ODPOWIEDZ
46 y/o
For good luck!
182 cm
detektyw w Toronto Police
Awatar użytkownika
what a wicked game we play.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

𝙰𝚋𝚘𝚞𝚝 𝚊 𝚢𝚎𝚊𝚛 𝚊𝚗𝚍 𝚊 𝚑𝚊𝚕𝚏 𝚊𝚐𝚘

Zimne powietrze uderzyło go prosto w twarz, gdy tylko wyszedł z komisariatu i postawił pierwszy krok na zlodowaciałym chodniku. Kolejna długa zmiana. Kolejny dzień dealowania z bandą idiotów, z którymi momentami po prostu nie dało się pracować. Nie wiedział, czy problem leżał w tym, że pomimo mieszkania tutaj od ponad dwudziestu lat nadal nie potrafił do końca zgrać się z Kanadyjczykami, czy może gdzieś tam głęboko jego barcelońskie korzenie zwyczajnie krzyczały, że wolał stawiać szczerość ponad bycie fałszywie miłym. Może to właśnie on był tutaj problemem? W końcu zwyczajnie nie ufał ludziom, którzy potrafili zachowywać się tak uprzejmie przez cały pieprzony czas. Może faktycznie byli tacy z natury, ale patrząc na samego siebie i robiąc sobie jakiś mentalny rachunek sumienia, no to za cholerę nie potrafił wyobrazić sobie człowieka, który byłby aż tak pure at heart. No ale dobra. Nie miał teraz czasu się nad tym rozwodzić. Zwłaszcza nie wtedy, kiedy cholernie wiało, a mróz sprawiał, że zarost na jego twarzy dosłownie zaczynał zamarzać.

Przeszedł kilka metrów w kierunku baru, do którego chwilę później wszedł przede wszystkim po to, żeby się rozgrzać. Nie miał jeszcze ochoty wracać do domu. Do żony... dzieci. Męczyło go to wszystko. Cała ta pieprzona otoczka szczęśliwej rodziny, którą mieli przedstawiać światu, kiedy nawet jego własna żona nie potrafiła już chociażby udawać, że go pragnęła. Potrzebował uwagi.

z n o w u
Some things never change, eh?
Podszedł do baru i zamówił czystą whisky, prosząc przy okazji o otworzenie rachunku. Kiedy dostał szklankę, skierował się w stronę jednej z wolnych booth, zrzucił z siebie płaszcz i rzucił go gdzieś obok na skórzane siedzisko. Przybliżył szkło do ust i upił niewielki łyk, pozwalając alkoholowi powoli rozgrzać gardło, zanim sięgnął do kieszeni płaszcza po malutką krzyżówkę, którą zawsze nosił ze sobą na podobne okazje... Muzyka wypełniała całe pomieszczenie, mieszając się z rozmowami ludzi i stukotem bil odbijających się od siebie na stole bilardowym. I właśnie gdzieś pomiędzy tym wszystkim, z każdą kolejną minutą, coraz wyraźniej docierały do niego głosy dwóch mężczyzn stojących nieopodal stołu. Dwóch karków, którzy bez większego skrępowania komentowali sobie, co dokładnie zrobiliby tej nocy z kobietą siedzącą samotnie przy barze.

Javier uniósł wzrok znad krzyżówki. Nie był pewien, czy kobieta ich słyszała. Dzieliło ich jakieś piętnaście metrów, może trochę mniej, ale jakaś tam część jego serca funkcjonariusza, wiecie, składanie przysięgi i całe to pierdololo, nie pozwoliła mu po prostu wrócić do odgadywania kolejnego hasła. Westchnął pod nosem, rzucił krzyżówkę na stolik i odstawił obok szklankę. No dobra. Najwyżej zrobi z siebie idiotę. Wstał i ruszył w stronę baru, przy okazji posyłając obu mężczyznom wystarczająco wymowne spojrzenie, żeby zrozumieli, że słyszał każde pieprzone słowo. W sumie nie wiedział jeszcze, co dokładnie zrobi, ale to akurat nigdy nie stanowiło dla niego większego problemu. Najwyżej kobieta uzna go za creepa. Oparł się bokiem o blat i dopiero wtedy spojrzał na nią trochę dokładniej. No i cholera. W lokalu przepełnionym ludźmi, którzy zdecydowanie nie zostali obdarowani przez naturę jakimś cudnym wyglądem, ona wręcz grzeszyła urodą. Uniósł lekko kącik ust. - Gratulacje, wygrała pani darmowego drinka na koszt Barcelończyka - mruknął, uśmiechając się do niej. - Proszę wybierać uważnie. Taka okazja drugi raz może się już nie powtórzyć.

lady at the bar
32 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me
'Cause I don't think that they'd understand
When everything's made to be broken
I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Musiała przyznać, że życie było ostatnio… d z i w n e. Nie potrafiła tego inaczej określić, nie potrafiła nawet powiedzieć, czy było dobrze dziwne, czy źle dziwne. Ona po prostu nie potrafiła się w nim odnaleźć. Oderwana praktycznie siłą od tego, co przez ostatnie lata było jej rzeczywistością i co ją uszczęśliwiało, mimo całego swojego okropieństwa. Bo tak, wojna była okropna i pewne obrazy zawsze będą ją nawiedzać w koszmarach, ale większość z tego, co ją tam spotkało? Zdecydowanie nie. To do czego trafiła po powrocie do kraju było jej osobistym piekłem. Wojną, którą wygrała zdecydowanie zbyt łatwo i dlatego czuła się tak niepewnie…
Jakby bała się żyć, bo znowu w najmniej oczekiwanym momencie może jej to zostać zabrane.
Psychoterapeuta powtarzał jej jednak, że nie powinna tak. Nie mogła. Miała dopiero trzydzieści lat, dostała pracę w Mount Sinai Hospital, musiała zapomnieć o przeszłości i spróbować jakoś to sobie poukładać. Więc najbardziej wzięła sobie do serca to, że musiała zapomnieć.
Dlatego właśnie wyszła z domu, dlatego weszła do pierwszego lepszego lokalu, który stanął jej na drodze i dlatego zajęła miejsce przy barze, a od barmana po drugiej jego stronie poprosiła… szkocką. Wahała się przez krótką chwilę, bo cichy głosik z tyłu głowy zasugerował jej, że to nie jest najlepszy pomysł, ale przecież po to tutaj przyszła. Miała zapomnieć. Miała wypić kilka drinków. Miała flirtować i dobrze się bawić.
I to był ten element całego planu, który chyba przerósł ją najbardziej. Flirtowanie. Wyszła z wprawy? Nigdy nie była w tym dobra? Czy może przypominała sobie, że bez słowa wyjaśnienia zostawiła człowieka, który tak wiele dla niej znaczył, że teraz zwyczajnie nie potrafiła? Wszystko po trochu, więc uwolniła się od towarzystwa mężczyzn, z którymi wcześniej rozmawiała, a którzy wydawali jej się zbyt natarczywi, zbyt bezpośredni i za mało dojrzali. Wróciła do baru, zamówiła kolejnego drinka, a samotność może nie była wcale taka zła? Zastanawiała się nad tym płytko, obracając szklankę z alkoholem w dłoniach, gdy nagle ktoś zmaterializował się u jej boku. Drgnęła, spojrzała na niego zaskoczona i przez pierwszych parę sekund w ogóle nie wiedziała, o czym do niej mówi. Kim jest i czego chciał, ale…
- Wreszcie jakiś konkurs, w którym wygrałam… doskonale! – kącik ust drgnął jej w rozbawieniu – Ale mam już drinka – uniosła szklankę jeszcze porządnie wypełnioną szkocką – Więc opcje są dwie… albo oczekujesz, że teraz to wypiję, a to się bardzo źle skończy. – oj zdecydowanie. Nie piła tak dawno, że jej głowa nie należała do najmocniejszych. Jeśli jeszcze wziąć pod uwagę, że w ostatnich miesiącach straciła sporo ze swojej (i tak niewielkiej) masy? Tym bardziej – Albo w skład nagrody wchodzi też towarzystwo Barcelończyka przez resztę wieczoru. No albo przynajmniej do czasu tego wygraa… – urwała, gdy kątem oka zauważyła ruch. Jeden z mężczyzn, których towarzystwo wcześniej było tak męczące, wstał od stolika i ruszył w kierunku baru. Dokładniej rzecz ujmując – w ich kierunku. Zupełnie przypadkiem był to ten sam kark, którego rozmowę miał okazję słyszeć Javier – Pewnie, że tak! – rzuciła nagle, pogodniej i wyraźnie głośniej. Zdawała sobie sprawę, że teraz wyjścia też są dwa. Albo zostanie wzięta za wariatkę… albo uratowana przed niechcianym towarzystwem – Strasznie dawno się nie widzieliśmy! Co słychać? Opowiadaj! Byłeś tam ostatnio? – dalej gadała straszne głupoty, już całkowicie przekonana, że mężczyzna weźmie ją za wariatkę, ale jednocześnie wpatrywała się w jego twarz tak intensywnie, że może… może odrobinę liczyła, że zauważy jej desperację. Tym bardziej, że kark ich wyminął i stanął parę miejsc dalej, czekając na barmana. I zerkając. Wyraźnie zerkają w ich kierunku, a Valentine aż przeszedł nieprzyjemny dreszcz.



javier perez
46 y/o
For good luck!
182 cm
detektyw w Toronto Police
Awatar użytkownika
what a wicked game we play.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nie miał żadnego konkretnego planu na to, co zrobi, jeżeli tamta kobieta faktycznie się do niego odezwie. Zazwyczaj działał bardziej spontanicznie, wychodząc z założenia, że co ma być, to będzie. Nie wychodził przecież na miasto z nadzieją, że kogoś, kolokwialnie mówiąc, zaliczy. Jeżeli się uda, fun. Jeżeli nie… no trudno, świat też się od tego nie zawali, no nie? Dzisiejszego wieczoru przyszedł tutaj raczej po to, żeby zrzucić z siebie cały ten cholerny stres i choć na kilka godzin przestać rozmyślać o tym, do czego właściwie zmierzało jego życie. O związku. O tym, że był kurewsko nieszczęśliwy i coraz częściej zaczynał się zastanawiać, kiedy dokładnie wszystko zdążyło się tak spierdolić. Musiał tylko poświęcić trochę czasu na dojście do tego, co tak naprawdę było tego przyczyną. Czy chodziło o jego własne zachowanie, o decyzje, które podejmował przez ostatnie lata, czy może o to paskudne poczucie bezwartościowości, które z każdym kolejnym mijającym dniem coraz mocniej rozlewało się po jego ciele, skutecznie przekonując go, że niezależnie od tego, co zrobi… i tak nigdy nie będzie...

w y s t a r c z a j ą c y

Perez nie był ślepy… sprostujmy to już na samym początku, żeby później nie było żadnych niedociągnięć, niedopowiedzeń i innych takich, jak zwał, tak zwał. Pomimo już całkiem kwiecistego jak na mężczyznę wieku po czterdziestce - nie był głupcem i doskonale zdawał sobie sprawę, kiedy przed nim siedziała przepiękna kobieta. Teraz połączył jedno z drugim i wcale a wcale nie dziwił się, dlaczego tamta dwójka byczków rzucała wcześniej takimi komentarzami. Pewnie mieli wrażenie, a może bardziej nadzieję, że jeśli rzucą między sobą kilkoma świńskimi tekstami o fantazjach, których i tak nigdy nie ziszczą, to ich przyrodzenia magicznie urosną w bokserkach do takich rozmiarów, że jakaś kobieta faktycznie zainteresuje się którymś z nich chociaż na jedną noc. Ale dobra. Javier nie grał do tej drużyny i zdecydowanie nie musiał zastanawiać się nad tym, co jakiś inny facet miał w tej części garderoby. Tym bardziej że sam nie miał czego się wstydzić, ale nie jemu oceniać, dobra? Każdy miał jakieś inne preferencje i właśnie o to w tym wszystkim chodziło.

Wracając... bo trochę zboczyliśmy z tematu.

Kobieta, na której jego wzrok teraz się zawiesił, była cholernie atrakcyjna. Oliwkowa, nieco ciemniejsza karnacja, długie brązowe włosy, które tylko jeszcze mocniej podkreślały jej ładną buzię, i te ogromne oczy, wyglądające w przygaszonym barowym świetle niczym dwa ciemne węgielki… no, trochę go speszyły. Nie spodziewał się aż takiego breathtaking view, ale za nic nie mógł dać tego po sobie poznać. Musiał play it cool. - No widzisz, a nagroda już tutaj czeka obok ciebie, gotowa do odebrania - uśmiechnął się do niej, stając odrobinę bliżej. - Hm, a może najpierw to wypij, postawię ci kolejnego drinka i zaoferuję ci resztę wieczo… - Nie dokończył. Zmarszczył brwi, przyglądając się jej twarzy i temu, jak nagle całe jej ciało wyraźnie się spięło. Uniósł lekko brwi, po czym zerknął przez ramię, dostrzegając jednego z tamtych neandertalczyków zmierzającego właśnie w ich kierunku.

Aha.
Od razu zrozumiał, co robiła. Uśmiechnął się do niej szerzej. - Cholera, tak długo cię nie widziałem, że prawie cię nie rozpoznałem! - rzucił dostatecznie głośno i dosadnie, żeby tamten knypek bez problemu go usłyszał. Chwilę później sam przysunął się bliżej, zupełnie burząc dzielącą ich odległość, i zarzucił ramię za jej plecy, przyciągając ją odrobinę do siebie. - Dałaś kosza tamtym typkom? Tsk, tsk, tsk… - wydał z siebie dźwięk, uderzając językiem o podniebienie, zanim pochylił się w stronę jej ucha. - Nie będą mogli tego przeżyć. Mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę. - Wyprostował się i ponownie spojrzał na nią z rozbawieniem. - Gratulacje. Dorzucam do nagrody darmową usługę osobistego bodyguarda na resztę wieczoru. - Posłał jej kolejny uśmiech, po czym odwrócił się w stronę barmana. - Poprosimy jeszcze dwa razy to samo. - Zamówił kolejne szkockie, bo zdążył już zauważyć, że mieli całkiem podobny gust w kwestii alkoholu. Co swoją drogą było trochę badass, bo po kobiecie wyglądającej tak jak ona spodziewałby się raczej jakiegoś mojito-srojito. - Ciężki wieczór? - zagaił, kiedy barman postawił przed nimi alkohol. Chwycił obie szklanki, po czym skinął głową w kierunku swojego stolika. - Zapraszam. - Ruszył w stronę booth, mając nadzieję, że jego nowa towarzyszka faktycznie zdecyduje się do niego dołączyć.

W końcu miała nagrodę do odebrania, no nie?


badass girl
32 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me
'Cause I don't think that they'd understand
When everything's made to be broken
I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie chciała robić zamieszania. Nie chciała robić afery. A jeszcze bardziej… nie chciała kłopotów. Nie miała do nich głowy i siły. Bardzo szybko zorientowała jednak się, że jej pierwotny plan mógł być właśnie potencjalnie kłopotliwy. I aferogenny. Bo nie oszukujmy się… mężczyźni pokroju tamtej dwójki nie lubią być wodzeni za nos i odrzucani. Obstawiała, że zazwyczaj nie byli, więc fakt, że ona to zrobiła mogło uderzyć w męską dumę. Bo kim ona była, że myślała, że tak może, prawda?
No właśnie… była nikim. Zdecydowanie nie byłaby w stanie postawić się żadnemu karkowi, więc nic dziwnego, że się spięła i po plecach przeszedł ją zimny dreszcz. Także mężczyzna, który pojawił się u jej boku – a nie należał do tamtego kółka wzajemnej adoracji – wydawał się być zbawieniem. Tym bardziej, że wystarczyło, że ich spojrzenia się spotkały, a jakoś… poczuła się pewniej. Nie poczuła się przez niego zagrożona. Ba! Nie miała zielonego pojęcia, że po części tamta dwójka przyczyniła się do tego, że do niej podszedł. Szczęśliwy zbieg okoliczności.
I naprawdę odetchnęła z ulgą w momencie, gdy nie odebrał jej małego przedstawienia jako objawu choroby psychicznej, nie odwrócił się na pięcie i nie poszedł szukać okazji dalej. Poszedł w to, a kącik jej ust drgnął w lekkim rozbawieniu. Naprawdę miała więcej szczęścia niż rozumu. Ani trochę nie poczuła się też skrępowana w momencie, gdy zmniejszył między nimi dystans, gdy poczuła jego dłoń na swoich plecach i znalazła się niebezpiecznie blisko jego twarzy, w którą wpatrywała się intensywnie. Lawirowała spojrzeniem od oczy do ust mężczyzny, jednocześnie starając się zawalczyć z własnym rozbawieniem, chociaż błysk w jej spojrzeniu był wystarczająco wymowny.
- W takim razie naprawdę mam dzisiaj szczęście do nagród… jestem szalenie ciekawa, co będzie dalej. – drink, towarzystwo, prywatna ochrona… co jeszcze? Odwiezie ją do domu i pomoże zrealizować plan, z którym z niego wyszła?
Szlag. Nie. Zejdź na ziemię, Valentine.
Zsunęła się ze stołka, gdy tylko barman postawił przed nimi szklanki z alkoholem i nawet przez moment nie przeszło jej przez myśl, żeby zrezygnować, żeby iść po rozum do głowy i może lepiej zamówić taksówkę. Zajęła miejsce w boksie zajmowanym wcześniej przez mężczyznę i pierwsze, co rzuciło jej się w oczy to… krzyżówka. Bez skrępowania podniosła ją, pokazała mu i wyglądała jakby oczekiwała wyjaśnień. Kto do cholery rozwiązuje krzyżówki w barze?
- Katalończyk w kanadyjskim barze… rozwiązujący krzyżówki, ratujący damy w opresji a przy okazji z wystarczająco dużym ego, żeby przedstawić się jako nagroda główna w barowym konkursie. Jestem pod wrażeniem. I jestem zaintrygowana… – rzuciła szczerze rozbawiona, dalej wpatrując się w męską twarz. Był interesujący. Zaskakujący. I zdecydowanie za bardzo w jej typie. Wróć! To nie miało żadnego znaczenia, a on był po prostu miły… ludzie, nawet mężczyźni, bywali mili.
Iris. – przedstawiła się, wyciągając do niego dłoń – I dziękuję. - uśmiechnęła się do niego ładnie, dalej nawet na chwile nie odwracając od niego spojrzenia. Jakby wzięła sobie za punkt honoru utrzymać z nim kontakt wzrokowy. Nie była przy tym... wyzywająca, ale jednocześnie dodał jej odrobinę pewności siebie - Że nie wziąłeś mnie za wariatkę, trochę się tego obawiałam… aczkolwiek podejrzewam, że udawanie obłąkanej również mogłoby mi pomóc z ich niechcianym towarzystwem. – teraz to właśnie do niej dotarło i aż prychnęła rozbawiona pod nosem. Mimo wszystko cieszył ją taki obrót sprawy.



javier perez
46 y/o
For good luck!
182 cm
detektyw w Toronto Police
Awatar użytkownika
what a wicked game we play.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Zauważył to.

Oczywiście, że zauważył te drobne miniekspresje pojawiające się na jej twarzy. To, jak spojrzeniem zsunęła się z jego oczu prosto na usta i zatrzymała tam może sekundę dłużej, niż powinna. I chyba właśnie w tym momencie Perez albo sobie coś ubzdurał, albo ostatecznie potwierdził własne przypuszczenia, że być może spodobał się młodszej kobiecie. No chyba że należała do tej kategorii ludzi, którzy bez żadnego skrępowania przyglądali się każdej części ciała rozmówcy, kompletnie nie przejmując się tym, że ktoś może to zauważyć. Może? Wiedział tylko jedno. Ona zdecydowanie spodobała się jemu. A reszta? Cóż, sam zobaczy, jak potoczy się ten wieczór. - To zależy od tego, w jaki sposób chciałabyś z owej nagrody skorzystać - mruknął rozbawiony, posyłając jej nonszalancki uśmiech, zanim ruszył w kierunku swojego miejsca.

Rozsiadł się wygodnie, opierając plecy o siedzisko i po chwili uniósł szklankę whisky do ust. Jego piękna towarzyszka niedługo później do niego dołączyła, a Javier musiał przyznać, że towarzystwo zdecydowanie poprawiało mu humor. Upił łyk alkoholu i uśmiechnął się szerzej, widząc, jakie wrażenie zrobił na niej fakt, że rozwiązywał krzyżówki w barze. Dobra, może nie była to najbardziej typowa aktywność w takim miejscu, ale kto powiedział, że musiał przestrzegać jakichś pieprzonych norm społecznych? Nie istniał przecież regulamin określający, w jaki sposób człowiek powinien bawić się przy whisky, a dla niego krzyżówki były jedną z przyjemniejszych form rozrywki. - Czyli z tego wszystkiego, co właśnie powiedziałaś, mogę wyciągnąć wniosek, że zrobiłem na tobie wrażenie, hm? - uniósł brew, odkładając szklankę na stolik. Wyciągnął dłoń w jej kierunku i uścisnął tę, którą właśnie mu podała.

i r i s

Cholera, nawet imię miała piękne. w y j ą t k o w e. Iris. Tęczówka... coś tak unikalnego, że właściwie nie istniały dwie identyczne na świecie... albo jak ten kwiat występujący w niemal wszystkich kolorach... cholernie trudny do przeoczenia. Swoją drogą, irysy miały też charakterystyczny, intensywny zapach i zupełnie niepotrzebnie przemknęła mu przez głowę myśl, że bardzo chętnie przekonałby się na własnej skórze, jak pachniała i ona. - Javier - przedstawił się z uśmiechem. Nie puścił jej dłoni od razu. Przytrzymał ją przez kilka sekund dłużej, niż wymagała tego zwykła uprzejmość, czując pod opuszkami palców delikatność jej skóry. Przez cały ten czas patrzył jej prosto w oczy, dopiero po chwili powoli rozluźniając uścisk, a kiedy mu podziękowała, pokręcił lekko głową. - Nie ma za co dziękować. - Przysunął się bliżej, spoglądając na krzyżówkę leżącą teraz przed nią. - w takich sytuacjach zdecydowanie polecam obłąkanie - zaśmiał się. Zarzucił ramię za jej plecy i oparł dłoń o zagłówek, wykorzystując pozycję jako całkiem niewinny pretekst, żeby znaleźć się odrobinę bliżej. Nachylił się nad krzyżówką, drugą dłonią rozkładając ją przed nimi. I wtedy poczuł jej perfumy.
Maldición.
Zmysłowe. Intensywne... dokładnie takie, jakie pasowały do ich właścicielki. Przesunął palcem po jednej z kratek, zanim nakierował nim na hasło... - Zabawne, bo akurat odwróciłaś moją uwagę, kiedy próbowałem rozwiązać to... - powiedział, niemal szeptem, - robiąca ogromne wrażenie. Dziesięć liter. - Przez chwilę udawał, że się zastanawia, po czym uniósł wzrok prosto na nią. - zjawiskowa - mruknął z lekkim uśmiechem. - Hm. Chyba jednak nie potrzebowałem podpowiedzi.

iris
32 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me
'Cause I don't think that they'd understand
When everything's made to be broken
I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W jaki sposób chciałaby skorzystać ze swojej nagrody?
W jaki sposób chciałaby skorzystać ze swojej nagrody… powtórzyła to jeszcze kilkukrotnie w swojej głowie, poszukując odpowiedzi. Te, które do niej przychodziły nie nadawały się jednak do wypowiedzenia na głos. Więc tylko uśmiechnęła się pod nosem, nie odpowiadając wcale. Upiła jeszcze łyk swojego niedopitego wcześniej drinka i poszła za nim. Alkohol jej nie służył.
- Oczywiście, tak jak powiedziałam. – nie zamierzała się przed tym bronić. Nie tylko zrobił na niej wrażenie, ale przede wszystkim zrobił pozytywne wrażenie. Kto nie lubił pewnych siebie mężczyzn, prawda? Szczególnie jeśli nie przypominali przy tym tych neandertalczyków, których jego obecność skutecznie odstraszyła. A już na pewno sprawiła, że zajmowali marginalne miejsce w jej głowie – tak jakby nagle cały ten bar skurczył się do rozmiarów tego jednego boksa. Nic więcej nie miało większego znaczenia – I wzbudziłeś zainteresowanie. Nie zapominaj o tym. – dodała jeszcze, uśmiechając się pod nosem. Przecież wzbudzenie zainteresowania to już połowa sukcesu… bo Iris nie chciała w tym momencie uciekać. Nie szukała w głowie wymówki, która pozwoli jej kulturalnie się ewakuować, nie poprosi koleżanki o ratunkowy telefon, nie przypomni sobie o włączonym żelazku. Chciała spędzić z nim ten wieczór – niezależnie ile mieli czasu. Chciała odebrać swoją nagrodę.
Jego uścisk był pewny, a sama dłoń dużo większa od tej jej, odrobinę szorstka, ale przy tym przyjemna. i poczuła jak śmieszne dreszcze rozchodzą się wzdłuż jej ręki aż do kręgosłupa. Zadrżała i nie była pewna, czy to od tego przedłużonego kontaktu fizycznego, czy jednak jego ciemnym tęczówek, którymi się w nią wpatrywał. Nie uciekała przed kontaktem wzrokowym, wręcz przeciwnie. Utrzymywała go z zaskakującą łatwością (i przyjemnością). Więc nie przeszkadzało jej też, gdy z pełną premedytacją jeszcze bardziej zmniejszył dystans między nimi.
Ah, krzyżówka… Nie spojrzała na kartkę, ani hasło, które jej pokazywał. Wpatrywała się w jego profil i walczyła z lekkim rozbawieniem, które wpychało jej się na usta. Zjawiskowa.
- Javier… – zaczęła miękko, zupełnie swobodnie jakby zamierzała zapytać najbardziej oczywiste i niegroźne pytanie na świecie – Czy ty właśnie próbujesz mnie poderwać? – ale pytanie wcale nie było takie oczywiste. Kącik ust drgnął jej przy tym w lekkim rozbawieniu – Bo wypiłam kilka drinków i obawiam się, że mogę być na to b a r d z o podatna. Bardziej niż wypada. Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że masz obrączkę. – przypomniała, jakby sam o tym zapomniał. Czy był to jej problem? Nie. To on miał żonę, która czekała na niego w domu. Swoją drogą, czy na tym świecie naprawdę nie było interesujących mężczyzn, którzy nie mieli żon? Straciła swoją szansę? Został jej tylko drugi obieg?
Przez moment pomyślała o tym, co zostawiła za sobą… to nie była jeszcze w pełni zagojona rana, ale jednocześnie wiedziała, że to zakończona historia. Liczyło się tu i teraz – Lepiej rozwiążmy krzyżówkę. – bezpieczniej! Nikomu nie stanie się krzywda, nikt nie będzie musiał radzić sobie z wyrzutami sumienia i kacem moralnym. Ten od alkoholu w zupełności wystarczy.



javier
46 y/o
For good luck!
182 cm
detektyw w Toronto Police
Awatar użytkownika
what a wicked game we play.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

''Czy ty właśnie próbujesz mnie poderwać?''

Przez moment po prostu na nią patrzył, napawając się przyjemnych echem rozchodzącym się w jego uszach przez to jak miękko wypowiedziała jego imię. Czy próbował ją poderwać? Prychnął cicho pod nosem, opuszczając wzrok na swoją dłoń. Na obrączkę, która nagle zaczęła ciążyć trochę bardziej niż jeszcze kilka sekund temu. No proszę. Jednak ją zauważyła. Zuch dziewczynka. - Czy próbuję cię poderwać? - powtórzył powoli, a na jego ustach pojawił się nieznaczny uśmiech. - Si - przyznał w końcu, - Próbuję. - wpatrywał się w jej ciemne niczym węgliki tęczówki. - działa, czy muszę się bardziej postarać? - parsknął śmiechem pod nosem, zanim uniósł szklankę z whisky i upił kolejnego łyka bursztynowej cieczy. Przyglądał się jej przez dłuższą chwilę, z cwaniackim uśmieszkiem na twarzy, jakby jeszcze łudził się, że w jakikolwiek sposób to on kontrolował tę całą systuację. Krzyżówka wciąż leżała przed nimi, a on? On coraz mniej wierzył w to, że będzie w stanie skupić się na czymkolwiek innym niż na kobiecie siedzącej obok.
Cholera jasna.
Stary, a głupi, eh?
''Lepiej rozwiążmy krzyżówkę.''

Może faktycznie starzał się w najgorszy możliwy sposób, skoro wystarczyło jedno spojrzenie młodszej kobiety i słodki zapach jej perfum, aby koncentracja gdzieś wyparowała,- Wiesz, Iris - mruknął, zerkając na krzyżówkę, jakby serio jeszcze próbował udawać, że o nią tutaj chodziło. - Zaczynam podejrzewać, że nie będę w stanie rozwiązać jej przy tobie. - Uniósł brew, po czym przeniósł wzrok z powrotem na nią. - I nie dlatego, że hasła są trudne, ha, co to to nie... Po prostu trochę ciężko myśleć o dziesięcioliterowych odpowiedziach, kiedy siedzi obok mnie kobieta, która sama wygląda jak odpowiedź na większość moich pytań. - :rizz: Uśmiechnął się pod nosem, bo no dobrze, może było to trochę cringe jak to dzisiejsze dzieciaki mówiły i z lekka tandetne, ale kto powiedział, że miał zamiar dzisiejszego wieczoru zachowywać się rozsądnie? Rozsądek zostawił gdzieś pomiędzy pierwszym łykiem whisky a momentem, w którym zauważył, jak jej spojrzenie opadło na jego usta.

Przysunął się do niej bliżej. Niby od niechcenia, po czym uniósł dłoń i powoli odsunął kosmyk jej włosów za ucho, zahaczając opuszkami palców o jej skórę. Zrobił to dość leniwie, spokojnie, dając jej możliwość odsunięcia się w razie gdyby nie spodobał się jej ten nagły ruch z jego strony, ale przez ten cały czas nie odsunął wzroku od jej twarzy ani na sekundę. Nachylił się bliżej, tak że jego usta znalazły się tuż przy jej uchu. - Mam dla ciebie pytanie, florecita - wyszeptał nisko, z rozbawieniem w głosie. - Wolałabyś wersję, w której jestem wdowcem? - zapytał cicho. - Czy tę, w której czeka na mnie żona w domu, a ja mimo wszystko zdecydowanie wolę zostać tutaj, w towarzystwie przepięknej kobiety? - Odsunął się tylko odrobinę, na tyle, żeby móc spojrzeć jej w oczy. Jego uśmiech dalej był delikatny, ale w spojrzeniu miał już coś znacznie mniej niewinnego. - Obie wersje mówią o mnie coś złego i stawiają mnie w niezbyt dobrym świetle - dodał ciszej, przesuwając kciukiem po miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą poprawił jej włosy. - ale jedno twoje słowo kwiatuszku i będę tym, kim zechcesz.

florecita
32 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me
'Cause I don't think that they'd understand
When everything's made to be broken
I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Doceniła to. Przez jej wargi przemknął cień rozbawienia, ale naprawdę doceniała, że nie próbował zrobić z niej wariatki, której się wydaje, że nie poczuł się przyłapany na gorącym uczynku i jakby dostał po łapskach. Mężczyźni byli skomplikowani, nigdy nic nie wiadomo! Chociaż akurat w tym przypadku nie musiał się martwić, że dostanie po łapskach… działało.
Działało zdecydowanie lepiej niż powinno.
I ona również nie zamierzała udawać, że nie. Chociaż powinna. Jej uśmiech jednak był bardziej niż wymowny i naprawdę nie wydawało jej się, żeby Javier potrzebował dodatkowej odpowiedzi. Dodatkowego zapewnienia. Chociaż… z tyłu głowy Iris pojawiła się myśl. Jak miałoby to wyglądać, gdyby miał się postarać bardziej? Oh, Valentine… nie bądź zachłanna.
Nie spuszczała z niego spojrzenia. Uważnego, czujnego… i pełnego ciekawości. Bo tak, była go ciekawa – nawet jeśli robiło to z niej najbardziej naiwną dziewczynę w okolicy, która złapała się na jego sztuczki. Ciemne oczy, akcent, słodkie słówka i zabawę w superbohatera – sama nie wiedziała, co zrobiło na niej większe wrażenie, ale niewątpliwie zrobiło. Więc nawet nie drgnęła, gdy przysunął się bliżej. Nie odsunęła się i nie speszyła się. Jedynie lekki dreszcz rozszedł się po jej ciele od miejsca, w którym dotknął jej skóry. Uśmiechnęła się pod nosem, gdy jego pytanie zawisło w powietrzu. Nie odpowiedziała od razu. Przeniosła wzrok na jego tęczówki i przez chwilę po prostu milczała. Aczkolwiek nie musiała się zastanawiać nad odpowiedzią.
- Więc bądź sobą. – rzuciła, znów osuwając wzrok na jego wargi. Przez ułamek sekundy lawirowała spojrzeniem między oczami, a wargami… było z nią naprawdę źle. To wina leczenia, prawda? Ewentualnie tych paru drinków, a teraz sięgnęła po kolejny łyk alkoholu. Zgubiła gdzieś rozsądek, rozum i godność… ale jego dotyk był przyjemny i nie potrafiła tego teraz po prostu przerwać – Nawet jako dupek, który zdradza czekającą w domu żonę… możesz być interesujący. – kącik ust drgnął jej w rozbawieniu – A opowiedzieć mógłbyś mi wszystko, nie zweryfikowałabym tego. – wdowiec, czy nie… zdradzający dupek, facet z kłopotami w małżeństwie albo przedstawiciel gatunku, który nie potrafi utrzymać go w spodniach. Jak miałaby wierzyć w jakąkolwiek wersję mężczyzny, który postanowił uratować jej wieczór – Koniec końców to ty wrócisz do swojego domu. Czy wyrzuty sumienia są tego warte? – zapytała, przysuwając się trochę bliżej. Właściwie gdy mówiła jej ciepły oddech musiał muskać jego wargi… czuła ciepło jego skóry, zapach jego perfum i to razem z alkoholem w jej organizmie naprawdę tworzyło mieszankę wybuchową. Taką, którą uderza do głowy.
- O ile masz sumienie. – dodała jeszcze przekornie, nie przestając się uśmiechać. Miał? Nie miał? Łatwo to było zweryfikować – Pocałujesz mnie teraz? – zapytała, jakby to była naturalna kolej rzeczy. Jakby właśnie tak mieli się przekonać, czy było warto mierzyć się z własnym sumieniem i po prostu to robić. Dać się zapomnieć. Stracić głowę.
Nie wiedziała jaka będzie męska decyzja, ale cichu (no dobra, wcale nie taki cichy) głosik z tyłu jej głowy dopingował, żeby właśnie to zrobił. Chciała tego, nawet jesli to strasznie głupie. Po to wyszłaś z domu, Valentine.


javier perez
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”