Nie widział tego, co widziała ona. Nie dlatego, że odmawiał sobie spojrzenia głębiej, lecz dlatego, że zwyczajnie nie rozumiał tego, co wskazywała. W jego świecie rzeczy musiały mieć funkcję, a emocje — jeżeli w ogóle pozwalano im istnieć — powinny były mieć zastosowanie. Apollo był bogiem. To wystarczało. Bogowie nie potrzebowali ludzkiego usprawiedliwienia dla własnych czynów. Nie musieli tłumaczyć gniewu, zemsty, ambicji ani przemocy. Nie musieli również odpowiadać przed tymi, których przypadkiem dotknęli. Człowiek mógł cierpieć, człowiek mógł błagać, człowiek mógł próbować odnaleźć sens w tym, co mu odebrano, ale bóg pozostawał ponad tym wszystkim. I może właśnie dlatego Raphael tak łatwo odnajdywał siebie w tej figurze. Jako kogoś, komu przez całe życie przypominano, że powinien stać wyżej. Ludzie byli słabi. Ludzie byli pionkami, które przesuwało się po planszy, kiedy zachodziła taka potrzeba. Byli nazwiskami zapisanymi w notesach, twarzami pojawiającymi się przy właściwych stołach, rękami podnoszącymi słuchawkę, kiedy dzwonił ktoś ważniejszy. Przedmiotami rozstawianymi w odpowiednich miejscach, gdy Właściciel docierał do celu, który sobie upodobał. Miały służyć. Nie odczuwać. Nie pytać. Nie myśleć zbyt długo nad tym, dlaczego zostały postawione właśnie tutaj.
Jego pragnienia również nie mogły zostać osiągnięte poprzez emocję. Kaprys był zbyt niebezpieczny. Impuls był jeszcze gorszy. Każde spontaniczne posunięcie pozostawiało szczelinę, przez którą ktoś bardziej cierpliwy mógł zajrzeć do środka. Raphael nauczył się więc planować nie dlatego, że lubił planowanie, ale dlatego, że inaczej nie potrafił już funkcjonować. Każdy ruch miał następny ruch, każda rozmowa miała drugie dno, każda osoba pojawiała się w jego życiu w konkretnym momencie, choć nie zawsze wiedziała, że moment ten został wybrany dawno wcześniej. Musiał przewidywać. Musiał pamiętać. Musiał być spokojniejszy od innych wtedy, gdy inni tracili głowę. Zwłaszcza teraz, w miejscu, gdzie zasady, które obowiązywały jeszcze kilka godzin wcześniej, zostały niemal ceremonialnie roztrzaskane.
Dlatego nie widział w Apollinie tego, co widziała Glass. Nie widział samotności. Nie widział bólu. Nie widział ciężaru odpowiedzialności, który mógłby przygniatać człowieka ukrytego pod boskim wizerunkiem. Nigdy nie pozwolono mu myśleć o bogach w taki sposób. Bóg miał być funkcją. Miał być obrazem. Miał istnieć wtedy, kiedy go potrzebowano, i znikać, kiedy przestawał być potrzebny. Tak samo wychowywano jego. Miał być Valencourtem, kiedy wymagała tego rodzina. Dziedzicem, kiedy wymagało tego nazwisko. Dyrektorem, kiedy wymagały tego aktywa. Synem, kiedy odzywał się Alastair. Nigdy po prostu Raphaelem. Nie pamiętał, kiedy jako dziecko pozwolił sobie pomyśleć, że może być głodny, zmęczony, zły albo zwyczajnie znudzony, nie nadając tym odczuciom natychmiastowego znaczenia. Ciało było narzędziem. Umysł był mechanizmem. Emocja mogła być najwyżej informacją.
Dlatego kiedy Glass wypowiedziała swoją propozycję, przez chwilę jedynie jej się przyglądał.
Jeśli obiecasz zabrać mnie do miejsca, w którym będziemy mogli napić się razem.
Uśmiechnął się. Nie był to szeroki uśmiech, raczej ledwie widoczne uniesienie kącika ust, które pojawiło się zanim zdążył zdecydować, czy w ogóle powinno. Rozbawiły go nie tylko jej słowa. Rozbawiło go to, jak szybko nauczyła się posługiwać językiem tej przestrzeni. Jak bezczelnie potrafiła przechodzić od rozmowy o sztuce do negocjowania własnych granic, jakby od początku wiedziała, że w świecie podobnym do tego nie wygrywało się poprzez odmowę, lecz poprzez wybór ceny. A może po prostu doskonale wczuła się w rolę, którą dostała.
Czuł jej oddech blisko własnej skóry. Widział rozszerzone źrenice, których znaczeniem winno być jedynie pożądanie. Ale było w nich coś jeszcze. Czujność. Pobudzenie. Niepewność, której nie chciała pokazać. Raphael znał ten rodzaj spojrzenia. Sam nosił go przez większość życia, tylko nauczył się znacznie lepiej go ukrywać.
-
Jeśli tego chcesz - odpowiedział, a w tonie kryło się wyzwanie. Nienarzucające się. Niemające dominować, a wybrzmieć. Dłoń uniósł powoli, odnajdując odsłoniętą szyję Glass. Nie było w tym geście gwałtowności. Przeciwnie — był niemal przesadnie spokojny. Kciuk przesunął się lekko wzdłuż linii jej żuchwy, po czym zatrzymał się na moment. Patrzył na nią uważnie, jakby sprawdzał reakcję, zanim pozwolił sobie na jeszcze jeden ruch. Niemal czule, delikatnie, niespiesznie, z nabożnością w ruchach przesunął kciukiem po jej pełnej, lekko rozchylonej wardze. Sam nachylił się ku niej, pozwalając, by jego oddech zmieszał się z tym należącym do niej. W pieszczocie, która zapowiadała o wiele więcej i o wiele intensywniej. W jego świecie nawet czułość miała swoją strukturę.
Potem ruszyli dalej. Korytarz zdawał się ciągnąć w nieskończoność, choć Raphael doskonale wiedział, gdzie się znajdowali. Złote światło odbijało się od parkietu, wysokich ram i lśniących powierzchni, a muzyka płynąca z dalszych części sali miała już zupełnie inny charakter niż wcześniej. Była cięższa, bardziej hipnotyczna. Głosy mieszały się ze sobą w jeden niski pomruk, który przypominał Raphaelowi odległy szum miasta słyszany z wysokiego piętra.
Nie zdążył odpowiedzieć na słowa o mężczyźnie podążającym za nimi, ponieważ drogę zastąpiła mu kobieca sylwetka.
Czerwień. To właśnie dostrzegł najpierw. Czerwona suknia niemal płynęła po ciele stojącej przed nim kobiety, kontrastując z porcelanową jasnością skóry. W jednej dłoni trzymała kieliszek, w drugiej maskę, której jeszcze nie zdecydowała się założyć. Ciemne włosy opadały miękkimi falami wokół twarzy, podkreślając duże, niemal czarne oczy. Raphael znał tę twarz wystarczająco dobrze, by nie potrzebować nawet sekundy namysłu.
Karina DuPont.
Dziewięćdziesiąt procent ludzi znajdujących się w tej sali zobaczyłoby przede wszystkim nazwisko. Córkę fortuny zbudowanej przez rodzinę, która przez pokolenia potrafiła zamieniać przemysł w politykę, a politykę w jeszcze większy przemysł. DuPontowie byli obecni wszędzie tam, gdzie pojawiały się pieniądze wymagające cierpliwości: w laboratoriach, funduszach, zarządach, zamkniętych klubach i przy stołach, przy których oficjalnie nie zawierano żadnych umów. Karina dorastała więc w dokładnie takim samym świecie jak on. Nie musiała się go uczyć. Została w nim wychowana.
Znał ją od dziecka. Pamiętał ją z rodzinnych przyjęć, na których dzieci obu rodów miały siedzieć w odległych od siebie częściach ogrodu, podczas gdy ich rodzice rozmawiali o przedsięwzięciach, których znaczenia wówczas nie rozumieli. Później przyszły wspólne szkoły, wspólne wakacje, wspólne nazwiska pojawiające się w dokumentach kolejnych transakcji. Ich rodziny przeplatały się od tak dawna, że trudno było wskazać moment, w którym znajomość przestała być przypadkowa, a zaczęła należeć do porządku rzeczy.
Z Kariną było jednak inaczej niż z większością kobiet, które pojawiały się wokół Raphaela. Nie próbowała go zdobywać w sposób subtelny. Nigdy też nie czekała, aż to on pierwszy wykona ruch. To ona pisała. Ona proponowała spotkania. Ona pojawiała się w miejscach, w których mogła się spodziewać jego obecności, i robiła to z tą charakterystyczną pewnością siebie osoby, której przez całe życie rzadko zdarzało się usłyszeć prawdziwe „nie”. Ich relacja nigdy nie została nazwana. Nie potrzebowała nazwy. Istniała pomiędzy rodzinami, interesami i ich własnymi kaprysami, ograniczając się do spotkań, które nigdy nie miały być początkiem czegokolwiek.
Przynajmniej w teorii. Raphael wiedział jednak, że Karina od dawna chciała więcej. Nie mówiła o tym wprost. Nie musiała. Była wystarczająco inteligentna, by wiedzieć, że w ich świecie pewnych rzeczy nie wypowiadało się głośno. Małżeństwo między Valencourtami a DuPontami nie byłoby przecież zwyczajnym związkiem. Byłoby połączeniem dwóch nazwisk, dwóch sieci zależności, dwóch historii rodzinnych, które od dawna krążyły wokół tych samych pieniędzy i tych samych ludzi. Karina doskonale rozumiała tę wagę. I właśnie dlatego Raphael nigdy nie traktował jej sugestii dotyczących przyszłości jak niewinnych żartów.
Jej skłonność do okrucieństwa również nie była mu obca. Znał ją wystarczająco długo, by wiedzieć, że pod elegancją, nienagannym wychowaniem i perfekcyjnie dobranymi kreacjami kryło się coś znacznie bardziej niecierpliwego. Karina lubiła sprawdzać granice innych ludzi. Lubiła obserwować reakcje. Lubiła sytuacje, w których ktoś tracił kontrolę, podczas gdy ona zachowywała ją całkowicie. Raphael nigdy nie uważał tego za szczególnie tajemnicze. Ludzie wychowani w świecie, w którym konsekwencje były odsuwane przez pieniądze, często zaczynali eksperymentować z granicami tylko po to, żeby przekonać się, gdzie właściwie się znajdowały. Lub czy w ogóle istniały.
-
Karina. - Jej imię wybrzmiało w jego ustach jak fakt. Bez pytania. Bez zaskoczenia.
-
Raphael. - Jej odpowiedź była niemal sykiem. Lub dziecięcym dąsem. Tym, który znał, gdy nie dostawała tego, czego chciała. Dopiero wtedy jej spojrzenie przesunęło się na Glass stojącą tuż obok. Raphael czuł, jak dłoń Prowadzącej pozostawała spleciona z jego własną. Nie zamierzał jej puszczać. Nie teraz. Nie dlatego, że potrzebował tego gestu, lecz dlatego, że nagle stał się on komunikatem, którego nie musiał wypowiadać.
Karina obejrzała Glass od góry do dołu. Nie spieszyła się. Jej spojrzenie zatrzymało się na sukni, potem na twarzy, wreszcie na splecionych dłoniach. Valencourt obserwował tę ocenę z niemal laboratoryjnym spokojem. Znał Karinę zbyt dobrze, by pomylić jej ciekawość z podziwem. Ona porównywała. Układała informacje. Szukała miejsca, w którym mogłaby nacisnąć. I przede wszystkim próbowała zrozumieć, dlaczego Raphael pozwolił sobie pokazać Glass właśnie tutaj. Lub właściwie kim Glass w ogóle była.
-
D l a t e g o nie odbierasz? — zapytała w końcu. Jej głos był słodki tylko pozornie. W rodzinie DuPontów uprzejmość nigdy nie była wyłącznie uprzejmością. Zawsze pozostawała pod nią druga warstwa — ocena, pretensja albo ostrzeżenie. Z Kariną było to jeszcze bardziej widoczne. Nigdy jej nie odmawiano. Dostawała to, czego chciała, przez co jej apetyt jedynie wzrastał.
Raphael spojrzał na nią spokojnie. Nie musiał odpowiadać od razu.
DuPont nadal patrzyła na Glass. -
Słodko.
Karina miała być silnym katalizatorem narracji, jaka została narzucona. Znał ją zbyt dobrze — przyszła tutaj prawdopodobnie z własnym scenariuszem i własnymi oczekiwaniami. A on stał, trzymając dłoń kobiety, która jeszcze niedawno nie wiedziała, czy następnego dnia w ogóle będzie żyła według zasad, jakie znała. Córka DuPontów natomiast znała zasady od zawsze. I właśnie dlatego była niebezpieczna.
Przez moment patrzył na jej twarz, próbując odgadnąć, jak daleko sięgała jej cierpliwość. Wiedział, że będzie chciała go później zatrzymać. Wiedział również, że będzie chciała rozmawiać o Glass, o ich relacji i o tym, dlaczego poświęcał jej uwagę. Najbardziej prawdopodobne było jednak coś jeszcze. Karina będzie chciała, żeby wybrał. Nie powiedziała tego. Jeszcze. Ale Raphael znał ją wystarczająco długo, by wiedzieć, że nie potrzebowała wypowiadać swoich żądań. Jej całe wychowanie nauczyło ją jednej rzeczy: najskuteczniejsze żądania to te, które druga osoba zaczynała spełniać, zanim jeszcze zostały wypowiedziane.
Dlatego tylko lekko przechylił głowę. -
Masz coś jeszcze do powiedzenia?
Karina uśmiechnęła się. Tym razem naprawdę. -
Oczywiście.
Sadie Glass