ODPOWIEDZ
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Od tamtego momentu, w którym Kovalski powiedziała mi o ciąży, albo może raczej, w którym się o jej ciąży dowiedziałem, bo dam sobie kurwa rękę uciąć, że gdyby nie przypadek to nie wiedziałbym do tej pory, minęło kilka dni. Trochę zdążyłem już przetrawić tę myśl, że być może będę ojcem, chociaż wciąż było to dla mnie na maksa zjebane i nie zmieniłem swojego podejścia, niemniej z każdym kolejnym dniem coraz łatwiej wstawało mi się z łóżka, bo te pierwsze godziny to była jakaś tragedia. Czasem łapałem się na tym, że dosłownie miałem nadzieję, że podczas powrotu z pracy napadnie mnie jakiś ćpun nożownik i zajebie i bajlando, nie będę się już musiał niczym martwić. I kiedy było już lepiej to dotarła do mnie kolejna fantastyczna informacja - Gabriela również była w ciąży. Być może ze mną. Trochę liczyłem, że jednak nie chociaż po naszej rozmowie sam nie wiedziałem co o tym myśleć, miałem we łbie taki rozpierdol, że łapałem się czegokolwiek byle tylko zająć czymś umysł. Książki, krzyżówki, plotki z Peach, praca (to na końcu oczywiście), byle nie musieć rozkminiać przyszłości, która na ten moment jawiła mi się raczej w szarych barwach. Siedzę sobie w chacie i pykam na ukulele jakieś smutne piosenki o miłości, kiedy do moich uszu dociera trzask drzwi w mieszkaniu na przeciwko. Oho, Lotta wróciła do domu. Nie daję jej właściwie nawet chwili na ogarnięcie tylko biorę instrument i już za trzydzieści sekund jestem pod drzwiami, żeby jak zwykle bez pukania wbić się do środka - Cześć, gdzie byłaś? - pytam od progu, po czym zatrzaskuję za sobą wrota, a kot jak tylko słyszy mój głos to podbiega żeby mi się połasić o łydki - Jak się dzisiaj czujesz? - wygląda... Sam nie wiem czy lepiej czy gorzej, chociaż akurat jej ciąża raczej nie służy, wystarczy sobie przypomnieć jak ostatnim razem rzygała dalej niż widziała, w tym na mnie. W internecie czytałem, że jak płód zabiera urodę to będzie córka, jak dodaje to wtedy syn. Nie wiem ile w tym prawdy, ale akurat ja mam to do siebie, że wierzę w różne gusła, więc kto wie? Może jednak coś w tym było. Wchodzę głębiej, rozsiadając się na kanapie, po czym zaczynam plumkać sobie na ukulele jakiś wymyślony na poczekaniu rytm, cicho, w tle - Zagrać ci coś? - a tak o, na poprawę nastroju w ten piękny, słoneczny dzień.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
INSPIRUJĄCY MISIU
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

:william:

To był cholernie ciężki dzień. Są tacy klienci, którym nie możesz odmówić. Musisz wstać, ruszyć się z miejsca, choćby skały srały i prezentować się odpowiednio. Charlotte nienawidziła rozmawiać z Perrezem, ale on zawsze gadał to samo. Jesteś najlepsza, z nikim innym nie będę współpracował. Przy każdym spotkaniu robił do niej maślane oczka. Nigdy nie uszło to jej uwadze. Dotykał ją po ramieniu, a choć próbowała go strofować, to nic nie dawało. Stary spróchniały typ, którego serdecznie miała dosyć. Tylko był jeden bardzo ważny szczegół. Dobrze płacił. Musiała stawić się na jego rozprawie, uśmiechać się, ale po przerwie... wyczuła intensywną woń tytoniu i tak po prostu puściła bełta na środku sali. Przerwa w rozprawie. Sędzia mruknął jej tylko, by ogarnęła się. Czy to właśnie był zwiastun z niebios, że czas zakończyć ciążę?
Musiała trzasnąć drzwiami. Cała spięta weszła do mieszkania. W pierwszej chwili miała ochotę się rozpłakać, w drugiej coś zniszczyć, a w trzeciej... pojawił się William. Wypuściła głośno powietrze z nosa, kręcąc na niego głową. Czemu musiał traktować jej mieszkanie, jak własną spelunę? Kim dla siebie byli? Rodzicami nienarodzonego dziecka. To też ją wkurzyło.
Cześć Lotte, miło Ciebie widzieć. Czy mógłbym wejść? — westchnęła głośno, wręcz pokazowo, strzelając przy tym oczyma — tak powinieneś zacząć — i w jednej chwili miała ochotę go wyrzucić z mieszkania. Po co mu takie informacje? Przecież była wolną kobietą, mogła robić to, co żywnie się jej podobało — W sądzie — mruknęła finalnie, siadając na fotelu — zwymiotowałam na sali. Typ jebał szlugami, a ja nie mogłam znieść tego smrodu — to co się w niej rozwijało, przekreślało jej karierę. Aż sama miała ochotę sobą wstrząsnąć, nawrzucać sobie, bo ile mogła to ciągnąć? Jej miejsce znajdowało się na sali rozpraw — nawet nie wiesz, jak brakuje mi zjarania fajki — albo zimnego piwa, kolorowego drinka, zapachu jaranego blanta — a kurwa rzygam, gdy je wyczuję — ostatnio to nawet nie mogła sama nic posprzątać, bo zawartość żołądka dawała o sobie głośno znać.
Naprawdę Cię to obchodzi? — samą siebie aż chciała walnąć. Finalnie sam oto spytał — zmęczona... i głodna — standard. Własne organizm starał się ją zdradzić. Powoli samej siebie miała dosyć. Chociaż bardziej potrzebowała czyjejś opieki.
A mógłbyś? — już same brzdęki wprawiały ją w iście senny nastrój. Chwila gdzie mogłaby przymknąć oczy i zapomnieć okazałaby się dla niej zbawienna — dostałam leki przeciwwymiotne... — więc jeść już mogła, ale nie oto jej chodziło — chciałabym... — uniosła wzrok z delikatnym wstydem i bólem w oczach — nie myśleć o ciąży — odciąć się od tego kompletnie. Jednym, mocnym cięciem, by móc raz a dobrze zapomnieć.
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

- Jak wchodzę bez zaproszenia to przynajmniej masz pewność, że nie jestem wampirem - rzucam, wzruszając lekko ramionami. Co najwyżej energetycznym, chociaż tego też bym o sobie nie powiedział. Jak mówi, że zrzygała się na sali sądowej to mimowolnie parskam śmiechem - Przepraszam, ale chciałbym to zobaczyć - kręcę z rozbawieniem głową, to musiała być niezła scena, w całej swojej karierze nie widziałem jeszcze żeby ktoś zwymiotował na rozprawie. Ciekawe kiedy dowie się o tym cała prawnicza społeczność, takie plotki rozchodziły się bardzo szybko - Współczuję, no ale nie możesz - kolejny ruch ramion góra dół. W takim wypadku opcja była tylko jedna - jak najszybsze pozbycie się dzikiego lokatora i chociaż przechodzi mi to przez głowę, to nie mówię tego głośno, gdzieś tam między kolejnymi myślami obiecałem sobie, że nie będę naciskał, to co miałem do powiedzenia na ten temat powiedziałem podczas naszego ostatniego spotkania, teraz mogłem tylko czekać na decyzję - Musisz być taka uszczypliwa? - wywracam oczami, kiedy moje palce biegają gdzieś po krótkim gryfie instrumentu - Nie pytałbym, gdyby mnie to nie obchodziło - przecież zamiast tu przychodzić mogłem zacząć jej unikać, to szło mi całkiem nieźle, jej zresztą też. Obydwoje byliśmy mistrzami w unikaniu siebie nawzajem nawet pomimo tego, że mieszkaliśmy praktycznie drzwi w drzwi - Głodna? A chcesz iść coś zjeść? Znajdziesz na to trochę siły? - pytam, przekrzywiając głowę na jedną stronę. W okolicy było dużo fajnych knajpek, gdzie serwowali zajebiste żarcie, w dodatku dzień był piękny i słoneczny, aż szkoda siedzieć w czterech ścianach - Mhm - kiwam głową, zastanawiając się nad doborem piosenki, słucham jej dalej, chociaż coś przychodzi mi do głowy. Kiedy wspomina o lekach to już mam pytać czy klepią, ale w ostatniej chwili gryzę się w język i chrząkam, na moment przerywając grę - Tak? W takim razie zróbmy coś, co na moment pozwoli ci zapomnieć, albo chociaż przez chwilę pomyśleć o czymś innym, zabieram cię na spacerek. I na żarcie. Ale najpierw słuchaj tego - kiwam głową. Poprawiam się na kanapie, poprawiam także chwyt na ukulele, żeby mi czasem nie wypadło przy szarpaniu strun, nawet jeśli piosenka była raczej spokojna, taka sielska i zaczynam powoli, wygwizdując wstęp. Śpiewać muszę za dwóch, bujam się przy tym delikatnie na boki, a wzroku nie spuszczam z Kovalski. To był jeden z tych utworów, który naprawdę chwytał za serce, a miałem takich jeszcze wiele w swoim repertuarze. Na zakończenie posyłam jej krótkiego całusa w powietrzu, po czym uśmiecham się szeroko - Musimy spróbować to kiedyś zaśpiewać w duecie - kiwam łbem - To co? Gotowa na podbój okolicy? - unoszę obie brwi, czekając na jej decyzję - iść, czy nie iść, oto jest pytanie.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
INSPIRUJĄCY MISIU
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

:william:

Wam-pir? Chyba energetyczny przeszło jej przez głowę. Za pierwszym razem zaprosiła go do siebie, bo przecież wydawał się całkiem pożytecznym, miłym sąsiadem, któremu wydawało się, że mogła zaufać w pełni. Całkiem szczerze sądziła w ten sposób przez długi czas. Później wchodziły jedynie ich gierki, których nie dało się już łatwo zapomnieć. Wysysał z niej całą pozytywną energię. Nawet teraz wystarczył jeden komentarz. Chciałbym to zobaczyć. A Charlotte już strzeliła oczyma. W sumie na jego miejscu powiedziałaby dokładnie to samo. Bez jakiegokolwiek zawahania. I znów miał rację. Nie mogła pić alkoholu, ani palić papierosów. Znaczy mogła... ale póki nie podjęła decyzji. Może zostanie idealną matką? Albo umówi się na wizytę w klinice? Mini Patel rozwijający się w środku niej próbował rozpierdolić jej życie na miliony kawałeczków, a choć... kiedyś chciałaby mieć dzieci, to na pewno nie był to odpowiedni moment.
Za to mnie lubisz — przyznała całkiem niewinnie, unosząc kąciki ust ku górze. Czy taka nie była prawda? Uwielbiał, kiedy pokazywała rogi, ba sama uwielbiała z nim dyskutować, nawet jeśli później zamieniało się to w kłótnię wszech czasów, ważne że była to kłótnia kontrolowana. Przyznała mu rację w myślach. Gdyby go nie obchodziła, to by go nawet nie było w pomieszczeniu, prawda? Aż westchnęła ciężko. Czasem zastanawiała się, czy łatwiej było im funkcjonować w czasie wojny, czy jednak pokoju i żadna odpowiedź nie wydawała się być poprawną — a daleko będziemy szli? Bo poszłabym stąd... — przegryzła delikatnie własną wargę. Potrzebowała przebywać poza własnymi ścianami. Przecież nawet z własną matką nie rozmawiała, bo bała się ją okłamać. Nawet nie miała jak się sprzeciwić Williamowi. Czysta głowa pozwoliłaby jej myśleć, ale czy przy nim byłaby w stanie to zrobić? Wyczyścić ją i nie myśleć o niczym innym? Wystarczyła sekunda, by jej głowa skupiła się na muzyce śpiewanej przez Williama. Naprawdę musiała mu przyznać, że była nim oczarowana. Melodia oraz śpiew sprawiły, że znalazła się w czymś na wzór transu. Nagle cały świat dookoła faktycznie zniknął, a był tylko William oraz szeroki uśmiech Lotty na jego grę.
Nie wiem, czy byłbyś na to gotowy — parsknęła krótko śmiechem, bo nie nadawała się do takich rzeczy — tak jest, szefie. Gotowa! — i choć wstała z impetem, to aż zobaczyła mroczki przed oczyma. Nie była gotowa na takie ekscesy, ale kroczek po kroczku sytuacje się opanuje. To tylko ciąża, prawda? Kobiety żyły z nią dziewięć miesięcy, więc spacer i żarcie w okolicy musiały wejść w grę. Tak wyszli z mieszkania, a Lottcie już krążyły myśli, by spytać, gdzie tak właściwie idą.
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

W sumie miała rację, poniekąd lubiłem ją również za to, że jak nikt inny potrafiła mnie zdenerwować. To było trochę jak ze sztuką, miała wzbudzać emocje, czasem te dobre, a czasem te najgorsze i może nawet wtedy działała jeszcze lepiej. Wychodzi więc na to, że z Kovalski była niezła sztuka. Nawet teraz przesuwam spojrzeniem po jej sylwetce - Jeszcze nie wiem, to zależy gdzie nas poniesie - wzruszam ramionami, bo ja to mogę iść i na drugi koniec miasta, ale jak Charlotte się wcześniej zmęczy to trzeba będzie przerwać wycieczkę. Ona teraz nie mogła się przemęczać. Chociaż może powinna? Może wtedy problem rozwiązałby się sam. Gram specjalnie dla niej, żeby chociaż na te krótkie kilka minut mogła pomyśleć o czymś innym, a ten szeroki uśmiech chyba świadczy o tym, że nawet mi się udało osiągnąć cel - No pewnie, każdy może śpiewać, lepiej czy gorzej, liczy się zabawa - wzruszam lekko ramionami. Chyba, że się tym zajmujesz profesjonalnie, ale w zasadzie ani ja, ani tym bardziej Lotta nie byliśmy profesjonalistami. Kiwam głową, a potem wychodzimy. Ukulele biorę ze sobą, bo czemu nie, w sumie planów konkretnych brak, chociaż jak tylko wysypujemy się na ulicę to moje spojrzenie od razu ucieka na wielką kupę mebli mniej lub bardziej nadających się do użytku, dalej drugą i trzecią i kilka kolejnych wzdłuż ulicy - Ooo, a co to? Śmieciarka dzisiaj jedzie? - rzucam, chociaż to bardziej pytanie retoryczne - Co myślisz o rzeczach z drugiej ręki? - pytam, to że spuszczała się nad segregacją to już wiem doskonale, jednak nie mam pojęcia jaki ma stosunek do zbierania rzeczy z ulicy. Mnie to aż się oczy świecą i przesuwam wzrokiem po tych wszystkich gabarytach, zebranych przy drodze, ale najpierw jedzenie. Była głodna i ja w sumie też - Znasz Wujka Taco? - pytam. My tam z Madoxem często chodziliśmy bo robił najlepsze żarcie w okolicy i sam El Tio Taco był mega sympatycznym gościem. W każdym razie prowadzę ją do budy na rogu. Na pierwszy rzut oka wygląda dosyć obskurnie, dosłownie tak jakby sanepid mógł to zamknąć od razu, ale ja tu żarłem już tyle razy, że wiem, że nic nam nie grozi. Przed budką stoi tylko jeden plastikowy stolik z trzema krzesłami. Zwykle kolejka ciągnie się przez pół chodnika, ale tym razem mamy farta, przed nami tylko inna para, która właśnie odbiera swoje zamówienie - Jadłaś tu kiedyś? - pytam, zaś kiedy podchodzimy do okienka to wujek taco, czyli niski, łysy meksykaniec z wielkim wąsem wita się z nami równie ogromnym uśmiechem - Hola mariachi - zawsze tak do mnie mówi, że jestem mariachi, bo nie raz zresztą przychodziłem tutaj w drodze na streeta i mu grałem, miał nawet swoje ulubione piosenki - Hola chica - rzuca do Charlotte, po czym posyła mi takie przeciągłe spojrzenie, że fajną sobie dziewczynę przygruchałem - No siemanko, co tam szef kuchni dziś poleca? - pytam. Facet zaczyna nam wymieniać, że dzisiaj to poleca takie z wolno pieczoną wołowiną, bo jest soczysta i perfecto, nawet się cmoka w dwa palce, żeby jeszcze mocniej podkreślić to, że jest idealne - No to dwa razy - ja się zawsze zdaję na wuja taco, bo mi jeszcze nigdy w życiu źle nie doradził. Klaszcze w dłonie, wyciera je w swój fartuch i zakasa rękawy do pracy - A zagrasz Desperado? - prosi. Oczywiście nie mogę mu odmówić, więc faktycznie zaczynam szarpać struny do wszystkim znanego utworu. Pedro, bo tak ma na imię, bierze się do przygotowywania nam żarcia, a w międzyczasie zagaduje Kovalski - Mariachi dobry jest, dobrze gra, ale mógłby się trochę hiszpańskiego pouczyć - śmieje się, bo w istocie mój hiszpański jest na poziomie zerowym.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
INSPIRUJĄCY MISIU
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

:william:

Zmierzyła go powoli wzrokiem od stóp po głowę. William pod wieloma względami był dla niej wyjątkowy. Jak mało kto potrafił spowodować u niej ból głowy, zresztą ból stopy, ręki, czy czegokolwiek innego podobnie. Jednocześnie wystarczyła krótka chwila, by jej skorupa lodowa zaczęła się rozpuszczać, a na jej twarzy pojawił się uśmiech.
Czasem zastanawiam się, czy mnie czymś jeszcze zaskoczysz — zaczęła spokojnym tonem. Pod hasłem nogi nas poniosą kryło się naprawdę wiele stwierdzeń, których nie była w stanie odgadnąć. To uruchamiało samo w sobie procesy myślowe. Wywiezie ją za granicę? Albo wprost do kliniki aborcyjnej? — i robisz to za każdym razem — czasami negatywnie, czasami pozytywnie. Ich relacja przypominała grę w rosyjską ruletkę. Nigdy nie wiesz, co wylosujesz — nie wiem, czy się bać, czy nie — ale dzisiejszy dzień miał należeć do tych, w których na twarzy Charlotte pojawiał się szeroki uśmiech. Im dłużej Patel grał, tym bardziej wpatrzona w niego była. Ukrywanie maślanych oczu wydawało się wręcz niemożliwe.
Przypomnę Ci to, jak uszy zaczną Ci więdnąć — zaśmiała się krótko pod nosem i wyruszyła zaraz za Patelem na zewnątrz. Ledwo zdążyła zamknąć drzwi, a dzień wydał się jej lepszy. Nie liczyło się, że przez ostatnie kilka dni rzygała, nie widząc niczego poza zawartością własnego żołądka. Tylko fakt, że jej głowa przez krótki moment zaczęła zajmować się czymś innym.
Gabaryty jutro mają wywozić — rozpiskę wywozu śmieci znała praktycznie na pamięć. Kovalski należała do rady osiedlowej. Nikogo to nie powinno dziwić z jej zadziwiającym mózgiem do planowania. Ba, zresztą sama chciała wyrzucić fotel z niezidentyfikowaną plamą od sylwestra — to zależy — od przedmiotu, miejsca, jego stanu. Gumek z drugiej ręki nie chciałaby dostać — jeśli coś mi się spodoba, to mogłabym to wziąć — i po chwili dodała — lubię takie vinted — do lumpów już miała odrobinę obiekcji. Chociaż czy powinna? Lokal był dużo bezpieczniejszy niż pojedynczy sprzedawca, któremu trzeba było zaufać — a co Ci chodzi po głowie? — no przecież, że wystarczyła krótka chwila, by na nowo jej oczy zrobiły się jak pięciozłotówki. Musiał coś planować, a na pewno wystarczyła kwestia czasu, by odkryć co.
Nie wujek Taco brzmiał odrobinę dziecinnie, albo tak dumnie jak Zahir Kebab. Do niektórych budek szło się na własną odpowiedzialność, a ta oczami Lotty przypominała jedną z nich — naprawdę tu mamy jeść? — aż westchnęła ciężko — wygląda tak samo sterylnie jak nasz śmietnik — dzielnie poszła za nim, uśmiechając się delikatnie niemrawo, nerwowo. Oczami błądziła po wnętrzu budy, szukając w głowie kolejnych uchybień. Mucha na blacie? Oby nie wylądowała w ich taco, przynajmniej włosy w jedzeniu im nie groziły, bo gościu miał wielki latynoski kapelusz.
Hola wujek — mruknęła cicho pod nosem, przysłuchując się rozmowie dwójki. Pachniało fryturą, odrobinę zbyt mocno, zbyt przypaloną. Aż brzuch się jej delikatnie skurczył. Pytanie, czy z głodu, czy obrzydzenia.
Wielu rzeczy mógłby się nauczyć — jedną z takich umiejętności była na przykład wierność. Głośno tego wypowiadać nie chciała — ale grą naprawdę mnie rozpuszcza, amigo — ile byłaby mu w stanie wybaczyć? Zresztą wystarczył moment, a już wpatrywała się wielkimi oczyma w Williama jak w obrazek.
To już? — uniosła delikatnie brwi ze zdziwienia, ale przyjęła swoją porcję. Spoglądała na taco z powątpiewaniem. Owadów nie było, włosów chyba też... no i pachniało zajebiście, aż musiała ugryźć kawałek — jezu, jakie to pyszne... — mruknęła cała zadowolona. Dosłownie rozkosz w ustach, nie mogła ukryć zadowolenia — mógłbyś u mnie gotować — rzuciła do wuja Taco — muy bien! — jedno z dziesięciu słów, które zdążyła się nauczyć. Przed drugim gryzem zbliżyła się do Patela i na ucho wyszeptała — obiecaj mi jedno — poważny głos, jak na poważną sprawę, którą miała mu do przekazania — nie będę miała po tym większego spustu z górnej, lub dolnej strony — zaśmiała sie krótko, po czym zaczęła wyjadać resztę porcji.
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Przechylam głowę na jedną stronę i unoszę nieznacznie obie brwi, ale kiedy w końcu uznaje, że zaskakuję ją za każdym razem, to wyciągam usta w szerokim uśmiechu - To źle czy dobrze? - pewnie różnie i pewnie mimo wszystko na swoim koncie miałem więcej negatywnych zaskoczeń, szczególnie w przypadku Charlotte, ale hej! Ona wcale nie zostawała mi dłużna, w sumie mógłbym jej powiedzieć dokładnie to samo, tylko ja chyba to właśnie najbardziej lubiłem w naszej popierdolonej relacji, że nigdy nie było wiadomo czego się spodziewać. Chociaż tak po prawdzie wolałbym nigdy nie usłyszeć, że zostanę ojcem, to chyba było największe i najgorsze zaskoczenie tego roku, jeśli nie całego życia. Kiedy stwierdza, że sama nie wie czy się bać czy nie, to posyłam jej jakiś taki tajemniczy uśmiech, chociaż tym razem w planach był raczej spokojny spacer po okolicy, to jednak nigdy nie można było być pewnym co czeka nas po drodze - Jutro? - powtarzam po niej. No tak, Charlotte Kovalski wszystkie te rozpiski miała w małym palcu, w zasadzie nie powinno mnie to dziwić i w zasadzie wcale nie dziwiło - Mhm - wbijam w nią spojrzenie słuchając jaki ma stosunek do śmieciarstwa - Potrzebuję kilku rzeczy i mam nadzieję, że w końcu uda mi się je znaleźć, stojaka na płyty szukam chyba już z pół roku - wywracam oczami. Jasne, że mógłbym iść do pierwszego lepszego sklepu z pierdołami i kupić sobie nowy, albo pogrzebać w necie i znaleźć dosłownie taki jaki sobie wymarzę, ale po co? To by było za proste, a poza tym na świecie było już tyle rzeczy, że nie widzę sensu w produkowaniu nowych - Chętna na spacerek po wystawkach? Może uda się znaleźć jakieś skarby, wiesz, że kiedyś znalazłem igły do gramofonu? Nieużywane, w takim pudełku, normalnie nawet w necie ciężko o takie rzeczy czasem, a tu niespodzianka - kiwam głową. Zresztą to nie był jedyny skarb z ulicy, który przywlokłem ze sobą do domu, ale jakbym miał opowiadać o wszystkich to pewnie by mi życia nie starczyło. Najpierw jednak żarcie, to na szczęście nie że śmietnika, chociaż ta buda wuja taco wyglądała trochę jak kontener - Oj tam, przesadzasz, zobaczysz, że warto - rzucam półszeptem, delikatnie nachylając się w jej stronę, żeby skitrany za ladą mężczyzna nie słyszał naszej wymiany zdań. Jeszcze by faktycznie napluł nam do taco, a ja jadłem tu na tyle często, że zdecydowanie nie chciałem wchodzić z nim na wojenną ścieżkę. El tio taco śmieje się na słowa Lotty, ale kiwa głową na potwierdzenie, niespiesznie składając nasze zamówienie. Ledwie kończę grać kawałek, a on już wystawia w naszą stronę dwie porcje - Za tą piosenkę dorzuciłem wam jeszcze takie z kaktusem, to nowe, dla wegetarian - wywraca oczami, tym samym dając nam do zrozumienia jaki ma stosunek do wege żarcia. Ukulele trzymam pod pachą, po czym odbieram od niego jedzenie i razem z Charlotte siadamy przy tym jednym, jedynym, plastikowym stoliku przy budce - A nie mówiłem? Najlepsze taco w mieście - kiwam głową widząc jak rozpływa się nad swoim żarciem, wuja też uśmiecha się szeroko, ale nie ma czasu z nami dłużej gadać, bo przychodzą kolejni klienci, a przecież z nimi też musi zamienić słówko przy realizacji zamówienia. Pochylam się nad blatem, słuchając szeptu Kovalski - Na pewno nie będzie gorzej niż teraz - śmieję się, bo nawet u siebie w mieszkaniu słyszałem czasem jak wyrzuca z siebie kolejne fale wymiocin, płód ostro dawał jej w kość - Czytałem ostatnio w necie, że jak dziecko tak męczy, to będzie dziewczynka, myślisz, że to prawda? - zagaduję znad taco, chwytając za to z kaktusem i wciskam je sobie do japy - Ej, nawet niezły ten kaktus - ciekawe czy z meskaliną, hehe. Oby nie, bo Kovalski w swoim błogosławionym stanie nie mogła przyjmować żadnych używek.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
INSPIRUJĄCY MISIU
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel

To zależy — ulubione stwierdzenie rzucane przez prawdziwych naukowców, ale też adwokatów. Wiele spraw zależało od okoliczności, od których nie da się w żaden sposób uciec. Charlotte zdawała sobie z tego idealnie sprawę. Cokolwiek by teraz nie wybrzmiało z jej ust, jakiekolwiek słowa nie miałyby pokrycia. William działał na nią dwojako. Raz potrafiła się naprawdę cieszyć z najmniejszych głupot, by później wściekać się na niego przez kilka tygodni. W ich relacji nigdy nie było nic pomiędzy. Szarość wydawała się dla niej zbyteczna, a najgorsze w tym wydawało się jedno. Nawet gdy zaczynała go nienawidzić całym sercem, po chwili zaczynało jej mu go brakować.
To nie możesz pójść do sklepu? — i aż musiała się przez chwilę przymknąć, by nie wspomnieć, że rzeczy ze śmietnika wpasowałyby się idealnie do stylu mieszkania Williama. Nigdy nie potrafiła się odnaleźć w jego mieszkaniu. Sama nie wiedziała jednak z czego to wynikało. Najczęściej była tam w trakcie imprez, które próbowała zagłuszyć w swoim martwym ciągu pracy. Podczas gdy sama miała wszystko poukładane idealnie na kupce, jedna półka na jeden rodzaj rzeczy. Rośliny poustawiane w taki sposób, by łatwiej móc się nimi zająć.
No możemy... — potrzebowała paru chwil, by się nad tym zastanowić. Ostatnie ich starcia przy śmietniku nie wpasowałyby się do idealnych. Zużyty kondom na twarzy, test ciążowy... Choć wracając do pierwszej wojny ze segregowania śmieci, na twarzy Lotty pojawiał się mimowolny uśmiech. Rękę by sobie dała uciąć, że znała właściciela prezerwatywy i to właśnie na niego ona wylądowała — ale patrzymy przed, a nie wchodzimy do środka? — dopytała dla czystego bezpieczeństwa, spoglądając na Williama dość ostrożnie. Wolała poznać zasady, zanim podejmie jakąkolwiek decyzję. Tak było lepiej dla ich obojga. W końcu... William mógł zostać przyszłym ojcem jej dziecka.
Zdążyła ledwie wywrócić na Patela oczyma. Warto? Warta to była taka rzeka w Poznaniu, a nie jedzenie, które wręcz kilometrami pachniało fryturą. Wystarczyło jedno pociągnięcie nosem, by wiedziała, że coś tu jest nie tak. Tylko lub aż tyle. Chociaż odbierając jedzenie, coś w niej pękło. Coś w nim przyciągało, niemiłosiernie mocno i nie chciała nawet tego ukrywać.
A skąd ty to możesz wiedzieć? — dopytała, lekko zdezorientowana, wpatrując się w Williama. Niby dzieliła ich tylko ściana, ale czy naprawdę mógł słyszeć jej modlitwy? Przecież nie żyła w poznańskiej kamienicy, jakaś prywatność musiała być. — nie — stwierdziła praktycznie od razu — myślę, że to jest dowód twojego dorobku w tej brzuchatej sprawie — ile krwi wypluła z siebie przez Patela, to przecież było niemożliwe. Jeszcze nie biło mu serce, a już przypominało ojca — poczekaj, spróbuję — i zaraz wgryzła się w tego kaktusa... Aż zamruczała ze zadowolenia, sama po sobie się tego nie spodziewała, że William mógł ją doprowadzić do foodgasm'u.
To idziemy? — zagadnęła, spoglądając raz jeszcze do budki — wypiłabym coś. Wziąć Ci coś na przejście? — sama dla siebie wzięłaby jakąś colę, szczelnie zamkniętą. Jak wiadomo coca-cola potrafi wyczyścić kibel, to z taco z niezbyt dobrego źródła też powinna sobie poradzić.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#21”