ODPOWIEDZ
20 y/o
For good luck!
170 cm
szuka szczęścia bezrobotny
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Życie na ulicy było koszmarne. Nie tak wyobrażał sobie swój początek w Toronto. Nie brał pod uwagę, że aż tyle spędzi pod gołym niebem, czasem zaszywając się w jakimś magazynie lub opuszczonym budynku, gdzie istniało spore prawdopodobieństwo natknięcia się na bandę ćpunów, którzy rościli sobie prawa do miejscówki. Oscar nie miał ani siły, ani możliwości by się z nimi spierać i kiedy już doszło do zatargu, wycofywał się niczym pies z podkulonym ogonem. To go nijak nie pocieszało tym bardziej, że nawet na krok nie zbliżył się do znalezienia swojego brata. Dni mijały, a jedyne co przybyło Malone, to kilka siniaków i zadrapań więcej. Nawet włosy miał dłuższe, co było wkurzające, kiedy zaczynały wpadać do oczu.
W tym całym kotle, w którym wirował, był wdzięczny Stellanowi, że go przygarnął, samemu tak dobrze sobie radząc, jednak ile mógł być jego przydupasem? Momentami wydawało mu się, że starszy chłopak jest zmęczony jego towarzystwem, ale z drugiej strony nie powiedział mu nigdy niczego, co wskazywałoby na to, że ma po prostu spierdalać. gdyby tylko miał mniej moralności i potrafił kraść mógłby przydać się bardziej. A tak? Tak trochę zalatywało od niego pasożytem, bo niewiele miał do zaoferowania poza swoją obecnością oraz umiejętnością przygadywania chłopakowi, że powinien odstawić te prochy, bo mu nie służyły.
Westchnął, maszerując w bliżej nieokreślonym kierunku. Nie miał na dzisiaj żadnego pomysłu na siebie. Ot, zrobił krótkie rozeznanie w godzinach zamknięć poszczególnych sklepów licząc, że uda mu się trochę pobuszować po śmietnikach. Litości, jak to w ogóle brzmiało! Nic dziwnego, że zaczynał kwestionować swoją decyzję ucieczki. Powinien się lepiej przygotować, zamiast działać impulsywnie. Wiedział jednak, że każda kolejna minuta zwłoki zniweczyłaby jego plan. Dałby się przekonać wątpliwościom, trwając w tym piekle do dzisiaj. Nie, zdecydowanie kurwa nie. To już wolał dostawać wpierdol od ulicznego gangu, niż własnej matki, która z założenia powinna go przytulać, a nie naparzać wałkiem czy zamykać w tej pieprzonej piwnicy. Wzdrygnął się na samo wspomnienie.
Przeciągnął się, wdychając z założenia świeże powietrze. Było gorsze, niż w jego rodzinnej miejscowości, ale na takie minusy był w stanie przystać. Coś za coś, jak to się mówi. Rozejrzał się po okolicy, orientując, że wszedł na jakiś most. Kiedy? Zamyślił się tak bardzo, że zupełnie nie zwracał uwagi na szum przejeżdżających samochodów, a tym bardziej dźwięk płynącej wody. Dobrze, że nic go nie potrąciło, bo w szpitalu wolałby nie wylądować.
Zerknął przez balustradę. Widok był zapierający dech w piersi. wspaniała panorama miejsca, które mogło wyglądać jak szczęśliwy dom. Może kiedyś tak będzie mógł je nazwać.
A kiedy tak patrzył, chłonąc kolejne obrazy naszła go myśl. Taka zwyczajna, taka prosta, by zbadać granice własnych słabości. Lubił igrać z ogniem; co innego mu zostało? Wspiął się po metalowych poręczach, zaraz znajdując po drugiej stronie. Cholera, wysoko. Poczuł jak serce zaczęło bić mu szybciej. Jeden nieostrożny ruch i poleci w dół. Nie, nie miał myśli samobójczych, a już z pewnością nie chciał się roztrzaskać o taflę wody. Po prostu chciał żyć!
Odetchnął głęboko, opierając się plecami o metalową balustradę, wyginając lekko plecy w łuk, tak dla stabilności. Rozłożył szeroko ręce, niczym marna imitacja Rose z Titanica i odetchnął, pełną piersią licząc, że chociaż przez chwilę w jego umyśle zrobi się bardziej przejrzyście.

Nico Rosenhall
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
22 y/o
For good luck!
183 cm
programuje gry komputerowe w EA games
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Ten dzień zdawał się ciągnąć bez końca.

Szczerze miał nadzieję, że uda mu się nieco szybciej wyjść z pracy, a finalnie okazało się, że siedział w biurze do późnego wieczora, denerwując się na niedziałające kody, które psuły grę po ostatniej aktualizacji. I to nawet nie była jego wina! Tak to jest, jak się odpuszcza projekty, aby rozwijać skrzydła w czymś nowym, a finalnie wychodziło na to, że inni nie mogli sobie bez ciebie poradzić — znaczy, ogromnie mu to schlebiało, jednak przez to zostawał po godzinach i dzwonił do Leo, żeby zaopiekował się Cheetosem, wychodząc z nim na spacer, dając jedzenie i dostarczając odpowiednią ilość głasków i miziania, aby biedaczek czasami nie popadł w depresję z osamotnienia. Całe szczęście, że najmłodszy z Rosenhalli mógł pozwolić sobie pracować czasami zdalnie, dzięki czemu nie miał tak przerażającego uczucia, że zaniedbywał swojego zwierzaka. Nawet jeśli pracował i nie zwracał na niego dużej uwagi, to sądził, że pies czuł się lepiej niż siedząc sam w domu przez długie godziny.

Plusem wracania o późnej porze były zdecydowanie mniejsze korki — nawet jeśli po drodze spotkał kilka remontowych spowolnień, to i tak nie musiał ślęczeć w tym aucie i zastanawiać się, czy w ogóle uda mu się dzisiaj dojechać do domu. Dojeżdżając do mostu, uchylił okna, aby wpuścić do środka nieco świeżego powietrza, które miało w sobie lekką bryzę wody. Prawdopodobnie dzięki temu było tu nieco lepsze powietrze, skoro w całym mieście raczej niebezpiecznie było oddychać. Rozglądał się kątem oka, podziwiając zachodzące słońce, dopóki nie zobaczył postaci. Z daleka myślał, że może ktoś zrobił sobie żarty i wcisnął za balustradę materiałową kukłę, ale chłopak z rozpostartymi ramionami w końcu się ruszył, a Nico zdębiał. Czy on był właśnie… świadkiem, jak ktoś chciał zrobić sobie coś złego? Zaparkował przy chodniku, włączając światła awaryjne i zaraz wyszedł z auta, przeskakując przez niską barierkę oddzielającą drogę i przestrzeń dla pieszych, żeby podejść do chłopaka w bezpiecznej odległości — tak, aby go nie wystraszyć, nie zachęcić do skoku, a jednocześnie żeby go zobaczył. — Nie rób tego, proszę — rzucił, wystawiając ręce przed siebie i prawdopodobnie przykuwając jego spojrzenie. Kurde, młody chłopak i chciał odebrać sobie możliwość dalszego pociągnięcia swojego losu? Słyszało się, że takie problemy najczęściej były dostrzegane wśród młodych ludzi, ale Rosenhall nigdy nie spodziewał się, że będzie postawiony przed próbą, aby komuś realnie… pomóc. — Życie jest zbyt piękne, a nawet jeśli teraz jest gorzej to jeszcze będzie dobrze. Uwierz mi. Porozmawiaj ze mną! — krzyczał do niego, żeby zagłuszyć szum przejeżdżającym przez most aut i uważnie spoglądał na młodego. Czy to był już ten moment, kiedy powinien dzwonić po jakieś służby? Cholera, czemu nikt nie zainteresował się jeszcze sprawą, czemu żadne auto nie zatrzymało się, aby pomóc mu w tym temacie?! Cholerna ludzka znieczulica.

Oscar Malone
20 y/o
For good luck!
170 cm
szuka szczęścia bezrobotny
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nie dało się ukryć, że to co właśnie robił było nad wyraz niebezpieczne - wystarczyła chwila nieuwagi lub jakiekolwiek drobne potknięcie, żeby polecieć w dół niczym szmaciana lalka. Igrał z losem tak cholernie, że doprowadzało to serce to znacznie szybszego bicia. Ale z drugiej strony czy nie było to ekscytujące? Mierzyć się z własnymi słabościami i zobaczyć własne reakcje w sytuacjach, w których człowiekowi normalnie nie było dane się znaleźć. Niech pierwszy rzuci kamień ten, kto nigdy nie chciał podnieść poziomu adrenaliny na własnych zasadach.
Uśmiechnął się sam do siebie czując, jak krzyk rodzi się w jego płucach. idealna sceneria, żeby po prostu się zadrzeć, dając upust frustracji rodzącej się w głowie. czasami łeb go nawalał od tych wszystkich myśli o zaginionym bracie, o nieszczęsnym życiu na ulicach Toronto, o rodzicach, których nienawidził. Bywały dni, kiedy się nad sobą użalał uważając, że nie zasłużył na taki los. No bo hej, przecież nigdy nikomu nie zrobił niczego złego i starał się żyć raczej jako przykładny obywatel. nie był idealny, żeby nie było, ale przecież przywalenie komuś w noc w ramach odwetu było akceptowalne w dobie takich okropieństw, jakie działy się w innych częściach świata.
A mimo tego wszystkiego wszechświat postanowił go ukarać, wpychając w takie bagno, że jeszcze trochę, a nie będzie wiedział, jak się z niego wydostać. Zapadał się coraz głębiej bez perspektywy na lepsze jutro. Zaraz… nie powinien tak myśleć! Jutro będzie lepiej, bo przybliży się do odnalezienia swojego brachola, tym samym przerywając łańcuch niepowodzeń. Zdecydowanie właśnie na tym postanowił się skupić, a nie pozwalać bo go dopadały myśli sprzyjające samobójcom. Nie był jednym z nich i nigdy nie będzie. Szkoda, że z innego założenia wyszedł osobnik, który postanowił zwrócić na siebie uwagę Oscara, w dość mało subtelny, jak dla niego, sposób. Bo umówmy się, Malone był tak zamyślony, że gdyby tylko ten się nie odezwał to pewnie w ogóle by go nie dostrzegł. A tak, wzdrygnął się, łapiąc gwałtownie barierki za swoimi plecami.
-Oszalałeś człowieku?! Do zawału chcesz mnie doprowadzić?! - żachnął się, bo teraz to serce waliło mu niemiłosiernie, kiedy zdał sobie sprawę, jak niewiele brakowało, a runąłby w dół do wody. Nie ma szans, że by to przeżył pewnie kark skręcając w chwili uderzenia o taflę. Kiedy się uspokoił, zmarszczył lekko brwi. zaraz czy on myślał, że Oscar serio chce ze sobą skończyć?! - Umówmy się - życie jest do dupy i im szybciej ludzie zdadzą sobie z tego sprawę, tym lepiej. Mniej rozczarowań. A poza tym… - już chciał mu wyjaśnić, że wcale nie chciał skakać i nawet powoli obrócił się w jego stronę, ale w tym momencie noga mu się ześlizgnął z krawędzi i zsunął się z mostu, w ostatniej chwili ręką łapiąc za barierkę. Teraz to już na całego zwisał jak marionetka, którą ogarnęła bezbrzeżna panika. No pięknie, umrze zanim pozna swojego brata i to jeszcze na własne życzenie.
-Halo! - zadarł się mając nadzieję, że ten człowiek jeszcze tu był. Bo co z tego, że Oscar ciężki nie był, jak utrzymanie ciężaru swojego ciała też było dla niego trudne ze względu na nieposiadanie rozwiniętych mięśni.

Nico Rosenhall
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
22 y/o
For good luck!
183 cm
programuje gry komputerowe w EA games
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nico był przekonany, że nie zrobił nic gwałtownego — a przynajmniej tak sądził, ale nie pomyślał, że przecież chłopak wystawiony na próbę, stojący na krawędzi mostu, z pewnością jest zamyślony i skupiony na swoich rozważaniach. Chciał jednak działać szybko, żeby nie było żadnej wpadki i żeby czasami nie musiał nurkować za chłopakiem, bo chociaż umiał dobrze pływać, tak skok z mostu raczej nie był zalecany. Człowiek, który był bardziej rozsądny niż Rosenhall, z pewnością zadzwoniłby na policję, informując o zdarzeniu i modląc się, że do czasu ich przyjazdu nie wskoczył do wody, kończąc swoje życie.

A jednak przestraszył go.

— Nie?! — rzucił w odpowiedzi. — Chociaż czy to ma znaczenie, czy zawał, czy skok?! — krzyknął w jego kierunku. Osiągnąłby swój cel, chociaż Nico miałby poczucie zawodu, że nie podołał z uratowaniem kogoś. Miał zbyt dobre serduszko, aby go tak po prostu zostawić, przecież psychika siadłaby mu, gdyby musiał żyć dalej ze świadomością, że miał szansę, aby kogoś uratować. Chociaż kto wie, z jakimi problemami się zmagał? Z jednej strony egoistyczne było oceniać go swoim okiem i dbać tylko o to, jak się będzie czuć po nieudanym ratunku, ale z drugiej strony… Nie. Nie mógł myśleć, że samobójstwo było dla kogoś rozwiązaniem, skoro sam wychodził z założenia, że zawsze istniało jakieś wyjście z sytuacji. I musiał wygłosić gadkę moralizatorską młodemu chłopakowi, który twierdził, że życie było tak bardzo beznadziejne i nie skończył swojego tematu, bo głupek chciał się obrócić w jego stronę, przez co poleciał jak długi. Nico otworzył usta w zdziwieniu, wybauszając szeroko oczy, po czym podbiegł do barierki, wychylając się. To nie wyglądało dobrze. — Czy ty jesteś, kurwa, niepoważny?! — krzyknął, wyciągając rękę i próbując chwycić go mocno za część pod łokciem. — Złap się mnie i za drugą też — rzucił, wyciągając drugą rękę i kolanami nieco przylegając do balustrady, żeby czasami nie polecieć, jak ciężar chłopaka całkiem na nim zawiśnie. — Musisz się mocno trzymać, okej? Żeby nie było przypału — rzucił, bo chodził na siłownie, ćwiczył siłowo, ale cholera jasna, bał się, że to nie było wystarczające. — Jak cię trochę podciągnę, to spróbuj się podeprzeć nogami o murek — dodał, zaczynając go podciągać, w międzyczasie przejeżdżał jakiś facet na rowerze, który szybko zeskoczył z niego i pomógł Nico uratować chłopaka. Co dwie pary rąk to nie jedna, przynajmniej miał pewność, że przypadkiem go nie puści, sprawiając, że chłopak uderzy o wodę z głośnym pluskiem. — Zajmę się nim, dziękuje — podziękował mężczyźnie, który jeszcze na odchodne kręcił z niezadowoleniem głową i tylko rzucił, że powinien zadzwonić po kogoś, aby przebadali chłopaka. Zgodził się w myślach z tą poradą i odczekał, aż rowerzysta odjedzie kawałek dalej, aby zerknąć na siedzącego na ziemi obcego. — Coś ty sobie myślał? — wyrzucił z głębokiem odetchnięciem. Ciężar z serca powoli opadał, a nawet już nie miał siły krzyczeć na dzieciaka.

Oscar Malone
20 y/o
For good luck!
170 cm
szuka szczęścia bezrobotny
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Wchodząc na barierkę, co już samo w sobie zakrawało na debilizm oraz było zwyczajnie niebezpieczne, Oscar nie spodziewał się, ze przyjdzie mu zaraz z niej zwisać. Kiedy przekładał nogi na druga stronę, by poczuć trochę adrenaliny, dzięki której wiedział, ze żyje, nie miał nawet jednej myśli samobójczej. Ba, on naprawdę nie planował skakać, bo po pierwsze byłby to trochę bolesne, a po drugie wbrew temu, co działo się w jego życiu i jak słabo ono teraz wyglądało, lubi je. Miał w głowie głęboko zakorzenione (nawet jeśli momentami brzmiał jak człowiek z depresja), ze kiedyś będzie znacznie lepiej, tylko potrzebował odpowiedniego momentu i okoliczności, żeby to szczęście i lepsze jutro przyszły. Jak jednak miał to wszystko wytłumaczyć osobie, która ewidentnie sądziła, ze Oscar chce ze sobą skończyć? Ze też w ludziach odzywali się dobrzy samarytanie w momentach, w których najlepiej byłoby człowieka zostawić samego.
-Trochę wielkie znaczenie - jedno jest mniej bolesne, niż drugie, wiesz? Plus jakby nie patrzeć nad skokiem masz kontrole, nad zawałem tak średnio - odpowiedział na jego słowa. Kontrola. Samobójcy z pewnością chcieli po raz ostatni ja mieć, wybierając w sposób, w jaki odejdą. Z tym, ze akurat Malone nie miał najmniejszego zamiaru się teraz nawet zastanawiać jak chciałby umrzeć, co nie na wiele się zdało, skoro los uznał, ze wybierze za niego. jeden moment, jedna chwila i wisiał na tej chłodnej poręczy, ledwie się jej trzymając. Nawet jeśli było się szczupłym nie było to takie proste!
Czuł jak serce wali mu niemiłosiernie szybko. Teraz to na poważnie się zestresował, wyrzucając sobie (po czasie, gratulacje) jakim był gamoniem, żeby w ogóle doprowadzić do takiej sytuacji. Litości! On naprawdę nie chciał umierać, a wizja nieubłaganej śmierci sprawiła, ze zrobiło mu się zwyczajnie niedobrze, a panika w środku zaczęła ogarniać go jeszcze bardziej. Nie utrzyma się, nie podciągnie na tyle, by ponownie znaleźć się po stronie ulicy.
Kurwa, pozamiatane.
Chwile później zobaczył nad sobą twarz. Osobnik, który go wystraszył, doprowadzając do tego wszystkiego. Oprawca staje się wybawicielem, jaki paradoks.
-Ja?! Ja?! No jasne, słuchaj, zajebiscie się tak zwisa, zawsze chciałem tego spróbować. Może dołączysz? - wyrzucił z siebie, a w jego glosie można było dosłyszeć wyższa nutkę, która zdradzała zdenerwowanie. No hej, każdy człowiek w podobnej sytuacji zapewne reagowałby podobnie.
Usilnie próbował się złapać chłopaka, obawiając się przy tym każdego ruchu. Czul jak ręka mu się poci, a co za tym idzie, palce ślizgają na metalowej barierce. Jeśli się nie pospiesza, jak nic runie do wody, a prawdopodobieństwo przeżycia spadnie do zera.
Kilka chwil później, przeżytych w stresie, którego jeszcze nigdy nie doświadczył (może poza piwnica, ale to był wyższy wymiar), znalazł się na ulicy obok nieznajomego chłopaka i mężczyzny, którzy mu pomogli.
-Myślałem? Ze fajnie będzie odegrać scenę z Titanica tylko na moście i bez partnera - odpowiedział, oddychając głęboko. Nawet nie zauważył wcześniej, ze do oczu napłynęły mu łzy. Otarł je szybko dłonią, nie chcąc wyjść na aż tak słabego. - Wszystko było dobrze, póki mnie nie wystraszyłeś! Co TY sobie myślałeś? - spojrzał na niego. W tym wszystkim zarejestrował, ze był przystojny. I miły. I ładnie pachniał.
Takiego bohatera chciałby z pewnością każdy.

Nico Rosenhall
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
22 y/o
For good luck!
183 cm
programuje gry komputerowe w EA games
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Czy to nie była normalna, ludzka myśl? Jadąc wieczorem przez ulice Toronto, po całym dniu, kiedy człowiek chce wrócić do domu i zrelaksować się, nagle okazuje się, że ktoś stoi na moście. Trzyma się barierek, ale stoi nie po tej stronie co trzeba, wdychając świeże powietrze, a może właśnie zbierając się w sobie, aby zakończyć swój żywot. Nico nie był w stanie przejść obok tego obojętnie. Nawet gdyby zaparł się w sobie i przycisnął pedał gazu, to i tak musiałby się cofać. A może wtedy byłoby za późno? Może by skoczył, może i tak jego noga ześlizgnęłaby się z muru i zawisłby, ale nie miałby żadnej pomocy? Może by po prostu zszedł z mostu, wędrując w swoim bliżej nieznanym kierunku, a Rosenhall i tak pomyślałby, że stracił okazję na uratowanie czyjegoś żywota i zrobiłoby to na jego sercu potężną rysę? Każda opcja kierowała się ku jednemu — do zatrzymania się i podjęcia dialogu z nieznanym chłopakiem, ryzykując tym wszystkim, łącznie to, że jego odezwanie się mogłoby dodać mu odwagi i zdecydowałby się żachnąć na swoje życie.

— Jedno i drugie prowadzi do śmierci, nie interesują mnie w tym momencie szczegóły. — Nico, jako umysł ścisły, był czasami zero jedynkowy. Obydwie wersje wydarzeń prowadziły do potencjalnej śmierci, a gdyby się nie udało, to musiałby mierzyć się z konsekwencjami, które towarzyszyłyby mu już do końca życia. Największa kontrola, jaką posiadał, to była kontrola nad swoim własnym życiem, a skoro wykorzystywał swoją wolną wolę na robienie czegoś tak skrajnie nieodpowiedzialnego… Może nie powinien go jeszcze oceniać, ale z pewnością nie pozwoli odejść mu ot tak, bez żadnych wytłumaczeń. Naprawdę napędził mu przeogromnego strachu.

Usłyszał zdenerwowanie w jego głosie. Cholera, niedobrze. Ciało reagowało w różny sposób na stres — mogły zacząć mu się pocić dłonie, to skutecznie utrudniłoby mu przytrzymanie się przedramienia Nico. Mógł zaczął panikować, wierzgać nogami i kręcić się niespokojnie, powodując tylko dodatkowe obciążenie, które ciężko byłoby dźwigać. Rosenhall czuł swój własny stres i tylko próbował opanować swoje chłodne myślenie, aby nie doprowadzić do dodatkowej tragedii. Miał naprawdę ogromne szczęście, że ktoś akurat przejeżdżał obok i nie był to jakiś obojętny na cudzą krzywdę cham. Widział po mężczyźnie zaangażowanie, sam udzielał rad, aby wygodniej go złapać, a gdy w końcu udało im się przeciągnąć młodszego, bez wykonywania żadnych poważniejszych ran u niego, to Nico odetchnął z ulgą. Adrenalina krążyła po jego ciele i nawet nie czuł, jak kołatało mu serce. Zdecydowanie nie było to normalne, miarowe bicie, które towarzyszyło mu nawet przy intensywnym treningu. Był w cholerę zestresowany, a gdy emocje powoli schodziły w dół, to i wszystko docierało do niego o wiele bardziej.

— Pytam serio — rzucił, słysząc jego odpowiedź. — Jak chciałeś pobawić się w gwiazdę filmu romantycznego to już bezpieczniejsze byłoby stanięcie na balkonie. Chryste — westchnął, przeczesując palcami włosy. Nie mógł być surowy, nie chciał taki być, skoro widział łzy w jego oczach i miał świadomość, że jego jako ofiary kosztowało to naprawdę wiele emocji. — WYSTRASZYŁEM?! — zapytał w szoku. — To TY wystraszyłeś mnie. A i tak podszedłem do ciebie najspokojniej jak umiałem, już mogłem zacząć trąbić i nadzierać się na ciebie z daleka — wyjaśnił; mógł, ale wiedział, że nie było to rozsądne. I naprawdę sądził, że podejście do niego z bliska nie wywoła u niego żadnego dodatkowego stresu, a… jednak. — No dobra, to teraz jak na spowiedzi. Co ty NAPRAWDĘ tam robiłeś. I bez głupich wymówek, okej? Uciekłeś z domu? Jesteś w ogóle pełnoletni? — zadał pytania, bo może jeśli będzie chciał wezwać karetkę, to będzie mu to potrzebne?

Oscar Malone
20 y/o
For good luck!
170 cm
szuka szczęścia bezrobotny
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Prawdą było, że kiedy Oscar postanowił ulec nieodpowiedzialnej myśli wspięcia się na most i przekroczenia barierek, nie myślał o tym, jak jego ruch może wyglądać dla przejeżdżających kierowców. W jego głowie dawno zakorzeniła się myśl, że ludzkość naszpikowana była znieczulicą, która kazała jej olewać rzeczy dla niej nieistotne. W mózgu zaszczepiło się przekonanie, że nikt nie zwracał uwagi ani na niego, ani na to, co robił. Ot, był kolejną osobą w tłumie, która nie miała większego znaczenia. każdy z tych kierowców czy przechodniów miał bowiem własne problemy, z którymi się borykał. Po co dokładać sobie więcej, tym bardziej jeśli nie znało się osoby, która odwalała, umówmy się, manianę?
Nic dziwnego, że po prostu zszokowało go pojawienie się chłopaka, który postanowił wpłynąć na Malone i sprawić, że jego punkt widzenia został lekko skrzywiony. Owszem, nie planował się zabijać, niemniej nie zmieniało to faktu, że ktoś zareagował. Dla kogoś Oscar w tym momencie stał się na tyle ważny, że wyrażono chęć poświęcenia mu uwagi. Jak miał przejść z tym do porządku dziennego nawet, jeśli ten prosty gest sprawił, że faktycznie omal nie poleciał do wody, cudem unikając porwania przez prąd rzeki?
-Dramatyzujesz, wiesz?! - rzucił do niego, bo co on próbował mu wmówić? Że chciał skoczyć, poddając się całkowicie? Opcja wyjątkowo prosta, ale z rodzaju tych, z których Oscar nie miał zamiaru korzystać. Co, jeśli upadek by go nie zabił, a jedynie sparaliżował? Jego zdaniem nie było chyba niczego gorszego, niż nieudana próba samobójcza, która prowadziła do stałych powikłań zdrowotnych. A jeszcze gorsza była próba samobójcza, której nie chciało się urzeczywistniać, przed czym niestety Malone nie uciekł.
W tym momencie rad był, że chłopak okazał się dostatecznie silny, jak również udało mu się znaleźć kogoś, kto pomógł im wciagnąć na most straumatyzowanego bezdomengo. Boże, jak mu serce teraz waliło! Zupełnie, jakby miało wyskoczyć z piersi i stanąć obok. Może faktycznie trzaśnie go druga opcja z atakiem serca, bo niechybnie tak skończy, jeśli zaraz się nie uspokoi.
Wciągnął łapczywie powietrze, jakby chwilę wcześniej się topił, a nie zwisał jedynie z mostu. W głowie wirowały mu przerażające myśli związane z potencjalnym upadkiem. Nie ma mowy, by kiedykolwiek jeszcze połasił się na podobne wrażenie, oszczędzając sobie dozowania adrenaliny. Były znacznie przyjemniejsze sposoby, by to robić.
-Ta, a gdybym był na balkonie przyszedłby do mnie taki jeden i też próbował mnie z niego ściągać - odpowiedział, trochę zbyt zaczepnie. nie potrafił inaczej reagować na stres, który zjadał go od środka. To zupełnie nie tak miało wyglądać i umysł Malone zdawał sobie sprawę, że gdyby nie interwencja nieznajomego, pewnie już teraz leniwie płynąłby z prądem, zamknąwszy oczy na zawsze. Zamiast tego przetarł je jedynie wierzchem dłoni, pozbywając się łez. Nie chciał wyjść na przeklętą beksę!
-No wspaniałe rozwiązanie! Jak następnym razem będę to powtarzał, to zatrąb, a na stówę zlecę. Znaczy nie to, żebym miał zamiar robić to raz jeszcze, nie patrz tak na mnie! - powiedział pospiesznie, widząc minę chłopaka. Chwila moment i zadzwoni po jakąś karetkę albo policję, a to nie było mu do niczego potrzebne. Chciał jedynie zapomnieć o całym tym zdarzeniu i pozbyć się rozrastającego uczucia wdzięczności względem jego bohatera. - A co ty taki ciekawski jesteś, hę? Ja wiem, że wleciał kompleks dobrego samarytanina, ale to chyba moja sprawa, nie? - skrzywił się, kiedy został zaatakowany pytaniami. Zabrzmiało dość ostro, dlatego po chwili westchnął jedynie, patrząc na niego przepraszającym wzrokiem.
-Sorry, nie chciałem zabrzmieć jak cham. Chyba nadal jestem zestresowany - powiedział już trochę spokojniej. - Serio nie miałem zamiaru skakać. Chciałem, wiem jak głupio to zabrzmi, ale chciałem zobaczyć jak to jest przekroczyć własne granice. No wiesz, będąc panem sytuacji, chociaż z tym do końca mi nie wyszło. I ej, mam dwadzieścia lat, nie rób ze mnie dzieciaka! - Obruszył się, no bo był kolejną osobą, która sugerowała mu, że był gówniarzem.
Na pytanie o ucieczkę z domu, zmarkotniał. Co miał mu powiedzieć? Że oczywiście, że tak. Że to było powodem, dla którego tu był. Czy mógł być jeszcze bardziej żałosny?
-Poniekąd tak - wyrzucił z siebie, bo ile można było uciekać przed odpowiedzią. Może jeśli powie to jednej osobie, reszta przestanie pytać.

Nico Rosenhall
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
22 y/o
For good luck!
183 cm
programuje gry komputerowe w EA games
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Dramatyzujesz, wiesz?

Owszem, Nico miał tendencje do dramatyzowania. Lubił przekolorowywać uczucia i poszerzać je w swojej skali, ale teraz nie było to dramatyzowanie. Jak inaczej miał zareagować na chłopaka, potencjalnego samobójcę, który stał za barierkami jednego z wyższym mostów w całym Toronto? W zamian jeszcze usłyszał, że d r a m a t y z o w a ł, przez co omal nie zaczął przecierać oczu ze zdziwienia. Może to wszystko było wytworem jego wyobraźni? Może był na tyle zmęczony, że jego mózg zaczął wytwarzać dziwne obrazy, których Rosenhall nie do końca umiał zinterpretować? To był absurd, ale nie potrafił mu uwierzyć. Nie potrafił tego wszystkiego zignorować, bo równie dobrze mógł być bardzo dobrym mówcą, przekonującą osobą, która na łożu swojej śmierci, próbowała odwrócić jego uwagę i zamydlić oczy jakimiś głupimi tekstami. O to to nie! Nie z nim takie akcje!

Teoretycznie teraz nastała ta przyjemniejsza część — wciągnął młodszego z powrotem na świat, więc uspokojenie go wydawało się być już łatwiejszym zadaniem, a jednak nie był tego tak do końca pewien. Nie wyglądał zbyt dobrze; siedział blady, czerpiąc łapczywie powietrza, przez co Nico zaczął się zastanawiać, czy czasami przypadkiem nie wywróżył mu tego zawału. Ukucnął przy nim, uważnie mu się przyglądając, jakby szukał pierwszych oznak, które mogłyby wskazywać, że działo się coś bardziej poważnego; zawał, atak paniki, zacząłby się samoistnie dusić albo wydarzyłaby się jakaś zupełnie irracjonalna głupota. Jaki to byłby niefart, gdyby ledwo co go uratował, a on zacząłby nagle umierać!

— Cóż, to wszystko zależy od scenariusza. Gdybyś stanął na balkonie w jakimś mieszkaniu, to nikt by nie próbował ściągać cię od wewnątrz. Pewnie straż pożarna ustawiłaby się z trampolinami pod spodem i czekałaby, aż zachciałbyś skoczyć, ryzykując tym samym swoje życie, a jakiś mediator zacząłby z tobą rozmawiać — odpowiedział, wzruszając lekko ramionami. Przynajmniej tak to wszystko wyglądało w filmach, prawda? Nie miał zbyt wielkiego doświadczenia w sprawach kryminalnych, był skromnym programistą, który takiego doświadczenia nabierał z różnych ekranizacji bądź gier, które zdarzyło mu się współtworzyć. — A tak to teraz jestem tylko ja. Chyba powinieneś się cieszyć. — Bo zawsze mógł zaangażować w to kolejne osoby trzecie. Nie podważał dobrych uczynków służb ratowniczych, ale gdyby zaczęli słuchać o chęci poczucia dreszczu adrenaliny, to z pewnością wywróciliby oczami, wlepiając mu przy okazji mandat.

Spojrzał na niego niedowierzająco, gdy usłyszał następnym razem, a później Oscar zaczął się tłumaczyć i Nico nawet nie podejrzewał, że jego twarz miała aż takie napisy, skoro młodszy sam zwrócił na to uwagę. Rosenhall z minuty na minutę coraz bardziej podważał jego zdrowie psychiczne. Może rzeczywiście powinien zadzwonić po wsparcie? — Ja już nic nie wiem. Może cię to zdziwi, ale nie ufam ci, chłopie. Kto wie, co ci siedzi pod tą zwariowaną czupryną — rzucił, spoglądając na niego i kiwając niedowierzająco głową. Nico należał do ufnych osób — gdyby kłamał, to łatwo byłoby go nabrać, dlatego starał się być jak najbardziej zdystansowany. — Ciekawski? Chyba należą mi się wytłumaczenia, za uratowanie ci życia? Albo czekaj, skoro nie doceniasz, to dawaj, na nowo zawiśniesz z tego mostu, co? — powiedział lekko zirytowany, mrużąc oczy. Już nawet gotów był wstać, wziąć go pod pachy, żeby podnieść i pomóc przenieść się z powrotem na drugą stronę, choć wtedy podejrzewał, że obydwoje polecieliby w dół.

— Przekroczyć granicę — powtórzył za nim, dalej niedowierzając. — Istnieje milion sto sposobów na przekraczanie granic, a ty zdecydowałeś się wybrać ten, który najbardziej zagraża twojemu życiu? Jesteś wariatem, wyrwałeś się z kaftana bezpieczeństwa? — oznajmił, oceniając go uważnym spojrzeniem, a mimo wszystko w jego głosie kryla się nutka… rozbawienia. Może wreszcie zaczynał mu wierzyć? Może teraz był nieco bardziej przekonujący i dawał mu przeświadczenie, że naprawdę jego zdrowie psychiczne nie miało się tak źle? — Dwadzieścia lat to dzieciak. Jeszcze niedawno w pieluchę robiłeś. — Nie żeby Nico był jakoś ogromnie starszy od niego, ale mógł przynajmniej choć trochę wykazać się swoją mądrością.
— Poniekąd tak? — ciągnął dalej, siadając naprzeciw niego po turecku. — Życie ci niemiłe, że uciekasz z chaty? Korzystaj z życia, dopóki dorosłość nie zacznie być przytłaczająca. — Dwadzieścia lat to była dla niego jeszcze sielanka. Wtedy zaczynał na nowo rozwijać skrzydła w obcym mieście, chociaż nie podzielał losu bezdomności. — Może potrzebujesz się wygadać? Poczucie adrenaliny można rozładować również poprzez rozmowę z nieznajomym. Kto wie, czy nie zadźgam cię zaraz, co nie? — rzucił z rozbawieniem. — Jestem Nico — przedstawił się, podając mu rękę.

Oscar Malone
20 y/o
For good luck!
170 cm
szuka szczęścia bezrobotny
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Spojrzenie Oscara na świat było ostro skrzywione, nie jeden raz słyszał podobną uwagę z ust swojego najlepszego przyjaciela, którego zostawił w rodzinnej miejscowości. Takie samo stwierdzenie rzucił w jego stronę chłopak, którego pocałował, błędnie interpretując jego zachowanie. Czy to faktycznie z nim było aż tak bardzo coś nie tak, czy jedynie ludzie nie umieli przyjąć do wiadomości jego inności? Nawet teraz wykazał się mało kulturalną uwagą oskarżając osobę, która chciała mu tylko pomóc. Irracjonalnie właśnie na niego chciał przerzucić ciężar odpowiedzialności za całe zdarzenie, nie chcąc przyznać, że sam się w to gówno wpakował. Miał go doprowadzić do zawału, owszem, ale było to jedynie następstwem czynów Malone, bo przecież gdyby nie wszedł na tem most, gdyby nie zapragnął poczuć wiatru we włosach w dosłownym tego określenia znaczeniu, nic nie miałoby miejsca. Nie istniałaby potrzeba zatrzymywania go, a tym bardziej późniejszego ratowania, w którym wymagana była pomoc osoby trzeciej. Zapewne teraz szedłby sobie spokojnie, a ciemnowłosy chłopak minąłby go bez chociażby myśli, że mógłby się do niego odezwać.
Niestety, w takich warunkach gdybanie było najmniej polecane, bo Oscar miał ważniejsze rzeczy na głowie. Jak chociażby przeżycie, bo wiecie co? Okazało się, że to wcale nie było taką prostą sztuką i o ile wcześniej myślał, że zginie na ulicy z ręki jakiegoś innego bezdomnego, ewentualnie zbira, którego w środku nocy najdzie na dokopanie bezbronnej osobie, tak po raz pierwszy w swoim życiu tak na serio zaczął sądzić, że umrze. Nie były to czcze scenariusze, a kumulująca się w jego ciele żywa obawa i paraliżujący strach. Miał wrażenie, że serce to mu zaraz faktycznie z piersi wyskoczy, bo kaskader był z niego raczej marny, nijak nie przyzwyczajony do ekstremalnych warunków. Poza tych w jego domu.
Przestał się trochę trząść, kiedy znalazł się na pewnym gruncie. Nadal ciało nie mogło uwierzyć, że już nie było narażone na bolesny upadek, aby zaczynało być mu lepiej. Potrzebował tlenu, nadrabiając jego zawartość łapczywymi łaustami. Przymknął na chwilę oczy, chcąc się już do reszty opanować. No gdyby tylko opowiedział komuś co tu zaszło, to nikt by mu nie uwierzył, że omal nie stał się pokarmem dla rybek.
-Co ty, jesteś jakimś przyziemnym bohaterem, że wiesz tak wszystko na temat tego, co właściwie zrobiliby ludzie? A może jesteś strażakiem? Nie wiem, czy na niego wyglądasz, ale to by się zgadzało - odpowiedział, patrząc na niego spod kępki kręconych włosów, które opadły mu na czoło. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że było spocone ze strachu. Dobrze, że pęcherz miał stalowy bo brakowało jeszcze, żeby biedny się tutaj porobił. - A z czego się tu cieszyć, co? - mruknął jedynie do siebie. Chwilę później dopadły go jednak wyrzuty sumienia, ponieważ w ostatecznym rozrachunku ten nieznajomy nie zawinił i nawet, jeśli Oscar był zestresowany, dogryzanie mu w tak chamski sposób było niesprawiedliwe. - No ale cieszę się, co nie? Żeby nie było, że jestem niewdzięczny - tym razem uśmiechnął się do niego lekko. Fajny był, to mu nie umknęło.
-Daj spokój, czy ja ci wyglądam na jakiegoś samobójcę?! - Aż się obruszył. Well, szkoda, że faktycznie trochę tak się przedstawiał. Zmizerniały, w ubraniach, które potrzebowały pralki, z dziwną rezygnacją w oczach, a na dodatek chwilę wcześniej wymachiwał rękami, sprawiając wrażenie skoczka. Nic dziwnego, że mógł tak zostać odebranym. - No i co to za bohater co najpierw ratuje, a później chce mnie znowu zabić?! - prychnął. I co jeszcze? Może liczył na to, że go posłucha i wlezie tam ponownie? Niedoczekanie, jemu tu na tym chodniku było niezmiernie wygodnie. Trochę mokro, bo wcześniej padało, ale nadal stabilnie.
- Nie oczekuję, że zrozumiesz. Po prostu… po prostu czasem jest tak, że jak wszechświat ci dopierdala i czujesz się totalnie bez życia to szukasz czegoś, co ci przypomni, że jedna nie jesteś trupem. Adrenalina, poczucie, sam nie wiem no… po prostu - wzruszył ramionami, nijak nie wiedząc jak inaczej miałby mu to wyjaśnić. Po co w ogóle próbował? pomógł mu, Oscar podziękował, mogli się rozejść. A jednak ten miły uśmiech, zmartwienie w oczach sprawiły, że no, chciał tu siedzieć i z nim rozmawiać. - Te, a ty to kurwa ile masz, co? Bo z pewnością wcale nie tak więcej, niż ja! Także sam jesteś gówniak - wymierzył w niego oskarżycielsko palcem, bo nie spodobało mu się jego podejście do osoby Malone. Był niemal dorosły i tego się trzymajmy. Nawet, jeśli o życiu wiedział nie tak dużo.
-Czasami powinieneś się zastanowić, zanim coś palniesz. Bywa, że ludzie nie mają innego wyjścia, jak uciec z domu. Nie żebym coś o tym wiedział - prychnął cicho, odwracając wzrok. Przecież nie zacznie mu się tutaj zaraz zwierzać. Te ładne oczka nie sprawią, że wywali z siebie litanię dziecka emo. - Jak ty pewnie nie wiesz jak się nożem posługiwać. Oscar - przedstawiał się, idąc za jego przykładem. - Mój sąsiad miał kiedyś psa imieniem Nico, ale zwiał - palnął, jak to miał w zwyczaju. Zjednanie sobie ludzi było przecież dla niego kaszką z mlekiem. - Masz coś do jedzenia? Zgłodniałem po tym workoucie - dodał, bo faktycznie zaburczało mu w brzuchu.

Nico Rosenhall
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”