Podczas gdy ochroniarz przeczesywał tłum w poszukiwaniu Quincy'ego, Art świetnie się bawił. Alkohol lał się strumieniami; ktoś wywrócił szklankę z napojem na aksamitną kanapę i nikt nawet nie drgnął, żeby to posprzątać. Muzyka pulsowała przez ściany loży w gęstym, basowym rytmie. Na niskim stoliku, między pustymi butelkami po szampanie, ktoś wyłożył kolejną kreskę – białą, prostą linię na szklanej powierzchni, wyrównaną profesjonalnie platynową kartą bez limitu środków. Obok, ktoś inny rozsypał już drugą, mniej staranną, zostawiając za sobą smugę białego pyłu na etykiecie pustej butelki wódki. Nikt się tym nie przejmował. Marnotrawstwo tutaj nie istniało w takim znaczeniu, w jakim rozumiała je reszta świata.
Wesoła dziewczyna w błyszczącej sukience, ta sama, która wcześniej śmiała się najgłośniej z żartu Arta o publicystach, pochyliła się nad stolikiem i wciągnęła proszek przez słomkę wyciągniętą z własnego drinka. Część została jednak we wnętrzu plastikowej tubki, więc nie tracąc animuszu, jak gdyby nigdy nic, wsadziła ją z powrotem do napoju i pociągnęła dwa głębokie łyki, mrużąc oczy z satysfakcją, jakby właśnie odkryła coś genialnego.
–
To najlepszy sposób na oszczędzanie – rzuciła do nikogo konkretnego, wybuchając śmiechem, który natychmiast podchwycili inni.
Ktoś tańczył na kanapie, choć nikt go o to nie prosił. Ktoś jeszcze cały czas fotografował wszystko telefonem, choć oficjalnie w klubie obowiązywał zakaz zdjęć – zasada, którą łamano tu z takim wdziękiem, że przestawała mieć znaczenie. W kącie, na podłodze, jeden z gości próbował przekonać drugiego, żeby zaśpiewał razem z nim fragment piosenki lecącej z głośników, ale ten tylko machał ręką, śmiejąc się zbyt donośnie, żeby wydusić z siebie choć jedno słowo. Powietrze pachniało drogimi perfumami, dymem papierosowym i czymś słodkim, może kadzidłem, może samym alkoholem wsiąkającym już w tapicerkę. Art siedział pośrodku tego wszystkiego jak król na tronie, który dawno przestał dostrzegać zepsucie własnego królestwa, bo znał je zbyt dobrze.
Właściwie nie pamiętał, że kogoś zaprosił. Musiała mu o tym przypomnieć jedna z dziewczyn, opierając mu dłoń na ramieniu i mrucząc coś o
twoim uroczym prześladowcy z listy. Zerknął wtedy na telefon, na wiadomość wysłaną trzy dni wcześniej, na imię, które coś mu mówiło, choć nie od razu potrafił przypisać je do twarzy.
Quincy. Ach, tak. Ten chłopak był w każdym rogu każdej imprezy przez ostatnie miesiące. Połączył kropki bez większego wysiłku i wtedy skinął głową ochroniarzowi, każąc mu go przyprowadzić. Nie dlatego, że naprawdę potrzebował jego obecności. Miał wystarczająco dużo towarzystwa na dzisiejszy wieczór – wokół niego kręciło się mnóstwo znanych, lubianych twarzy, a przynajmniej kilka z nich interesowało go również prywatnie, nie tylko jako dekoracja loży. Zrobił to, bo miał ochotę się podroczyć. Zobaczyć, jak wygląda ktoś, kto tygodniami krążył wokół niego jak natrętna ćma wokół świecy, by w końcu się do niej zbliżyć i oparzyć.
Gdy wyjątkowo urokliwy młodzieniec zawitał niepewnie do loży, gwiazdor zerknął na niego przez ułamek sekundy, po czym jego uwaga wróciła do towarzystwa siedzącego najbliżej. Chciał go zignorować. Chciał mu pokazać, jak niewiele dla niego znaczy. Że jest tłem – ładnym, ale mającym trzymać język za zębami. Prawie jak kwiaty wstawione do wazonu, których właściciel zapomina podlewać, ale wciąż rozkoszował się ich kolorem i zapachem tak długo, jak długo pozostawały świeże.
W pewnym momencie, bez żadnego ostrzeżenia, dobrze ubrany rudzielec siedzący obok wgramolił mu się na kolana. Zaczął go całować, gorączkowo, używając naprzemiennie zębów i języka, jakby przez cały wieczór czekał tylko na pretekst. Art nie protestował – wsunął ręce pod jego koszulkę, palcami przesuwając po żebrach, po plecach spływających napiętym łukiem. Chłopaczek poruszał biodrami zachęcająco, ocierając się o niego z bezwstydną wprawą. Ktoś zagwizdał od strony baru, ale większość towarzystwa nawet nie oderwała wzroku od własnych rozmów. Ten widok nie był dla nich nowością. Był raczej tapetą, częścią wystroju loży, tak samo naturalną jak dym unoszący się nad stolikiem czy muzyka bijąca przez ściany. Arthit już taki był. Robił to częściowo dla siebie, częściowo dla widowni i wcale nie potrafił już powiedzieć, gdzie kończyło się jedno, a zaczynało drugie. To rozróżnienie dawno przestało mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie.
Rattanakosin, między jednym pocałunkiem a drugim, zerkał ukradkiem w stronę siedzącego na podłodze Quincy'ego. Szukał czegoś na jego twarzy. Może zazdrości. Może tego rodzaju cierpienia, które ludzie próbowali ukryć, a mimo to zdradzały ich oczy. Chciał się przekonać, czy chłopak potrafi udawać, że mu wszystko jedno, czy rozsypie się już przy pierwszej próbie na jego oczach.
Tymczasem Quincym zajęły się dwie dziewczyny z bliższego kręgu Arta. Jedna z nich, blondynka w sukience obszytej cekinami, uklękła obok niego i chwyciła jego twarz w obie dłonie, obracając ją to w jedną, to w drugą stronę, jakby oglądała rzeźbę na aukcji. Była pijana i nie za bardzo kontaktowała.
–
Ale on jest słodki – zamruczała, przesuwając kciukiem po jego policzku. –
Art takich lubi.
Druga, ciemnowłosa, z papierosem zawieszonym niedbale między palcami, roześmiała się i sięgnęła ręką pod brzeg jego koszulki, drapiąc go długimi paznokciami, próbując unieść materiał nieco wyżej.
–
Zobaczmy, czy ma się czym pochwalić. Masz ładny kaloryfer pod warstwą tych niepotrzebnych nikomu ubrań? – Zachichotała, kiedy oczekiwała jakiegoś sprzeciwu, ale nie była pewna, czy się go doczeka. –
Nie krępuj się, kochanie. Tutaj wszyscy doskonale się znają.
–
Ciekawe, czy jest prawiczkiem – dodała niewyraźnie blondynka, przekrzywiając głowę z udawaną powagą, jakby prowadziła jakieś badanie naukowe. Prawdopodobnie gotowa rozerwać na strzępy nowego gościa.
Wyobrażał sobie, jak chłopak zaciska szczękę. Jak jego dłonie, spoczywające na kolanach, zamykają się w pięści, a paznokcie wbijają się w skórę mocniej, niż powinny. Taki atak na prywatność potrafił być dotkliwy. Piosenkarz doskonale o tym wiedział. Liczył wręcz na to. Chciał poznać jego granice. Jak bardzo był gotów poświęcić się, by zostać z nim w pomieszczeniu i wyczekać moment, gdy ten ostatecznie zwróci na niego uwagę?
Art słyszał każde słowo, mimo że rudzielec nieprzerwanie siedział mu na kolanach, mimo muzyki, mimo gwaru całej loży. Miał ten szczególny talent – zdolność bycia w pełni oddanym podczas zajmującego zajęcia i obserwowanie wszystkiego z boku jak reżyser własnego filmu.
Znudzony, a może chwilowo przebodźcowany, zsunął czerwonowłosego ze swoich kolan już bez tej wcześniejszej zażyłości, poprawił spodnie, przeczesał palcami włosy do tyłu i oblizał usta, czując na nich nieustannie smak alkoholu, który całujący go chłopak pił przed chwilą – słodkie truskawki, cierpkie maliny, dobry ziołowy gin. Odetchnął głęboko, jakby musiał pozbierać się w sobie przed kolejnym aktem. Wtedy w końcu się nad nim ulitował.
Poklepał wolne miejsce obok siebie na kanapie i rzucił krótkie:
–
Siadaj.
To nie było zaproszenie. To była komenda, a obie dziewczyny natychmiast się cofnęły, jakby były świadome, że to nie był ich czas na zabawę. Wiedziały, że gdy Art w końcu zainteresował się swoją nową zabawką, nie było już czego przy niej szukać. Podobało mu się to poczucie – że jednym słowem mógł przywrócić porządek, rozstawiać tak łatwo ludzi, którzy jeszcze przed chwilą uważali się za niezastąpionych. Nikt nie był niezastąpiony w jego towarzystwie. Nikt poza nim samym.
Gdy chłopak grzecznie wykonał polecenie – bo jakże by inaczej – Art pochylił się w jego stronę, niemal dotykając ustami płatka jego ucha, tak blisko, że poczuł zapach jego wody kolońskiej.
–
Potrzebujesz czegoś na rozluźnienie? – wyszeptał zaczepnym, ale aksamitnym głosem, przeznaczonym wyłącznie dla niego, choć hałas wokół nich i tak sprawiał, że nikt inny nie mógłby tego usłyszeć.
To nigdy nie było pytanie. To była tylko formalność. Znał odpowiedź, zanim zdążyła się uformować na czyichś ustach.
Quincy Hargreaves