Płonął — to fakt.
Przy niej, przez nią, dla niej.
Przecież czuł to narastające ciepło wewnątrz, które ona potęgowała całą sobą. Tym, jak dotykalska stała się, jak trącała go nagim kolanem, jak oddech zostawiała na jego skórze, gdy się pochylał w jej stronę. Czy robił cokolwiek, by to przerwać? Ta… jasne. Po cholerę? Nie przepadał za zimnem, lgnął za to do ciepła, do jej rozpalonej skóry, do jej rozgrzewającego spojrzenia, bo teraz zdecydowanie takie było. Miała w sobie ten błysk, któremu nie potrafił odmówić i który jedynie go napędzał do robienia głupot.
No to pokaż na co cię stać, Miller.
Na wiele go było stać, choć niekoniecznie w tym stanie upojenia i udowadnianie, że stać go na więcej było skrajną głupotą, ale nie był w stanie tego przerwać. Nie gdy swój policzek do jego przycisnęła i w zasadzie wystarczyłoby, że odrobinę by się wycofał, nieco w bok głowę zwrócił i stać by go było znów na jej gorące usta. Musiał jednak obejść się smakiem ust (nie pierwszy i nie ostatni raz), bo na ladę wjechało coś zupełnie przeciwnego do słodyczy Wallace.
Coś o k r o p n e g o.
Nieufnie pochylił się nad kieliszkami czując, że jeśli to wypije będzie po nim. W zasadzie to i bez picia mogło być po nim, bo nim sam się zorientował to już wszyscy wokół wiedzieli, że płonie. W chwili gdy sznurek od tamponu tlił się Archie stał jak sparaliżowany, trochę tak jakby oglądał kreskówkę w telewizji i z niecierpliwością czekał co się stanie, aż cały lont spłonie i dotrze do pocisku / bomby / tamponu, jak zwał tak zwał. Czy byłoby to takie złe? Pewnie nie. W końcu nie od dziś na pękanie i krwawiące naczynka stosuje się
przypalanie, prawda? Nie protestował jednak, gdy Abby nie ulegając panice ostrożnie ugasiła ogień swoimi opuszkami wywołując tym samym w Archiem falę… zachwytu?
Miał być zachwyt, a było Mohito.
Zimne w dodatku, co mogłoby mu faktycznie sprzyjać ugasić na krótką chwilę te wszystkie wewnętrzne pożary. Mogłoby gdyby nie fakt, że mokra Wallace z drobinkami rozkruszonego lodu zsuwającego się po jej nagrzanej skórze i limonką przyklejona do piersi wyglądała g o r ą c o, apetycznie, aż chciał z niej spić resztki cudzego alkoholu. Ślinił się, może nie dosłownie, ale cały jego wyraz twarzy jasno wskazywał na to czego w tej chwili pragnie. Zdecydowanie był pijany, bo nie panował i nawet nie próbował zapanować nad swoją ekspresją. Jak barman otwarcie te shoty na tacy przed nimi wystawiał, tak on jasno całym sobą komunikował jak bardzo chce tą limonkę własnymi ustami z jej piersi zagarnąć. I pewnie zrobiłby to w tym momencie, gdyby nie fakt, że to ona wyrwała się do niego, by miętę z policzka zagarnąć. Dłoń swą na jej boku ułożył, palce nieco mocniej na jej skórze zacisnął. —
Śmiało — mruknął, gdy poczuł jej usta na swojej skórze nie odrywając wzroku od limonki.
Nie krępuj się.
Przełknął ślinę z trudem, zagryzł zęby nieco mocniej, nosem nabrał powietrza, cały się spiął gdy oczy pociemniały mu z pożądania. Jakby te bezczelne trzy słowa rzucone przez Abby przesunęły go do krawędzi. Miejsca, gdzie na limonce pewnie by nie poprzestał. Już się pochylał w jej stronę podążając za pragnieniem i zostawiając w tyle trzeźwe oblicze Millera, które może do najrozsądniejszych nigdy nie należało, ale skutecznie powstrzymywało się przed skomplikowaniem ich przyjaźni. To, że on nie obracał się za resztkami własnego rozsądku nie powstrzymało jednak jej do odwrócenia się w stronę baru, niwecząc tym samym jego plany.
Cholera!
Usta oblizał i smakiem się obszedł, pięść jedną mocniej zacisnął chyba próbując wyhamować rozpędzone pragnienia. Słabo mu to wychodziło, więc idąc za przykładem Abby już sięgał po kolejnego shota, szczególnie gdy z planszy znikał ten ogórkowy, ale jej dramatyczne
chyba umieram zatrzymało go i zamiast położyć dłoń na kieliszku ułożył ją na jej plecach. —
Żadnego umierania Wallace — zaprotestował łapiąc ją pod ramiona żeby zaraz się mu tu na podłodze nie ułożyła na wieki wiekuiste, jednocześnie barmana poganiając, by schłodzoną wodę mu podał. —
Siadaj — nie czekając na jej reakcję złapał ją, na krzesło podsadził i… nie zdążył zrobić nic więcej, bo nagle między nimi wyrósł jakiś tp w lnianej koszuli wołający z daleka, że jest lekarzem i bez pytania zaczął ją macać po szyi. Była czerwona, oczy wypełnione miała łzami i powietrze łapała tak ciężko, że Millera przez moment naprawdę obleciał strach. Szczególnie gdy doktor
Mc. Dreamy wyskoczył z tesktem. —
To może być poparzenie przełyku, proszę odchylić głowę — i cholera wie skąd wyciągnął nagle latareczkę, by jej do buzi poświecić. Złapał Abby za podbródek bez pytania i zaczął świecic prosto w twarz.
— Otwórz usta i powiedz AAAA — polecił informując jednocześnie z powagą, by zgromadzeni i sama poszkodowana wiedziała co robi. —
Sprawdzam drożność dróg oddechowych — przyświecając po jej jamie ustnej zacmokał. —
Migdałki lekko podrażnione, błona śluzowa zaczerwieniona, ale brak większego obrzęku — ocenił i wyłączył swoją latareczkę chowając ja ponownie w kieszeni, uśmiechając się uroczo do pacjentki. —
Najlepiej schładzać małymi łykami zimnej wody i nie pić już dzisiaj alkoholu — polecił i uprzedzając Archiego sięgnął po butelkę lodowatej wody, którą przyniósł barman. Otwarł ją i podał Abby uśmiechając się przy tym tak, jakby na coś sobie liczył. —
Dziękujemy za diagnozę — wtrącił kulturalnie Miller mierząc go spojrzeniem, jakby chciał jsano zakomunikować:
temu panu już dziękujemy napinając przy swoją jeszcze mokrą od mohito klatkę piersiową i przystępując do nich z boku biodrem trącił go
trochę zbyt mocno, więc biedak by nie stracić równowagi i nie zaliczyć gleby musiał nagle się od niej odsunąć. Miller zaraz to wykorzystał stając znów naprzeciw niej nie kryjąc jednocześnie podziwu dla limonki, która po tych wojażach wciąż zajmowała to samo miejsce. to chyba zasługa stroju, za który delikatnie się wsunęła. W głowie wciąż słyszał słowa Abby:
nie krępuj się. I nie, nie zamierzał. Niewiele myśląc pochylił się i zgarnął ustami cytrusowy łup z jej piersi, ustami muskając przy tym jej skórę. Zgniótł limonkę swoimi zębami i obnosząc się ze swoją zdobyczą złapał za butelkę wody z której Abby spijała małe łyki. —
Schładzanie biorę na siebie — poinformował, gdy wysysał cały sok z limonki wrzucając jej resztki do pustej szklanki po jakimś drinku. Nim zdążyła zareagować już wsuwał dłonie pod jej pośladki tylko po to, by podrzucić ją do góry i zarzucić sobie przez ramię. —
Co pan robi?! Ona potrzebuje fachowej opieki! — lekarz zaprotestował, ale Miller dumnie się uśmiechnął. —
Niech pan się nie martwi, ja się nią dobrze zaopiekuję — choć bez koszulki i z tym ugaszonym w ostatniej chwili tamponie nie wyglądał zbyt przekonująco. Szczególnie gdy przy pierwszych trzech krokach mocno walczył o utrzymanie równowagi, ale wina na pewno nie była po jego stronie, tylko po stronie Abby, która wisząc głową w dół gibała się w niekontrolowany sposób na boki.
—
Mówiłem, że tym razem wygram — odparł dumnie klepiąc ją po… oh, po pośladku, bo akurat miał go pod ręką, gdy chwiejnym krokiem maszerował ze swoją pyskaczką zmierzając… no właśnie, gdzie on u licha w ogóle szedł?!
Chyba tego nie przemyślał.
Grunt, że zabrał ze sobą wodę. I Wallace!!!
Czego więcej mu potrzeba do szczęścia?
where do we go now sweet child o' mine