Peaches nie była do końca przekonana, ale skoro Galen tak zadecydował, to najwyraźniej była najlepsza decyzja. Poza tym, to byli jego pracownicy, a nie jej, bo jeszcze nie była panią Wyattową. Ale jakby była, to by go zmusiła do jedzenia śniadań, bo ona ma fioła na punkcie zdrowego trybu życia, a akurat jedzenie pożywnego śniadania się włącza w taki tryb. Spogląda na to, jak Galenowi prawie oczy wypadły z wrażenia, kiedy dostał kanapkę i lekko się zaśmiała pod nosem. Miała swoje podejrzenie, że Galen to nie wie do końca jak się robi własne kanapki, ale już wolała go nie stresować tym.
-
Nie ma za co. Nie wiadomo kiedy będziemy mogli znów coś zjeść, jak ten huragan nie przejdzie, to będziemy zmuszeni jeść takie kanapeczki pewnie też na kolację - zamyśliła się krótko, ciekawa jak długo może trwać huragan. Te, które są w Stanach to trwają tak nawet kilka dni. -
Hm,.. no nie wiem, nie znam się za bardzo na mordercach, bo jakoś mnie to nigdy nie interesowało - Peach wywraca oczami, jakby na prawdę się nie interesowała, a prawda jest taka, że raz była świadkiem morderstwa, ale jeszcze nikomu o tym nigdy nie mówiła. Pewnie jedyną osobą, której by mogła się zwierzyć z tego był Madox, ale jemu już nigdy nic nie powie, więc ten sekret umrze z nią. Galenowi to nie powiedziałaby takiego sekretu, chyba że by była jego bardzo pewna i gdyby na przykład mieli po osiemdziesiąt lat i by siedzieli na swojej werandzie w największym domu w Kanadzie, graliby w bingo i chciała wprowadzić trochę pikanterii do ich związku. -
Ale tak mi się wydaje, bo w filmach zwykle takie rzeczy sie dzieją nocą - wyjaśniła sposób swojego myślenia, pewnie był trochę prosty, ale nie było powodu, żeby doszukiwać się trudnych rozwiązań do prostych problemów, szczególnie, że zamierzała go przekonać do tego spacerku. Może podczas niego będą sobie mogli na przykład wyjaśnić kilka spraw, których nie mogli sobie wyjaśnić od wczorajszej awantury w samolocie.
Po wyjściu na zewnątrz okazało się, że deszcz wcale nie ustał i Peach tak średnio się już wtedy podobał pomysł spaceru, ale kiedy usłyszała, że mogą podjechać autkiem, to uznała, że no dobra, spróbuje. Galen zresztą się zaraz obok niej zmaterializował, co było pocieszające, bo przez chwilę, kiedy straciła go ze wzroku, obawiała się, czy to na pewno bezpieczne tak odchodzić z panem Frankiem karłem od jedynej znajomej osoby. Objął ją i tak ją ochraniał przed deszczem jak tylko mógł, co trochę ją wzruszyło, bo Galen nigdy się tak nie zawchowywał w Toronto. Co prawda tam nie musieli się zmagać z takimi przeciwnościami losu, zawsze był na przykład ktoś kto chętnie otworzył parasol nad panem Wyattem i jego dziewczyną, kiedy na przykład wychodzili z drogiej restaruacji i okazywało sie, że właśnie zaczął padać deszcz. Włożyli te żółte kurtki i wyglądali w nich po prostu przekomicznie, a w każdym razie Peach tak uważała, bo się nawet zaśmiała, pomimo tego, że zacinał wiatr z deszczem.
-
Cały tydzień? - powtorzyła Peach, kiedy tylko wsiedli do autka i patrzy na Galena lekko zmartwiona -
Skąd ten pan Frank niby ma takie informacje? - spytała retorycznie, bo Galen pewnie też wcale nie wie, no chyba że już wie, że Frank jest jakimś medium. Tak czy siak, cieszyła się, że w końcu mają chwilę dla siebie i siedzą w aucie i mogą sobie wreszcie porozmawiać, a wiadomo, że zaczęła od komplementu, bo jednak Peach to stara się znaleźć we wszystkim odrobinę pozytywów. Roześmiała się na jego komplement, że ona wygląda jak Marylin Monoroe i już się chciała do niego przychylić, żeby go pocałować, ale coś jednak ją wstrzymało i oczywiście dobrze wiedziała co!! Mianowicie to, że kiedy tylko nabrała takiej ochoty, to sobie przypomniała, jak płakała przez niego wczoraj. I aż zagryzła dolną wargę lekko, przerażona sama tym, że ma takie mieszane uczucia. Odchyliła się spowrotem do siedzenia i spogląda na drogę a później trzyma swoją rączkę na jego karku i w głowie jej się już mieszają wszystkie te uczucia wobec niego. Och ile by dała, żeby teraz mieć tutaj obok siebie Rozi, albo przynajmniej działający telefon, żeby się Rozi dopytać co należy zrobić po psychologicznemu w takiej sytuacji?? Co zrobić, kiedy ma się głębokie uczucia do chłopca odkąd się miało piętnaście lat, i ten chłopiec tak długo pozostawał poza orbitą, że się w końcu z niego wyleczyło, aż do momentu, kiedy sam postanowił, że jej okaże uczucia (bo to przecież Galen ją pierwszy pocałował!!), potem się długo wzbraniało przed tym, że cokolwiek się do niego czuje, aż do momentu, kiedy nagle ni stąd ni zowąd jednak się zostało jego dziewczyną i już przy pierwszej kłótni okazało się, że on wcale tak na prawdę nie ma tych uczuć bo ma je wobec kogoś innego. jak się z tego leczyć? I czy Peach chciała się leczyć? Spogląda sobie tak ukradkiem na Galena, no i myśli, że wcale nie chce się z tego leczyć. Najchętniej to chciałaby z nim otwarcie porozmawiać, dowiedzieć się co on ma w głowie i w sercu, ale czasami... czasami miała wrażenie, że on sam nie miał pojęcia. Wtedy uznawała, że nie będą przeprowadzać trudnych rozmów, aż on sam nie uzna, że chce taką rozmowę rozpocząć. I że póki może sobie korzystać z dobrodziejstw bycia jego dziewczyną, to będzie korzystała.
-
Ale przecież nie było cię w łóżku pół nocy - zabrała dłoń z jego karku, bo znów miała wrażenie, że on coś przed nią ukrywa. Położyła ją na swoich udach i trochę zestresowana zaczęła miętosić kancik bluzy od dresów. Jeżeli nie chciał jej powiedzieć prawdy, to może ma coś do ukrycia? Nie podejrzewała, że mógłby faktycznie być zamieszany w to morderstwo, ale może... zszedł na dół, żeby rozmówić sie z pilotem bo może chciał ją zostawić w tym hotelu i sam wrócić najszybszym samolotem do Toronto do swojej ukochanej Pilar?? -
No i też byłeś na tej kolacji i mówisz, że tam nikogo nie było.. więc nikt nie mógł dać ci alibi - nie patrzyła na niego, ale na drogę i faktycznie ciężko musiało mu się prowadzić, kilka razy prawie wypadli z drogi, przez to, że nie mieli otwartych Google Maps i jechali w wielkim deszczu, który zresztą tak głośno obijał się o przykrycie dachu, że miało się wrażenie, że musieli mówić lekko podniesionym głosem. Miało to ten plus, że Peach zdawała się mniej słyszeć swoje skołtunione myśli.
Zmarszczyła brwi na ten jego sen.
-
Frank tańczył? Galen... błagam cię, mamy morderstwo do omówienia, a ty mi opowiadasz o swoim śnie - wywróciła oczami i skrzyżowała ręce, bo Galen próbował nieudolnie odwrócić jej uwagę od ważnych spraw, ale jakoś tańczący karzeł w pokoju z czerwonych kotar wcale jej nie interesował. Akurat jednak przejeżdżają obok chyba miejsca gdzie znaleziono zwłoki i jakaś babeczka bez oka na nich patrzy. -
Brr... ale postać.... Ci ludzie w tym miasteczku są trochę jak z cyrku - skomtnowała okrutnie i kiedy Galen się tak wyrwał, to spojrzała na niego przerażona czego zapomniał, ale kiedy okazało sie, że chodzi o pniaczka to znów sie kpiąco zaśmiała.
-
Ojej, dobrze, że nie zapomniałeś, bo pani Baker mogłaby mieć kłopoty w miasteczku, gdybyśmy nie wzieli ze sobą tego drewniaka - tak to skomentowała przedrzeźniając tubylców, bo ona zupełnie nie wierzyła w te wszystkie znaki i symbole, a jeszcze ten pieniek, co go mieli ze sobą nosić to brzmiał zupełnie jak jakaś sprawa dla psycholi. Ale Galen chyba trochę w to uwierzył, co ją rozbawiło.
-
Oczywiście, że z miłości! Przecież jakieś osiemdziesiąt procent morderstw jest z miłości. Wiesz co może zrobić człowiek, któremu się złamie serce? Może nie odwzajemniła jego uczucia, albo wyśmiała go? Ludzie potrafią być okrutni - zadecydowała pewna siebie, ale nie wiadomo do końca czy jej chodziło o to, że ludzie mogą być okrutni ci którzy mordują, czy ci którzy łamią serca, pewnie both -
No w takim razie, ty jak uważasz że dlaczego ktoś mógłby zabić jakąś dziewczynę? - spogląda na niego ciekawa co on sądzi o tej całej sytuacji, bo pewnie Galen jak zawsze był gotowy powiedzieć "no nie wiem, Peach, pewnie jest tak jak uważasz", a ona była ciekawa jego myśli.
Kiedy dojechali do dinera, Peach tak patrzy po parkingu i zauważyła, że bardzo dużo było tam samochodów.
-
Mieszkańcy tej wyspy księcia edwarda chyba nie boją się tego huraganu aż tak bardzo, skoro wszyscy są w dinerze - zauważyła i szybko przebiegli do wejścia, a mimo to i tak zdążyło ich zmoczyć nieźle, na tyle nieźle, że kiedy tylko weszli do środka, to dziewczyna z mopem musiała za nimi iść aż do krzeseł przy ladzie, żeby wytrzeć całą wodę.
Peaches usiadła obok jakiegoś faceta w kędzierzawych włosach i okularach o szkłach w dwóch różnych kolorach. Facet przerwał na chwilę konsumpcję ciasta wiśniowego, żeby skinąć jej głową i powiedzieć: -
Dzieńdoberek - na co odpowiedziała niśmiałym uśmiechem i również się z nim przywitała. W tym samym czasie Wyatt zajmował się posadzeniem pniaka na miejscu pomiędzy nim a innym gościem i patrzą w menu wyłożone na ladzie. Kawa pięćdziesiąt centów, ciasto dwa dolary. Peach mega się zdziwiła, takich cen nie widziała nigdy. Kawa w Toronto zaczynała się od pięciu dolarów! Nie zdązyli jednak zamówić, bo nagle drzwi do dinera otwarły się z hukiem i nagle obok nich pojawia się jakiś ogromny facet, taki dwa na dwa i mówi nie do niej, nie do Galena, tylko kurde do pniaka. Ta wytrzeszcza oczy i chciała mu dogadać, ale Galen się już zreflektował, no i poszła za jego sposobem, uznając, że może nie ma sensu się wykłócać na obcym terenie. Chłop siadł na krześle tak szybko, jak tylko Galen zdążył mu wytrzeć,prawie zresztą mu na ramieniu usiadł, a tyłek miał taki wielki, że pewnie dwóch krzeseł by potrzebował tak na prawdę. Peach przejmuje od Galena pieniek i kładzie go sobie na blacie. Galen usiadł spowrtoem na swoim miejscu i wymieniają się spojrzeniami mówiącymi, a raczej krzyczącymi "
co tu się odwala!?". Peach skinęła głową wskazując na menu, dając mu znać, żeby jendak może się skupili na zamówieniu czegolowiek.
-
Skąd wy - powiedział niespodziewanie chłop a Peach aż się wyprostowała, bo jego głos był bardzo dziwny. -
Z Toronto, a pan stąd?- zagadała go słodko, mając nadzieję, że jak będą dla niego mili, to nie będzie ich może za długo męczył i się skupi na swoim śniadaniu. Facet łypnął na Galena potem na Peach i kiwa głową. -
Ta... stąd. Z chaty w lesie, jak wybeirzecie się na spacer po górach to traficie, pierwsza po lewej - Peach jak to usłyszała to jeszcze bardziej się zdumiała, co ten facet do nich mówi. -
A dziekujemy, ale wie pan, w taką pogodę nie wiem czy będziemy wybierali się w góry - facet prychnął śmiechem i machnął łapą na babkę w tapirowanych włosach, która podała mu kawę, jakby dokładnie wiedziała co mu podać. -
Ten deszczyk? Czekajcie do dzisiejszej nocy, to dopiero będzie zabawa, zobaczycie mieszczuchy co to jest huragan - i pośmiali się razem z paniąza ladą. Peach znów łapie spojrzenie Galena, a potem kelnerki i zamawiają po rcji ciasta wiśniowego oraz kawy. Peach spytała, czy mają cappuchino, ale babka tylko patrzy na nią jakby nie rozumiała i podaje jej czarną kawę. No cóż, jak nie ma co się chce...
Nagle mężczyzna ze strony od Peach zagaduje ich również, jego głos dla odmiany jest nieco wyższy, ale również mówi szybciej.
-
A akurat usłyszałem, prosze wybaczyć podsłuchiwanie, ale rozumiecie. Państwo z Toronto? Co tu Państwa do nas zwabiło? Nasze jezioro i wodospad? Jesteście poszukiwaczami przygód albo skarbów? Pewnie przyjechaliście tu po Świętego Graala. A może słyszeliście o bardzo prestiżowej nagrodzie, którą będziemy rozdawać podczas wyborów miss w tą niedziele za dwa dni. Pani się mogłaby zgłosić - tak ją łockiem szturcha, a Peach łapie obiema rękoma kawę, żeby nie wylać. -
Niby zapisy już zamknięte, ale tak rzadko mamy tu turystów, że na pewno zrobią dla Pani wyjątek - zachęca ich, Peach lekko kręci głową.
-
Och, nie wiem, czy to dobry pomysł, nie chciałabym zabierać miejsca komuś kto jest stąd - mężczyzna poprawił okulary i Peach zastanawia się jak się patrzy jak jedno szkło jest niebieskie a drugie czerwone, jak się widzi kolory wtedy
-
O jaka Pani jest pewna siebie, no tego nie mamy tutaj zbyt często. Od razu Pani zakłada, że coś wygra.. ale no nie dziwię się, z taką buzią. Pan zresza też mógłby wziąc udział, gdyby to były wybory mistera - wychyla się do Galena i mierzy ich spojrzeniem uważnie -
Bardzo ładna z Was parka, kogoś mi przypominacie...
I kiedy pan w okularach się zastanawiał podeszła kelnerka, ta natapirowana.
-
Chodzi Ci o Bakerów pewnie panie Doktorze - a pan doktor (?) chociaż nie wyglądał na doktora według Peach klasnął w dłonie i mówi:
-
No właśnie Doris, tak właśnie o nich! Bardzo ładna parka, przyjechali tu jednego dnia, niewaidomo skąd, niewiadomo w jakim celu i osiedlili się na rok... dwa
Doktor opowiada z zacięciem, ale kelnerka wtrąca nagle znudzonym tonem:
-
Tak, aż się okazało, że pani Baker przyprawia mężowi rogi w hotelu, a pan Baker jak się dowiedział, to ją poćwiartował a potem sam się zabił
I kiedy tylko to powiedziała, nagle nastała taka niezręczna cisza...
jak tam twoje sny