34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

- Peach, Peach Pepper - Galen to aż potrząsnął lekko Peach, bo co z nią było? Chyba te tabletki jeszcze tak ją zamulały - na pewno nie Baker - jeszcze ją zapewnił, żeby sobie nie myślała. Bo w co ten facet z nimi mógł pogrywać? Miał nadzieję, że w nic, ale z takimi ludźmi, to nigdy nie wiadomo.
Znalazł jej to okulary, kiedy go o to poprosiła, w futerale od Prady, w ich walizkach Louis Vuitton, ale zanim Galen zdążył też znaleźć swoje, to już wyspianin kazał im się pakować do samochodu, żeby uciekli stąd przed burzą. Wyatt nie dyskutował, bo to lotnisko wyglądało tak, jakby silniejszy podmuch wiatru miał je stąd zdmuchnąć. Jakiś hangar po środku i tyle.
Jadą już, a wtedy pilot mówi o tym zastępczym samolocie, i dobrze, że tak się poczuł, bo Galen wcale o tym nie pomyślał, ale pewnie takich prywatnych odrzutowców to mają jeszcze więcej, mogli tu taki po niego wysłać, tyle im płacił, że co to za problem? Tylko się okazuje, że nie mogą, bo linie są przeciążone. Galen też jakoś tak odruchowo mocniej się przytulił do Peach. Bo przecież oni są stworzeni do luksusowych hoteli, a tu jakaś wyspa i speluna o której zaraz im opowiadał chłop z wyspy.
Niby trochę mu ulżyło kiedy Peach go pogłaskała, a kapitan wybrał jednak hotel, gdzie mąż żonę młotkiem zatłukł...
Nie, nie ulżyło mu. Galen znowu się spiął, i Picz objął ramieniem.
- Nie wiem Peach, może jednak... - zaczął i chciał powiedzieć, żeby jechali do tej knajpy, ale już tubylec skręcił w stronę hotelu. Pozamiatane. Jechali tą rozklekotaną ciężarówką, a ślina psa pasterskiego kapała Galenowi na ramię, jak ten się nad nim pochylał. Chłop zaczyna im nawijać o tym ufo, a Galen patrzy na niego wielkimi niebieskimi ślepiami.
- Przecież to odrzutowiec, a nie ufo - wtrącił, ale jak facet tak o nim mówi jak o gwieździe filmowej, to Galenowi zaraz się zrobiło miło, i już się patrzy na Peach, bo ona trochę tak jakby była, a Galen... - jestem biznesmenem z Toronto - wyjaśnił, bo może facet go zna? Jego ojca na przykład. Ale chyba nie, bo tylko spojrzał na niego z politowaniem, a zaraz mu powiedział, żeby sobie wziął ten pieniek. I po co mu on?
Wyatt spojrzał na pniak, a potem na Peach, a potem jeszcze na to radio, które trzeszczy, a ich kierowca stuka sobie w ten rytm w kierownicę jakby się świetnie bawił.
Dziwne było to wszystko.

A jeszcze dziwniejszy był ten hotel. Cały z drewna, z szyldem z wielkimi baranimi rogami nad wejściem. Galen się zatrzymał i zadarł głowę do góry patrząc na te złowieszcze rogi.
- Myślisz? - zapytał, ale zaraz kapitan uciekł, pewnie do łazienki, a stewardessa odeszła na bok, więc Galen SAM musiał się zająć ich bagażami, a jeszcze pod pachą miał ten pniak. Ścisnął go mocniej, bo wyślizgiwał mu się z mokrych rąk, a chłop przecież mówił, że może się im przydać. Rozejrzał się po wnętrzu tego hotelu, które wyglądało jak z jakiegoś horroru, albo filmu Davida Lyncha.
I zaraz taka Lynchowska postać wyrosła przed nimi koło lady. Jakiś karzełek w stroju hotelowego boja.
- Pssst psst, dawaj walizkę, pssst pssst - pociągnął Galena za nogawkę, a on spojrzał na Peach tymi niebieskimi oczami.
- Okej... - zgodził się, kiedy Pepper powiedziała, że to ona będzie rozmawiać.
Dryń dryń.
Rozległ się dźwięk dzwoneczka, taki ostry, nieprzyjemny, który wdzierał się w umysł.
Dryń dryń.
Znowu. A karzełek już ciągnie walizkę, którą Galen trzymał pod pachą.
- Dawaj mi to - zaskrzeczał.
- Nie - odezwał się Galen, a kiedy Peach się na niego obejrzała...
- Słuuuuchaaammm? - odezwał się flegmatyczny głos za kontuarem, a kiedy oboje się na niego obejrzeli, to mogli zobaczyć wysokiego na dwa metry chłopa w smokingu, z muchą pod szyją, który patrzył na nich z góry.
- Przyjechali z daleka. UFO... - zaskrzeczał karzeł, a zaraz podszedł do lady i wyciąga małe rączki do dryblasa. Ten go chwycił jak dziecko i posadził na ladzie i obaj się tak wpatrują w Peach i Wyatta.
Całe szczęście, że to ona ma gadać, bo Galen to już sam nie wiedział, co ma powiedzieć.


Peach 𐙚 ˚ 🍑 ₊˚⊹ ᡣ𐭩
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
PEACHY PEACH
178 cm
Influencerka Internet
Awatar użytkownika
It was the summer of love
A delicate daydream
And for a couple of months
It felt like we were 18
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Niewiele trzeba było, żeby Galenowi zrobiło się najwyraźniej miło, skoro taki poczuł się doceniony tylko na sugestię, że jest gwiazdą filmową. Peach natomiast to tak bardzo nic nie kumała z tego co się właśnie działo, że dopiero, kiedy Galen powiedział, że jest biznesmanem, to zwróciła na niego spojrzenie i wpatruje się w jego profil, tę wyraźnie zarysowaną szczękę i przypomina sobie powoli wszystkie te okropne rzeczy, które krzyczała zanim zaczęli spadać. Teraz to wszystko wydaje się takie nieistotne...


- Dzień dobry, pewien uprzejmy jegomość wskazał nam ten hotel jako najlepszy w okolicy. Czy macie może wolne pokoje? - Peach przechyla głowę i chce zerknąć do zeszytu, który zazwyczaj leży przed recepcjonistą w hotelu, ale tym razem widzi czysty, zupełnie czysty zeszyt. Wielkolud przechyla głowę podobnie jak ona, co nieco przeraża Peach i i sprawia, że ta się wyprostowuje, a mężczyzna powtarza po niej. Creepy. - Wszystkie pokoje mamy dziś wynajęte - powiedział bardzo powoli, a Peach odkryła że się zastanawia czy Galen obok niej stoi. Ręką, którą ma puszczoną wzdłuż ciała sprawdza i natrawia na jego nogę. No dobrze, jednak tu jest z nią. Mógłby ją teraz wesprzeć i się wykłócić jednak o ten pokój. Ale dobrze ze nic takiego nie miało miejsca i chociaż chciała już otworzyć usta, żeby spróbować jednak przekonać wielkoluda, okazało się, że wielkolud tylko robił pauzę. Trwała ona jakieś osiem sekund, więc nic dziwnego, że Peach już myślała, że tamten skończył mówić. Nie, wielkolud otwiera powoli usta i mówi: - Z wyjątkiem apartamentu prezydenckiego - dokończył i uniósł rękę - Do Państwa użytku, potrzebuję jedynie zapłaty - i wyciąga rękę po kartę. Galen już pewnie wyskakuje z kartą płatniaczą, zresztą penwie się podniecił na samo słowo prezydencki. Ale ciekawe co to za standard ten prezydencki.
-Oczywiście... a czy na pewno nie ma więcej pokoi? - dopytuje, robiąc krok od Galena w stronę recepcji, dając znać że wcale nie uśmiecha jej się dzisiaj spać z nim w jednym pokoju. Nie po tej okropnej kłótni, którą odbyli. Jaką byłaby hipokrytką, gdyby po tym jak powiedziała, że nigdy go więcej nie chce widzieć na oczy, dziś w nocy by się znów tuliła do jego gorącej klaty. A jednak... jednak ma nadzieję, że recepcjonista powie, że nie ma więcej pokoi. Bo chociaż nie przyzna się do tego, to nie wyobraża sobie dziś spać w inny sposób jak z Galenem. Wielkolud przesuwa spojrzenie powoli z niej na Galena i spowrotem a później wprowadza dane karty do systemu. Jego spojrzenie jest przenikliwe i zmienia się, a Peach ma dziwne wrażenie, jakby słyszał jej myśli - Będzie Państwu wygodnie - odpowiedział powoli, tym samym zamykając kwestię kolejnego pokoju. A karzeł, który siedział na ladzie pokazuje na Peach trzęsącą się ręką i mówi - Pani Baker zawsze śpi w apartamencie prezydenckim, psst
No nieźle. Znów ta pani Baker. Peach założyła włosy za ucho nieco zmieszana. Dziwnie jej było z tym, że wszyscy nazywali ją tu nazwiskiem innej kobiety. Ale tak na prawdę nie chciała się już kłócić z nikim. Jedyne czego chciała teraz to położyć się w łóżku, wziąć ciepłą kąpiel i pójść spać.
- No dobrze, weźmiemy ten pokój
Recepcjonista oraz jego pomocnik patrzą na nich pustym wzrokiem. Karzeł wstaje i idzie na koniec recepcji a później łapie się za linę spuszczoną z sufitu i zjeżdża po niej na ziemię, jakby robił to niepierwszy raz. Żwawo zabiera się za walizki. Peach patrzy w szoku na to i mówi do Galena cicho - No chyba nie pozwolisz mu tego nosić - przerażona tym, że niskorosła osoba będzie im walizki nosić. Coż to za upokorzenie, jakby ktoś zrobił jej teraz zdjęcie, to by wylądowała na pierwszej stronie gazety z dopiskiem, że wykorzystuje ludzi w kryzysie rozmiaru!! Wielkolud oddał Galenowi kartę i powiedział, że ma już ich dane, a jego kolega Frank zaprowadzi ich do apartamentu. Peach zdziwiła się, że nie chciał wziąć jej danych, ale nie protestowała, bo była już aboslutnie zmęczona. Spojrzała jeszcze w stronę przeszklonych drzwi i zobaczyła, że huragan za nimi wciąż szaleje.
Na piętro pojechali starodawną windą do której z trudem wszyscy się wcisneli. Najpierw weszła ona, a winda lekko podskoczyła, później Galen i winda mocniej podskoczyła a na sam koniec Frank, zataczając się jakby miał trudność z utrzymaniem równowagi. Zasunął złotą kratę i wcisnął numer 3. Na trzecie piętro jechali dobre dwie minuty, tyle samo co w biurowcu Northexu dojeżdża się na sam szczyt. Peach gdzieś w połowie drogi zorientowała się, że nie wie gdzie jest jej telefon, więc zaczęła zawzięcie szukać w torbie. Frank patrzył na nią wielkimi oczami (jedno miał zwrócone nieco w bok) i przechylał głowę co jakiś czas, a pod koniec drogi skomentował:
- Pani dobrze, że ma swój pieniek - na te słowa Peach przestała grzebać w torebce i patrzy na Galena, który ściska pieniek. O co chodziło tym ludziom z tymi pieńkami? Nagle winda podskoczyła i wydała cichy dźwięk, a następnie Frank zajął się otwieraniem drzwi.

Apartament Prezydencki był ogromnym pokojem z przechodnim salonem, cały utrzymany w drewnianym wystroju. Po jednej stronie znajdowała się sypialnia z wielkim łożem, w części salonowej był balkon, a po drugiej stronie był barek i łazienki. Frank zostawił walizki i skłonił się:
- Proszę dzwonić, jeżeli będzie potrzeba. Za pół godziny jest kolacja. Podajemy wieprza
Uśmiechnął się jakoś dziwnie, a później znów skłonił i wyszedł zamykając za sobą wielkie drewniane drzwi z zawieszoną dekoracją ze słomy i kwiatków na środku.
I w końcu zostali sami.

Peach zdjęła okulary z głowy, buty i kurtkę i spojrzała przez ramię na Galena. Niby powinna być na niego wkurzona, ale w obliczu przedziwnego obrotu spraw, nie miała na to siły. Wciąż przeżywała ich twarde lądowanie, a do tego chyba oboje byli zbyt zmęczeni, żeby kontynuować tę awanturę. Czy to właściwie było jeszcze ważne, skoro wyląowali na jakiejś wyspie na której wszyscy nazywali ją panią Baker i mieli przedziwne rozmiary i sposoby mówienia? Wysypała całą zawartość torebki do miski przy wejściu i wyłowiła z mieszanki błyszczyków, książek, kabli i opasek na oczy swój telefon. Zero procent zasięgu. Zaczęła chodzić po całym pokoju, w poszukiwaniu chociażby kreseczki.
- Czy ty wiesz, gdzie jest wyspa księcia Edwarda? W Szkocji? - próbuje zgadnąć, bo skoro nie ma internetu, to też nie ma połowy mózgu, tej odpowiedzialnej za wiedzę geograficzną. Z historii tylko kojarzyła, że - Książe Edward to ten, który abdykował, bo był zakochany w amerykance, to jego wyspa czy jak? No nie była pewna czy to chodzi o tego konkretnego Edwarda, ale taką miała teorię. Zmarszczyła czoło i odłożyła telefon pod oknem. - Nie ma tu zasięgu, może jutro będzie lepiej. Nie chcę iść na tą kolację, ty będziesz szedł? - spytała i w czasie, kiedy jej odpowiedział, to już zaczęła się szykować do kąpieli. - Może lepiej żebyś poszedł, nie znoszę słuchać jak ludziom burczy w brzuchu
I chociaż nie przyzna się, że chciała po prostu pozbyć się go na chwilę z pokoju, to właśnie tak to chyba zabrzmiało. Tak czy siak, poszła zaraz się wykąpać, a kiedy wróciła to odrazu poszła do łóżka i nieważne, czy Galen był w nim czy poszedł na obiad, przykryła się kołdrą i poszła spać. Może w nocy się do jego klaty przytuli, ale na pewno nie teraz jak zasypia.

Zasnęła dość szybko przy dźwiekach deszczu i wiatru. W nocy kiedy się obudziła na chwilę to miała wrażenie, że jest otwarte okno do ich sypialni, wiec poprosiła Galena, żeby je zamknął, ale kiedy przesunęła ręką po miejscu gdzie powinien być, to go nie wyczuła. Zasneła zanim zdołała sama pójść i zamknąć okno.

Nazajutrz obudziły ją odgłosy deszczu. Leżała jeszcze przez chwilę w pościeli, zastaanwiając sie, czy to, że było otwarte w nocy to jej się sniło, czy to było na prawdę. Doszła do wniosku, że po prostu Galen musiał zamknąć to okno i tyle w temacie. W końcu wyszła spod kołdry ekspresowo i pobiegła do łazienki, żeby przypadkiem Galen nie miał jakiś niecnych myśli spowodowanych jej piżamką (bo przecież spakowała taką na miesiąc miodowy a nie na wyjazd z koszmarów) i wróciła do pokoju już ubrana w dresy.
Na śniadaniu siedzą sobie przy kawie, Peach nawet jest wyraźnie w lepszym humorze, bo kelnerka powiedziała, że zrobi jej cappucino i wyszło jej cudownie spienione więc siedzi taka zadowolona i mówi do Galena:
- Przemyślałam to wszystko i myślę, że to może nie jest najbardziej popularny kierunek na romantyczny wyjazd, ale w gruncie rzeczy nie jest tak źle. Hotelik jest przyjemny i założę się, że wieczorami jest miło posiedzieć przy tym kominku - zapatrzyła się na jakiś tam kominek w jadalni i znów patrzy na Galena i można mieć wrażenie, że chyba jej mózg został wyprany, bo wcale nie brzmi jak ktoś kto dwadzieścia godzin temu krzyczał, że nie chce nigdy więcej typa na oczy widzieć. Właściwie to zachowywała się tak, jakby cieszyła się z obrotu spraw, z tego że wylądowała na tej wyspie i że tu jest z Galenem.
Ale ten moment sielanki został przerwany, kiedy do ich stolika podszedł wysoki smutny mężczyzna z kapeluszem na głowie. Peach nie widziała już bardzo dawno mężczyzn noszących kapelusz i pomyślała, że ten wygląda jak z jakiegoś filmu.
-Bardzo Państwa przepraszam, że przeszkadzam w śniadaniu, ale będą Państwo musieli zostać żeby porozmawiać z moim partnerem Williamsem. Dziś rano niestety znaleźliśmy zwłoki nieopodal hotelu i musimy porozmawiać z każdą osobą, która się tu znajdowała - Peach aż odsuneła kawkę od ust i patrzy na Galena i na pana policjanta w szoku.
ZWŁOKI!?!


Galenix
peach
Rozpadania się na miliony kawałeczków
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Galen patrzy na Peach wielkimi, niebieskimi oczami, bo jednak bez niej by się tutaj wcale nie odnalazł, a ona zaraz tak ładnie zagaduje gościa za kontuarem, tylko, że się okazuje, że wszystkie pokoje są zajęte.
Dziwne, bo oprócz nich i tych dwóch indywiduum za lada nie ma tu żywego ducha. Wyatt aż rozejrzał się dookoła, ale zaraz zrobił krok w kierunku Peach, a ona wtedy sięga do jego nogi.
- Może... - już zaczął i chciał powiedzieć, że zapłacą ekstra za ten pokój, ale wtedy wielkolud mówi o tym apartamencie prezydenckim, a Galen odetchnął z ulgą, bo chyba jak tu bywa jakiś prezydent, to nie może być tak źle, oczywiście Wyatt już się maca po kieszeniach w poszukiwaniu karty i chciał powiedzieć, że go biorą, ale Peach pyta o więcej pokojów, więc on się tak do niej przysunął, że jej plecy oparły się na jego torsie, a on się jej pochyla do ucha.
- Zwariowałaś Peach? Nie zostawię cię tutaj samej - mruknął jej do ucha i wyciąga platynową kartę, teraz to on przysunął się do lady i podaje ją wielkoludowi.
Zresztą ten zaraz mówi, że będzie im wygodnie, a karzeł znowu zwraca się do Piczyz Pani Baker, aż Galen się na nią obejrzał, bo o co tu chodzi? Mylą ją z kimś? Nawet miał już o to pytać, kim jest Pani Baker, ale wtedy Peach się zgodziła na ten pokój. Galen aż się wyprostował i chciał ją objąć ramieniem, żeby zaznaczyć, że oni tu są razem, czy coś, tylko wtedy ten karzeł zjeżdża z lady na linie, a Galen aż uniósł jedną brew. Na początku chciał mu dać te walizki, no bo skoro to boj hotelowy... Ale jak Peach go tak zjechała, że chyba nie pozwoli mu tego nosić, to westchnął ciężko.
- Ja to wezmę - mówi do tego karzełka i ściska pod pachą mocniej walizki i pniak. Schował kartę, ale też nie zwrócił uwagi na to, że nie wzięli danych Peach, bo jak Galen idzie do hotelu z jakąś modelką, to też zawsze wystarczy, że on tylko poda swoje nazwisko.
Zdziwił się za to ile ta winda jechała na trzecie piętro, bo w Northex on w tym czasie jechał na trzydzieste, ale dobra w końcu wysiadają, a ten niziołek jeszcze im, a właściwie to Peach, mówi, że dobrze, że ma swój pieniek. Galen ścisnął go mocniej i znowu patrzy na Pepper.
- Peach, a po co ten pieniek? - Galen znowu się jej pyta na ucho, ale Frank już otworzył drzwi i macha małą rączką, żeby wchodzili.
- Zapraszam, zapraszam, psst psst, Pani Baker przodem - i odepchnął Galena, żeby ten przypadkiem nie wszedł przed Peach. Wiadomo, że Wyatt i tak by ją przodem przepuścił, bo był dżentelmenem, ale karzeł i tak go pchnął, a kiedy Peach weszła do pokoju, to takiej wypchanej sowie, która wisiała nad kominkiem oko zaświeciło się na czerwono, ale chyba nikt tego nie zauważył. Za nią wszedł Galen i karzeł, który zaraz pokazał Galenowi gdzie ma kłaść walizki, a potem się ze trzy razy ukłonił przed Peach.
- Wieprza? - Wyatt się zainteresował znowu, bo jednak teraz już na eleganckich kolacjach się nie podawało takich rzeczy, ale Frank nic mu nie odpowiedział, bo jeszcze się kłaniał przed Peach, a w końcu wyszedł tyłem z pokoju i ich zostawił.
- Peach nie uważasz, że jest tutaj jakoś... dziwnie? - zapytał Galen, on też od razu wyjął ze spodni swój telefon, ale był zniszczony przez te turbulencje w samolocie, szybka potłuczona, więc nawet go nie włączał - mój pękł - pokazał go Piczyz. A kiedy zapytała o tą wyspę to wzruszył ramionami, bo Galen nigdy nie był za dobry z geografii - nie wiem... Może - odpowiedział odnośnie tego księcia Edwarda, bo to też go tak średnio interesowało, w ogóle rodzina królewska. Za to już na to, że może jutro będzie lepiej z zasięgiem pokiwał głową - może jak burza przejdzie? - o ile przejdzie, bo teraz dopiero mogli słyszeć ten wiatr, który wył dookoła hotelu jak jakieś potępione dusze z czyśćca. Na pytanie o kolację, Wyatt zaraz kręci głową - nie zostawię cię tu samej... - znowu to powiedział, ale Paach mu zaraz mówi, że lepiej gdyby poszedł, a Galenowi rzeczywiście zaburczało w brzuchu, aż przesunął palcami po tej swojej wyświechtanej koszuli - to może pójdę na chwilę, przynieść ci coś? - zapytał jeszcze, a kiedy Peach zniknęła z łazience, to Galen się przebrał i ogarnął. Poszedł na tą kolację.
Ale to było dziwne przyjęcie, bo był stół zastawiony po brzegi jedzeniem, na środku był ten straszny wieprz, ale nie było nikogo, ani innych gości, ani kelnerów, ani nikogo z obsługi, nawet Franka i Dryblasa też nie. Galen pokręcił się chwilę po dole, skubnął trochę jakiś owoców. Naładował je też dla Peach na talerz i wrócił do pokoju. Chciał nawet powiedzieć Pepper co widział, ale ona już spała przytulona do poduszki, więc Wyatt też wziął prysznic i władował się obok niej do łóżka. Było tak szerokie, że nawet nie musieli spać blisko siebie, chociaż Galen w pewnym momencie to się przysunął bliżej Peach, ale nagle obudziło go trzaśnięci pioruna za oknem, które było całe otwarte na oścież, aż deszcz zacinał do środka. Galen wstał, żeby je zamknąć. Trzy razy w nocy do niego wstawał, a za trzecim to już usnął w fotelu na przeciwko. Stwierdził, że muszą to komuś zgłosić.
Ale dziwne bo rano w ogóle nie było śladów po deszczu, a jak Galen chciał otworzyć okno, żeby przewietrzyć, to wcale nie mógł. Jak wstał z tego fotela to Peach już nie było, ale zaraz wyszła z łazienki, w dresie.
- Będziesz chodzić w tym? - Galen się trochę zdziwił, bo przecież Peach zawsze wyglądała jak milion dolarów, a dzisiaj w tym. Wyatt to oczywiście założył eleganckie spodnie i nieskazitelną koszulę, bo on to nawet w takim hotelu nie zamierzał chodzić jak jakiś łoch.
Poszli na śniadanie, ale nie mieli mleka bez laktozy, więc Galen pije kawę czarną jak smoła, ale całkiem niezłą, aż się zdziwił.
- Damn, jaka to cholernie dobra kawa - stwierdził i upił kolejny łyk. Ale później te niebieskie oczy wbija w Peach, kiedy się do niego odezwała - tak sadzisz? Wolałbym cię zabrać do Wenecji - Galen trochę się z tym nie zgadzał, ale skoro Peach się podobało, to postanowił z tym już nie dyskutować - ale Peach wiesz co? Wczoraj... - zaczął i chciał jej opowiedzieć o tej kolacji, na której nie było nikogo.
Dzisiaj niby kilka osób kręciło się po restauracji, ale i tak nie wyglądało na to, że hotel był pełny. Ale nie zdążył więcej powiedzieć Galen, bo przerwał im jakiś dziwny facet. Kolejny. Oboje spojrzeli na niego.
- Zwłoki? - od razu zapytał Galen, ale sięgnął też do ręki Peach, żeby zacisnąć na niej palce.
- Tak, tutejsza dziewczyna, rzeka wyrzuciła ją na brzeg, a wy kiedy przyjechaliście? - zapytał facet patrząc po ich twarzach.
- Wczoraj, wieczorem - odpowiedział od razu Galen.
- A co robiliście po dwudziestej drugiej? - dopytuje, a Galen mocniej ścisnął Peach za rękę, bo ona była w pokoju, a on na tej kolacji, ale przecież tam nie było nikogo. Może oni powinni jednak się kryć i powiedzieć, że byli razem?
Kapelusznik patrzy na nich podejrzliwie, ale nagle zawołał go jakiś inny mężczyzna z papierosem w dłoni.
- O przepraszam, mój partner mnie woła - ukłonił im się opuszczając kapelusz i ruszył do palacza. A Galen zaraz przysuwa się do Peach z krzesłem, żeby nakreślić jej sytuację.
- Peach słuchaj, wczoraj jak zszedłem tu na kolację, to nie było nikogo, ani obsługi, ani gości, po prostu pusta sala... i ten wieprz - mówi jej tak trochę konspiracyjnym szeptem - może powinniśmy udawać, że byliśmy razem, wiesz wczoraj po dwudziestej drugiej? - zapytał się jej i te jego niebieskie oczy wpatrują się w nią intensywnie. A agenci specjalni odwracając się w ich kierunku i zaraz ruszają we dwóch do ich stolika. Tylko teraz ciekawe co im powie Peach.
- Agent Williams - przedstawił się palacz - mój partner chyba już państwa pytał... Co robiliście wczoraj po dwudziestej drugiej? - jeszcze raz zadał to pytanie, a Galen znowu zerknął na Peach, bo jednak teraz od niej zależało, której wersji wydarzeń będą się trzymać, czy byli razem, czy jednak osobno.


Peach 𐙚 ˚ 🍑 ₊˚⊹ ᡣ𐭩
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
PEACHY PEACH
178 cm
Influencerka Internet
Awatar użytkownika
It was the summer of love
A delicate daydream
And for a couple of months
It felt like we were 18
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

- Dziwnie? - Peach powtarza to tak, jakby nie rozumiała za bardzo co w tym dziwnego, ale głównie chodziło o to, że kiedy Galen o to spytał, to po raz pierwszy od momentu kiedy zaczęli się kłócić w samolocie byli pozostawieni sami sobie i mogli w końcu porozmawiać tak jak rozmawiają kiedy nikogo przy nich nie ma, czyli nie udając nikogo. - Galen, w przeciągu trzech ostatnich godzin stało się tak dużo dziwnych rzeczy, że ja już na prawdę nie wiem, czy najdziwniejsze jest to, że udało nam się przeżyć katastrofę lotniczą, to że masz trzy dziewczyny na raz, czy to, że wszyscy mnie tu nazywają Baker. A może to, że ten hotel jest nawiedzony... jestem zmęczona, może po prostu potrzebuję odpocząć - ucieła tę rozmowę, uznając, że to trzeba w zarodku uciąć, bo jak się znów zaczną przerzucać argumentami (on, że wcale nie ma trzech dziewcząt; ona że mogli przecież umrzeć, a on wciąż jej kłamie), to wcale się nie wyśpi, rano będzie cała opuchnięta i brzydka. Zresztą, teraz to już zastanawia się, gdzie ma swoje fatałaszki do spania, więc jej wzrok pada na jedną z wielkich walizek które Galen przytargał, CUDEM właśnie te walizki udało im się zabrać z samolotu, chociaż kiedy Peach ją otworzyła to uświadomiła sobie, że tak między Bogiem a prawdą, to na nie ma żadnych strojów fitujących do tego miejsca w którym się znaleźli. Przez asystentkę Galena wzięła same seksi stroje i koszulki nocne, które wyglądały jak z jakiś retro filmów, satynowe i skąpe. Policzy się z nią po powrocie, bo na prawdę tak ją zrobić!! Na całe szczęście upchnęła sobie też koszulkę do biegania w razie jakby chcieli sobie pobiegać, więc odłożyła ją na kolejny dzień. Po krótkim namyśle złapała jakąś białą satynową koszulkę nocną i kosmetyczkę i poszła do łazienki mówiąc po drodze, że nie, nei jest głodna. Oczywiście jak zasypiała i nie było Galena to tak sobie myśli, że jednak może na niego poczeka i mu powie, że jest głodna....?
Rano, kiedy się obudziła i zobaczyła go na tym fotelu jak taki wymiętolony leżał, to aż jej go było trochę szkoda i jeszcze jak zobaczyła ten talerzyk, to serce jej znów zaczęło do niego milej bić, bo uznała, że to było bardzo miłe z jego strony, że coś jednak dla niej wziął do jedzenia. Złapała sobie jakiś kawałek wieprza i winogronko i poszła się przebrać w dresy. Jasna sprawa te jej dresy to były takie luksusowe dresy, ale Galenowi i tak się nie podobały, przez co znów poczuła, że ją traktuje jak kogoś gorszego.
- Tak - odpowiedziała mu i chociaż chciała się znów obrazić, ale jak już weszli do windy hotelowej, to uznała, że dziś nie będzie obrażona na Galena. Zapunktował jej przecież tym, że poświęcił się i spał na fotelu a do tego wziął jej jedzenie. I tym jak wieczorem nie chciał jej zostawić nawet na chwilę samej i był taki opiekuńczy. No nie, trochę jednak zaczął zdobywać u niej znów punkty.
Siedzą sobie na śniadaniu i Peach wpatruje się w jego zadowoloną minę. Kiedy z takim zapałem skomentował kawkę, to właśnie bardzo jej to poprawiło humor i uśmiecha się do niego słodko. Galen był jednak wciąż Galenem, który w całym swoim byciu draniem i playboyem, był również momentami bardzo uroczy i Peach uwielbiała to, że pomimo, że ma cały świat u stóp, to potrafi ucieszyć się z takich rzeczy jak dobra kawa. I chociaż przez moment wyglądali znów na słodką zakochaną parkę. Jakby ktoś się bliżej przyjrzał to by widział, że ta miłość to bardziej ze strony Peaches emanuje i że po prostu przez to jest takie wrażenie, że oni oboje są zakochani.
- Może innym razem do Wenecji - skomentowała, wciąż nieświadoma, że gdyby nie zrobiła awantury o seksting Galena z żoną Madoxa, to pewnie by była dziś w tej Wenecji. A to innym razem też było tak specjalnie powiedziane, bo jednak Peach nie wiedziała co dalej będzie z nimi i czy w ogóle jakieś Oni będzie. Te wątpliwości przychodziły falami, teraz na przykład ich nie było, wczoraj jak kładła się spać były. No i niewiadomo co będzie zaraz. A przecież funkcjonariusz wystawił ją na próbę, kiedy dopytywał gdzie byli po dziesiątej wieczorem.
Ona była w łóżku.. a on? Peach spogląda na te ich dłonie ściśnięte na stole, a później w granatowe oczy. Przecież nawet jeżeli Galen był chwilę poza pokojem, to na pewno nie był zamieszany w tę sprawę. Przeiceż znała go już połowę swojego życia. Był trochę szalony, ale na pewno nie był mordercą. Nawet siebie nie umiał zabić... ale to akurat dobrze. Dlatego Peach kiwa głową, kiedy mężczyźni odeszli a Galen prosi ją, żeby dla niego skłamała. Spojrzała tylko uważnie na niego, kiedy wspomniał, że na kolacji nikogo nie było. To dobrze, bo nikt nie podważy jej alibi. A przecież mu je da, bo czego się z miłości nie robi? Można na przykład składać fałszywe zeznania. Dlatego kiedy podchodzi do nich funkcjonariusz Williams, to oboje mężczyzn przywitała zdecydowana na jedyną możliwą wersję wydarzeń. -Tak, dzień dobry. Byliśmy w pokoju tak jak mówił mój chłopak - odpowiada, takim tonem, że ciężko by było jej nie uwierzyć. Peach też jest tak prawdę mówiąc dobrym kłamcą, bo jeszcze w czasach szkolnych udawanie kretynki ją wyciągało z niejednych tarapatów, kiedy kłamała jak z nut, że wcale nikogo nie bullingowała, a ta dziewczyna sama wsadziła sobie głowę do klozetu. Może chciała się zabić???
- Ciekawe. Tacy młodzi ludzie i tak wcześnie poszliście do pokoju? I co robiliście? - dopytuje agent, na co Peach lekko prycha rozbawiona, ale widząc ich poważne miny odpowiada jakby się trochę zawstydziła: - Panowie, proszę o takich sprawach mówić publicznie..? - mężczyźni czekają jednak więc w końcu wymyśla: - Kochaliśmy się, nie wiem czy mam Panom to opisywać dokładniej? - i robi się lekko defensywna, nawet zabrała rękę od Galena, żeby pokazać że już nie chce o tym rozmawiać. Musiało wyjść przekonująco, ale pewnie tak zareagowałaby jakby to była prawda. Na szczęście mężczyźni nie chcieli takich szczegółów i zaczęli jedynie spisywać ich dane.
- A więc Pan Galen Wyatt, biznesman oraz pani - i wtedy Peach się wtrąciła, bo już się zestresowała, że znów ktoś nazwie ją Baker - Peach Pepper - a mężczyźni popatrzyli na siebie nieznacznie i zapisali jej nazwisko.
Nagle ni stąd ni zowąd pojawił się przy ich stoliku starszy kelner i trzęsącymi się dłońmi zaczął rozkładać bardzo powoli przed nimi zestawy śniadaniowe. Wszystko trwało bardzo, bardzo długo. Najpierw postawił solniczkę, potem pieprzniczkę. Później przeszedł kilka kroków i położył jajecznicę, chleb, warzywa i półmisek z mięskiem i paróweczkami. Na sam koniec postawił pomiędzy nimi talerz z naleśnikami i pokazał na nie i schylając sie w stronę Galena, pana stołu, mówi ochrypniętym głosem z szerokim uśmiechem:
- Naleśniczki z brzoskwiniami - i pokiwał głową zadowolony i zaraz zaczął odchodzić od stolika.
Agenci specjalni spojrzeli po sobie, a Peach utkwiła spojrzenie z kolei w Galenie.
Okay, jednak zgadza się znim. Wszystko tu jest trochę dziwne.
Uniosła znów spojrzenie na agentów. Ciekawe, że stali tu podczas całej tej sceny rozkładania śniadania.
- Czy jeszcze możemy Panom w czymś pomóc?
A wtedy jeden z funkcjonariuszy - ten pierwszy - powiedział rzecz przerażającą:
- Nie, wszystko w porządku. Prosimy tylko nie opuszczać miasta do czasu wyjaśniania sprawy
Do czasu wyjaśnienia sprawy?
- A co właściwie się stało Panowie? - dopytuje, przekonana, że to się nie uda, ale najwyraźniej w małych miasteczkach ludzie nie wiedzą co to takiego ochrona danych i lubią sobie poplotkować:
- Dzisiejszym wczesnym rankiem nieopodal hotelu jeden z tutejszych właścicieli ziemskich, kiedy robił obchód znalazł na brzegu jeziora zwłoki młodej dziewczyny. To jedna z mieszanek miasta, miała tylko siedemnaście lat
Peach tym razem nie udawała, widać było, że jest jej smutno i jest lekko przerażona tą wieścią. Wyciągnęla znów dłoń do Galena, żeby ją za nią złapał. Mogło się wydawać, że to dlatego, że tak ją poruszła ta wiadomość, ale tak na prawdę to poruszło ją to, że pomyślała, że dziewczyna sama się zabiła i nie chciała, żeby Galen był sam jak będzie miał to samo skojarzenie, bo przecież on też ma swoją mroczną przeszłość.
- Och to brzmi okropnie! Czy to był wypadek?
-Niestety podejrzewamy udział osób trzecich. Sądzimy, że to było morderstwo
Peach już zupełnie smutna ściska rękę Galena i uważnie patrzy oczekując jakiegoś wyjaśnienia sprawy od agentów. - Zwłoki były znalezione w stanie, który wskazuje na morderstwo - i to by było na tyle ze szczegółów. Mężczyźni pożegnali się z nimi i poszli do kolejnych ludzi siedzących przy kolejnym stoliku.
Pepper przez chwilę spogląda za nimi, analizując wszystkie te informacje i otrząsa się dopiero po chwili. Zaczęła sobie robić kanapeczki, jakby wcale nie dostała przed chwilą informacji że jakaś dziewczynka została zabita. Niby ona nie żyje, ale na przykład Peach to zaraz z głodu umrze, jak czegoś nie zje. Spogląda sobie tak znad masełka na Galena co on na to wszystko. Wyglądał na równie poruszonego co ona, ale powinien jej teraz stópki całować, że dla niego skłamała i dała mu alibi. Narazie jednak nie zamierzała tego przeciw niemu wyciągać. Może użyje tego w inny mmomencie.
- Chyba muszę Ci przyznać Galen, tu jest bardzo dziwnie... a do tego jeszcze tu utkneliśmy i to nie wiadomo na jak długo.. Widziałeś gdzieś dziś strewardessę albo kapitana? - rozejrzała się, ale nie widziała ich wcale, więc wróciła do robienia kanapeczek. - Co chcesz robić po śniadaniu? Może pójdziemy obejrzeć okolicę? Już chyba nie pada...


Galen L. Wyatt
peach
Rozpadania się na miliony kawałeczków
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Peach miała trochę rację, że w perspektywie tego wszystkiego co się tutaj działo, to może... ten hotel nie był wcale najdziwniejszy. Bo akurat to, że do niej mówili Baker też było dziwne, no i to wszystko co się stało z samolotem, a to że już zostali okrzyknięci jako ufo, to w ogóle.
Galen już więc tego nie komentował, tylko poszedł na kolację, która... też była dziwna. Zwłaszcza ten wieprz, Wyatt stał chwilę zaglądając w oczy tej strasznej pieczonej świni, ale potem coś tam zjadł, pokręcił się i wrócił na górę.
Noc... też była dziwna. Zwłaszcza ta akcja z oknem. Galen przez chwilę stał przyglądając mu się podejrzliwie, w nocy się otwierało na oścież, a teraz nie mógł go ruszyć. O co tutaj chodziło?
A potem jeszcze Peach w dresie, wiadomo, że luksusowym, ale oni w dresie to chodzili tylko na siłownię, albo czasem siedzieli w domu, ale to tylko czasami, jak Galen nie miał w międzyczasie jakiś spotkań, bo przecież nigdy by na takie nie wszedł w dresie.
Dlatego on w tej pięknej, białej koszuli i eleganckich spodniach w kancik siedzi na śniadaniu i popija kawkę, a zaraz nawet powiedział Peach jaka jest dobra. Lepsza niż ta w jego biurze, której Cindy zupełnie nie umiała zaparzyć. Niby Galen chciał sobie do tego zamówić kawałek ciasta wiśniowego, tak na słodkie rozpoczęcie dnia i dwa razy zaczepił kelnerkę, ale ta mu powiedziała tylko, że zaraz podadzą śniadanie dla Pani Baker.
Znowu ta Pani Baker.
Może Galen nawet by ją o to zapytał, ale już rozmawiali z Peach o Wenecji, więc zajął się swoją kawą i wielkimi, błyszczącymi oczami Peaches.
- Wenecję za kilka lat zaleje to wiesz... - co prawda według naukowców to w jakimś 2100, ale Galen tak gadał, jakby musieli tam lecieć na przykład za tydzień.
Tylko wtedy podeszli do nich ci agenci specjalni, najpierw jeden, który im nakreślił sytuację, a potem drugi, więc już Galen opowiada Peach o tej wczorajszej też bardzo dziwnej kolacji. Oczywiście złapał Picz pokrzepiająco za rękę, kiedy ci funkcjonariusze tylko wspomnieli o morderstwie, bo to jest jednak straszne. A przynajmniej według Wyatta.
Agenci do nich wracają już we dwóch i znowu te pytania gdzie oni byli i co robili po dziesiątej w nocy, ale tym razem Peach odpowiada i zgadza się z Galenową wersją wydarzeń.
- Późno tu przyjechaliśmy, musieliśmy odpocząć - Galen chciał to wszystko zgonić na zmęczenie, bo przecież byli wczoraj w zasadzie nieźle wymięci. Ale jeden z agentów patrzy na nich podejrzliwie i zaraz mówi, że ciekawe, że już o tej porze poszli spać. Galen już otworzył usta, miał coś powiedzieć, ale odezwała się Picz, a on ją tylko pogłaskał po ręce kciukiem. Wzruszył lekko ramionami, kiedy Peach powiedziała to, że się kochali, no bo przecież to normalne, że jak się jest na wakacjach w jakimś hotelu, to każda noc to jest jakiś gorący seks, a przynajmniej dla Galena normalne. A kiedy Picz mu zabrała rękę.
- Chyba nie będą panowie tutaj mojej narzeczonej zadręczać takimi niezręcznymi pytaniami, przy śniadaniu? - oburzył się trochę Galen i jeszcze spojrzał w te wielkie, piękne oczy Peach, jakby jej dziękując, że się z nim zgodziła i on nie musiał się tłumaczyć, że był na tej dziwnej samotnej kolacji.
Detektywi spisali ich dane, ale nawet nie chcieli dokumentów, tylko zrobili to tak jakoś staromodnie, w notesach spisując ich nazwiska i to, że Galen jest biznesmenem. Peach nawet nie pytali o to czym się zajmuje, Galen nawet tak zerknął w te notesiki i wydawało mu się, że tam napisali znowu to Pani Baker, ale nie chciał się wychylać.
Zresztą przyszedł kelner z zestawem śniadaniowym, a facet miał chyba ze sto lat, przynajmniej według Galena i najpewniej jakiegoś Parkinsona, bo tak mu się ręce trzęsły. Wyatt patrzył jak rozstawiał to jedzenie, zresztą co chwilę każdy zerkał w jego kierunku, Peach i ci agenci specjalni, którzy stali niewzruszenie przy ich stoliku.
- Ym… Dziękujemy - podziękował kelnerowi Galen, a zaraz pochylił się nad naleśniczkami z brzoskwiniami i im przyjrzał, wyglądały dziwnie...
Może nawet powiedziałby to Peach, bo jak Wyatt podniósł widelec i chciał wbić w tego naleśnika to okazało się, że on jest chyba z gumy, albo z plastiku?
Ale Picz zwróciła się wtedy do agentów i Galen też przeniósł na nich to niebieskie jak dwa oceany spojrzenie.
- Ale my musimy zaraz wracać do Toronto, ja tam pracuję - miał niby wolny weekend, ale to tyle, dłużej nie mógł tu zostać, nawet nie chciał. A wiedział, że takie sprawy się ciągną i ciągną, jak ta jego z kontenerami, już pół roku i końca nie widać.
Agenci znowu dziwnie popatrzyli po sobie, ale nic mu nie odpowiedzieli, za to zaraz bez oporów zaczęli odpowiadać na to pytanie Peach, co się stało.
Galen złapał znowu Peach za rękę, przez głowę mu przeszło, że mogło to być samobójstwo, ale skoro interesowali się tym agenci specjalni, to może wcale nie? Może jednak ktoś był w to zamieszany, i zaraz Picz o to dopytywała, a Wyatt znowu spojrzał po mężczyznach. Czyli jednak m o r d e r s t w o.
Galen mocniej zacisnął smukłe palce na dłoni Peach. Bo gdzie oni wylądowali, na jakiejś wyspie, na której grasował morderca?
Dziwne to wszystko było.
Agenci się pożegnali i sobie poszli, a Galen znowu patrzy na Peach. I znowu wziął do ręki widelec i próbuje nabić ten naleśniczek z brzoskwiniami.
- Peach to jest chyba z plastiku... - odezwał się i potem maca kromkę chleba, ale ta już była normalna. Położył ją sobie na talerzu i zaraz się nad nią pochylił w kierunku Pepper - mówiłem ci, że tu jest dziwnie - mówi jej konspiracyjnym szeptem, a jego niebieskie spojrzenie powiodło dookoła - ci ludzie się na nas dziwnie gapią - rzeczywiście wszyscy zerkali w ich kierunku, no bo może się wyróżniali na tle społeczeństwa, jak jakieś gwiazdy filmowe, ale i tak Galen czuł się nieswojo. Pokręcił głową na pytanie Piczyz, bo nie widział nigdzie ani stewardessy, ani kapitana - może jeszcze śpią, wiesz odsypiają ten stres - odezwał się ciszej i jak Peach smarowała kanapki masełkiem, to Galen zaczął skubać ten suchy chleb - nie wiem, myślisz, że to bezpieczne? Skoro tu grasuje jakiś morderca? - odezwał się jeszcze, a potem miał Peach podziękować, że go kryła przed agentami, ale wyrósł obok niego ten dziwny karzeł.
- Pssst psst, pssst pssst, Pan Wyatt telefon do Pan - Galen spojrzał na niego z góry.
- Co? Ale skąd? - zapytał.
- Z domu - odpowiedział mu niziołek, a Galen spojrzał na Peach wielkimi oczami, no bo kto do niego mógł tutaj dzwonić z domu? Z jakiego domu w ogóle?
Ale Galen wstał i zaraz poszedł za karzełkiem do telefonu, który znajdował się przy drewnianej ladzie, widział stąd Peach, więc znowu odwrócił się w jej kierunku i sięgnął po stary telefon z kręconym cyferblatem na kablu, podniósł słuchawkę i przyłożył ją do ucha.
- Ratuj Panią Baker! - krzyknął ktoś do słuchawki, a potem usłyszał chrzęst i jakiś pisk, który wdzierał się pod czaszkę, przerażający pisk i koniec połączenia.
- Halo?... Halo? Kto tam jest? - próbował jeszcze Galen, odłożył i podniósł słuchawkę, ale cisza, jeszcze obejrzał telefon, jakby liczył, że tam znajdzie jakieś odpowiedzi, ale to był przecież jakiś prehistoryczny model.
Galen chciał wrócić do stolika, ale wyrósł przed nim ten wielki dryblas.
- Paaan Wyaaat - odezwał się przeciągle, a Galen zadarł głowę do góry patrząc na niego - powóz już czeka, zabierze was nad jezioro - powiedział powoli i ta cała rozmowa, dwa zdania zajęły im jakieś pół minuty. Straszne to było i dziwaczne zarazem.
- Co? Ale my nie chcemy jechać nad jezioro - powiedział Galen. A wielkolud znowu otworzył usta.
- Powóz... czeka... - powtórzył, a kiedy Galen spojrzał w kierunku stolika, to Peach już przy nim nie było...
Bo do niej w międzyczasie podszedł karzełek.
- Psst psst Pani Baker, pssst psst, chodź, chodź, do karety - pociągnął ją za nogawkę dresów i zaprowadził w kierunku drzwi wejściowych.
Galen od razu wyrwał się do stolika i rozejrzał nerwowo za Piczyz, ale mignęła mu w drzwiach, jak przez nie przechodziła z karłem, więc on szybko ruszył w tamtym kierunku i wypadł z hotelu za nimi. Złapał Peach za łokieć i pociągnął ją do siebie.
- Zostaw ją - odezwał się do karła, ale on już się kłaniał przed Picz.
- Kareta dla Pani - pokazywał im jakiś stary, czerwony kabriolet. Galen nie był przekonany...
Niebieskie spojrzenie zawiesił znowu na Peach.


Peach 𐙚 ˚ 🍑 ₊˚⊹ ᡣ𐭩
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
PEACHY PEACH
178 cm
Influencerka Internet
Awatar użytkownika
It was the summer of love
A delicate daydream
And for a couple of months
It felt like we were 18
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

- Wiem... - Peach też tak wzdycha na wspomnienie tego, że koniec Wenecji jest bliski, nic tylko zaraz wsiadać do samolotu. Odgarnęła włosy za ucho i mu powiedziała: - Pamiętasz, jak Ci mówiłam o tym, że Clyde, ten mój były, nie chciał ze mną nigdzie jechać? Tylko tak pod Toronto mnie wziął, a mi to się jednak marzyła taka Wenecja. Moglibyśmy sobie pływać w gondolce i wieczorem jeść makaron na placu świętego Marka, albo spacerować uliczkami i nie przejmować się tym, czy się zgubimy, czy nie bo nawet jakbyśmy się zgubili, to zawsze trafilibyśmy w końcu na jakiegoś przemiłego Włocha, który by nas zabrał do naszego hotelu nad Grand Canal, oh - jak się tak rozmarzyła, to aż policzek oparła na ręce, żeby wzdychać jak aniołeczek z obrazów weneckich i popija sobie kawę. Taka kawa w Wenecji pewnie jeszcze smaczniej smakuje.
Agenci specjalni otrzymali więc ich alibi, coś zanotowali i poszli, a Peach miała teraz kilka zagwozdek. Po pierwsze była taka zagwozdka, że właśnie dała Galenowi fałszywe alibi i postanowiła, że jak tylko będą na momencik sami to go dopyta co on robił faktycznie, kiedy go z nią nie było w pokoju. Po drugie, to zastanawiała się, dlaczego Galen brzmiał tak pewnie siebie i tak prawdziwie, kiedy przed agentami nazywał ją narzeczoną - czyli, kiedy kłamał. Bo on zawsze jak jej coś wyznaje to mówi to takim samym tonem i czy to znaczy, że on jej zawsze kłamie? Że tak na prawdę wcale nie uważa, że jest super seksi, że jest piękna, mądra i jedyna w swoim rodzaju? Bo skoro tak mu łatwo idzie nazwyanie ją narzeczoną przed obcymi facetami, to może przed nią tym bardziej łatwo mu przychodzi kłamstwo? Miłości sobie nie wyznawali jeszcze, chociaż ona w samolocie powiedzmy, że mu wyznała, ale kto by o tym pamiętał skoro chwilę później zaczeli spadać? Oh jak okropnie teraz ją to wszystko teraz stresuje. Miała też trzecią rozkminkę, dotyczącą tej kolacji z wieprzem, mianowicie dlaczego człowiek w kryzysie wzrostu (karzeł Frank) tak bardzo nalegał na to, kiedy później okazało się, że nikogo na kolacji nie było?
- Z plastiku? - Picz się zainteresowała i też zaczęła inspektować te naleśniczki, ale faktycznie jakby z plastiku. Odwzajemnia jego zdziwione spojrzenie a później jak sie okazało, że nie widział załogi to tak zagryzła policzek od środka, co jest wyraźnym znakiem, że zaczęła się stresować.
- Pani stewardessa wspominała wczoraj, że załatwi jakiś samolot zastępczy, ale kapitan nie wyglądał zbyt wyraźnie. Może powinniśmy sprawdzić czy wszystko z nim okay?- trochę się martwiła o pilota, teraz jak sobie o nim pomhyślała, to mogło być dla niego traumatyczne. Położyła sobie sałat serek i szynkę i patrzy na talerz Galena, ale on tak miętoli bułkę, jakby nie umiał sobie zrobić kanapki. Może nie umie? On jest jednak takim bogolem, że pewnie nigdy nie musiał sobie sam kanapeczek robić. Peach uśmiecha się lekko i kładzie na jego talerzu swoją połowę bułki. - Proszę, zjedz, zrobiłam ci kanapkę - i sama się zabiera za swoją połowę, tak jakby wcale właśnie nie uratowała go przed spędzeniem całego dnia o kilku kęsach bułeczki. Zjadają sobie kanapki, tak dalej dyskutując o planach na dzień.
- A mordercy nie mordują przypadkiem tylko w nocy? No nie wiem, Galen, a co byś wolał siedzieć cały dzień w pokoju? - rzuciła, ale chwilę później już wie, że Galen to akurat mógłby cały dzień siedzieć w pokoju, bo mogliby wtedy sobie na przkład urzadzić jego ulubioną rozrywkę czyli seksmaraton. Oczywiście jakby ona z nim tam siedziała, a akurat w tym nie mogła mu tym razem pomóc. Dlatego, w sumie trochę się ucieszyła, że ktoś zadzwonił. Popiła herbatką kanapkę i skubie jakieś owocki i spojrzała sobie w bok, i uśmiecha się do Galena, który stoi daleko przy recepcji i rozmawia przez telefon. Och no tak, przecież on ma tyle obowiązków. Pewnie nim się obejrzą, to wrócą do Toronto, bo Galena ściągnie praca. Zaczęła się bawić swoimi włosami, trochę się nieświadomie stresując, kiedy podszedł do niej Frank karzeł.
- Przepraszam, czy pan wie gdzie tu mogę złapać zasięg? Zdaje sie, że mój telefon nie łączy się z interentem, macie tu jakieś miejsce gdzie jest lepszy? - a karzełek skinął głową i mówi, że powinna spróbować w dinerze w centrum miasteczka. Karzełek zatrzymał się przy jej stoliku, na trochę dłużej i kiedy znów na niego spojrzała, zdumiona, że wciążtu jest usłyszała: - Niech pani nie mówi panu Galenowi, ale Pani wie, że nie jest tą osobą, która tu powinna być - Peach aż oczy się zaszkliły, bo teraz nagle nawet obsługa hotelu wie, że ona i Galen się kłócą?! Ale skąd?! I co to znaczy, że nie powinno jej tu być? To kto tu powinien być?- Zaprowadze panią do auta, możecie pojechać do miasta zadzwonić - Peach wstała prawie zaraz, bo faktycznie chciała już odzyskać kontakt ze światem. Karzełek ciągnie ją za nogawkę i mówi, że zaprowadzi ją, więc idzie do tej karety.. Zerknęła przez ramię na Galena, ale Frank powiedział: - Pan Galen będzie w aucie - więc uznała, że może ten telefon, do którego wstał też go wysyła do miasteczka? Tak czy siak, idzie i dopiero po wyjściu z hotelu, zorinetowała się , że na zewnątrz wciąż padał deszcz i wiał przeraźliwy wiatr. No tak, huragan który ich tu zwiózł wcale nie zelżał. Zatrzymała się, ciesząc się, że ma na ramionach bluzę i chciała ją włożyć, ale nagle za jej plecami pojawia się Galen. Odwróciła się czując jego dłoń na swoim łokciu i jak znalazła te jego dwa oceany to uśmiecha się lekko podekscytowana.
- Pan Frank zaoferował, że możemy pojechać do miasteczka tym samochodem, oddaje nam go na dziś. Może pojedziemy też nad jeziorko? Przejedziemy się Galen? Potrzebuję chwili - Peach intensywnie patrzy na niego znacząco, mając na myśli, że chce mieć zn im chwilę sam na sam. Na całe szczęście w końcu po namowach Galen się zgodził, i wsiadają. Peach patrzy w sufit, który chociaż postawiony, to jednak chyba nie nadaje się na taki huragan. Jeden mocniejszy podmuch i się złoży.
- Sądzisz, że to bezpieczne? Och, ile bym dała teraz, żebyśmy mieli tu twoje Porshe - wzdycha sobie na samo wspomnienie tej jeżdżącej kanapy. Spojrzała na niego z boku, bo kiedy tak siedział za kółkiem, to wyglądał mega hot. Ta jego elegancka koszula, stara kierownica i fryzura sprawiały, że wyglądał jak postać z jakiegoś starego filmu. Peach aż się tak w niego wpatruje przez chwilę i wyjęła telefon i cyka mu foteczkę. - Ale klimacik co? Nic dziwnego, że wzieli nas za gwiazdy filmowe, wyglądasz dziś jak Paul Newman - a jej mina wskazuje na to, że Peach jest wielką fanką pana Newmana. Aż paznokcia sobie pomimędzy ustami trzyma, zastanawiajc się, czy może na chwilę jednak przestać być na niego obrażoną.
W końcu Galen zajął się odpalaniem auta i ruszyli. Peach opowiada o tym, że w centrum miasta podobno jest zasięg. Wyciągnęła dłoń i położyła ją jemu na karku i tak go smyra po szyji, jak czasami się kłócą i tak robi, to już wiadomo, że się od-obraziła. Powiedziała też:
- Mamy teraz chwilkę sami, więc chciałam ci powiedzieć, dlaczego skłamałam w sprawie twojego alibi, Galen - wolałaby teraz patrzeć mu w oczy, ale za to zerka na niego z boku.
- Znam cię na tyle dobrze Galen, że wiem, że byś tak na prawdę nie zrobił krzywdy nikomu. Takiej fizycznej. Nie dlatego, że bś nie umiał, ale dlatego, że jesteś w gruncie rzeczy dobrym cżłowiekiem. Ale muszę Cię spytać... gdzie byłeś w nocy Galen? Obudziłam się i nie było cię w łózku.... więc wiem, że gdzieś musiałeś być,
Jadą sobie i jadą, aż przejeżdżają nieopodal miejsca gdzie stoi policja i Picz pokazuje swoim paznokciem pięknie zrobionym w cat eye. - Ojej spójrz Galen, to chyna tutaj znaleźli te zwłoki...
I faktycznie jak przejeżdżali to jakiś dwóch policjantów robiło zdjęcia miejsca jeszcze. Peach opiera się w fotelu i kręci głową.
- Moim zdaniem, jakiś pojeb ją zajebał, skorzystał z zamieszania, które jest przez huragan. Ci ludzie w tym mieście wczoraj chyba wszyscy byli w szoku, że przyjechaliśmy, słyszałeś że jeden nas nawet nazywał od UFO? W takim zbiegu wydarzeń, nie dziwne, że ktoś to wykorzyzstał. Jestem pewna, że okaże ise, że to jakiś jej niedoszły ukochany, któremu złamała serce

Galen L. Wyatt
peach
Rozpadania się na miliony kawałeczków
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oczywiście, że Galen to pamiętał, dlatego ją chciał zabrać do Wenecji. Bo Wyatt był jaki był, nieżyciowy, dupkowaty, ale do takich rzeczy to miał pamięć, więc się uśmiechnął tak do niej i pokiwał głową, siorbiąc lekko swoją pyszną kawkę. Bo gdyby się nie pokłócili o te smsy, to właśnie może by się zgubili w tych wąskich uliczkach Wenecji?
Agenci przyszli i poszli, a Galen patrzy na Peaches z wdzięcznością wymalowaną w spojrzeniu. Bo jednak to ważne, że się z nim zgodziła, kiedy oni tak cały czas się kłócili. Mogła równie dobrze powiedzieć, że nie wie gdzie on był i wtedy Wyatt by się musiał tłumaczyć.
Ktoś też im powinien wytłumaczyć dlaczego im przynoszą plastikowe, czyli sztuczne, naleśniki. I je podają, jakby to była główna cześć ich śniadania. Ale chyba się tego nie doczekają, więc tylko wymienili te zdziwione znowu spojrzenia.
- Pewnie tak, ale dajmy im jeszcze chwilę, ja po takich stresujących wystąpieniach, to potem śpię do południa - inna sprawa, że Galen zawsze po takich stresujących wystąpieniach zapraszał do siebie jakieś modelki, żeby go odstresowały, to potem tak spał.
Galen skubie ten swój suchy chleb i tak po okruszku wkłada sobie do ust jak jakiś ptaszek, ale prawda jest taka, że Galen nigdy nie jadł śniadań. Ale jak Peach mu położyła na talerzu tą piękną kanapeczkę, którą mu zrobiła, to aż spojrzał na nią takimi wielkimi oczami, a potem posłał jej uśmiech.
- To... - zaczął, bo jest trochę poruszony tym, że ona mu kanapkę zrobiła - ja... dziękuję Peach - jeszcze zajrzał w te jej wielkie, piękne oczy, a potem już zjadł tą bułkę ze smakiem. Jak te kanapeczki mu smakowały, jak nigdy chyba. Ale potem poruszają temat m o r d e r c y.
A Galen znowu wbija wzrok w Peach.
- Myślisz, że tylko w nocy? - trochę dziwna to była teoria, ale kto wie? W filmach zazwyczaj tak było, ale czy w życiu też? Galen mógłby siedzieć pewnie cały dzień w pokoju i pewnie zająć się tymi swoimi seksmaratonami, ale po pierwsze to ich pokój też był dziwny, a po drugie to nie wiedział, czy Peach mu tak do końca wybaczyła - nie no, pewnie, chodźmy... - gdzieś, to chciał powiedzieć, ale zadzwonił telefon, więc do niego poszedł.
Stoi tak przy ladzie z słuchawką przy uchy i patrzy na Peach, ale to był najdziwniejszy telefon, jaki on kiedykolwiek miał.
Bo znowu ta Pani Baker, ale nic więcej i czemu on miał ją ratować? Przed czym? Peach miał ratować? Aż znowu chciał ją odszukać spojrzeniem, a tam ten karzeł ją ciągnie do wyjścia. Galen zaraz się wyrwał w ich kierunku i już ciągnie Peach do siebie, tak, żeby objąć ją ramieniem. Zimny wiatr i deszcz, który zacinał w ich kierunku, zaraz omiótł ich chłodem, a Galen tylko w tej cienkiej, prezesowskiej koszuli, aż mu ciarki przeszły po plecach, ale chowa Piczyz w swoich ramionach i do tego zmarszczył brwi groźnie.
- Ale... - Galen chciał już powiedzieć, że jak oni w taki huragan mają jechać, a zwłaszcza jak spacerować nad jeziorem, ale karzeł Frank daje im wtedy takie żółte płaszcze przeciwdeszczowe.
- Pssst pssst, wszyscy w tym chodzą, pora huraganowa, cały tydzień tak będzie - kręci głową. A Galen znowu robi wielkie oczy, bo jak cały tydzień, to jak oni stąd wylecą? Jak wrócą do Toronto? Może rzeczywiście powinni jechać do tego miasteczka, żeby zadzwonić?
- No dobra, jedźmy Peach - stwierdził i skinął głową, a potem jej przytrzymuje tą żółtą, przeciwdeszczową kurtkę, żeby ją założyła na siebie. Galen też zakłada. Nie wyglądają w tym wcale odrobinę stylowo, nawet pomimo tego, że wsiadają teraz do całkiem stylowego kabrioleta.
Galen też podniósł spojrzenie w górę, na ten dach, który ugina się pod mocniejszymi podmuchami wiatru. Oby wytrzymał.
- Nie, spokojnie Peach, przecież skoro tu mają takie huragany, to przecież te samochody muszą być do tego dostosowane - powiedział, chociaż nie był tego taki pewny. Też wiele by dał, żeby mieli tu jego Porsche, albo chociaż jego Astona Martina.
Jak już siedzieli, to Galen zdjął tę kurtkę przeciwdeszczową i odgarnia do tyłu te swoje miękkie włosy, a kiedy Peach mu powiedziała, że wygląda jak Paul Newman, to się wyprostował i puścił jej oczko. Nawet chciał coś powiedzieć, ale nie znał za bardzo gwiazd indyjskiego kina, więc musiał tak - a ty jak Marilyn Monroe, zanim przefarbowała się na blond - nie wiedział czy brzmiało to przekonująco, ale posłał przy tym Peach taki ładny uśmiech, który miał znaczyć, że też mu się podobała. Nawet pomimo tego, że była w dresie.
Galen odpalił w końcu silnik i ruszył spod hotelu, a kiedy Peach tak do niego sięgnęła i smyra go po karku, to nawet zerknął na nią z uśmiechem. A potem już na drogę, bo jednak warunki były trudne, wiatr i deszcz pochylał drzewa nad ulicą, aż Galen musiał się na tym skupić. Ale jak Picz zaczęła o tym jego alibi, to zerkał na nią z ukosa. A kiedy go zapytała gdzie był, to on tak na nią spojrzał dziwnie.
- Nigdzie... - bo wcale mu się nie przypominało, żeby wstawał, dopiero nad ranem do tego okna, ale potem nagle mu się coś przypomniało - ale miałem dziwny sen Peach… że siedzę w takim czerwonym pokoju, wszystko było tam czerwone, podłoga, ściany i fotel, no i za plecami miałem taką czerwoną kotarę, a obok tańczył Frank - dziwny to był sen i Galen pomyślał, że to jego zmęczony mózg mu takie obrazy podsyła. Ale teraz nie wiedział... A jak to nie był wcale sen?
Zaraz jednak patrzą na to miejsce, gdzie wskazuje Peach i stoją zaparkowane radiowozy, a tam agenci specjalni, którzy przed chwilą byli w hotelu, odwracają się za nimi, stoją z jakąś kobietą z przepaską na oku, która pod pachą ściska... pniaczek.
- Jezu zapomniałem... - i Galen chciał powiedzieć, że zapomniał jej pniaka, ale odwrócił się do tyłu, a tam na tylnej kanapie leży sobie pieniek przypięty pasem.
Dziwne.
Ale Peach zaraz mówi swoją teorię o tym morderstwie i spojrzał na nią unosząc jedną brew.
- Myślisz, że ktoś by kogoś zamordował przez złamane serce? Z miłości? - Galen się zdziwił, bo co on wiedział o miłości? A no właśnie nic nie wiedział.
Zajechali pod ten dinner w samym centrum, który okazał się tawerną o której im opowiadali, tą karczma stary wyga, ale miejsce miało taki amerykański styl. Lada obita metalem, wysokie, okrągłe krzesła przy niej a pod ścianami te czerwone, plastikowe kanapy i stoliki. Peach i Galen weszli do środka w tych kurtach przeciwdeszczowych, z których spływała woda. Galen pod pachą trzymał jej pniaczek. Od razu podeszła do nich jakaś kobieta z wielkim, sznurkowym mopem i wyciera wodę, którą nakapali.
- Ach! Turyści, zapraszam, zapraszam, mamy najlepsze ciasto wiśniowe w mieście - kieruje ich do lady, a jak oni weszli w głąb lokalu, to kobieta ruszyła za nimi i wyciera wodę, którą po sobie zostawiali.
Zdjęli kurtki na wieszak, spływała po nich woda, a ta z mopem cały czas ją wycierała. Galen i Peach za to podeszli do lady. Były tam tylko dwa miejsca, ale jakiś zarośnięty facet odwrócił się i na nich spojrzał, a jak zobaczył pień w ramionach Galena, to się przesiadł robiąc im jeszcze jedno, więc Wyatt posadził na wolnym krześle pniaczek, a zaraz sami też usiedli z Peach.
Od razu podeszła do nich jakaś ruda kobieta z wytapirowanymi włosami, żująca zamaszyście gumę, popatrzyła najpierw na Peach, a potem na Wyatta.
- Co dla was? - zapytała i puściła Galenowi oczko, a on się do niej uśmiechnął.
- Dzień dobry, chcieliśmy tylko... - zaczął, ale wtedy za plecami usłyszeli jakiś huk.
Wszyscy spojrzeli w tamtym kierunku. Drzwi otworzyły się gwałtownie i stanął w nich jakiś straszny facet. Wyatt aż uniósł obie brwi wpatrując się w niego. Gość nawet nie zdjął kurtki, tylko ruszył taki mokry do lady, a dziewczyna z mopem za nim. Stanął przy krześle, na którym Galen posadził pniaczek.
- Siedzisz na moim miejscu - warknął facet, do tego kawałka drewna. A Galen spojrzał na Peach wielkimi oczami, ale zaraz chwycił pieniek i go zdjął.
- O, przepraszam... - i jeszcze wyciera rękawem tej swojej eleganckiej koszuli to miejsce.


Peach 𐙚 ˚ 🍑 ₊˚⊹ ᡣ𐭩
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
PEACHY PEACH
178 cm
Influencerka Internet
Awatar użytkownika
It was the summer of love
A delicate daydream
And for a couple of months
It felt like we were 18
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Peaches nie była do końca przekonana, ale skoro Galen tak zadecydował, to najwyraźniej była najlepsza decyzja. Poza tym, to byli jego pracownicy, a nie jej, bo jeszcze nie była panią Wyattową. Ale jakby była, to by go zmusiła do jedzenia śniadań, bo ona ma fioła na punkcie zdrowego trybu życia, a akurat jedzenie pożywnego śniadania się włącza w taki tryb. Spogląda na to, jak Galenowi prawie oczy wypadły z wrażenia, kiedy dostał kanapkę i lekko się zaśmiała pod nosem. Miała swoje podejrzenie, że Galen to nie wie do końca jak się robi własne kanapki, ale już wolała go nie stresować tym.
- Nie ma za co. Nie wiadomo kiedy będziemy mogli znów coś zjeść, jak ten huragan nie przejdzie, to będziemy zmuszeni jeść takie kanapeczki pewnie też na kolację - zamyśliła się krótko, ciekawa jak długo może trwać huragan. Te, które są w Stanach to trwają tak nawet kilka dni. -Hm,.. no nie wiem, nie znam się za bardzo na mordercach, bo jakoś mnie to nigdy nie interesowało - Peach wywraca oczami, jakby na prawdę się nie interesowała, a prawda jest taka, że raz była świadkiem morderstwa, ale jeszcze nikomu o tym nigdy nie mówiła. Pewnie jedyną osobą, której by mogła się zwierzyć z tego był Madox, ale jemu już nigdy nic nie powie, więc ten sekret umrze z nią. Galenowi to nie powiedziałaby takiego sekretu, chyba że by była jego bardzo pewna i gdyby na przykład mieli po osiemdziesiąt lat i by siedzieli na swojej werandzie w największym domu w Kanadzie, graliby w bingo i chciała wprowadzić trochę pikanterii do ich związku. - Ale tak mi się wydaje, bo w filmach zwykle takie rzeczy sie dzieją nocą - wyjaśniła sposób swojego myślenia, pewnie był trochę prosty, ale nie było powodu, żeby doszukiwać się trudnych rozwiązań do prostych problemów, szczególnie, że zamierzała go przekonać do tego spacerku. Może podczas niego będą sobie mogli na przykład wyjaśnić kilka spraw, których nie mogli sobie wyjaśnić od wczorajszej awantury w samolocie.
Po wyjściu na zewnątrz okazało się, że deszcz wcale nie ustał i Peach tak średnio się już wtedy podobał pomysł spaceru, ale kiedy usłyszała, że mogą podjechać autkiem, to uznała, że no dobra, spróbuje. Galen zresztą się zaraz obok niej zmaterializował, co było pocieszające, bo przez chwilę, kiedy straciła go ze wzroku, obawiała się, czy to na pewno bezpieczne tak odchodzić z panem Frankiem karłem od jedynej znajomej osoby. Objął ją i tak ją ochraniał przed deszczem jak tylko mógł, co trochę ją wzruszyło, bo Galen nigdy się tak nie zawchowywał w Toronto. Co prawda tam nie musieli się zmagać z takimi przeciwnościami losu, zawsze był na przykład ktoś kto chętnie otworzył parasol nad panem Wyattem i jego dziewczyną, kiedy na przykład wychodzili z drogiej restaruacji i okazywało sie, że właśnie zaczął padać deszcz. Włożyli te żółte kurtki i wyglądali w nich po prostu przekomicznie, a w każdym razie Peach tak uważała, bo się nawet zaśmiała, pomimo tego, że zacinał wiatr z deszczem.
-Cały tydzień? - powtorzyła Peach, kiedy tylko wsiedli do autka i patrzy na Galena lekko zmartwiona - Skąd ten pan Frank niby ma takie informacje? - spytała retorycznie, bo Galen pewnie też wcale nie wie, no chyba że już wie, że Frank jest jakimś medium. Tak czy siak, cieszyła się, że w końcu mają chwilę dla siebie i siedzą w aucie i mogą sobie wreszcie porozmawiać, a wiadomo, że zaczęła od komplementu, bo jednak Peach to stara się znaleźć we wszystkim odrobinę pozytywów. Roześmiała się na jego komplement, że ona wygląda jak Marylin Monoroe i już się chciała do niego przychylić, żeby go pocałować, ale coś jednak ją wstrzymało i oczywiście dobrze wiedziała co!! Mianowicie to, że kiedy tylko nabrała takiej ochoty, to sobie przypomniała, jak płakała przez niego wczoraj. I aż zagryzła dolną wargę lekko, przerażona sama tym, że ma takie mieszane uczucia. Odchyliła się spowrotem do siedzenia i spogląda na drogę a później trzyma swoją rączkę na jego karku i w głowie jej się już mieszają wszystkie te uczucia wobec niego. Och ile by dała, żeby teraz mieć tutaj obok siebie Rozi, albo przynajmniej działający telefon, żeby się Rozi dopytać co należy zrobić po psychologicznemu w takiej sytuacji?? Co zrobić, kiedy ma się głębokie uczucia do chłopca odkąd się miało piętnaście lat, i ten chłopiec tak długo pozostawał poza orbitą, że się w końcu z niego wyleczyło, aż do momentu, kiedy sam postanowił, że jej okaże uczucia (bo to przecież Galen ją pierwszy pocałował!!), potem się długo wzbraniało przed tym, że cokolwiek się do niego czuje, aż do momentu, kiedy nagle ni stąd ni zowąd jednak się zostało jego dziewczyną i już przy pierwszej kłótni okazało się, że on wcale tak na prawdę nie ma tych uczuć bo ma je wobec kogoś innego. jak się z tego leczyć? I czy Peach chciała się leczyć? Spogląda sobie tak ukradkiem na Galena, no i myśli, że wcale nie chce się z tego leczyć. Najchętniej to chciałaby z nim otwarcie porozmawiać, dowiedzieć się co on ma w głowie i w sercu, ale czasami... czasami miała wrażenie, że on sam nie miał pojęcia. Wtedy uznawała, że nie będą przeprowadzać trudnych rozmów, aż on sam nie uzna, że chce taką rozmowę rozpocząć. I że póki może sobie korzystać z dobrodziejstw bycia jego dziewczyną, to będzie korzystała.
- Ale przecież nie było cię w łóżku pół nocy - zabrała dłoń z jego karku, bo znów miała wrażenie, że on coś przed nią ukrywa. Położyła ją na swoich udach i trochę zestresowana zaczęła miętosić kancik bluzy od dresów. Jeżeli nie chciał jej powiedzieć prawdy, to może ma coś do ukrycia? Nie podejrzewała, że mógłby faktycznie być zamieszany w to morderstwo, ale może... zszedł na dół, żeby rozmówić sie z pilotem bo może chciał ją zostawić w tym hotelu i sam wrócić najszybszym samolotem do Toronto do swojej ukochanej Pilar?? - No i też byłeś na tej kolacji i mówisz, że tam nikogo nie było.. więc nikt nie mógł dać ci alibi - nie patrzyła na niego, ale na drogę i faktycznie ciężko musiało mu się prowadzić, kilka razy prawie wypadli z drogi, przez to, że nie mieli otwartych Google Maps i jechali w wielkim deszczu, który zresztą tak głośno obijał się o przykrycie dachu, że miało się wrażenie, że musieli mówić lekko podniesionym głosem. Miało to ten plus, że Peach zdawała się mniej słyszeć swoje skołtunione myśli.
Zmarszczyła brwi na ten jego sen.
- Frank tańczył? Galen... błagam cię, mamy morderstwo do omówienia, a ty mi opowiadasz o swoim śnie - wywróciła oczami i skrzyżowała ręce, bo Galen próbował nieudolnie odwrócić jej uwagę od ważnych spraw, ale jakoś tańczący karzeł w pokoju z czerwonych kotar wcale jej nie interesował. Akurat jednak przejeżdżają obok chyba miejsca gdzie znaleziono zwłoki i jakaś babeczka bez oka na nich patrzy. - Brr... ale postać.... Ci ludzie w tym miasteczku są trochę jak z cyrku - skomtnowała okrutnie i kiedy Galen się tak wyrwał, to spojrzała na niego przerażona czego zapomniał, ale kiedy okazało sie, że chodzi o pniaczka to znów sie kpiąco zaśmiała.
- Ojej, dobrze, że nie zapomniałeś, bo pani Baker mogłaby mieć kłopoty w miasteczku, gdybyśmy nie wzieli ze sobą tego drewniaka - tak to skomentowała przedrzeźniając tubylców, bo ona zupełnie nie wierzyła w te wszystkie znaki i symbole, a jeszcze ten pieniek, co go mieli ze sobą nosić to brzmiał zupełnie jak jakaś sprawa dla psycholi. Ale Galen chyba trochę w to uwierzył, co ją rozbawiło.
- Oczywiście, że z miłości! Przecież jakieś osiemdziesiąt procent morderstw jest z miłości. Wiesz co może zrobić człowiek, któremu się złamie serce? Może nie odwzajemniła jego uczucia, albo wyśmiała go? Ludzie potrafią być okrutni - zadecydowała pewna siebie, ale nie wiadomo do końca czy jej chodziło o to, że ludzie mogą być okrutni ci którzy mordują, czy ci którzy łamią serca, pewnie both -No w takim razie, ty jak uważasz że dlaczego ktoś mógłby zabić jakąś dziewczynę? - spogląda na niego ciekawa co on sądzi o tej całej sytuacji, bo pewnie Galen jak zawsze był gotowy powiedzieć "no nie wiem, Peach, pewnie jest tak jak uważasz", a ona była ciekawa jego myśli.
Kiedy dojechali do dinera, Peach tak patrzy po parkingu i zauważyła, że bardzo dużo było tam samochodów.
- Mieszkańcy tej wyspy księcia edwarda chyba nie boją się tego huraganu aż tak bardzo, skoro wszyscy są w dinerze - zauważyła i szybko przebiegli do wejścia, a mimo to i tak zdążyło ich zmoczyć nieźle, na tyle nieźle, że kiedy tylko weszli do środka, to dziewczyna z mopem musiała za nimi iść aż do krzeseł przy ladzie, żeby wytrzeć całą wodę.
Peaches usiadła obok jakiegoś faceta w kędzierzawych włosach i okularach o szkłach w dwóch różnych kolorach. Facet przerwał na chwilę konsumpcję ciasta wiśniowego, żeby skinąć jej głową i powiedzieć: - Dzieńdoberek - na co odpowiedziała niśmiałym uśmiechem i również się z nim przywitała. W tym samym czasie Wyatt zajmował się posadzeniem pniaka na miejscu pomiędzy nim a innym gościem i patrzą w menu wyłożone na ladzie. Kawa pięćdziesiąt centów, ciasto dwa dolary. Peach mega się zdziwiła, takich cen nie widziała nigdy. Kawa w Toronto zaczynała się od pięciu dolarów! Nie zdązyli jednak zamówić, bo nagle drzwi do dinera otwarły się z hukiem i nagle obok nich pojawia się jakiś ogromny facet, taki dwa na dwa i mówi nie do niej, nie do Galena, tylko kurde do pniaka. Ta wytrzeszcza oczy i chciała mu dogadać, ale Galen się już zreflektował, no i poszła za jego sposobem, uznając, że może nie ma sensu się wykłócać na obcym terenie. Chłop siadł na krześle tak szybko, jak tylko Galen zdążył mu wytrzeć,prawie zresztą mu na ramieniu usiadł, a tyłek miał taki wielki, że pewnie dwóch krzeseł by potrzebował tak na prawdę. Peach przejmuje od Galena pieniek i kładzie go sobie na blacie. Galen usiadł spowrtoem na swoim miejscu i wymieniają się spojrzeniami mówiącymi, a raczej krzyczącymi "co tu się odwala!?". Peach skinęła głową wskazując na menu, dając mu znać, żeby jendak może się skupili na zamówieniu czegolowiek.
- Skąd wy - powiedział niespodziewanie chłop a Peach aż się wyprostowała, bo jego głos był bardzo dziwny. - Z Toronto, a pan stąd?- zagadała go słodko, mając nadzieję, że jak będą dla niego mili, to nie będzie ich może za długo męczył i się skupi na swoim śniadaniu. Facet łypnął na Galena potem na Peach i kiwa głową. - Ta... stąd. Z chaty w lesie, jak wybeirzecie się na spacer po górach to traficie, pierwsza po lewej - Peach jak to usłyszała to jeszcze bardziej się zdumiała, co ten facet do nich mówi. - A dziekujemy, ale wie pan, w taką pogodę nie wiem czy będziemy wybierali się w góry - facet prychnął śmiechem i machnął łapą na babkę w tapirowanych włosach, która podała mu kawę, jakby dokładnie wiedziała co mu podać. - Ten deszczyk? Czekajcie do dzisiejszej nocy, to dopiero będzie zabawa, zobaczycie mieszczuchy co to jest huragan - i pośmiali się razem z paniąza ladą. Peach znów łapie spojrzenie Galena, a potem kelnerki i zamawiają po rcji ciasta wiśniowego oraz kawy. Peach spytała, czy mają cappuchino, ale babka tylko patrzy na nią jakby nie rozumiała i podaje jej czarną kawę. No cóż, jak nie ma co się chce...
Nagle mężczyzna ze strony od Peach zagaduje ich również, jego głos dla odmiany jest nieco wyższy, ale również mówi szybciej.
- A akurat usłyszałem, prosze wybaczyć podsłuchiwanie, ale rozumiecie. Państwo z Toronto? Co tu Państwa do nas zwabiło? Nasze jezioro i wodospad? Jesteście poszukiwaczami przygód albo skarbów? Pewnie przyjechaliście tu po Świętego Graala. A może słyszeliście o bardzo prestiżowej nagrodzie, którą będziemy rozdawać podczas wyborów miss w tą niedziele za dwa dni. Pani się mogłaby zgłosić - tak ją łockiem szturcha, a Peach łapie obiema rękoma kawę, żeby nie wylać. - Niby zapisy już zamknięte, ale tak rzadko mamy tu turystów, że na pewno zrobią dla Pani wyjątek - zachęca ich, Peach lekko kręci głową.
- Och, nie wiem, czy to dobry pomysł, nie chciałabym zabierać miejsca komuś kto jest stąd - mężczyzna poprawił okulary i Peach zastanawia się jak się patrzy jak jedno szkło jest niebieskie a drugie czerwone, jak się widzi kolory wtedy
- O jaka Pani jest pewna siebie, no tego nie mamy tutaj zbyt często. Od razu Pani zakłada, że coś wygra.. ale no nie dziwię się, z taką buzią. Pan zresza też mógłby wziąc udział, gdyby to były wybory mistera - wychyla się do Galena i mierzy ich spojrzeniem uważnie - Bardzo ładna z Was parka, kogoś mi przypominacie...
I kiedy pan w okularach się zastanawiał podeszła kelnerka, ta natapirowana.
- Chodzi Ci o Bakerów pewnie panie Doktorze - a pan doktor (?) chociaż nie wyglądał na doktora według Peach klasnął w dłonie i mówi:
-No właśnie Doris, tak właśnie o nich! Bardzo ładna parka, przyjechali tu jednego dnia, niewaidomo skąd, niewiadomo w jakim celu i osiedlili się na rok... dwa
Doktor opowiada z zacięciem, ale kelnerka wtrąca nagle znudzonym tonem:
- Tak, aż się okazało, że pani Baker przyprawia mężowi rogi w hotelu, a pan Baker jak się dowiedział, to ją poćwiartował a potem sam się zabił
I kiedy tylko to powiedziała, nagle nastała taka niezręczna cisza...

jak tam twoje sny
peach
Rozpadania się na miliony kawałeczków
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Galen przeżuwa kanapeczkę i patrzy na Picz wielkimi oczami, przez chwilę to chciał jej powiedzieć, że on takie kanapki zrobione przez nią to mógłby jeść codziennie i na śniadanie, i na kolację, ale... No to był Galen Wyatt, on nigdy aż tak kobietom nie słodził, on je po prostu podrywał, zaliczał i rzucał. A na Peaches to patrzył takimi wielkimi oczami, jakby jej wcale nie chciał. Tylko, że zaraz już zmieniają temat z kanapek na morderców.
- Nie wiem, ale może coś w tym jest, zawsze w nocy jest bardziej niebezpiecznie niż w dzień, nie? - no tak. Toronto w nocy bywało niebezpieczne. Pewnie składało się na to wiele rzeczy, ale Galen nie chciał już robić jej wykładu na ten temat, Picz pewnie zdawała sobie zresztą z tego sprawę. A zaraz mówi mu jak to jest w filmach - w filmach mordercy zawsze są przystojni nie? - tak wtrącił, ale coś w tym było, że ci filmowi mordercy to byli całkiem przystojni.
Szkoda tylko, że teraz najprzystojniejszy facet w pomieszczeniu to siedział przy stoliku z Peach, i to był Galen właśnie, który zajadał się jej pysznymi kanapeczkami.
Kiedy już wyszli na zewnątrz i okazało się, że huragan wciąż trwa, a do tego może tak być przez cały tydzień, bo tak powiedział Frank, to Galen w tej swojej ślicznej główce postanowił sobie, że muszą jechać do tego dinera i zadzwonić do Toronto.
- Pewnie tak tylko gada, huragany nie trwają tak długo - Galen kręci głową, ale nie jest tego taki pewny, ile trwają huragany. A zwłaszcza w takim dziwnym miejscu, gdzie pojawienie się prywatnego samolotu było anomalią porównywalną do ufo.
Potem sobie tak posłodzili tymi komplemencikami, a jak Peach pochyliła się do Galena, to ten myślał, że znowu będą się całować, ale chyba to jeszcze nie był ten moment. No nic, będzie musiał jeszcze trochę poczekać. Bardziej się postarać.
Chociaż teraz to się starał auto utrzymać na drodze.
A potem jeszcze sobie przypomnieć gdzie on był, jak go pół nocy w łóżku nie było, bo wcale tego nie kojarzył, może lunatykował? Jemu się wydawało, że wstał tylko do tego otwartego okna i został już w fotelu.
- Peach a może ja lunatykowałem? - tak jej zapytał dość poważnie - i wiesz naprawdę byłem w tym czerwonym pokoju? - ale w takim razie co to było za miejsce? Jakieś dziwne. Później pokiwał głową, bo na kolacji rzeczywiście był, sam - nikogo, ale pełno jedzenia, nie rozumiem tego, ale może ludzie bali się tego huraganu i zostali w pokojach? - bo co innego by to tłumaczyło? Przecież to nie tak, że tą kolację przygotowali dla nich, bo nikt nie wiedział, że przylecą.
Galen uznał, że ten sen był dość ważny, ale zaraz Peach mu mówi o tym morderstwie, no jednak to chyba było ważniejsze, a przynajmniej takie POWAŻNIEJSZE. Picz mówi o tych ludziach jak z cyrku, kiedy zobaczyli na miejscu zbrodni kobietę w przepasce na oku, a Wyatt kiwa głową, bo miała sto procent racji, gdzie w jednym miasteczku mieszkał karzeł, wielkolud i jakaś baba bez oka? No pewnie w Toronto, ale ile tam było ludzi... A tutaj to już na okrągło widział te same twarze, jak tych detektywów na przykład.
- Peach a o co chodzi z tą Panią Baker? Znasz ją? To ktoś sławny i jesteś do niej podobna? - zapytał w końcu, bo przecież cały czas się nad tym zastanawiał. Co to za Pani Baker. Po co jej ten pniak też się zastanawiał, ale to na razie wolał przemilczeć.
Galen się znowu zastanowił nad jej kolejnymi słowami, ale on tam nie za bardzo wiedział co można zrobić z miłości. Bo przecież nigdy nie był aż tak zakochany. Czasem mu się wydawało, że tak, ale nie zabiłby nikogo za Cherry na przykład. Westchnął ciężko.
- No nie wiem... Z zazdrości? Bo była ładniejsza? Bo miała większe powodzenie? - i czy to co powiedział się jednak nie sprowadzało do tej miłości? - Ludzie z zazdrości robią różne rzeczy - Galen coś o tym wiedział, bo jemu tyle osób zazdrościło przecież. Chociaż zazdrość czasem też się łączyła z miłością. I na przykład wczoraj Peach mu dała tego popis, kiedy była taka zazdrosna o Pilar.
Galen parkuje gdzieś daleko od wejścia, bo na podjeździe jest tyle samochodów. Tak, że musieli znowu ubrać te żółte płaszcza przeciwdeszczowe, kiedy szli od auta do lokalu.
- Może to dla nich codzienność? - tak jak w Kanadzie codziennością były łosie, bobry, czy tam skunksy na chodnikach. Chociaż może lepiej, żeby wcale nie, bo przecież co jeśli tu utkną na dobre?
Weszli do środka i zaraz do baru, Galen pomógł Peach z kurtką, ale pod pachą wciąż ściskał pieniek. Potem już siedzą we troje przy ladzie. A Wyatt rozejrzał się po lokalu, ale w drugą stronę, nie tego kolesie co siedział koło Picz i ją zagadywał.
Wszyscy ludzie łypali na nich spode łba.
A potem na dokładkę jeszcze przychodzi ten wielki chłop, który wytrząsa się nad ich pieńkiem, Galen go zabrał i wyciera stołek, a facet mu prawie usiadł na ręce, więc Wyatt się cofnął tak gwałtownie, że wpadł na Peach, zaraz ją objął ramieniem i się jej pochyla do ucha.
- Kolejny - bo to był naprawdę kolejny dziwny osobnik, ale już Galen miał się zająć zamawianiem im kawy i ciasta wiśniowego, tylko wtedy grubas się odzywa i patrzy na Peach. Galen też na nią spojrzał, tak jakby chciał jej powiedzieć, nie odzywaj się do niego, ale ona się odezwała...
Niebieskie spojrzenie podążało od niej, do gościa i z powrotem.
- Dzisiaj w nocy? - zdumiał się Galen, bo dla niego to co się działo na zewnątrz to już był naprawdę huragan, on sobie nie wyobrażał, że może być gorzej. Miał tylko nadzieję, że w takim razie to ich okno nie będzie się dzisiaj otwierać.
- Noce są najgorsze, wtedy latają sowy - powiedziała jeszcze ta wytapirowana kobieta za barem, a Galen popatrzył na nią, we włosach miała kilka piórek, ale Wyatt nie wiedział, czy tak jej wpadły, czy to specjalnie. Zamówili kawę i ciasto wiśniowe.
I to znowu była...
- Musze Pani coś powiedzieć, to jest naprawdę dobra kawa - Galen pokiwał głową z uznaniem do kelnerki, a potem spróbował ciasta i aż zamruczał - a to jest... - nie dokończył, bo Peach już zagadywał jakiś kolejny dziwny facet, więc Galen go tak słuchał mieląc w buzi kawałek pysznego ciasta. Spojrzał na Piczyz, kiedy facet zaproponował jej wybory miss - a jaka to nagroda? - dopytuje jakby to było ważne. Jakby rzeczywiście chcieli wziąć udział w takich wyborach, jako taka ładna parka. Ale nie chcieli, bo oni powinni już wracać do Toronto.
Facet się zamyślił kogo mu przypominają, a wtedy te kelnerka mówi Bakerów i Galen od razu się do niej odwrócił.
- A kto to są ci Bakerowie? Moja żona już któryś raz słyszy, że jest podobna do Pani Baker - dopytał się i nagle Peach awansuje na jego żonę, ale to jakoś tak... samo wyszło. To oni są teraz tymi Bakerami... Wyattami.
Ale oni nie mogli się tu osiedlić. Niepoważne jakieś to by było.
Kiedy kelnerka powiedziała, co się stało Bakerom, to Galen sięgnął do Peach i znowu obejmuje ją ramieniem. Bo on by jej nigdy nie poćwiartował, nawet jakby się dowiedział, że mu przyprawia rogi. Dziwne miał jakieś te myśli. A zaraz słyszy za plecami jakiś dziwny głos.
- Zabij ją - aż się obejrzał, ale nikt nic nie mówił. Wszyscy zajęci swoimi śniadaniami. Chyba za dużo się tutaj nasłuchali już tych strasznych opowieści i głowa płatała mu figle. Odchrząknął i zabrał się znowu za ciasto.
A nagle grubas wstaje z krzesła, tylko że się poślizgnął na kałuży, której jeszcze pod nim nie wytarła ta baba z mopem, bo nie mogła się tam dostać i leeeeci na Peach. Galen już się odwrócił gotowy ją zasłonić, ale wtedy... pieniek spadł na podłogę, między grubasa a Peach, i ten się na nim potknął i wylądował z hukiem na podłodze. Bardzo dziwna to była akcja. Aż Galen patrzy na to wielkimi oczami.
Grubas nagle zaczął się ślinić i dusić.
- Pan jest doktorem! - Wyatt zawołał do tego faceta obok Peach, ale on wtedy mówi, że psychiatrą. I do faceta na ziemi na kolana wyrywa się ta dziewczyna od mopa, dopiero teraz Galen zauważył, że jest bardzo ładna, gęste, czarne włosy i ciemne oczy.
- On się dusi! Pomóż mi - dziewczyna wskazała Wyatta, a on patrzy na Peach, bo co on niby miał zrobić? I dlaczego właśnie on. Ale ta brunetka patrzy na niego wyczekująco, więc jej pomógł. Ona odchyla facetowi głowę do tyłu i otwiera mu usta i pokazuje mu głową, żeby udrożnił drogi oddechowe grubasowi. A Galen wkłada mu palce do ust i czuje...
Wyciągnął wisienkę, plastikową.
Ale facet nagle złapał w płuca więcej powietrza i zaczął oddychać, a wszyscy biją brawo. Tylko Wyatt patrzy na Picz przerażony i pokazuje jej w obślinionych palcach tą sztuczną wiśnię.
- Uratowałeś mu życie! Jesteś bohaterem! - krzyczy dziewczyna od mopa i ściska Galena, całuje go w oba policzki, a on wciąż się patrzy na Peach.
- Jak Bakerowie - wtrąciła wytapirowana kobieta za barem, a doktor pokiwał głową.
- Wtedy ona była bohaterką - niby nie mówili do nich, ale Galen wszystko słyszał i znowu spojrzał na Peach przerażony.

Peach 𐙚 ˚ 🍑 ₊˚⊹ ᡣ𐭩
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
PEACHY PEACH
178 cm
Influencerka Internet
Awatar użytkownika
It was the summer of love
A delicate daydream
And for a couple of months
It felt like we were 18
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Chyba nic dziwnego, że Peaches w takim razie jest taka pewna tego, że oni są prawdziwą parką a do tego, że Galen jest zaangażowany, skoro zna go od dziecka i pierwszy raz widzi takie spojrzenie w swoją stronę w jego oczach. Oczy podobno nie kłamią, ale czy to prawda jeżeli osoba do której należą oczy to naczelny kłamca? Peach niby Galena zna, niby jest uważna, ale najwyraźniej nie na tyle uważna, żeby zastanowić się, zanim oddała mu całe swoje serduszko. No cóż, jeszcze za to zapłaci. Albo on jej zapłaci za straty moralne i emocjonalne, zobaczymy co William doradzi.
- Są… ale na szczęście życie to nie film, bo w takim wypadku ty byś musiał być mordercą - zażartowała, dalej sobie wcinając śniadanko, jakby wcale nie było kilku małych procent szans, że to jest fakt i Galen faktycznie kiedy wyszedł z ich łóżka i na ten czas na który nie miał alibi, to mógł wtedy iść i z zimną krwią kogoś zabić. Brr! Peach nawet nie chce o czymś takim myśleć.
- No nie wiem, a pamiętasz jak utknęłam na Florydzie w weekend urodzinowy Amandy Ropuchy Hayes? - zastanawia się Peaches na głos, bo może huragany trwają długo, a może krótko, no nie dowiedzą się bo internet wysiadł, więc są zdani na ich znajomość świata oraz geografii. - Samoloty nie latały cztery dni, i nie dość że moja sukienka się zmarnowała, to jeszcze do tego dowiedziałam się wszystkich płot dopiero dwa dni później, jak wylądowałam, bo wszyscy mieli takiego kaca, że zapomnieli na Myspace wchodzić. To było wtedy jak William się przespał z córką króla Kanady i się pokłóciłeś z nim, bo sam chciałeś się z nią przespać podobno- zaśmiała się na samo wspomnienie, bo faktycznie śmieszne były te czasy jak Galen był single i crazy i z Williamem konkurowali o swoje podboje. Ciężko powiedzieć, czy była już wtedy w Galenie zakochana, ale na pewno pisała milion smsów do Kristin i swojej koleżanki z ówczesnych czasów, żeby upewnić się że cockblockowały albo przynajmniej monitorowały czy Galen już z kimś romansuje. Pewnie te wygrana na konto Williama można przypisać Peach która myślała, że dojedzie na imprezkę modnie spóźniona i poderwie Galena który będzie chodził jak ten spragniony na pustynii. No przyjechała dwa dni później, Galen i tak sobie jakąś babkę przygruchał, a Peach była zła na samoloty, pilotow i huragan.
Jadą sobie w każdym razie autkiem i Peach przepytuje Wyatta, ale ten twardo powtarza swoją wersję i zrozumiała, że to musi być prawda. No nie ma innego wyjścia, musi mu po prostu zaufać tym razem.
-Trochę dziwne, bo w domu nie zauważyłam żebyś lunatykował - chciała zbić ten pomysł, ale może coś było w tym… skoro jego nie było i mówi, że to była taka sytuacja, że wszystko wydawało się realistyczne do granic możliwości, ale również ogromnie dziwne… -może ci ta świnka zaszkodziła i stąd te sny? Albo miałeś serowe sny, jeżeli jadłeś na wieczór ser- jeszcze tak mu proboje pomóc zgadnąć i w końcu zniecierpliwiona kręci głową - Nie, to się nie trzyma sensu. Zostawmy to i zastanowimy się nad tym później, narazie postarajmy się nie rzucać w oczy i znaleźć działający telefon - zadecydowała, kiedy podjeżdżali już pod diner. Światło neonu rozmazywało się w kroplach zacinającego deszczu, Peach pochyliła głowę żeby ocenić, czy w miejscu i tej nazwie może być coś dobrego do jedzenia. Kiedy jednak Galen spytał o panią Baker to pokręciła głową, szybko unikając jego spojrzenia. To mogło wyglądać trochę podejrzanie, ale może wcale nie było. Weszli do środka.
Galen najwyraźniej doceniał ofertę dinera, bo pił pyszną kawusię i jadł ciastko. Peach natomiast szybko przeleciała spojrzeniem po menu i dotarło do niej, że tu nie mają matchy. I raczej nikt jej nie zrobi.acai bowl. Uśmiecha się uprzejmie do pani ekspedientki i kręci głową, że dla niej tylko woda. Dopiero jak pani powiedziała, że woda jest za darmo i że musi coś zamówić to poprosiła o to cappuccino. Ale kiedy przyszło ciasteczko Galena, to się wychyliła żeby jej dał kawałek. Przymyka oczy i aż zamruczała zadowolona.
-To ciasto jest wyśmienite - i jak otworzyła oczy to Galen już wiedział, że nie skończy sam tej porcji i będą domawiac drugie.
Peach gada z jednym dziwakiem, drugim dziwakiem, zerka uważnie poszukując spojrzeniem telefonu, ale nie wie jak on mógłby wyglądać, bo na pierwszy rzut go nie było widać. Spodziewała się wielkiego czarnego przenośnego odbiornika, coś jak te mikrofalówki ze Stranger Things. Ale nie widzi nic podobnego, złapała za to spojrzenie Galena i odgarnia mu mokre włosy za ucho, jakby chciała zaznaczyć przed wszystkimi ze ten przystojniaczek to jest jej przystojniaczek.
Ten za to najwyraźniej nie chce być prywatny, bo już ją chce na wybory miss pakować. Peach zdezorientowana patrzy od faceta do Galena, i spowrotem, a ten mówi:
-No tak, pan to jest jednak biznesman, więc interesuje go nagroda. W konkursie można będzie dostać Złotą Szyszkę a wygrana pani będzie miała możliwość zarządzania miastem przez cały jeden dzień , co paniusiu, brzmi nieźle nie? - znów zwrócił się do Peach, która tym razem zagryzła usteczka, woląc już nic nie mówić na temat tego, że ewentualnie miałaby wygrać jakiś jeden dzień władania tym cyrkiem. Pod blatem tylko ścisnęła rękę Galena i pokazuje mu oczami, jakby chciała mu dać znać, że powinni już kończyć te pogawędki.
Ale Galenowi wcale się nie spieszy, zamiast tego nazywa ją nagle swoją żoną i dopytuje o Bakerów. No dolał do tego wiadra delulu Peaches, bo jak usłyszała, że on tak o niej mówi, to się uśmiechnęła jak głupolek. I dopiero przestaje się uśmiechać, kiedy usłyszała o tym, że panią Baker poćwiartowano w hotelu. Zmroziło ją i patrzy na Galena jeszcze bardziej przerażona niż wtedy kiedy prawie nie wziął jej walizki od karzełka.
- Przepraszam, ale czy to miało miejsce w tym hotelu jakieś dziesięć minut stąd, nad jeziorem?- dopytuje, a utapirowana kelnerka kiwa głową. - A tak, dokładnie tak. Nawet przez jakiś czas policja trzymała zamknięty ten hotel, ale stary Thomasso w końcu ugadał się z detektywami i dopiero co otworzyli go spowrotem na wiosnę…- a doktorek dorzucił - Podobno Thomasso nawet nie śpi od wtedy w hotelu, ale na tam jakiś dwóch pomagierów, którzy pilnują cały zespół. Poznali państwo starego Thomasso? - Peach cała blada pokręciła głową, sama nie wie kiedy się nagle opiera znów o klatę Galena, ale może od momentu kiedy się dowiedziała, że ją porównują pracownicy hotelu do kobiety która została w nim zabita. - Bardzo rześki facet, pan się z nim by dogadał, on lubi finanse i biznesy. Poza hotelem ma też tartak i dwa kluby. To prawdziwy biznesman. A do pięknych pań też ma słabość- wyszczerzył się do Peach, która ściskała nerwowo koszulę Galena i zdołała odpowiedzieć tylko słabym uśmiechem.
Pogadali sobie, a tu nagle co się wydarzyło!!! Peach ledwo się zorientowała, ale pieniek najwyraźniej stoczył się z baru i sprawił, że ktoś się potknął. Nie nawet byle ktoś, bo wielkolud, Peach podniosła pieniek i go ściska patrząc jak grubas się dusi. Ona sama nie wiadomo dlaczego się nie ruszyła, ale dobrze że Galen z ich dwójki jednak zareagował. Gdzieś jeszcze przeżywała to, że doktor to tak na prawdę psychiatra, kiedy Galen klęczał obok mężczyzny, a cały bar bił mu brawo. Peach też mu więc bije brawo, tylko do momentu, kiedy usłyszała, że podobna sytuacja miała już miejsce. Zastygła i obserwuje jak w zwolnionym tempie Galen podnosi się z kolan, a wszyscy wokół mu biją brawa. Wyciągnęła do niego dłoń, żeby ją złapać, bo bała się że się wywróci z tych wrażeń i patrzy na niego też nieprzerwanie. Co tu się odwala!? Przytuliła go krótko i zwraca się nagle do dziewczyny od mopa.
-kochana, czy macie tu telefon?- bo nie chciała już tu dłużej być, chciała zawinąć się jak szybko można, a kontakt z lądem może jej i jemu to zapewnić. Dziewczyna zaprowadziła ich do małego pokoiku na tyłach, po drodze opowiadając, że
-Ostatnio nie byłam świadkiem tego wydarzenia, ale Penny mi opowiadała, że kiedyś pan Baker i pani Baker uratowali tu życie w dinerze i to był ich pierwszy dzień w naszym miasteczku. Pani na pewno powie, że powinniśmy zrezygnować z plastikowych dekoracji, ale chodzi o to, że całe miasto jest nimi wyposażone, zaraz zaczną to państwo zauważać. Czasami ciężko się połapać co jest prawdziwe a co plastikowe, pan Baker też się z nas śmiał, a potem nie raz sam próbował podpalać plastikowe świeczki albo kroić melona z plastiku - Peach rzuciła zdziwione spojrzenie na Galena - To jak te poranne naleśniczki - a dziewczyna skinęła głową - Tak, jak nabardziej to jedne z pierwszych wytworów pana Galapagosa. Musicie sobie koniecznie sprawić taką pamiątkę, ale śmiało bierzcie to, jednym ze zwyczajów naszego miasteczka jest to, że kradniemy sobie wytwory Galapagosa. Nie ma żadnego sklepu, ale co rusz pojawiają się nowe modele. O, telefon jest tutaj - wskazała na stary telefon z guzikami, a Peach podziękowała i kiedy zostali sami patrzy na Galena.
-W życiu nie słyszałam, żeby ludzie tak reagowali tragedie która się już kiedyś prawie wydarzyła. Co to wogole ma znaczyć, że nas ktoś umiejscowił w horror hotelu i mnie nazywa nazwiskiem babki, którą ktoś tam zabił. Galen, ja się zaczynam autentycznie bać. Przecież ja dziś nie zasnę…
I tak zaczęła panikować, więc Galen teraz musi zadzwonić, bo Peach to nawet nie zna numeru tych ludzi od samolotów.


Galen L. Wyatt
peach
Rozpadania się na miliony kawałeczków
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”