Dramatyzujesz, wiesz?
Owszem, Nico miał tendencje do dramatyzowania. Lubił przekolorowywać uczucia i poszerzać je w swojej skali, ale teraz nie było to
dramatyzowanie. Jak inaczej miał zareagować na chłopaka, potencjalnego samobójcę, który stał za barierkami jednego z wyższym mostów w całym Toronto? W zamian jeszcze usłyszał, że d r a m a t y z o w a ł, przez co omal nie zaczął przecierać oczu ze zdziwienia. Może to wszystko było wytworem jego wyobraźni? Może był na tyle zmęczony, że jego mózg zaczął wytwarzać dziwne obrazy, których Rosenhall nie do końca umiał zinterpretować? To był absurd, ale nie potrafił mu uwierzyć. Nie potrafił tego wszystkiego zignorować, bo równie dobrze mógł być bardzo dobrym mówcą, przekonującą osobą, która na łożu swojej śmierci, próbowała odwrócić jego uwagę i zamydlić oczy jakimiś głupimi tekstami. O to to nie! Nie z nim takie akcje!
Teoretycznie teraz nastała ta przyjemniejsza część — wciągnął młodszego z powrotem na świat, więc uspokojenie go wydawało się być już łatwiejszym zadaniem, a jednak nie był tego tak do końca pewien. Nie wyglądał zbyt dobrze; siedział blady, czerpiąc łapczywie powietrza, przez co Nico zaczął się zastanawiać, czy czasami przypadkiem nie wywróżył mu tego zawału. Ukucnął przy nim, uważnie mu się przyglądając, jakby szukał pierwszych oznak, które mogłyby wskazywać, że działo się coś bardziej poważnego; zawał, atak paniki, zacząłby się samoistnie dusić albo wydarzyłaby się jakaś zupełnie irracjonalna głupota. Jaki to byłby niefart, gdyby ledwo co go uratował, a on zacząłby nagle umierać!
— Cóż, to wszystko zależy od scenariusza. Gdybyś stanął na balkonie w jakimś mieszkaniu, to nikt by nie próbował ściągać cię od wewnątrz. Pewnie straż pożarna ustawiłaby się z trampolinami pod spodem i czekałaby, aż zachciałbyś skoczyć, ryzykując tym samym swoje życie, a jakiś mediator zacząłby z tobą rozmawiać — odpowiedział, wzruszając lekko ramionami. Przynajmniej tak to wszystko wyglądało w filmach, prawda? Nie miał zbyt wielkiego doświadczenia w sprawach kryminalnych, był skromnym programistą, który takiego doświadczenia nabierał z różnych ekranizacji bądź gier, które zdarzyło mu się współtworzyć.
— A tak to teraz jestem tylko ja. Chyba powinieneś się cieszyć. — Bo zawsze mógł zaangażować w to kolejne osoby trzecie. Nie podważał dobrych uczynków służb ratowniczych, ale gdyby zaczęli słuchać o chęci poczucia
dreszczu adrenaliny, to z pewnością wywróciliby oczami, wlepiając mu przy okazji mandat.
Spojrzał na niego niedowierzająco, gdy usłyszał
następnym razem, a później Oscar zaczął się tłumaczyć i Nico nawet nie podejrzewał, że jego twarz miała aż takie napisy, skoro młodszy sam zwrócił na to uwagę. Rosenhall z minuty na minutę coraz bardziej podważał jego zdrowie psychiczne. Może rzeczywiście powinien zadzwonić po wsparcie?
— Ja już nic nie wiem. Może cię to zdziwi, ale nie ufam ci, chłopie. Kto wie, co ci siedzi pod tą zwariowaną czupryną — rzucił, spoglądając na niego i kiwając niedowierzająco głową. Nico należał do ufnych osób — gdyby kłamał, to łatwo byłoby go nabrać, dlatego starał się być jak najbardziej zdystansowany.
— Ciekawski? Chyba należą mi się wytłumaczenia, za uratowanie ci życia? Albo czekaj, skoro nie doceniasz, to dawaj, na nowo zawiśniesz z tego mostu, co? — powiedział lekko zirytowany, mrużąc oczy. Już nawet gotów był wstać, wziąć go pod pachy, żeby podnieść i pomóc przenieść się z powrotem na drugą stronę, choć wtedy podejrzewał, że obydwoje polecieliby w dół.
— Przekroczyć granicę — powtórzył za nim, dalej niedowierzając.
— Istnieje milion sto sposobów na przekraczanie granic, a ty zdecydowałeś się wybrać ten, który najbardziej zagraża twojemu życiu? Jesteś wariatem, wyrwałeś się z kaftana bezpieczeństwa? — oznajmił, oceniając go uważnym spojrzeniem, a mimo wszystko w jego głosie kryla się nutka… rozbawienia. Może wreszcie zaczynał mu wierzyć? Może teraz był nieco bardziej przekonujący i dawał mu przeświadczenie, że naprawdę jego zdrowie psychiczne nie miało się tak źle?
— Dwadzieścia lat to dzieciak. Jeszcze niedawno w pieluchę robiłeś. — Nie żeby Nico był jakoś ogromnie starszy od niego, ale mógł przynajmniej choć trochę wykazać się swoją mądrością.
— Poniekąd tak? — ciągnął dalej, siadając naprzeciw niego po turecku.
— Życie ci niemiłe, że uciekasz z chaty? Korzystaj z życia, dopóki dorosłość nie zacznie być przytłaczająca. — Dwadzieścia lat to była dla niego jeszcze sielanka. Wtedy zaczynał na nowo rozwijać skrzydła w obcym mieście, chociaż nie podzielał losu bezdomności.
— Może potrzebujesz się wygadać? Poczucie adrenaliny można rozładować również poprzez rozmowę z nieznajomym. Kto wie, czy nie zadźgam cię zaraz, co nie? — rzucił z rozbawieniem.
— Jestem Nico — przedstawił się, podając mu rękę.
Oscar Malone