31 y/o
For good luck!
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Nowy porządek niszczył stare zasady. Raphael patrzył na nich wszystkich i dochodził do wniosku, że historia nigdy nie była niczym więcej niż elegancką nazwą dla przemocy zwycięzców. Jedna dynastia zastępowała następną, a wraz z nowym nazwiskiem przychodziły nowe prawa, nowe symbole, nowe świętości, które należało uznać za odwieczne, choć jeszcze wczoraj nie istniały. Władza nie prosiła o zgodę. Władza ustanawiała porządek, a później pisała księgi tak, aby potomni uwierzyli, że ów porządek był naturalny. Religia wypierała pogaństwo. Palono dawne świątynie, w ich miejscu wznoszono nowe, a kapłani w czerni przejmowali przestrzeń po tych, których wcześniej nazywano barbarzyńcami. Druidów mordowano, ich kamienie przewracano, ich rytuały zamieniano w przesądy. Potem przychodzili następni i robili dokładnie to samo z poprzednikami. Prawica i lewica. Asceci i hedoniści. Monarchiści i rewolucjoniści. Ludzie, którzy twierdzili, że pragną zbawić świat, oraz ci, którzy pragnęli go jedynie posiadać. Wszyscy ostatecznie mieszali się w jedną bezkształtną masę, ponieważ pod wszystkimi ideologiami znajdowało się to samo pragnienie: decydować, kto może mówić, kto może patrzeć, kto może wejść, a kto powinien zostać na zewnątrz.
Jedynie dynamika władzy narzucała rytm. Silniejszy wybierał. Silniejszy tworzył. Silniejszy decydował, które stare symbole zasługiwały na zachowanie, a które należało roztrzaskać i przykryć nową warstwą złota. Raphael znał tę zasadę nie z książek, lecz z życia. W jego świecie nie było potrzeby wyjaśniać jej głośno. Wystarczało obserwować ludzi. Ich sposób, w jaki odsuwali się, kiedy przechodził. Ich sposób, w jaki nagle stawali się uprzejmi, kiedy pojawiało się nazwisko Valencourt. Ich sposób, w jaki potrafili potępić jedną rzecz podczas kolacji, a godzinę później szeptać o niej z fascynacją w prywatnej loży. Ludzie potrzebowali zasad przede wszystkim wtedy, gdy nie mieli siły ich łamać. Ci, którzy mieli władzę, potrzebowali jedynie konsekwencji.
Było ich niewielu. Zawsze niewielu. Geniusze, tyrani, królowie, zdobywcy, ludzie, których imiona przetrwały dlatego, że historia nie potrafiła ich przemilczeć. Aleksander. Gilgamesz. Ludzie tak odlegli, że dla większości stali się niemal mitologią, choć kiedyś oddychali, jedli, popełniali błędy i patrzyli na świat dokładnie tak samo jak on. Ich największym osiągnięciem nie było jednak to, że zdobyli swoje epoki. Było nim to, że ich obecność przetrwała ich śmierć. Władza była bowiem najdoskonalsza wtedy, kiedy nie potrzebowała już ciała, aby działać.
Raphael uniósł wzrok ku sklepieniu.
Prowadząca zatrzymała się, a Raphael pozwolił jej zostać tam, gdzie chciała. Nie odsunął się. Patrzył na jej twarz, potem na jej dłonie, kiedy przesuwała je po jego klatce piersiowej i poprawiała elementy jego stroju. Wokół nich płynął gwar rozmów, muzyka była coraz bardziej odległa, a światła przesuwały się po złoceniach niczym refleksy ognia. Miał wrażenie, że znaleźli się w samym środku obrazu, a wszystko poza nimi stało się tylko dekoracją.
Odchylił głowę, kiedy mu nakazała. Miała rację. Stali dokładnie pod Apollem. Przez chwilę pozwolił sobie patrzeć wyłącznie na sklepienie, gdzie fresk Delacroix przedstawiający Apollina zabijającego pytona zdawał się niemal pulsować w złotawym świetle sali. Apollo nie był tu delikatnym bogiem poezji, którego można było sobie wyobrazić z lirą w dłoni. Był siłą. Ciałem napiętym w gwałtownym ruchu, jasną figurą przecinającą kompozycję niczym ostrze. Pod nim wił się potężny wąż, ogromny, ciężki, niemal organiczny, jakby całe sklepienie próbowało jeszcze przez moment przeciwstawić się temu, co miało nadejść. Wokół rozgrywał się chaos: splątane sylwetki, gwałtowne skręty ciał, konie, postacie i elementy natury tworzyły kompozycję, w której zwycięstwo nie wyglądało na spokojne objawienie światła, lecz na brutalne przejęcie przestrzeni.
To właśnie przyciągnęło jego uwagę. Nie światło. Przemoc światła.
- Apollo zdarł skórę z Marsjasza - mruknął. Jego głos był cichy. Nie musiał przebijać się przez muzykę. Prowadząca znajdowała się wystarczająco blisko, aby czuł bijące od niej ciepło. - Zamordował wszystkie dzieci Niobe.
Zamilkł. Właśnie w tym tkwiła dla niego ironia tego obrazu. Ludzie patrzyli na Apollina i widzieli zwycięstwo. Światło pokonujące ciemność. Porządek wypierający chaos. Cywilizację pokonującą potwora. Raphael natomiast widział coś znacznie prostszego. Zwycięzca zawsze przedstawiał swoją przemoc jako konieczność.
Powoli opuścił spojrzenie. Zobaczył blondynkę stojącą przed nim. Jej twarz była oświetlona ciepłym światłem przytłumionych żyrandoli, a za nią rozciągało się monumentalne pomieszczenie. Przez sekundę wydała mu się niemal niepasującym elementem tej przestrzeni. Zbyt młoda, zbyt żywa, zbyt prawdziwa pośród marmuru, złota i ludzi, którzy nauczyli się zamieniać własne życie w przedstawienie.
- Zabija potwora, a później buduje ołtarz w miejscu, gdzie ten potwór umarł.
Pozwolił, aby poprawiała jego kołnierz. Nie pomagał jej. Chciał zobaczyć, co zrobi, kiedy przestanie ją prowadzić. - Twój bóg światłości jest taki jak wszyscy inni - powiedział w końcu i spojrzał ponownie ku freskowi. - Wszyscy są tacy sami - wyszeptał, chociaż Glass nie dała mu czasu na dłuższe zatrzymanie. Pociągnęła go dalej.
Nie znała głębokiej symboliki panującej w świecie Trzynastu Linii, dlatego nie mogła wiedzieć, że Apollo w Luwrze, a także ich obecność pod nim, nie wydarzyły się przez przypadek. Francuscy architekci nie umieścili tego fresku bez powodu. Nie dla piękna. Nie dla prestiżu. Apollo nad ich głowami przypominał każdemu, kto potrafił patrzeć, że nawet światło potrzebowało czegoś, co mogło zniszczyć, aby samo mogło zostać nazwane światłem.
Raphael uśmiechnął się ledwie zauważalnie. A potem pozwolił muzyce znów ich pochłonąć.
- W Amsterdamie wisi duplikat – odezwał się, pozwalając, aby prowadziła go dalej przez labirynt sali, choć w rzeczywistości Raphael znał drogę równie dobrze jak własne mieszkanie. Nie potrzebował przewodnika. Potrzebował jedynie powodu, dla którego mógł iść obok niej, obserwować jej sposób poruszania się i sprawdzać, czy wszystko, co przed chwilą zobaczyła, zaczyna układać się w jej głowie w jakiś większy obraz. Jej słowa o obrazach Delacroix nie zrobiły na nim takiego wrażenia, jakie prawdopodobnie zrobiłyby na kimś, kto traktował sztukę jak religię. Raphael nie potrafił już patrzeć na dzieła w ten sposób. Zbyt często widział, jak obrazy stawały się walutą, nazwiskiem, zabezpieczeniem, przedmiotem wymiany albo dekoracją dla ludzi, którzy nie potrafiliby odróżnić symboliki przedstawienia od jego ceny aukcyjnej. W tej sali było to szczególnie wyraźne. Ludzie nie patrzyli na freski. Patrzyli na siebie. Na nazwiska. Na klejnoty. Na dłonie, które mogły podpisać kontrakt, otworzyć drzwi albo zamknąć komuś karierę. Sztuka była jedynie doskonałym tłem.
Raphael przesuwał spojrzeniem po mijanych osobach, rejestrując ich obecność bez większego zainteresowania. Kobieta w srebrnej sukni siedziała samotnie na końcu jednej z kanap, obracając kieliszek między palcami, podczas gdy dwóch mężczyzn rozmawiało przy niej z przesadną swobodą. Dalej ktoś śmiał się zbyt głośno. Jeszcze dalej para pochylała się ku sobie, prowadząc rozmowę, której sens ginął pod muzyką. Wszystko wydawało się nieco rozmyte, jakby późna pora i ciężkie powietrze pozbawiły ludzi ostrych konturów. Złote światło ślizgało się po marmurze, odbijało w biżuterii i sprawiało, że twarze stawały się niemal maskami.
Nie skomentował jej uwagi o tym, że większość zgromadzonych nie doceniała kunsztu sztuki. Nie było czego komentować. Miała rację. Doceniali prestiż. Doceniali możliwość powiedzenia: byłem tam. Doceniali fotografię, nazwisko właściciela, katalog, który można było później położyć na stoliku w salonie. Sam fakt przebywania wśród określonych dzieł był dla nich kolejną warstwą społecznej skóry. Valencourt znał ten mechanizm aż nazbyt dobrze. Człowiek mógł nie rozumieć obrazu, ale jeśli wiedział, kto go posiadał, ile zapłacono i komu należało o tym powiedzieć, natychmiast stawał się częścią odpowiedniej rozmowy.
Kiedy Glass zwolniła, Raphael nie zapytał dlaczego. Po prostu zmniejszył dystans. Jej włosy pachniały czymś subtelnym, niemal niewyczuwalnym poza krótkim momentem, gdy znalazł się obok jej głowy. Pochylił się i oparł czoło przy jej skroni, jakby ten gest był najbardziej naturalną rzeczą na świecie. Jednocześnie objął ją w talii. Nie mocno. Wystarczająco, aby z daleka wyglądali jak para, która od dawna zna swoje przyzwyczajenia. - Nie pij niczego - powiedział cicho. Nie brzmiało to jak prośba. Nie dlatego, że chciał ją kontrolować dla samej kontroli. Raphael nie miał teraz ochoty ryzykować. Za dużo rzeczy pozostawało niewiadomych. Za dużo ludzi wokół nich miało zbyt wiele powodów, aby obserwować. Alkohol był najmniejszym problemem. Niepokoiło go wszystko, czego nie widział.
Odnalazł jej oczy. Przez chwilę patrzył w nie bez słowa, próbując odczytać reakcję. Nie wiedział, czy miała go posłuchać. Wiedział natomiast, że musiał powiedzieć jej to właśnie teraz, zanim mieli znaleźć się głębiej wśród gości i zanim ktokolwiek miał próbować podsunąć jej kieliszek pod pretekstem uprzejmości. W głębi sali rzeczywiście stały przygotowane drinki. Rozstawione niedbale na niewielkich stolikach wyglądały niemal niewinnie. Kryształ odbijał światło, płyny miały różne odcienie, a aromat alkoholu mieszał się z perfumami i ciężkim zapachem kwiatów. Raphael zatrzymał wzrok na jednym z nich o sekundę za długo.
Przy jednej z sof młoda kobieta sprawiała wrażenie całkowicie wyczerpanej. Głowa opadła jej na oparcie, oczy pozostawały przymknięte, podczas gdy siedzący obok mężczyzna bezwstydnie przesuwał dłonią po jej kolanie. Nikt nie zwracał na nich uwagi. Byli tylko kolejnym elementem tej osobliwej kompozycji. Raphael zauważył moment, w którym Glass również spojrzała w tamtą stronę. Nie pozwolił jej zatrzymać się dłużej.
Jego dłoń przesunęła się nieznacznie na jej plecach i poprowadził ją dalej, między kolejne grupy ludzi. Nie powiedział nic. Nie musiał. Muzyka zagęszczała przestrzeń, rozmowy nakładały się na siebie, a nad wszystkim górowało monumentalne sklepienie, które przypominało, że pod tym samym dachem przez stulecia zmieniały się epoki, dynastie i religie. Nie zmieniały się jedynie ludzkie pożądania.
A oni szli dalej, coraz głębiej w świat, w którym najniebezpieczniejsze rzeczy nigdy nie wyglądały na niebezpieczne. Tak jak twarze oglądające się za nimi.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
For good luck!
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej uśmiech był ulotny, ale niebezpieczny; krótki błysk w spojrzeniu łączył w sobie łagodność jaką matki kierowały do dzieci ze zwycięstwem kobiety, która poprowadziła mężczyznę dokładnie tam, gdzie chciała.
Przekonując go, że droga była wyłącznie jego wyborem.
Czy naprawdę nie widzisz? — dopytywała z ciekawością, z tym naturalnym, instynktownym dociekaniem które napędzał głód budowania więzi przez rozmowę, polemikę, debatę, pytania. Patrzyła na niego tak, jak wszystkie żony tego świata na swoich mężów: stojących przed rzeczą, o którą je zapytali bo „nie ma”. Nie ma tego, co tuż przed oczami. To była typowo męska przypadłość. — Uczucia. Apollo nie jest racjonalny. Nie analizuje ani sytuacji, ani konsekwencji. Reaguje emocjonalnie i impulsywnie — dowody jej wcześniejszej tezy były wszędzie. Istniały zakodowane w monumentalnych dziełach - tak literackich, jak malarskich. A ona z zachwytem kogoś, kto spełniał w obliczu sztuki najskrytsze marzenia, nade wszystko chciała dzielić tym z Właścicielem. On był jej sojusznikiem w tej wrogiej krainie wyrwanej z najgorszego koszmaru. Na wolności być może nie wybrałaby spędzania z nim czasu, ale nie była wolna. I z niewoli musiała uczynić dla siebie najlepszą sytuację. — Tak, zabija potwora, ale dlaczego? Buduje ołtarz - dlaczego? Motywuje go gniew, zemsta, urażona duma. Robi to, co robi, bo czuje. Można w y g r a ć nie unikając własnego człowieczeństwa — patrzyli na ten sam fresk i odczytywali z niego dwa przeciwstawne zestawy informacji.
Właściciel natychmiast punktował czyny: kto, co zrobił i jakie to miało skutki. Sadie szła o krok dalej: rozmawiała z freskiem o tym, czego nie namalowano. Pytała o to, czego nie przetłumaczono na ruchy pędzla i warstwy farb. Podczas kiedy Właściciel słusznie informowałby o tym, że działanie Apolla przyniosło wymierne korzyści dla systemu i władcy - powstanie kultu, igrzysk, przejęcie władzy, ustanowienie porządku - Prowadząca odsuwała to wszystko na bok i skupiała na iskrze, która wznieciła ogień.
Nieprzewidywalność uczuć była niebezpieczniejsza niż dostęp, informacje, czy taktyka, co nie odbierało tym drugim wartości. Przeciwieństwa ich perspektyw paradoksalnie uzupełniały się bardzo dobrze - nieśmiało zwiastując szansę na to, że dopasowanie fikcyjnych kochanków także nie okaże najgorszym, a przebieg wieczoru będzie należał do raczej pozytywnych.
Nie w osobistym sensie dobrej zabawy. Sadie, jako profesjonalistka, maskowała swoje odczucia - dyskomfort związany z psychodeliczną, mroczną feerią kostiumów, świateł i barw. Próbowała nawet szukać plusów sytuacji w dostępie do sztuki, która w dotychczasowym życiu na innym kontynencie nie była dla niej dostępna bez skomplikowanej organizacji urlopu i podróży. Jeśli miała wynieść z Luwru cokolwiek, to Raphaela pod pachą (gdyby zaniemógł) i swoją niemożliwą pamięć obrazów, rzeźb i architektury, które otaczały ich z każdej strony.
Tak, jak nie miała zapomnieć Amsterdamu. Był idealnym tematem do kolejnego, jedzonego wspólnie z Właścicielem posiłku.
Nie zatrzymywała się na mijanych sylwetkach i twarzach na dłużej, niż wymagało tego określenie rozpoznania lub jego braku. Istotniejszymi dla niej pozostawały szczegóły konstrukcji labiryntu - choć nie nazywała tego wprost nawet w zaciszu własnych myśli, na wszelki wypadek zapamiętywała bogate zdobienia sufitu po to, by móc w każdej sytuacji odtworzyć drogę do wyjścia z labiryntu. Nie chciała mieć okazji skorzystać z tej wiedzy, ale nie chciała też znaleźć się w sytuacji niefortunnie skomplikowanej i potrzebnych informacji nie posiadać.
Zatrzymała się dopiero w sali, która wydawała mniej chaotyczna - przez to bardziej ciekawa do analizy. Niektórzy siedzieli i rozmawiali, inni podpierali ściany samotnie. Widziała mężczyznę, który wzrokiem taksował otaczające go kobiety poniżej pewnej granicy wieku. Widziała kobietę, która widziała jego. Widziała moment, w którym podeszła do niego z premedytacją, która dla Sadie pozostawała poza zasięgiem małego rozumu.
Podobał jej się sweter. To była odpowiedź na prośbę o wybór. Gdyby rzeczywiście wybierała, jej palec wskazałby na ubranie, które zasłoniłoby ją całkiem. Nie dlatego, że czuła się niekomfortowo w swoim ciele. Również nie dlatego, że uważała założenie sukni wieczorowej za przesadną nagość.
Dlatego, że wiedziała dokąd idzie. Wiedziała kto będzie patrzył i właśnie te spojrzenia brzydziły ją najbardziej. Na plaży w Toronto opalała się w wykrojonym bikini bez sekundy zawahania - była anonimową mieszkanką miasta, na którą prawie nikt nie zwracał uwagi. Tutaj była gwiazdą, która swoim blaskiem olśniewała wszystkich wokół - dokładnie tak, jak zaplanował to Właściciel - i skupiała na sobie tym samym uwagę mężczyzn, którzy nie mieli prawa myśleć o niej w ten sposób. Dlaczego więc młodziutka z wyglądu, tak szalenie atrakcyjna kobieta podchodziła do oblecha, którego lepkie łapska…?
Wyobrażała sobie zamianę ról z nieznajomą i niemalże czuła mdłości w zaciśniętym gardle.
Wybawieniem od ciężaru tej historii okazał Właściciel z gestem, który mogłaby nawet uznać za troskliwy. Opakowany w narracyjny, srebrny papierek - ale jego zawartość wciąż była pocieszającym sygnałem. Może rzeczywiście chciał ją wyprowadzić z Luwru żywą, a zapamiętywanie meandrów sufitu pstrokatego w cherubinkach i złotych listkach.
Odegrała swoją rolę prawidłowo: zatrzymała przy jego spojrzeniu tęsknie, z odrobiną pragnienia, które miało wraz z upływem wieczoru narastać, jej cierpliwość zaś maleć wraz z tolerancją dla nieznośnego dystansu centymetrów między nimi. Zawiesiła wzrok na jego wargach, delikatnie przygryzając swoją. Przesunęła po żuchwie ku szyi, ku centymetrom nagiej skóry, wobec której pochyliła uciekając swoim czołem od jego.
W porządku — szepnęła. Nie spieszyła się. Pozwoliła, by goście tego pomieszczenia zobaczyli to, co mieli zobaczyć. Jej ciepły oddech łaskotał skórę Właściciela, a pełne, kobiece wargi zbliżały do niej irytująco powoli. Pozostawały w połowie drogi pomiędzy obietnicą, a rozkoszą. — Jeśli obiecasz zabrać mnie do miejsca, w którym będziemy mogli napić się razem.
Przydzielił jej rolę, do której negocjowanie pasowało jeszcze bardziej, niż do codziennej Sadie Glass. Była kochanką, a kochanka miała oczekiwania. Kochanka żądała odpowiednich warunków do tego, by realizować swoje zadania na oczekiwanym poziomie. Kochanka spędziła wiele godzin na szykowaniu do poziomu, którego wymagał jej Właściciel - a on był jej winien lampkę alkoholu, taniec i flirt połączony ze słowną potyczką w przeciąganiu liny.
Inaczej to wszystko było stratą jej czasu.
To, co odwróciło jej uwagę od zdecydowanie poważnej propozycji, nie było widokiem wcale lepszym. Kobieta niemalże bezwładna, osaczona przez kogoś, kogo Sadie Glass już teraz, za krótką obserwację, wsadziłaby do więzienia na dożywocie. Wzrokiem uciekła szybko, a jej palce odszukały dłoń Właściciela szybciej, niż zdążyłaby powiedzieć chodźmy. Szukała w nim komfortu i zapewnienia. Odwiedzała jego świat, na jego wyraźne życzenie, był więc za nią odpowiedzialny. Nie dlatego, że ją kupił i nie dlatego, że wisiało nad nim ryzyko rozgniewania Gospodarza.
Dlatego, że Sadie Glass zaufała mu kilka godzin wcześniej, stojąc w samej bieliźnie w jego garderobie, pozwalając narzucić sobie rolę jakiej dobrowolnie nigdy by nie wybrała.
Nie była wystarczająco naiwna by wierzyć, że w kolejnej sali widok będzie jakkolwiek lżejszy dla jej oczu, ale nie chciała się wycofać. Nie pozwoliła Właścicielowi pokonać się piwnicą, nie mogła pozwolić Rothschildom pokonać się w pałacu. Sama sobie by nie wybaczyła zawodowej klęski.
Mężczyzna, który idzie za nami — granatowy smoking, ciężka sylwetka, średni wzrost, brwi charakterystycznie przerośnięte na pół gęby — uczestniczył w Aukcji w 2023.
Nie było przypadkiem, że ruszył dokładnie w momencie, w którym opuszczali poprzednią salę i do tej pory nie wyminął spowalniającej ruch pary gołąbeczków trzymającej się za rąsie. Pamiętała wszystko. Pamiętała, że Raphaela nie było tamtego wieczoru w Rwandzie. Nie mogła wykluczyć, iż Valencourtów reprezentował wówczas agent lub inny członek rodziny. Jej rolą nigdy nie było pytanie o listę gości - jedynie przygotowanie na każdy jej wariant i adekwatne reagowanie podczas licytacji. — Próbował poprawiać moją matematykę. Naturalnie - nie mógł mieć racji — relacjonowała zdarzenie obojętnie; jego głupota nie była jej zwycięstwem. Marny popis mężczyzny był żenującym przerywnikiem dla Aukcji, której szczegóły dopinano z największą dbałością o szczegóły miesiące przed. Był brakiem szacunku dla Prowadzącej, a przez to bezpośrednią obrazą dla Gospodarza.
Nie potrafił przyjąć prawidłowych wyliczeń. Wystosował w moją stronę serię kwiecistych obelg. Po tamtej sytuacji już nigdy nie został zaproszony. Gospodarz był wyjątkowo zniesmaczony.
Sadie nie potrzebowała nikomu, niczego udowadniać. Wystarczyło, że potrafiła przytoczyć z pamięci liczbę złotych listków pod którymi przeszli od wejścia.
A był to rząd sześciocyfrowy.

raphael valencourt
31 y/o
For good luck!
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Nie widział tego, co widziała ona. Nie dlatego, że odmawiał sobie spojrzenia głębiej, lecz dlatego, że zwyczajnie nie rozumiał tego, co wskazywała. W jego świecie rzeczy musiały mieć funkcję, a emocje — jeżeli w ogóle pozwalano im istnieć — powinny były mieć zastosowanie. Apollo był bogiem. To wystarczało. Bogowie nie potrzebowali ludzkiego usprawiedliwienia dla własnych czynów. Nie musieli tłumaczyć gniewu, zemsty, ambicji ani przemocy. Nie musieli również odpowiadać przed tymi, których przypadkiem dotknęli. Człowiek mógł cierpieć, człowiek mógł błagać, człowiek mógł próbować odnaleźć sens w tym, co mu odebrano, ale bóg pozostawał ponad tym wszystkim. I może właśnie dlatego Raphael tak łatwo odnajdywał siebie w tej figurze. Jako kogoś, komu przez całe życie przypominano, że powinien stać wyżej. Ludzie byli słabi. Ludzie byli pionkami, które przesuwało się po planszy, kiedy zachodziła taka potrzeba. Byli nazwiskami zapisanymi w notesach, twarzami pojawiającymi się przy właściwych stołach, rękami podnoszącymi słuchawkę, kiedy dzwonił ktoś ważniejszy. Przedmiotami rozstawianymi w odpowiednich miejscach, gdy Właściciel docierał do celu, który sobie upodobał. Miały służyć. Nie odczuwać. Nie pytać. Nie myśleć zbyt długo nad tym, dlaczego zostały postawione właśnie tutaj.
Jego pragnienia również nie mogły zostać osiągnięte poprzez emocję. Kaprys był zbyt niebezpieczny. Impuls był jeszcze gorszy. Każde spontaniczne posunięcie pozostawiało szczelinę, przez którą ktoś bardziej cierpliwy mógł zajrzeć do środka. Raphael nauczył się więc planować nie dlatego, że lubił planowanie, ale dlatego, że inaczej nie potrafił już funkcjonować. Każdy ruch miał następny ruch, każda rozmowa miała drugie dno, każda osoba pojawiała się w jego życiu w konkretnym momencie, choć nie zawsze wiedziała, że moment ten został wybrany dawno wcześniej. Musiał przewidywać. Musiał pamiętać. Musiał być spokojniejszy od innych wtedy, gdy inni tracili głowę. Zwłaszcza teraz, w miejscu, gdzie zasady, które obowiązywały jeszcze kilka godzin wcześniej, zostały niemal ceremonialnie roztrzaskane.
Dlatego nie widział w Apollinie tego, co widziała Glass. Nie widział samotności. Nie widział bólu. Nie widział ciężaru odpowiedzialności, który mógłby przygniatać człowieka ukrytego pod boskim wizerunkiem. Nigdy nie pozwolono mu myśleć o bogach w taki sposób. Bóg miał być funkcją. Miał być obrazem. Miał istnieć wtedy, kiedy go potrzebowano, i znikać, kiedy przestawał być potrzebny. Tak samo wychowywano jego. Miał być Valencourtem, kiedy wymagała tego rodzina. Dziedzicem, kiedy wymagało tego nazwisko. Dyrektorem, kiedy wymagały tego aktywa. Synem, kiedy odzywał się Alastair. Nigdy po prostu Raphaelem. Nie pamiętał, kiedy jako dziecko pozwolił sobie pomyśleć, że może być głodny, zmęczony, zły albo zwyczajnie znudzony, nie nadając tym odczuciom natychmiastowego znaczenia. Ciało było narzędziem. Umysł był mechanizmem. Emocja mogła być najwyżej informacją.
Dlatego kiedy Glass wypowiedziała swoją propozycję, przez chwilę jedynie jej się przyglądał.
Jeśli obiecasz zabrać mnie do miejsca, w którym będziemy mogli napić się razem.
Uśmiechnął się. Nie był to szeroki uśmiech, raczej ledwie widoczne uniesienie kącika ust, które pojawiło się zanim zdążył zdecydować, czy w ogóle powinno. Rozbawiły go nie tylko jej słowa. Rozbawiło go to, jak szybko nauczyła się posługiwać językiem tej przestrzeni. Jak bezczelnie potrafiła przechodzić od rozmowy o sztuce do negocjowania własnych granic, jakby od początku wiedziała, że w świecie podobnym do tego nie wygrywało się poprzez odmowę, lecz poprzez wybór ceny. A może po prostu doskonale wczuła się w rolę, którą dostała.
Czuł jej oddech blisko własnej skóry. Widział rozszerzone źrenice, których znaczeniem winno być jedynie pożądanie. Ale było w nich coś jeszcze. Czujność. Pobudzenie. Niepewność, której nie chciała pokazać. Raphael znał ten rodzaj spojrzenia. Sam nosił go przez większość życia, tylko nauczył się znacznie lepiej go ukrywać.
- Jeśli tego chcesz - odpowiedział, a w tonie kryło się wyzwanie. Nienarzucające się. Niemające dominować, a wybrzmieć. Dłoń uniósł powoli, odnajdując odsłoniętą szyję Glass. Nie było w tym geście gwałtowności. Przeciwnie — był niemal przesadnie spokojny. Kciuk przesunął się lekko wzdłuż linii jej żuchwy, po czym zatrzymał się na moment. Patrzył na nią uważnie, jakby sprawdzał reakcję, zanim pozwolił sobie na jeszcze jeden ruch. Niemal czule, delikatnie, niespiesznie, z nabożnością w ruchach przesunął kciukiem po jej pełnej, lekko rozchylonej wardze. Sam nachylił się ku niej, pozwalając, by jego oddech zmieszał się z tym należącym do niej. W pieszczocie, która zapowiadała o wiele więcej i o wiele intensywniej. W jego świecie nawet czułość miała swoją strukturę.
Potem ruszyli dalej. Korytarz zdawał się ciągnąć w nieskończoność, choć Raphael doskonale wiedział, gdzie się znajdowali. Złote światło odbijało się od parkietu, wysokich ram i lśniących powierzchni, a muzyka płynąca z dalszych części sali miała już zupełnie inny charakter niż wcześniej. Była cięższa, bardziej hipnotyczna. Głosy mieszały się ze sobą w jeden niski pomruk, który przypominał Raphaelowi odległy szum miasta słyszany z wysokiego piętra.
Nie zdążył odpowiedzieć na słowa o mężczyźnie podążającym za nimi, ponieważ drogę zastąpiła mu kobieca sylwetka.
Czerwień. To właśnie dostrzegł najpierw. Czerwona suknia niemal płynęła po ciele stojącej przed nim kobiety, kontrastując z porcelanową jasnością skóry. W jednej dłoni trzymała kieliszek, w drugiej maskę, której jeszcze nie zdecydowała się założyć. Ciemne włosy opadały miękkimi falami wokół twarzy, podkreślając duże, niemal czarne oczy. Raphael znał tę twarz wystarczająco dobrze, by nie potrzebować nawet sekundy namysłu.
Karina DuPont.
Dziewięćdziesiąt procent ludzi znajdujących się w tej sali zobaczyłoby przede wszystkim nazwisko. Córkę fortuny zbudowanej przez rodzinę, która przez pokolenia potrafiła zamieniać przemysł w politykę, a politykę w jeszcze większy przemysł. DuPontowie byli obecni wszędzie tam, gdzie pojawiały się pieniądze wymagające cierpliwości: w laboratoriach, funduszach, zarządach, zamkniętych klubach i przy stołach, przy których oficjalnie nie zawierano żadnych umów. Karina dorastała więc w dokładnie takim samym świecie jak on. Nie musiała się go uczyć. Została w nim wychowana.
Znał ją od dziecka. Pamiętał ją z rodzinnych przyjęć, na których dzieci obu rodów miały siedzieć w odległych od siebie częściach ogrodu, podczas gdy ich rodzice rozmawiali o przedsięwzięciach, których znaczenia wówczas nie rozumieli. Później przyszły wspólne szkoły, wspólne wakacje, wspólne nazwiska pojawiające się w dokumentach kolejnych transakcji. Ich rodziny przeplatały się od tak dawna, że trudno było wskazać moment, w którym znajomość przestała być przypadkowa, a zaczęła należeć do porządku rzeczy.
Z Kariną było jednak inaczej niż z większością kobiet, które pojawiały się wokół Raphaela. Nie próbowała go zdobywać w sposób subtelny. Nigdy też nie czekała, aż to on pierwszy wykona ruch. To ona pisała. Ona proponowała spotkania. Ona pojawiała się w miejscach, w których mogła się spodziewać jego obecności, i robiła to z tą charakterystyczną pewnością siebie osoby, której przez całe życie rzadko zdarzało się usłyszeć prawdziwe „nie”. Ich relacja nigdy nie została nazwana. Nie potrzebowała nazwy. Istniała pomiędzy rodzinami, interesami i ich własnymi kaprysami, ograniczając się do spotkań, które nigdy nie miały być początkiem czegokolwiek.
Przynajmniej w teorii. Raphael wiedział jednak, że Karina od dawna chciała więcej. Nie mówiła o tym wprost. Nie musiała. Była wystarczająco inteligentna, by wiedzieć, że w ich świecie pewnych rzeczy nie wypowiadało się głośno. Małżeństwo między Valencourtami a DuPontami nie byłoby przecież zwyczajnym związkiem. Byłoby połączeniem dwóch nazwisk, dwóch sieci zależności, dwóch historii rodzinnych, które od dawna krążyły wokół tych samych pieniędzy i tych samych ludzi. Karina doskonale rozumiała tę wagę. I właśnie dlatego Raphael nigdy nie traktował jej sugestii dotyczących przyszłości jak niewinnych żartów.
Jej skłonność do okrucieństwa również nie była mu obca. Znał ją wystarczająco długo, by wiedzieć, że pod elegancją, nienagannym wychowaniem i perfekcyjnie dobranymi kreacjami kryło się coś znacznie bardziej niecierpliwego. Karina lubiła sprawdzać granice innych ludzi. Lubiła obserwować reakcje. Lubiła sytuacje, w których ktoś tracił kontrolę, podczas gdy ona zachowywała ją całkowicie. Raphael nigdy nie uważał tego za szczególnie tajemnicze. Ludzie wychowani w świecie, w którym konsekwencje były odsuwane przez pieniądze, często zaczynali eksperymentować z granicami tylko po to, żeby przekonać się, gdzie właściwie się znajdowały. Lub czy w ogóle istniały.
- Karina. - Jej imię wybrzmiało w jego ustach jak fakt. Bez pytania. Bez zaskoczenia.
- Raphael. - Jej odpowiedź była niemal sykiem. Lub dziecięcym dąsem. Tym, który znał, gdy nie dostawała tego, czego chciała. Dopiero wtedy jej spojrzenie przesunęło się na Glass stojącą tuż obok. Raphael czuł, jak dłoń Prowadzącej pozostawała spleciona z jego własną. Nie zamierzał jej puszczać. Nie teraz. Nie dlatego, że potrzebował tego gestu, lecz dlatego, że nagle stał się on komunikatem, którego nie musiał wypowiadać.
Karina obejrzała Glass od góry do dołu. Nie spieszyła się. Jej spojrzenie zatrzymało się na sukni, potem na twarzy, wreszcie na splecionych dłoniach. Valencourt obserwował tę ocenę z niemal laboratoryjnym spokojem. Znał Karinę zbyt dobrze, by pomylić jej ciekawość z podziwem. Ona porównywała. Układała informacje. Szukała miejsca, w którym mogłaby nacisnąć. I przede wszystkim próbowała zrozumieć, dlaczego Raphael pozwolił sobie pokazać Glass właśnie tutaj. Lub właściwie kim Glass w ogóle była.
- D l a t e g o nie odbierasz? — zapytała w końcu. Jej głos był słodki tylko pozornie. W rodzinie DuPontów uprzejmość nigdy nie była wyłącznie uprzejmością. Zawsze pozostawała pod nią druga warstwa — ocena, pretensja albo ostrzeżenie. Z Kariną było to jeszcze bardziej widoczne. Nigdy jej nie odmawiano. Dostawała to, czego chciała, przez co jej apetyt jedynie wzrastał.
Raphael spojrzał na nią spokojnie. Nie musiał odpowiadać od razu.
DuPont nadal patrzyła na Glass. - Słodko.
Karina miała być silnym katalizatorem narracji, jaka została narzucona. Znał ją zbyt dobrze — przyszła tutaj prawdopodobnie z własnym scenariuszem i własnymi oczekiwaniami. A on stał, trzymając dłoń kobiety, która jeszcze niedawno nie wiedziała, czy następnego dnia w ogóle będzie żyła według zasad, jakie znała. Córka DuPontów natomiast znała zasady od zawsze. I właśnie dlatego była niebezpieczna.
Przez moment patrzył na jej twarz, próbując odgadnąć, jak daleko sięgała jej cierpliwość. Wiedział, że będzie chciała go później zatrzymać. Wiedział również, że będzie chciała rozmawiać o Glass, o ich relacji i o tym, dlaczego poświęcał jej uwagę. Najbardziej prawdopodobne było jednak coś jeszcze. Karina będzie chciała, żeby wybrał. Nie powiedziała tego. Jeszcze. Ale Raphael znał ją wystarczająco długo, by wiedzieć, że nie potrzebowała wypowiadać swoich żądań. Jej całe wychowanie nauczyło ją jednej rzeczy: najskuteczniejsze żądania to te, które druga osoba zaczynała spełniać, zanim jeszcze zostały wypowiedziane.
Dlatego tylko lekko przechylił głowę. - Masz coś jeszcze do powiedzenia?
Karina uśmiechnęła się. Tym razem naprawdę. - Oczywiście.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
For good luck!
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Karina DuPont wyglądała jak młodsza wersja zgorzkniałej emerytki. Takiej, która nigdy nie wyszła za mąż i której największą pasją jest krzyczenie na dzieci bawiące się na podwórku, oraz obwieszanie okolicy zakazami i nakazami. Przypominała archetyp kogoś tak pozbawionego własnego życia, że z żalu rzucał się w cudze. Na oślep, twarzą w beton, aby tylko przez chwilę mieć jakieś znaczenie.
Ślady niestety było widać…
Nie wtrącała się od razu; odczekała chwilę, nim delikatnym gestem zwróciła na siebie uwagę obojga. Na razie pozostawała jednak neutralna wobec Kariny, a główkę niewinnie i och, jak słodko zadarła ku Właścicielowi. — Wydawało mi się, że mijaliśmy Belridge’a. Mógłbyś go zapytać, czy zmienił zdanie w sprawie Matisse’a? — spojrzeniem zachęcała go do ewakuacji zanim przyjdzie mu stać częścią pożaru spraw, które Bóg przeznaczył wyłącznie dla kobiet. Żaden mężczyzna nie miał psychy, by w tym przeżyć - nawet Raphael Valencourt. To było ewolucyjnie nieprzewidziane.
Jeśli chciał, mógł oglądać z boku. A przy okazji załatwić za Sadie realną sprawę - jeden z jej klientów od roku dzwonił, pisał i inaczej prześladował Glass w sprawie egzemplarza wycinanek (dokładnie tak - wycinanek) francuskiego malarza. Belridge był posiadaczem konkretnego dzieła, które stanowiło przedmiot sporu i ani drgnął w negocjacjach. Jeśli zaś zainteresowanie transakcją wyrażał Raphael…
Cóż. Nie szkodziło sprawdzić, co się wydarzy, a Właściciel był bezpieczniejszy oglądając ogień z daleka. Mógł się ogrzać w jego blasku, ale na bezpieczny dystans.
Na potwierdzenie swojej decyzji uniosła ich splecione dłonie, musnęła wierzch jego, by wreszcie - bez pośpiechu, prawie z żalem - puścić i cicho westchnąć nad okrutną pustką i zimnem, które zawładnęły jej ciało gdy on robił krok w przeciwnym kierunku. Dramatyczne sprawy.
Cześć! — w kontraście do własnych - wyjątkowo cynicznych - przemyśleń, prezencja Sadie przeistoczyła w w wersję, której Raphael by nie dźwignął. Na jej dziewczęcej buzi zawitał najszerszy i najszczerszy (!) z uśmiechów, eksponujący wszystkie zęby.
Wystarczyła sekunda by Sadie dokonała potrzebnych kalkulacji, a uczucia były bardzo istotnym czynnikiem w procesie decyzyjnym.
Karina była u siebie. Sadie grała na wyjeździe.
Karina próbowała być urocza. Sadie była.
Karina dorastała w zasadach. Sadie wciąż próbowała ogarnąć spalonego.
Nie należało ryzykować porażką w cudzym sporcie. Należało przenieść rywalizację na inny.
Karina znała Luwr. Znała gości. Sposób funkcjonowania. Jak potwór, który wdychał truciznę tak długo, że zapomniał czym jest świeże powietrze. To była jej przewaga, którą roześmiana, otwarta i przeurocza Sadie Glass szanowała.
Była natomiast gotowa postawić wszystkie swoje pieniądze i zawodową reputację na jedno:
Karina DuPont nie znała Elory, Ontario.
Kim jesteś? nikim, i dlatego Sadie musiała zadać pytanie.
Kim jestem? — uniosła brwi. — Karina — powtórzyła, a Sadie wciąż przypominała pozbawioną skojarzeń rybkę Nemo. — Karina DuPont.
Jej nazwisko zawsze powodowało reakcje. Zawsze działało. Do teraz. Sadie nie okazywała nic, poza absurdalnie pogodnym uśmiechem. — Oczywiście, że wiesz. Raphael ci o mnie mówił.
Ach, tak. Na pewno jedną z tych modelek, którą zaprosili chłopcy — dorośli mężczyźni niczym rozkapryszeni gówniarze, którzy zapraszali kobiety w roli świecidełek. Sadie podchodziła do kobiety w czerwieni tak, jak rozmawiało się w Elorze. Tak, jak nie rozmawiał nikt w jej świecie. Nie było w tym ordynarnej złośliwości. Nie było wbijanych szpilek, na które pozwalała sobie ona sama. Nie było zaczepek, nie było sarkastycznego tonu. Była słodycz rozpromienionego na widok nowej zabawki szczeniaczka. Było w tym ciepło, zaproszenie. Sadie Glass wyglądała i brzmiała jak ktoś, kto bardzo, ale to bardzo lubi się przytulać.
Karina zamarła. Przez moment wyglądała jak ktoś, kto odmawia przyjęcia informacji. Jej usta rozchyliły się lekko.
Słucham?
Całe życie poruszała się w środowisku które respektowało jej status. Tymczasem stała przed kimś, kto nie tylko nie wiedział, ale i nie uważał tego za szczególnie istotne.
Chodzi mi o to, że jesteś prze-pię-kna — przecież nie o to, że była godna tylko roli cukiereczka do oglądania, to byłoby niegrzeczne. A Sadie Glass nie bywała niegrzeczna. Spojrzeniem pełnym fascynacji lustrowała nieznajomą, jej suknię, idealnie ułożone włosy. Komplement nie był kłamstwem. Jej entuzjazm - też nie.
Dobroć mogła współistnieć ze świadomością skutku, który miała sprowokować.
Uwielbiam twoje włosy. Zawsze o takich marzyłam. Na pewno mogłabyś mieć każdego — rozejrzała się po sali pełnej łakomych kąsków dla młodziutkich, aspirujących utrzymanek do jakich zaliczała w tej chwili Karinę. Niechcący. No, może poza… — wywróciła oczami i zaśmiała się jak głupiutka blondyneczka; dokładnie taka, jakiej z pewnością oczekiwała po niej Karina.
Naprawdę sądzisz, że możesz…
Wiesz - nie masz czego żałować. Raphael ma swoje wady — powoli skinęła głową, ale nie odwracała się by odszukać spojrzeniem swojego odesłanego do schronu kochanka. — Chce mieć mnie przy sobie bez przerwy. Jest niemożliwie absorbujący — zaakcentowała z teatralnym zmęczeniem.
Karina stała nieruchomo. Coś na jej twarzy zaczynało się zmieniać. Nie zostały już nawet śladowe ilości pozornej uprzejmości, na którą siliła na początku. Zaczynała pokazywać napięcie w zaciśniętej szczęce. Palce mocniej zaciskała na nóżce kieliszka.
Kobieta powinna mieć w życiu coś swojego. Cele, ambicję - niezwiązane ze statusem mężczyzny, z którym się spotyka. Kiedy się poznaliśmy, skupiałam się w stu procentach na karierze. Jeden awans, drugi, mężczyźni nie interesowali mnie wcale. Ale Raphael wręcz nie pozwolił mi odmówić pierwszego spotkania, ani drugiego… A teraz… Mam inne zajęcia. Sama wiesz — nie wiedziała, a Sadie znów śmiała cicho. Tym razem z tego, że jej powie. — Po Sphère przysięgłam sobie, że będziemy bardziej dyskretni.
Tyle wystarczyło, by Karina dokopała się pazurami do samego piekła w poszukiwaniu plotki o miejscu, które przywoływała Sadie.
Patrzyła na blondynkę z niedowierzaniem. Pobladła.
Przepraszam? — prawie zakrztusiła się własną śliną. — Co powiedziałaś? Sphère?
Tym razem nie było już wątpliwości. Nazwa trafiła dokładnie tam, gdzie Sadie chciała ją umieścić. — Raphael nigdy… — jej wściekłe spojrzenie przeskakiwało pomiędzy oddaloną sylwetką mężczyzny a stojącą tuż obok przesłodką, przekochaną i prześliczną Sadie Glass. Przełknęła ślinę. — Nie wiem kto ci powiedział, że masz prawo… Ale powinnaś poważnie przemyśleć… — im bardziej Karina gorączkowała i potykała o urwane ciągi myśli, tym uważniej Sadie otulała ją swoim łagodnym zaskoczeniem.
Och, kochanie — sięgnęła nawet, by kojąco oprzeć dłoń na jej ramieniu. Karina zesztywniała. — Jesteś bardzo emocjonalna — fakt lub obelga, nie dało się ustalić.
Nie jestem.
Odpowiedziała zbyt szybko.
Zawsze taka nie jesteś? — spytała szczerze, bez grama ataku lub zgryźliwości, a widząc defensywną postawę Kariny cofnęła dłoń i pochyliła się, by kontynuować ciszej.
Posłuchaj mnie uważnie. Nie rozumiem, dlaczego… — zaciskała usta. Może sama usłyszała własny ton, a może dotarło do niej, że szarpiąc się bardziej zaciskała pułapkę wokół własnego gardła.
Nie mam nic złego na myśli, naprawdę! To nie wstyd korzystać z pomocy, jakiej się potrzebuje — kipiała wyrozumiałością.
Nie potrzebuję żadnej pomocy.
Może powinnaś z kimś porozmawiać. Wiesz… Ze specjalistą. Może psychiatrą? — im bardziej Karina reagowała, tym bardziej Sadie naciskała pedał małomiasteczkowej miłości do bliźniego i wsparcia oferowanego nawet na siłę. Dla jej dobra przecież.
Karina otworzyła usta. Zamknęła je. Czerwień jej uszu idealnie komponowała się z odcieniem sukienki. Brakowało tylko dymu uciekającego z uszu jak w kreskówce.
Ty chyba sobie ze mnie żartujesz.
A Sadie patrzyła na nią z autentycznym, współczującym zatroskaniem.

Czy w twojej rodzinie jest historia chorób psychicznych?

raphael valencourt
31 y/o
For good luck!
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

W miejscu takim jak to spotkanie przypadkowych nazwisk z ludźmi, którzy te nazwiska tworzyli, było nieuniknione. Granica między tymi, którzy łaknęli dostępu do wielkiego świata, a tymi, którzy od pokoleń stanowili jego tkankę, nigdy nie była tutaj wyraźna. Przeciwnie — zacierała się pod złotem, światłem, alkoholem i maskami, aż człowiek przestawał wiedzieć, czy patrzył na członka starej rodziny, czy na kogoś, kto właśnie kupił sobie prawo do siedzenia przy tym samym stole. Raphael znał tę różnicę. Potrafił ją wyczuć niemal natychmiast. Wystarczało mu kilka sekund obserwacji: sposób, w jaki ktoś podawał kieliszek, długość uścisku dłoni, to, czy podczas rozmowy patrzył na twarz rozmówcy, czy sprawdzał, kto jeszcze znajdował się w pobliżu. Pieniądze można było zdobyć. Nazwisko można było kupić. Nawet dostęp można było sobie wypracować. Pamięć jednak była znacznie trudniejsza do podrobienia. A pamięć ludzi takich jak Valencourtowie obejmowała całe pokolenia.
Karina należała do tego świata, ale nie należała do niego w taki sposób jak Raphael. Miała dostęp do jego drzwi, ponieważ jej ojciec posiadał klucze do kilku z nich. Mogła wejść do pomieszczeń, do których większość ludzi stojących w Sali Apollina nie zostałaby wpuszczona nawet po zapłaceniu fortuny. Mogła siedzieć przy stole z ministrami, miliarderami, kolekcjonerami i ludźmi, których nazwiska pojawiały się w gazetach tylko wtedy, kiedy sami na to pozwalali. Nie oznaczało to jednak, że posiadała władzę. Jej władza była pożyczona. Była częścią rodzinnego majątku, a nie jej osobistym osiągnięciem. Smycz pozostawała w rękach ojca.
Raphael widział to od dzieciństwa. DuPontowie wychowywali swoje dzieci inaczej niż Valencourtowie. Nie oznaczało to, że robili to łagodnie. Przeciwnie. Karina była jednak traktowana tak, jak traktowało się coś, co miało kiedyś zostać wykorzystane w określony sposób, ale czego nie należało uszkodzić przed czasem. Jej edukacja, małżeństwo, kontakty, nawet sposób pojawiania się publicznie miały odpowiadać przyszłej funkcji. Widział to przez lata i nigdy szczególnie się nad tym nie zastanawiał. Dopiero później zaczął zauważać w jej oczach coś, czego nie dostrzegał u siebie.
Dziecko. Nie dosłownie. Raczej pozostałość po kimś, kim była, zanim została odpowiednio uformowana. Dostrzegał odbicie przerażonej dziewczynki, której kiedyś odebrano niewinność.
Pamiętał jedną z nocy spędzonych z nią. Nie samą noc, lecz moment późniejszy. Ciszę, która pojawiła się po wszystkim. Karina zniknęła wtedy w łazience, a Raphael leżał nieruchomo na brzuchu, patrząc w ciemność. Po kilku minutach usłyszał płacz. Cichy. Tłumiony. Taki, który człowiek wydawał z siebie, kiedy nie chciał, żeby ktokolwiek go usłyszał. Nie poszedł za nią. Nie zapytał, co się stało. Udawał, że śpi. Nie dlatego, że nie słyszał. Właśnie dlatego, że słyszał doskonale.
Nie wszyscy posiadali konstrukcję psychiczną pozwalającą przetrwać wymagania świata, w którym każde pokolenie musiało być silniejsze od poprzedniego. Raphael nie wiedział, czym właściwie była jego własna psychika. Została strzaskana tak wcześnie, że późniejsze życie przypominało raczej budowanie konstrukcji na ruinach niż normalny rozwój. To, co powstało, było użyteczne. Działało. Pozwalało mu funkcjonować. Pozwalało podejmować decyzje wtedy, kiedy inni tracili głowę. Nie był jednak pewien, czy można było nazwać to zdrowiem.
Karina miała jeszcze fragmenty siebie sprzed tego wszystkiego. Fragmenty, które pamiętały. Fragmenty, które bały się. Fragmenty, które chciały być bezpieczne.
Nie współczuł jej. Współczucie wymagało pewnego rodzaju odruchu, którego Raphael nigdy w sobie nie pielęgnował. Mógł rozumieć mechanizm. Mógł przewidywać zachowanie. Mógł nawet określić źródło określonej reakcji. Nie oznaczało to jednak, że musiał odczuwać cokolwiek wobec człowieka, którego analizował. Dlatego Karina pozostawała dla niego jedną z wielu i prawdopodobnie właśnie to byłoby dla niej najbardziej upokarzające. Przyzwyczajona do tego, że jej obecność miała znaczenie, nie potrafiła zaakceptować, że dla niego mogła być jedynie elementem większego układu. Jej stanowisko, jej nazwisko, jej pieniądze — wszystko to było rzeczywiste, ale jednocześnie wszystko pochodziło od innych. Nawet jej pozycja społeczna była dziedzictwem.
Raphael natomiast był dla niej czymś innym. Nie dlatego, że był bogaty. Karina znała bogatych mężczyzn od urodzenia. Nie dlatego, że był atrakcyjny. W jej świecie atrakcyjność była kolejnym zasobem, który można było wymienić na uwagę. Chodziło o to, że Raphael nie znikał w tłumie. Był kimś, kogo należało zauważyć. Mógł uchodzić za rozpieszczonego dziedzica, hedonistę, człowieka żyjącego z pieniędzy przodków. I przez lata z premedytacją pozwalał, aby właśnie tak go postrzegano. Pod tą powierzchnią istniała jednak druga warstwa — kompetencja, której nie można było odziedziczyć. Jeżeli coś powierzono Raphaelowi, należało do niego. A kiedy coś należało do niego, nie oddawał tego tylko dlatego, że ktoś inny zaczął tego chcieć.
Karina prawdopodobnie tego właśnie szukała. Nie kochanka. Nie nawet męża. Opiekuna. Kogoś, przy kim mogłaby uwierzyć, że potwory, które stworzyły jej świat, nie miały być w stanie jej dosięgnąć. To było ironiczne, ponieważ Valencourt doskonale wiedział, że sam był jednym z produktów tego mechanizmu. Potworem, który czekał na swoją okazję.
Odchodząc, Raphael nie wiedział, co miała zrobić Glass. Nie wiedział, jak miała zareagować ani jakie słowa z siebie wyrzucić. Nie znała jednak DuPont. Nie znała porozrzucanych fragmentów tworzących jej psychikę. Nie wiedziała, do czego ktoś taki jak ona, był zdolny.
Bo chociaż wydawało się, iż zbita początkowo z tropu Karina — zasypywana gradem słodkich komentarzy głupiej blondyneczki — nie miała odzyskać rezonu, stało się coś zupełnie odmiennego. Rysy twarzy ze skrzywionych zmieniły się w wygładzone, wcześniejsze emocje zniknęły pod taflą nieruchomego lustra. Ramiona wyprostowały się, a ciało nabrało na nowo postawy, której Prowadząca nigdy nie mogła osiągnąć. To nie było oświecenie. To było coś znacznie odmiennego. Przyjęcie innej osobowości. Zanurzenie się w oprogramowaniu zbyt głęboko osadzonym, aby się go wyzbyć. Uwypuklenie czegoś, co pozwalało jej na zadawanie fizycznego bólu innym.
Oczy Kariny stały się całkowicie czarne, a dotychczas nieruchoma kobieta w czerwieni zbliżyła się o krok do Sadie. - W końcu się tobą znudzi. - Jej głos nie był już niepewny. Nie posiadał zawahania. Nie był rozstrojony. Był zimny, a przy tym niezwykle rozkoszujący się bijącym od niej chłodem. Takim, który wpełzał pod samą skórę. Takim, który obiecywał. - W końcu zobaczy, że jesteś tylko lalką do wyruchania. Taką, jak pozostałe. - Spojrzenie uciekło w stronę stojącego w oddali Raphaela, rozmawiającego z mężczyzną wskazanego przez Glass. A także jeszcze jednego, którego nie znała. Dostrzegała, że Valencourt co jakiś czas patrzył w ich stronę. Dlatego też to wykorzystała. Nachyliła się nad uchem blondynki, lecz oczy miała wbite w te należące do Raphaela — te, które patrzyły wciąż na nią i mówiły jedno. - A kiedy będziesz leżała na śmietniku... - wyszeptała z okrutnym uśmiechem tańczącym na wargach. - ...będę na ciebie czekała.
Odsunęła się, lecz nie na tyle, by nie móc policzkiem przesunąć po licu zabawki Valencourta. Wciąż i wciąż obserwując jej właściciela. Tego samego, który skończył już rozmowę i szedł na ratunek pozostawionej samej sobie dziewczynce. Karina jednak nie zamierzała nie wykorzystywać okazji do ostatniej sekundy. Dlatego też ostatnie zaklęcie, jakie wypowiedziała brzmiało „Spytaj go o Somalijkę”, zanim nie złożyła na ustach blond dziewczątka pocałunku.
W dwa uderzenia później Raphael stał już obok Glass, a Karina przywołała na usta grymas, którego jeszcze tego wieczora nikt nie widział. - Ciao! - rzuciła, uśmiechając się już szeroko, patrząc wpierw na blondynkę, a później na mężczyznę u jego boku. Tego samego, którego zamierzała ukarać.
Raphael nie odpowiedział. Patrzył, jak czerwień jej sukni znikała pomiędzy kolejnymi gośćmi. Nie miał złudzeń. Karina nie kończyła żadnej gry po pierwszej przegranej rundzie. Jeżeli czegoś chciała, wracała do tego tak długo, aż ktoś ustąpił albo przestał być jej potrzebny. A Valencourt wiedział jedno. Ona chciała jego. I właśnie dlatego nie zamierzał dać jej nawet satysfakcji z tego, że mogła uznać dzisiejsze spotkanie za zwycięstwo.
Odwrócił się do Glass. Stanął przed nią tak, aby całkowicie zasłonić widok na znikającą Karinę. Dopiero wtedy spojrzał ponad blondwłosą głową na mężczyzn, z którymi wcześniej prowadził krótką wymianę zdań. - Kupiłem Martisse'a - powiedział rzeczowo. Jego dłonie pozostały w kieszeniach garniturowych spodni. - Przy okazji mężczyzna, o którym mówiłaś, to Richard Summers. Z Confédération Nationale du Crédit Mutuel.
Glass milczała. Raphael odczekał sekundę. Potem drugą. Jej brak odpowiedzi zaczął być bardziej irytujący niż zachowanie Kariny. Wcześniej nie mogła zamilknąć, a teraz to? Spojrzał jej prosto w oczy, a brwi zsunęły mu się lekko. - Glass. Mówię do ciebie.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
For good luck!
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zarejestrowała obecność Właściciela, ale była dla niej mniej istotną, niż pełzające po skórze obrzydzenie.
Nie było wywołane ani historią o porzuceniu przez Właściciela, ani wizją gróźb. Sadie brzydziła fizyczna obecność Kariny DuPont. Jej policzek tak blisko własnego. Wargi pchane zbyt blisko bez pozwolenia. Czuła żółć kapiącą z każdego słowa tej kobiety, a każdy jej dotyk powodował fizyczne mdłości. Jakby to właśnie dusza Sadie Glass rozpoznawała coś, obok czego nigdy więcej nie chciała znaleźć i odchorowywała przekroczone granice.
Zawieszona na odczuciu bezprecedensowego niesmaku nie odpowiedziała mężczyźnie od razu, ale brak słów był spójny z brakiem jakiejkolwiek reakcji.
Nie krzywiła się, ale i przestała przesadnie szeroko uśmiechać. Wciąż stała wyprostowana, pewna swojego miejsca, jedynie przez kilka sekund bardziej nieobecna.
Wreszcie zamrugała i wyostrzyła wzrok; przeniosła spojrzenie z bliżej nieokreślonej, rozmytej plamy bawiących się gości ku twarzy Właściciela. W profesjonalnym podejściu do wykonywanego zawodu nie było miejsca na prywatne skarżenie się. Sadie nie była ofiarą prywatnego ataku; była podwładną, która za niemałe pieniądze wytrzymała kilka minut z kimś raczej nieprzyjemnym. Właściciel nie byłby tym zainteresowany. Nie mogło obchodzić go jej samopoczucie. Co najwyżej rezultaty - bo właśnie za nie była odpowiedzialna jako Prowadząca.
Dobra wiadomość jest taka, że uwierzyła.
Inaczej nie reagowałaby wcale. Gdyby rzeczywiście nie dostrzegła żadnej urazy, ani żadnego zagrożenia w innej kobiecie uwieszonej na ramieniu Valencourta, nie traciłaby czasu na dyskusję. Prowadząca i Właściciel odegrali swoją rolę wystarczająco dobrze, by informacja zaczęła organicznie przenosić w tym patologicznym systemie naczyń połączonych. Taki był cel dzisiejszego wyjścia, zatem Sadie odwracała wstrętny posmak Kariny DuPont w informację przydatną do dalszej pracy.
Zła jest taka, że zgrzeszyłam — och, nie mogła sobie tego odmówić po jego jakże dosłownie wyartukułowanym sceptycyzmie wobec Apolla i komentarzu o jej Bogu. Nigdy o niego nie pytał. Nie mógł wiedzieć, czy jakiegoś miała i jakiego. Co do tego nie była pewna, ale zdecydowała, że będzie jej potrzebny ksiądz. Taki, który nie miał nic wspólnego z uczestnikami Aukcji powinien być całkiem niezły. Wszyscy pozostali - zapraszani do Luwru i gdziekolwiek jeszcze, rozpatrywani w kategoriach przyszłych hierarchów kościoła - zapewne o moralności mieli zupełnie inne pojęcie, niż Sadie Glass.
Historia Kariny DuPont nie dotyczyła jej. Prowadzącej nie mogło zranić umniejszanie jej relacji z Właścicielem, kiedy relacja z Właścicielem nie istniała. Somalijka była taką samą informacją, jak Amsterdam - być może kiedyś się przyda, być może nie. Jedyne, na czym Sadie musiała się skupić teraz, to dalsze odgrywanie roli tak, jak przystało specjalistce od spraw niemożliwych.
Dopiero teraz pozwoliła sobie na spojrzenie bardziej żywe i zaczepne.
Dlaczego go kupiłeś? — mógł całkiem zignorować jej wymówkę, mógł - zgodnie z jej prośbą - zapytać. Nie wybrał żadnej z tych opcji. Przyglądała mu się odrobinę podejrzliwie, z zaciekawieniem. Mógł jej pomóc lub zaszkodzić. Mógł transakcję przyspieszyć lub całkiem uniemożliwić. Mógł rozwiązać problem lub stworzyć cztery nowe. Mógł chcieć pozbyć Sadie Glass przy pierwszej możliwej okazji. Mógł też wykorzystać dzieło do tego, by pozostać z nią w kontakcie, gdy Gospodarz upomni się po swoją własność. Wachlarz opcji rysował przed Sadie niczym kryminalna zagadka z magazynu, który jako dziecko podbierała starszej koleżance z podwórka. Wtedy zło było proste do zobaczenia i nazwania. Ktoś kogoś bił. Ktoś coś ukradł. Moralne potępienie przychodziło z łatwością.
W dorosłości to samo okazywało znacznie bardziej skomplikowane. Ofiara mogła bić oprawcę. Złodziej kradł mleko modyfikowane dla niedożywionego dziecka. Im więcej informacji dopuszczało się do analizy, tym trudniej było wyrokować z pozycji wyższości. Dlatego Prowadząca odsuwała na bok wszystko to, co było w tej chwili zbędne. Zajmowała tym, co było najważniejsze dla powodzenia misji, jaką wyznaczył jej przełożony.
Skinęła głową, ale nie powiodła spojrzeniem do mężczyzny, który dbał o to by nie stracić Prowadzącej z oczu. Pamiętała szczegóły ich interakcji, pamiętała decyzje licytacji pierwszych pozycji katalogowych. Moment, w którym został wyprowadzony przez ochronę i słowa Gospodarza, skierowane do Prowadzącej po zakończeniu Aukcji. Teraz dodawała do tej szufladki imię i nazwisko, nie ważniejsze i nie mniej ważne od sposobu, w jaki klikał długopis i znamienia na szyi, które wyłaniało w ruchu zza kołnierza koszuli.
Dłonią sięgnęła do policzka Właściciela, by gestem załagodzić tę dramatyczną zniewagę, jakiej dopuściła się milcząc parę minut wcześniej. Dotychczas sądziła, że byłby zachwycony, gdyby nie odezwała już nigdy więcej. Los był jednak przewrotny.
Oddawała mu całą swoją uwagę i nie towarzyszył temu żaden dyskomfort - jedynie mieszanka kokieterii, żartu i ulgi.
Tęskniłeś?

raphael valencourt
31 y/o
For good luck!
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Interakcja związana z pojawieniem się zdecydowanie niechcianej DuPont miała na ten moment pozostać za nimi. Dostała to, czego chciała, a przynajmniej dokładnie takie wrażenie Raphael zamierzał jej pozostawić. Karina była jednym z tych ludzi, których należało czasem nakarmić pozornym zwycięstwem, aby zyskać kilka godzin spokoju. Nie zamierzał pytać Glass, co dokładnie jej powiedziała. Domyślał się ogólnego zarysu. Karina od lat korzystała z tych samych metod: znajdowała najbardziej miękkie miejsce w człowieku i naciskała właśnie tam, aż reakcja pojawiała się sama. Nigdy nie wybierała przypadkowo. Potrafiła wyczuć niepewność szybciej niż większość ludzi wyczuwała zapach własnych perfum. Z silniejszymi od siebie nie walczyła bezpośrednio. Z nimi negocjowała. Z uśmiechem, wdziękiem, obietnicą albo ciałem. Słabszych natomiast potrafiła rozebrać z pewności siebie niemal bez wysiłku. Dlatego Raphael nie miał zamiaru dawać jej kolejnej okazji.
Dlaczego go kupiłeś?
Spojrzenie osiadło na pytającym wyrazie twarzy Prowadzącej. W jej głosie nie było już tej samej pewności co wcześniej. Pytanie nie dotyczyło przecież wyłącznie obrazu. Raphael rozumiał to natychmiast. Chodziło o motywację, o jego sposób działania, o to, czy za decyzją kryło się coś więcej, czego nie potrafiła jeszcze nazwać. Dla niego pytanie było jednak w całej swojej naturze niemal bezpodstawne. W jego świecie. Ktoś taki jak on nie podchodził do człowieka bez powodu. Nie sprawdzał gruntu. Nie pytał, czy może. Nie próbował dowiedzieć się, czy druga strona była gotowa. Ludzie pytali wtedy, kiedy potrzebowali zgody. Albo kiedy nie byli pewni, czy ją otrzymają. Raphael od dawna nie należał do żadnej z tych kategorii. Jeżeli czegoś chciał, jego zadaniem było zorganizowanie świata w taki sposób, aby dana rzecz znalazła się w jego rękach. Czasami oznaczało to pieniądze. Czasami wpływy. Czasami cierpliwość. Czasami wystarczało jedno nazwisko wypowiedziane przy właściwym stole.
- Bo go pragniesz - odpowiedział bez zająknięcia. Nie dopowiedział niczego więcej. Nie musiał. Pragnienie było słowem wystarczająco szerokim, żeby mogło oznaczać obraz, sukces, uznanie, jego samego albo rolę, którą Glass odgrywała tego wieczoru. Nie precyzował, co to oznaczało. Nie precyzował, co miał dokładnie na myśli — ją, Sadie Glass, Prowadzącą czy rolę, którą odgrywała. Kochankę łaknącą zdobyć dzieło, którego właściciel nie zamierzał się z nim rozstawać? Mogła wybrać interpretację według własnego uznania. Dla niego każda z nich była wygodna. Kupienie dzieła, o którym wcześniej wspominała, miało przecież znacznie większą wartość niż sama transakcja. Było gestem. Dowodem. Elementem historii, którą mogli opowiadać innym bez wypowiadania jej wprost. Mężczyzna taki jak Raphael nie kupował obrazu za kilkadziesiąt milionów dlatego, że ktoś przypadkiem powiedział, iż mu się podobał. W świecie, w którym wszystko miało znaczenie, takie przypadki nie istniały.
Teraz zakupił obraz, o który starała się Prowadząca. Kobieta, która znajdowała się tuż obok.
Jej palce osiadły na jego policzku, a Raphael nie odsunął się. Przeciwnie — delikatnie pochylił głowę ku jej dłoni, jakby gest był czymś całkowicie naturalnym. Jednocześnie jego palce objęły jej nadgarstek, zatrzymując się na starej bransolecie. Zdobienie z maleńkimi pszczołami połyskiwało w świetle przesuwającym się po marmurowej przestrzeni. W tej sali każdy gest był podwójny. Dotknięcie mogło oznaczać czułość. Mogło oznaczać własność. Mogło być zwykłym odruchem albo starannie przygotowanym komunikatem. Nikt nie wiedział. I właśnie dlatego działało. Podobnie jak wypowiedziane przez nią lekko słowo. Brzmiące rozkosznie zaczepnie, a jednocześnie inaczej niż wszystkie do tej pory.
Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu.
- Co jeśli tak? - Nachylił się, aż ich czoła niemal się zetknęły. - Wie, że wiem - dodał zaraz wystarczająco cicho, aby słowa należały wyłącznie do niej. Jego dłonie znalazły ciaśninę jej talii, przyciągając do siebie. Blisko. Tak by jej biodra stykały się z tymi należącymi do niego. Dla obserwujących wyglądało to jak pocałunek. Summers patrzył i zdawał sobie sprawę, iż został przyłapany. Gdyby Raphael Valencourt znajdował się w tej samej sytuacji z kochanką, kazałby się mu spocić. I właśnie to zamierzał zrobić.
Dlatego jego nos przesunął się po szyi Glass, gdy dłonią odciągnął ją delikatnie, eksponując nagą skórę. Czuł perfumy, które mieszały się z jego własnymi. Wyczuwał tętno i poruszanie mięśni. Czuł fakturę — bardziej suchą niż być powinna. Mniej sprężystą aniżeli wymagał wiek. Taką, która nosiła skutki niedożywienia.
Raphael odnalazł Summersa wzrokiem ponad jej ramieniem. Ich spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. Wystarczyło. Summers natychmiast odwrócił głowę. Raphael niemal się uśmiechnął. Nie było w tym nic osobistego. W świecie, do którego należeli, przyłapanie na obserwowaniu niewłaściwej osoby było błędem. A błędy popełnione przez ludzi stojących wystarczająco wysoko zawsze miały konsekwencje.
Jego twarz pozostała jednak spokojna. - Chodźmy stąd - powiedział i tym razem ruszył pierwszy. Poprowadził ją dalej przez Salę Apollina, stopniowo oddalając się od najjaśniejszych partii pomieszczenia. Muzyka zmieniała się wraz z przestrzenią. Im dalej od głównego centrum, tym mniej przypominała muzykę, a bardziej puls — głęboki, jednostajny, niemal rytualny. Rozmowy stawały się cichsze. Światło słabsze. Złoto ścian znikało pod cieniem. Szedł w coraz większą ciemność, lecz mrok pochłaniał ich stopniowo. Na tyle, by nie był w stanie rozpoznać zwiniętych miejscami ze sobą ciał — wystarczyło jednak, że słyszał odgłosy uderzanej nagiej skóry o drugą. W końcu to zawsze kończyło się w ten sposób, a każde stadium wydarzenia miało własne kręgi wtajemniczenia. W ciemnych kotarach mieszała się rozkosz z prostytucją. Polityką, sztuką, dyplomacją. Kobiety pojękiwały, mężczyźni charczeli.
W pewnym momencie jakaś kobieta owinęła się wokół niego, jednak Raphael zdawał się nie zwracać na nią uwagi. Jakiś mężczyzna w masce świni znajdował się zbyt blisko Prowadzącej. Zaraz kolejne sylwetki zaczęły ich otaczał. Dotykać. Pochłaniać. Valencourt wiedział, co to oznaczało. Zawsze chodziło o to samo. Zawsze zabieg miał być tym samym. Wystarczyło jednak słowo w języku, którego Glass nie mogła zrozumieć, aby beztwarzowe ciała rozpierzchły się niczym demony przed święconą wodą.
W pobliżu kilka osób odwróciło głowy. Nikt nie zaprotestował. Nikt nie zapytał, dlaczego. Wystarczyło, że Raphael powiedział, aby zostawili ich w spokoju. Ruszyli dalej. Główna sala była jeszcze przestrzenią społecznego przedstawienia. Tutaj przedstawienie stawało się bardziej prywatne. Zasłony oddzielały kolejne wnęki. Sofy tonęły w półmroku. Sylwetki ludzi pojawiały się i znikały, czasem ledwie rozpoznawalne, czasem całkowicie ukryte za maskami.
Nie patrzył długo. Nie interesowała go sama rozwiązłość tego miejsca. Była przewidywalna. Widział ją setki razy. Ludzie, którym przez całe życie mówiło się, że mogą mieć wszystko, prędzej czy później zaczynali sprawdzać, czy rzeczywiście nie istniała granica.
Przy jednej z zasłon ktoś wypowiedział jego nazwisko. Raphael nawet się nie odwrócił. Szedł dalej. Wreszcie ciemność zaczęła ustępować. Najpierw pojawił się chłodniejszy odcień światła. Potem przestrzeń rozszerzyła się nagle, jakby ktoś przeciął ciężką kurtynę. Valencourt wiedział, gdzie byli. Szedł tam od początku. Wiedział, zanim jeszcze zobaczył charakterystyczną architekturę dziedzińca.
Noc zmieniała to miejsce całkowicie. W dzień Cour Marly miało w sobie coś monumentalnego, niemal muzealnie uporządkowanego. Teraz było prawie nierzeczywiste. Ciemne niebo odbijało się w szklanych powierzchniach, a światła rozmieszczone wokół dziedzińca wydobywały z kamienia jedynie wybrane fragmenty. Rzeźby stały w półmroku, pozbawione tłumu turystów, który zwykle odbierał im skalę. Teraz każda sylwetka wydawała się większa, bardziej samotna.
Zwolnił. Zatrzymał się. Po raz pierwszy od dłuższej chwili nie musiał pilnować tempa. Nie było tutaj muzyki. Nie było tłumu. Nie było dłoni próbujących dotknąć jego ramienia. Tylko nocne powietrze i chłód kamienia. Za szkłem Luwr wydawał się innym światem. Zamkniętym, odciętym od wszystkiego, co działo się kilka pomieszczeń dalej. Ale tu była cisza. Pośród całego przepychu tego wieczoru, pośród masek, nazwisk, pieniędzy, pożądania i gier, Cour Marly miało w sobie coś, czego nie oferowała żadna z sal wewnątrz. Nie wymagało niczego. Nie udawało. Po prostu trwało.
Raphael spojrzał jeszcze raz na nocne niebo odbijające się nad ich głowami. Na ciemnym tle rysowała się ogromna końska głowa jednego z rozjuszonych Chevaux de Marly.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
For good luck!
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tęsknota i pragnienie zazębiały się bezlitośnie. Jedno nie istniało bez drugiego. Ten, kto nie zaznał ciemności, nie doceniał światła. Ten, który nie mógł zatęsknić, nie odczuwał euforii ponownego spotkania. Posiadanie nie istniało bez braku. Sytość nie istniała bez głodu, a szczęście nie istniało bez cierpienia.
Sadie Glass kochała prowadzenie Aukcji.
Kochała też to, że musiała na Aukcję czekać.
To, czego pragnęła, nigdy nie było na wyciągnięcie ręki. Nie zależało od niej. Nie pozostawało w zasięgu wzroku. Nie mogło zostać przyspieszone, nawet jeśli niezaspokojona potrzeba odzyskania uczucia przyprawiała ją o rozpacz. Był to najbardziej wyrafinowany z mechanizmów uzależnienia.
Nie wystarczyło gdzieś pójść, do kogoś zadzwonić. Nie było sensu szukać tego samego w czymś innym. To, co przynosiło największą rozkosz musiało pozostawać niedostępne. Nieokiełznane.
Jak Matisse, za którym goniła od blisko roku. Nie codziennie wracała myślami do przeklętej wycinanki. Zajmowała się szeregiem pozostałych zleceń. Raz na parę miesięcy odbywał się telefon, raz na pół roku - spotkanie. Wtedy szczypało najbardziej. Matisse był tym dalej, im bliżej była Sadie Glass. Rozważała setki dróg naprzód.
Nigdy rezygnację.
Brak dzieła był paliwem napędowym dla zdobywania wszystkich innych. Wiedziała, że kiedy doprowadzi tę transakcję do końca - nie czy, a kiedy - uczucie będzie przewyższało pozostałe po stokroć. Że jej drobny organizm zaleje tsunami endorfin, jej umysł zapadnie w miękkiej chmurze dumy i w tej jednej chwili poczuje, że było warto.
Było warto czekać.
Było warto znosić trudy.
Było warto się przemęczyć.
A Raphael Valencourt podchodził do przypadkowego mężczyzny na imprezie i za pięć minut wracał z rozwiązaniem problemu.
To mogło imponować. Niejedna kobieta miękłaby już w kolanach pod potęgą mężczyzny, który - de facto dla niej - załatwiał coś, co jej spędzało sen z powiek.
Ale Sadie Glass była inna. I nie myślała nawet o tym, że błyskawiczna decyzja zakupowa Właściciela coś jej odebrała - moment sukcesu, na który pracowała i czekała, teraz w całości należał do jego nazwiska i statusu. Nawet to nie było dla niej tak istotne, jak wniosek znacznie cięższy do przełknięcia.
Jak bardzo płaskie musiało być jego życie, jeśli na nic nie musiał zaczekać? Za niczym chodzić, o nic prosić, do niczego tęsknie wzdychać? Jeśli miał wszystko, to tak naprawdę nie miał niczego. Nie mógł doświadczać wyżyn nie znając chłodu dna. Fizycznie nie był w stanie docenić tego, co przybywało, skoro nie sprawiał mu trudu żaden brak.
Sadie Glass czekała dwa lata na okazję, by wejść do Luwru i zobaczyć na suficie fresk - ten sam, który widziała w wersji papierowej i cyfrowej tysiące razy. Wiedziała jak wyglądał, ale nie mogła go mieć. Nie bez kosztownej, długiej i trudnej do zorganizowania wokół wyzwań pracy w Heffel podróży Do Europy. Pragnęła czegoś, co pozostawało daleko. Istniało, kusiło, ale nie było dla niej.
Tego wieczoru odczuwała ulgę - jakby podrapała miejsce, które swędziało od wielu miesięcy. Jakby coś właśnie wskoczyło na odpowiednie miejsce. Jakby świat komunikował najprostszy, a zarazem najpotężniejszy z komunikatów: wszystko wydarza się w swoim czasie.
Nie okazywała Właścicielowi współczucia. Ani litości. Nie taka była jej rola - ani ta Prowadzącej odgrywającej teatrzyk gorącego romansu, ani ta Sadie Glass, za którą w oczywisty sposób nie przepadał. Obserwowała. Myślała. Stawiała pytania i szukała odpowiedzi. Nie miała wypowiadać ich na głos - nie wziąłby udziału, a mimo tego brutalnego ograniczenia miała wrażenie, że wie coraz więcej.
Rozumie coraz więcej.
Zobojętniał wobec wszystkiego. Wobec ludzi, wobec orgii, wobec przemocy, wobec decyzji, wobec pieniędzy, wobec władzy. Dla niego Luwr nie był tym samym miejscem, w którym znajdowała się Sadie.
Ta myśl została z nią najdłużej, gdy z kolejnymi przebytymi korytarzami wracała do jego pytania.
Co jeśli tak?
Chciałaby, żeby tęsknił.
Nie chciała tego dla siebie. Nie chciała karmić swojej pychy dowodem anegdotycznym o zimnym mężczyźnie, którego ogrzała. Nie było w tym osobistego celu, ani zysku do ugrania.
Chciała tego dla niego. Chciała, żeby mógł poczuć przynajmniej promil tego, co czuła ona. Bez mówienia o tym komukolwiek. Bez robienia z tym czegokolwiek. Tylko po to, żeby jego skąpane w odcieniach szarości życie odzyskało chociaż jeden z kolorów. Migający gdzieniegdzie, nieśmiało walczący z czernią otchłani w której nie było niczego.
Chciała, żeby żył.
I żeby mógł być chociaż przez sekundę tak szczęśliwy, jak ona na tym magicznym dziedzińcu.
Dlatego milczała. Pozwoliła jego sylwetce wyswobodzić z objęć, których nie pragnął dla siebie, a które chciał w drodze pokazywać innym. Pozwoliła mu odpocząć w ciszy.
Wiedziała, że wolał się oddalać. Wiedziała, że im mniej w przestrzeni było jej, tym więcej wolności on odnajdywał dla siebie.
Nie było to karanie ciszą. Nie był to wyrzut ani pretensja. Brak słów Prowadzącej nie był strategicznym komunikatem.
Był akceptacją tego, że zbliżali się do spokoju innymi drogami.
Ona pragnęła mówić o rzeźbach, które uwodziły detalem. O tym, co dla niej znaczą. O tym, co mogłyby znaczyć. O tym, co znaczyły kiedyś. Ale swoje pragnienie chowała bardzo głęboko.
Ogarnięta nieodkrytą wcześniej, wewnętrzną potrzebą, by dać Raphaelowi to, czego potrzebował.
Nie miało to nic wspólnego ze spełnianiem oczekiwań Właściciela.
Granica pomiędzy relacjami Właściciela z Prowadzącą, i Raphaela z Sadie, zacierały się w mroku hedonistycznego przyjęcia. Jeśli ktoś skupił się wystarczająco, mógł w słabym świetle szklanego dachu i gwiazd nocnego nieba odszukać ślady po miejscu, w którym się znajdowały.
Ale Prowadząca i Sadie były gdzieś indziej.
Jedna pragnęła zawodowego sukcesu, uznania i szacunku.
Druga tylko tego, by Raphael mógł przy niej odpocząć.
Obie stanęły kilka kroków od mężczyzny, by nie naruszać jego bezpiecznej, prywatnej przestrzeni. Tutaj nie musiał znosić dotyku kobiety nieznośnej.
Mógł być sobą. Takiego zaczynała akceptować.


raphael valencourt
31 y/o
For good luck!
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Nie było tęsknoty, bo tęsknota wymagała oczekiwania, a oczekiwanie nigdy nie zostało mu dane jako coś, co mogło posiadać wartość samo w sobie. Było tylko narzędziem. Chłopiec oczekiwał zainteresowania dorosłych, oczekiwał kroków na korytarzu, oczekiwał otwierających się drzwi i tego, co miało nastąpić później. Siedział na skraju łóżka, nieruchomy, z dłońmi ułożonymi na kolanach, i nauczył się bardzo wcześnie, że nawet sposób oddychania może było zostać uznany za niewłaściwy. Drzwi pozostawały zamknięte, a on patrzył na nie tak długo, aż przestawał właściwie widzieć ich powierzchnię. Drewno zamieniało się w plamę, klamka w punkt, a czas w coś pozbawionego znaczenia. Nie wiedział, ile minut minęło. Nie wiedział, czy powinien czekać jeszcze godzinę. Wiedział tylko, że powinien być gotowy. Zawsze gotowy.
Dziecko nie mogło być smutne, bo smutek przeszkadzał w wykonywaniu poleceń. Nie mogło być rozgniewane, bo gniew był nieposłuszeństwem. Nie mogło się bać, bo strach zdradzał słabość. Nie mogło być zmęczone, bo zmęczenie było wymówką. Nie mogło być głodne, jeśli głód przeszkadzał w zadaniu. Nie mogło pragnąć. Nie mogło prosić. Najgorsze było jednak to, że z czasem przestało nawet wiedzieć, czy czegokolwiek rzeczywiście potrzebuje. Potrzeby zostały bowiem sprowadzone do błędów, a błędy miały konsekwencje. Nagradzano go wyłącznie wtedy, kiedy skutecznie przestawał okazywać to, co naturalnie powinno należeć do dziecka. Cisza była nagrodą. Bezwład był nagrodą. Posłuszeństwo było nagrodą. W ten sposób uczono go przetrwania, aż w końcu przetrwanie stało się ważniejsze od wszystkiego innego. Raphael nauczył się więc jednej zasady, prostszej od wszystkich filozofii, które później czytał, i bardziej użytecznej od każdej sentencji, jaką kiedykolwiek wypowiedział człowiek posiadający władzę: być posłusznym. Jedyną alternatywą była śmierć. Dlatego robił wszystko, by przeżyć. Przechodził kolejne testy. Pozwalał, aby jego reakcje były obserwowane, mierzone i korygowane. Uczył się nie reagować tam, gdzie inni reagowali automatycznie. Uczył się patrzeć bez patrzenia, słuchać bez okazywania, że słuchał, i odpowiadać dokładnie tak, jak wymagano. Z czasem nawet pamięć zaczęła odmawiać mu posłuszeństwa. Niektóre fragmenty dzieciństwa rozpływały się w pustych przestrzeniach, jakby ktoś celowo wyciął z jego umysłu całe sceny, pozostawiając jedynie zapach, dźwięk albo pojedyncze zdanie. Nigdy szczegóły. Szczegóły były niepotrzebne. Liczył się rezultat.
Teraz jednak stał w Cour Marly, pośród ogromnej, nocnej przestrzeni Luwru, i po raz pierwszy od dłuższego czasu pomyślał o tym, że dziecko, którym był, w pewnym sensie wygrało. Nie dlatego, że otrzymało to, czego pragnęło. Nie dostało przecież bezpieczeństwa, miłości ani wolności. Otrzymało coś znacznie bardziej użytecznego: czas. Przetrwało wystarczająco długo, aby dorosnąć. A dorosły Raphael mógł już sam wyznaczać kierunek. Nie musiał czekać, aż drzwi się otworzą. Nie musiał siedzieć na krawędzi łóżka i zastanawiać się, kto pojawi się po drugiej stronie. Mógł sam otworzyć każde drzwi, które uznał za warte otwarcia. Nie był już dzieckiem. Nie czekał. Wybierał.
Znał tylko i wyłącznie cel. Cel, który niegdyś narzuciła mu rodzina, a aktualnie który narzucił sobie sam. Ten, który ginął wśród gwaru innego świata i skupiał się na czymś, co dla wielu zdawało się tylko. wyłącznie abstrakcją. Szaleństwem. Majakiem przemawiającego przez niego kompleksu. Kompleksu Boga. Raphael chciał wszak więcej niż inni. Chciał dotrzeć do samego szczytu. Chciał patrzeć na wszystkich wokół, jak uginali stwardniałe karki. Chciał nie mieć nad sobą nikogo. Chciał sięgnąć ku temu, co było zakazane i dostępne jedynie dla jednego i nie więcej osób. Chciał stać ponad każdym i nie musieć liczyć się z tymi, którzy od początku wskazywali mu drogę. Drogę miał wskazywać on. Wszak tylko tego tak naprawdę pragnął - wolności czystej w swojej formie. Niezmąconej przez nikogo innego.
Spojrzał przed siebie. Cour Marly nocą nie przypominało przestrzeni przeznaczonej dla ludzi. Monumentalne rzeźby wyłaniały się z półmroku jak relikty cywilizacji, która dawno przestała istnieć, a jednak wciąż domagała się czci. Szkło wysoko nad jego głową zatrzymywało nocne światło i odbijało je w niektórych powierzchniach kamienia. Przygaszone oświetlenie nie rozpraszało ciemności; przeciwnie, podkreślało ją. Poszczególne sylwetki pojawiały się więc przed nim fragmentami: tors, głowa, końskie kopyto, wygięta ręka, fragment marmurowej podstawy. Wszystko wyglądało jak sen człowieka, który pamiętał historię, lecz nie potrafił już powiedzieć, gdzie kończyła się ona, a zaczynała jego własna wyobraźnia.
W porywistym zwierzęciu widział siebie. Monumentalne konie w gwałtownym ruchu, wspinające się niemal ku niewidzialnemu niebu, a pomiędzy nimi człowiek próbujący utrzymać stworzenie w ryzach. Raphael patrzył długo na tę scenę. W nocy rzeźba nabierała zupełnie innego charakteru. Za dnia można było podziwiać kunszt, anatomię, napięcie mięśni, sposób, w jaki artysta zamknął ruch w kamieniu. Teraz pozostawała przede wszystkim dynamika. Koń nie wyglądał jak zwierzę ujarzmione. Wyglądał jak coś, co dopiero miało się wyrwać. Jego szyja była wygięta, głowa uniesiona, pysk otwarty w niemym geście oporu. Grzywa rozpływała się za nim jak płomienie, a przednie nogi unosiły się w gwałtownym, niemal teatralnym ruchu. Człowiek przy jego boku nie wydawał się jednak wystarczająco silny, aby rzeczywiście go zatrzymać. Trzymał zwierzę, lecz równie dobrze można było uznać, że tylko przez chwilę oszukiwał samego siebie, iż posiadał nad nim kontrolę.
To właśnie widział. Nie konia. Nie rzeźbę. Mechanizm. Całe życie był takim zwierzęciem, tyle że przez pierwsze lata nie miał świadomości, że istniała możliwość zerwania postronka. Ojciec, dziadek, Konsylium — każdy z nich uważał, że znał jego granice. Każdy był przekonany, że tresura zakończyła się powodzeniem. Że można było poprowadzić go tam, gdzie chciano, odpowiednim gestem, odpowiednim rozkazem, odpowiednią konsekwencją. Że wystarczyło przypomnieć mu, skąd pochodzi i komu zawdzięcza nazwisko. Nie rozumieli jednak jednej rzeczy. Źrebię dorastało, a dorosły koń nie musiał już uznawać ręki trzymającej lejce za rękę silniejszą od własnej.
Raphael powoli uniósł wzrok ku monumentalnej sylwetce zwierzęcia. Widział w nim napięcie, które rozumiał aż nazbyt dobrze. Gotowość do skoku. Wściekłość, która nie była jeszcze eksplozją, lecz czymś znacznie bardziej niebezpiecznym — koncentracją wszystkich sił w jednym punkcie. Nie chodziło o chaos. Chaos był dla słabych. Chodziło o kontrolowany moment, w którym wszystko zostawało zatrzymane tuż przed uderzeniem. Tak właśnie żył. Nie dlatego, że był wolny. Jeszcze nie. Dlatego, że przygotowywał się do wolności.
Jego celem nigdy nie było zwyczajne zwycięstwo. Nie chciał wygrać jednej partii, przejąć jednej firmy, pokonać jednego człowieka. Chciał zmienić samą planszę. Chciał osiągnąć pozycję, w której nikt nie będzie już mógł przesunąć jego figury bez jego zgody. Chciał stanąć ponad systemem, który od urodzenia próbował definiować jego ruchy. Chciał przestać być elementem cudzej konstrukcji i stać się jej autorem.
Wiedział, jak wyglądała cena. Wiedział również, że nie mógł się spieszyć. Bo potwór, przeciwko któremu występował, nie był jednym człowiekiem. Był strukturą. Setkami nazwisk, rodzinami, instytucjami, pieniędzmi, małżeństwami, zobowiązaniami i sekretami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie. Był czymś, co miało stulecia na udoskonalanie własnych metod. Czymś, co potrafiło przeżyć każdego pojedynczego człowieka. Gadem o cielsku tak monstrualnym, że już dawno przyćmiewał słońce. Raphael czuł się jednak gotowy. Odkąd wszak pamiętał, żył w mroku.
Nie zdawał sobie sprawy, że zaciskał pięści schowane w kieszeniach.
Czekał latami. Latami obserwował, uczył się. Słaby nie zamierzał rzucać się na tę bestię. Najpierw uczył się, jak działała jej uzda. Potem sprawdzał, gdzie znajdował się słaby punkt, a dopiero później — w odpowiednim momencie — zamierzał pociągnąć za lejce tak mocno, aby cały mechanizm zrozumiał, że zwierzę, które przez lata uważano za oswojone, nigdy nim nie było. A jedynie czekało na swój czas.
Stał więc nieruchomo w nocnym Cour Marly, a ogromne konie patrzyły gdzieś ponad jego głową, ku przestrzeni, której nie mogli dosięgnąć ani jeździec, ani palefrenier, ani człowiek. Patrzyły tam, gdzie czekało coś możliwe tylko dla nich. Patrzyły na wolność.
Obrazek
Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”