niemal filigranowej, lecz nie kruchej — raczej takiej, której niewielkie rozmiary sprawiały, że człowiek przez moment mógł pomylić subtelność z bezbronnością. Miała jasną, ciepłą cerę o miękkim odcieniu, duże oczy o wyraźnym spojrzeniu i charakterystyczne, gęste rzęsy, które nadawały jej twarzy niemal teatralnej ekspresji. Najbardziej charakterystyczna była jednak jej twarz — młodzieńcza, niemal niewinna w proporcjach, z wysokimi kośćmi policzkowymi i drobnym nosem, przez co mogła sprawiać wrażenie znacznie młodszej, niż była w rzeczywistości. Właśnie ta sprzeczność czyniła jej wygląd interesującym: delikatność rysów nie współgrała z rolą, którą pełniła. Widział to od razu. Jej twarz mogła należeć do kobiety stojącej pod sceną podczas koncertu, siedzącej przy stoliku w paryskiej kawiarni albo przechodzącej przez lobby hotelu, gdzie nikt nie zwróciłby uwagi na nic poza jej urodą. Tymczasem za tą pozorną łagodnością kryła się osoba, która potrafiła wejść do pomieszczenia pełnego ludzi i zachowywać się tak, jakby doskonale znała reguły gry.
Była idealną metaforą męskich oczekiwań. Była ironią, niemal cukierkową w swojej estetyce, podczas gdy sposób, w jaki się poruszała na Aukcjach i patrzyła na ludzi, posiadał coś znacznie bardziej wyrachowanego. To właśnie ta sprzeczność sprawiała, że trudno było ją jednoznacznie sklasyfikować. Mogła wyglądać niewinnie, lecz niewinność była ostatnią rzeczą, którą przypisywał komuś znajdującemu się tak blisko Aukcji. Nie wiedział więc, czy to, co do tej pory przed nim prezentowała, było aktem, czy czymś jeszcze odmiennym.
Nie zamierzał udawać przed samym sobą, że chodziło o coś więcej. Sentyment był luksusem, na który pozwalali sobie ludzie przekonani, że czas należał do nich. On wiedział, że czas należał do wszystkich po trochu i do nikogo całkowicie. Każda relacja posiadała swój początek, okres użyteczności i koniec. Nawet małżeństwa jego rodziny, które na papierze miały trwać całe życie, w rzeczywistości były tylko długoterminowymi umowami pomiędzy interesami. Nawet lojalność miała swoją cenę. Nawet krew potrafiła zostać walutą.
Nie musiała rozumieć wszystkiego. Wystarczyło, że miała wiedzieć, co było dla niej ważniejsze. A w tym momencie był to właśnie Właściciel. Nie brzmiało to jak pocieszenie. Nie miało nim być.
Odwrócił wzrok ku miastu i odpalił kolejnego papierosa.
Wdech.
Wydech.
Paryż rozciągał się przed nim jak ogromna mapa świateł, w której każdy punkt oznaczał czyjeś mieszkanie, czyjąś decyzję, czyjś sekret. Ludzie patrzyli na te światła i nazywali je życiem. On patrzył na nie i widział strukturę. Zależności. Przepływy. Miejsca, w których jeden człowiek wpływał na drugiego.
Jutro miała rozpocząć pracę. A on zamierzał sprawdzić, czy rzeczywiście była tak użyteczna, jak sugerowała cena, którą za nią zapłacił. Nie potrzebował od niej obietnic. Obietnice były prochem. Potrzebował lojalności, odpowiedzi. A lojalność, w przeciwieństwie do obietnic, można było sprawdzić.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
For good luck!
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sadie Glass była narzędziem. Potężnym w rękach tego, kto potrafił je obsłużyć - i kompletnie bezużytecznym dla tych, którzy odmawiali współpracy z instrukcją obsługi.
Odłożyła długopis na kolana. Nie przerywała. Oceniała ilość informacji którą jej oferował jako niewystarczającą do wykorzystania jej talentów. Jej sposób pracy był charakterystyczny i wyróżniał się na tle innych specjalistek aukcyjnych. Sadie kolekcjonowała informacje, które inni uważali za bezużyteczne, niewygodne lub niemożliwe do wykorzystania - a potem znajdowała sposób, by z niczego zrobić coś, czego potrzebował jej klient. To działało bardzo dobrze - pod warunkiem, że informacji przed nią nie zatajano.
Lubiła w żartach porównywać się do adwokata. Ją także obowiązywała ścisła, zawodowa poufność. Dobry adwokat mógł sprzedać ławie przysięgłych, sędziemu i prokuratorowi praktycznie każdą historię. Mógł znaleźć lukę, zmienić perspektywę, podważyć dowód, zbudować lepiej współgrającą z celem klienta narrację. Ale jeśli w trzecim akcie osoba trzecia wnosiła, że oskarżony jednak miał nóż, o którym zapomniał powiedzieć adwokatowi…
Oboje wyglądali wówczas jak idioci.
W porządku.
Kącik jej ust drgnął. Powrót do pracy nie był złą wiadomością, nie był także szczególnie trudny - w głowie katalogowała właśnie serię zadań do wykonania, które pozwolą jej wdrożyć w Paryski rynek z gracją i szybkością kogoś, kto zasługiwał na swoją kompletnie oderwaną od rzeczywistości pensję. Potrafiła to zrobić. Narzędziem była wyśmienitym. Można nią było robić rzeczy, które dla innych pozostawały niemożliwe.
Ale trzeba było zaakceptować równość współpracy, by nie wiązać jej rąk, oczu i nóg i nie narzekać później, że nie przebiegła maratonu z najlepszym wynikiem.
Wrzucona w środek sytuacji bez kontekstu i informacji o tym, czego oczekiwał, nie dowiozłaby wyniku na poziomie jakiego oczekiwał.
A oczekiwał perfekcji. Tyle było jasne bez konieczności mówienia o tym na głos. Sadie wymagała od siebie dokładnie tego samego. W pracy nie istniały wymówki - istniało szukanie innej drogi. Nie zawsze mogło się udać, czasem po przeciwnej stronie leżały bariery nie do przeskoczenia - zawsze jednak była w stanie wykazać klientom drogę po rozrzarzonych węglach, którą przechodziła boso bez zawahania, by załatwić to co było do załatwienia.
Jeśli mam dbać o twoje interesy, muszę wiedzieć czym one są. Co jest celem, jakie są ograniczenia i czego nie mówisz — nawet kupno Prowadzącej można było głupio zmarnować, a Sadie przestrzegała przed tym z profesjonalnym spokojem, który nie miał żadnego związku z wątpliwościami co do prywatnej relacji, jaka między nimi powstawała.
Tym razem nie chodziło o to, że chciała lepiej go poznać. Nakreślała minimum warunków pracy potrzebne do tego, by praca przynosiła rezultaty które nie upokorzą ich obojga. W tym zakresie mieli jeszcze jeden problem do rozwiązania.
Będziesz musiał mi się przedstawić, zanim przedstawi cię ktoś inny.
Powiodła spojrzeniem po panoramie paryskiej nocy. Nie uspokajała jej tak, jak Właściciela. Była obrazem rozpoczęcia nowego rozdziału, który wciąż przypominał Sadie klatkę. Większą, niż bajeczna wyspa na Bahamach - wciąż klatkę. Tym trudniejszą do nawigowania, im więcej zmian następowało po sobie. Sięgnęła w bok, by odebrać mężczyźnie papierosa. Zaciągnęła się raz; dym drapał w gardle, dusił w płucach i wreszcie opuścił jej usta. Drugi raz. Spojrzała na własną dłoń trzymającą używkę - tę samą dłoń, która dziesięć lat wcześniej chowała z papierosem za małym, lokalnym sklepikiem. Pozornie nie zmieniło się nic.
Realnie zmieniło się wszystko.
Zwróciła go mężczyźnie.
Jej lojalność nie była żadnym sekretem. Sadie odpowiadała wobec Gospodarza. Właściciel był tymczasowym zleceniodawcą, wobec którego miała świadczyć usługi najwyższej jakości, aby nie ośmieszyć siebie i szefa, który czekał na nią w mistycznej siedzibie firmy. Oznaczało to, że zasad Gospodarza miała przestrzegać bezbłędnie.
Handel przysługami był dozwolony tylko przez jeden dzień w roku, w formacie Aukcji. Przez wszystkie pozostałe dni Sadie handlowała sztuką: obrazami, rzeźbami, obiektami kolekcjonerskimi. Zawsze były czymś więcej, niż wyglądały z wierzchu. Były prezentem, przeprosinami, wpływem, łapówką, pytaniem, drzwiami, inwestycją, wiedzą, dostępem. Była tego świadoma.
Jednocześnie nigdy nie przekraczała wytyczonej przez Gospodarza granicy. I tego nie mogła zrobić nawet dla Właściciela, jeśli sądził, że posiadanie Prowadzącej oznacza posiadanie wielodniowej Aukcji na wyciągnięcie własnej ręki.
Mogła mu zdobyć nawet Słoneczniki przy odpowiednim nakładzie czasu, talentu i pieniędzy. Słoneczniki. Z najpilniej strzeżonych muzeów świata. Obrazy posiadane przez kraje, nie instytucje, nie ludzi.
Ale nie Aukcję poza Aukcją.

raphael valencourt
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”