21 y/o
For good luck!
175 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

come find me


Przypadki wymagają przygotowania. Quincy zrozumiał to mniej więcej trzy miesiące temu, chociaż zapewne nie użyłby właśnie tych słów. Powiedziałby raczej, że Toronto jest małe. Ludzie chodzą do tych samych restauracji, na te same imprezy, otwarcia tych samych wystaw. W końcu każdy na każdego wpada. Statystyka. Nic więcej. Statystyce należało tylko odrobinę pomóc.
Najpierw zobaczył Arthita zupełnie naprawdę przypadkiem. Później przypadek zaczął wymagać coraz większej ilości pracy. Jednego wieczoru Quincy znalazł się w klubie, którego właściwie nie lubił, ale ktoś wspomniał, że Arthit czasem tam bywa. Innym razem pojechał na otwarcie wystawy artysty, którego nazwiska nie potrafił następnego dnia sobie przypomnieć. Pojawiał się na imprezach, na które normalnie by nie poszedł, i poznawał ludzi, których normalnie nie chciałby znać. Wysłuchiwał setów DJ-ów, których uważał za nieznośnych. Raz spędził prawie dwie godziny przy barze, pijąc tę samą rozwodnioną whisky, zanim zrozumiał, że Arthita tego wieczoru w ogóle nie będzie.
Nie był stalkerem. (Co to, to nie!) To słowo miało w sobie coś taniego i kryminalnego. Płaszcz z podniesionym kołnierzem. Lornetkę. Samochód zaparkowany po drugiej stronie ulicy. Quincy po prostu bywał. Często. W bardzo konkretnych miejscach. Miał dwadzieścia jeden lat, pieniądze i stanowczo za dużo czasu. To połączenie od początku należało uznać za niebezpieczne. Najgorsze było jednak to, że właściwie nie wiedział, czego od Arthita chciał. Autograf byłby absurdalny. Zdjęcie jeszcze gorsze. Zresztą miał ich całkiem sporo z licznych koncertów, na które regularnie jeździł, latał, chodził (jakiegokolwiek środka transportu wymagały). Chciał zostać zauważony. To była różnica. Ogromna, przynajmniej w głowie Quincy'ego. Pewnie chciał nawet czegoś więcej, ale te fantazje i scenariusze trzymał w swoim zamkniętym labiryncie umysłu.
Nazwisko było na liście. Quincy wiedział, że będzie. Oczywiście, że wiedział. Dostał zaproszenie, przeczytał je wystarczająco wiele razy, żeby móc odtworzyć z pamięci kolejność słów, godzinę, adres i tę krótką, nieznośnie swobodną formułę na końcu. A jednak dopiero kiedy ochroniarz przesunął palcem po ekranie telefonu, zatrzymał go przy odpowiedniej linijce i bez najmniejszego zainteresowania skinął głową z krótkim ”You’re good”, wszystko stało się prawdziwe.
Za pierwszymi drzwiami był krótki, ciemny korytarz. Za drugimi bas. Nie tyle go usłyszał, ile poczuł. Uderzył gdzieś pod mostkiem, przeszedł przez żebra i dopiero później stał się muzyką. Światło pulsowało razem z nim. Czerwone, potem granatowe, potem na moment zupełna ciemność, w której zostawały tylko pojedyncze punkty papierosów elektronicznych i zielone lampki nad wyjściami ewakuacyjnymi.
Quincy zatrzymał się na skraju tłumu. Pierwszym odruchem było szukanie Arthita. Nie zrobił tego. A przynajmniej przez pierwsze pięć sekund. Potem wzrok sam przesunął się po twarzach przy barze, lożach znajdujących się nieco wyżej, grupie ludzi stojącej przy stanowisku DJ-a.
Przeszedł przez pół sali w stronę łazienek, starając się wyglądać jak człowiek, który dokładnie wie, dokąd zmierza. W łazience było za jasno. Kluby mogły skąpić światła wszędzie, ale toalety oświetlano jak sale operacyjne, jakby właściciele uważali, że człowiekowi należy przynajmniej raz podczas wieczoru pokazać dokładnie, w jakim jest stanie. Quincy stanął przed lustrem. Wyglądał dobrze. To go trochę uspokoiło. Oparł dłonie o umywalkę i przez chwilę przyglądał się własnemu odbiciu.
– Chyba mnie popierdoliło. – mruknął bez szczególnego powodu. Może właśnie dlatego, że wszystko szło dobrze. Nazwisko było na liście. Zaproszenie było prawdziwe.
Po miesiącach idiotycznych zbiegów okoliczności, które sam cierpliwie organizował, Arthit wreszcie wiedział, że Quincy istnieje. Co więcej, chciał go tutaj. A przynajmniej chciał go tutaj na tyle, żeby ktoś dopisał jego nazwisko do listy. Ta różnica wydawała się nagle bardzo ważna. Sięgnął do kieszeni. Małe opakowanie przesunęło się między palcami. Nie chciał się naćpać. Chciał jedynie pozbyć się tego idiotycznego napięcia znajdującego się gdzieś pomiędzy żołądkiem a mostkiem. Przesunąć pokrętło o jeden stopień. Zrobić zbyt głośne myśli trochę cichszymi. Przygotował niewielką ilość kokainy. Spojrzał jeszcze raz w lustro.
– Zachowuj się normalnie. – Quincy wciągnął niewielką porcję, schował wszystko z powrotem i odkręcił wodę. Zimna. Przyjemnie chłodna. Przesunął mokrymi palcami po karku. Odczekał chwilę i poprawił włosy. Potem poprawił je ponownie, przywracając mniej więcej do stanu sprzed pierwszej poprawki.
Drzwi otworzyły się i do łazienki weszło dwóch mężczyzn, rozmawiających zbyt głośno. Quincy natychmiast zajął się myciem rąk z powagą człowieka, który przyszedł tutaj wyłącznie w tym celu. Wytarł je w papierowy ręcznik i z uśmiechem wrócił do głośnej sali klubowej. Ktoś otarł się o jego ramię. Dziewczyna przed nim podniosła obie ręce nad głowę. Światło zrobiło się czerwone. Potem niebieskie. Quincy zamknął oczy. Zaczął się poruszać. Najpierw ledwie zauważalnie. Ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Ramiona. Głowa. Nie należał do ludzi, którzy potrzebowali dużo przestrzeni podczas tańca. Wolał dać się wciągnąć rytmowi, zamiast urządzać przedstawienie.

Arthit Rattanakosin
Kwiatkowski
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
179 cm
🎭 aktor & wokalista 🧑‍🎤 pod The Venture Management
Awatar użytkownika
I will tell you something, but I warn you, it is a lie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wybór klubu nie był przypadkowy. Emptiness przyciągał do siebie bardzo specyficzną śmietankę towarzyską. Taką, której większość normalnych ludzi nie chciałaby spotkać na co dzień. Art nigdy nie miał z tym problemu. Dopóki nikt nie wciągał go bezpośrednio w brudne sprawy półświatka, potrafił udawać, że niczego nie widział. Zdążył się nawet zaprzyjaźnić z kilkoma osobnikami spod ciemnej gwiazdy. W jego branży zawsze warto było mieć kogoś, kto potrafił rozwiązać problem bez zadawania zbędnych pytań. A przy tym Rattanakosin nie brudził sobie rąk i nie ściągał niepotrzebnej uwagi na siebie. Nigdy nie wiadomo, kiedy takie kontakty mogą się przydać, prawda? Wygodny układ. Dla obu stron.
Ale głównym powodem, dla którego wybierał właśnie to miejsce, była jego ekskluzywność. Klub ten był niczym park rozrywki dla popsutych sławą i pieniędzmi ludzi, dokładnie takich jak on. Bardzo wysoki próg wejścia i niczym nieograniczona swoboda. Większość jego fanów mogła sobie tylko wyobrażać, że znajdzie się w środku, przez co miał tu święty spokój. Poza tym lubił bawić się bez ograniczeń. Sam nie zażywał narkotyków – nigdy nie widział racjonalnego powodu, żeby tracić kontrolę nad swoim ciałem i następnego dnia nie pamiętać, co się wydarzyło podczas imprezy – ale rozdawał je innym jak cukierki i bawił się tym, jak bardzo się pod ich wpływem zmieniali. Niewyszukany, ale satysfakcjonujący spektakl.
Dzisiaj balował skromnie. Tylko kilka najbliższych osób z otoczenia, prywatna loża, alkohol, śmiechy. Czasem potrzebował takiego wyciszenia. Dopiero co zakończył lokalną trasę koncertową i nagrywki do jednego serialu i był wykończony – fizycznie, jak i psychicznie. Nawet jeśli uważał, że cały świat błagał o jego uwagę, że jest najlepszy i nikt nie może mu dorównać, nigdy nie przestawał przykładać się do tego, co robił. Zawsze dawał z siebie wszystko. Był jednak tylko człowiekiem i znał swoje limity. Przynajmniej niektóre z nich. To była jedna z tych nielicznych dobrych cech, które wciąż walczyły z jego trudnym charakterem.
Gdy zwyczajowo chciał być zauważany, wychwalany, niemal traktowany jak najważniejsza osoba w życiu niektórych fanów, tutaj, będąc stosunkowo anonimowym, w ogóle mu to nie przeszkadzało. Czasem trzeba było stać się kimś mniejszym, ale nigdy nie przeciętnym. Przede wszystkim, by zachować równowagę, by nie dać się zwariować i już całkowicie nie zatracić się w tej przyjemnej, ale zdradliwej naturze kogoś, kogo ego nie mogło już zająć więcej miejsca w pomieszczeniu.
Śmiał, chichotał i bawił się w najlepsze. Nie schodził na parkiet – nie przepadał za tańcem w tłumie. Nie lubił być dotykany przez obcych mu ludzi. Jakikolwiek podryw ze strony gości tego miejsca traktował niemal jak nieśmieszny żart. Żałosny nawet. Większość i tak nie była w jego typie. Byli za starzy. Nie posiadali wartego uwagi statusu. Pieniądze go nie interesowały, bo miał ich wystarczająco. Młodzi i atrakcyjni ludzie byli zbyt biedni i jeszcze zbyt mało zniszczeni tym światem, żeby przebywać w takich miejscach.
Dlatego czasem wysyłał imienne zaproszenia do tych, którzy zwrócili jego uwagę podczas jego tras koncertowych lub nagrań. Przystojny syn właściciela wytwórni, dla której pisał nowe kawałki. Urokliwa córka ważnego sędziego z prowincji. Czasem para męskich bliźniaków ważnego polityka, którzy chcieli spróbować czegoś nowego. W takim towarzystwie lubił się obracać. To właśnie te osoby najczęściej mogły kąpać się w jego blasku.
Co więc urzekło go w Quincym? Jego dzika determinacja. Gdy jego personalny ochroniarz kolejny raz z rzędu poinformował go, że chłopak niemal obsesyjnie pojawiał się na każdym VIP-owskim spotkaniu, na wszystkich eventach, na których Art coś reklamował, chcąc zrobić sobie z nim zdjęcie przy każdej okazji, mimo że był ostrzegany, że to zły pomysł – Art zaprosił go dzisiaj do klubu.
Ten sam bodyguard dał mu znać, szepcząc do jego ucha, że chłopak pojawił się na miejscu. Nie był trudny do wyłapania w tłumie – młody, przystojny i nieco zagubiony. Wyróżniał się jak kolorowa owca wśród pospolitych pobratymców. Gwiazdor poprosił mężczyznę, żeby przekazał chłopakowi, że może już wpaść do jego loży. Krótko, bez żadnych instrukcji.
Bas przebijał się przez ścianę oddzielającą lożę od reszty klubu, stłumiony, ale wciąż wyczuwalny w żebrach. Odchylił się na miękkim, obitym aksamitem siedzeniu, obserwując z góry pulsujący morzem ciał parkiet, kolorowe światła ślizgające się po twarzach ludzi, którzy nie mieli pojęcia, kto ich obserwuje. Sięgnął po szklankę stojącą przy nim, obracając ją leniwie w palcach, nie upijając jeszcze ani łyka, odkąd drink został mu nalany. Samo wyczekiwanie miało w sobie coś przyjemnego. Lubił oglądać, jak ludzie reagowali na wiadomość, że ich obsesja właśnie stawała się czymś namacalnym – ten moment, gdy niedowierzanie przechodziło w euforię, zanim jeszcze zdążyli zrobić pierwszy krok w jej stronę.
Zastanawiał się, jak długo Quincy'emu zajmie znalezienie drogi na górę. Czy przyjdzie od razu, czy będzie próbował udawać opanowanego i pewnego siebie, a może zachowa spokój, którego najwyraźniej za wiele nie posiadał? Gwiazdor wyszczerzył się do siebie, kącikiem ust, tym samym uśmiechem, który jego ekipa znała aż za dobrze – kogoś, kto już wiedział, jak skończy się ten wieczór, i cieszył się na samą myśl, że druga osoba dojdzie do tego samego wniosku, tyle że znacznie później niż on. Tak jak zawsze.

Quincy Hargreaves
21 y/o
For good luck!
175 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Quincy nie zauważył ochroniarza od razu. Później będzie sobie oczywiście wmawiał, że zauważył. Że widział go już wtedy, gdy mężczyzna odłączył się od ściany przy schodach i ruszył przez tłum. Quincy miał niezwykły talent do poprawiania własnych wspomnień. Wystarczyło dać mu kilka godzin, a wszystkie niezręczności nabierały elegancji, odpowiedzi przychodziły we właściwym momencie, a on sam nigdy nie stał nigdzie zbyt długo z kieliszkiem w ręku, zastanawiając się, co właściwie zrobić z drugą. W rzeczywistości zobaczył ochroniarza dopiero, kiedy ten znalazł się tuż obok. Przez moment Quincy pomyślał nawet, że zrobił coś złego. (I nie daj Boże zostanie wyrzucony z klubu jeszcze przed wymarzonym, wyśnionym spotkaniem!) To było idiotyczne. Natychmiast jednak przypomniał sobie kokainę w kieszeni i uznał, że być może wcale nie aż tak idiotyczne. Mężczyzna pochylił się nieznacznie, żeby nie musieć przekrzykiwać muzyki.
Art chce cię widzieć. Tyle. Żadnego “proszę za mną”. Żadnego wyjaśnienia. Nawet nazwiska. Najwyraźniej istniały miejsca, w których człowiek osiągał taki stopień ważności, że wystarczało samo imię. Papież. Madonna. Art. Quincy patrzył na ochroniarza odrobinę za długo.
- Teraz? - Gdy tylko to powiedział, zapragnął złapać własne słowo w powietrzu i wepchnąć je sobie z powrotem do ust. Nie. Oczywiście, że nie teraz. Art chciał go widzieć w przyszły czwartek między dentystą a lunchem. Ochroniarz nawet się nie uśmiechnął. Tylko krótko skinął głową z burkniętym “Teraz”.
- Jasne. - Quincy skinął głową z miną człowieka, dla którego podobne sytuacje stanowiły zwyczajny element wtorkowego wieczoru. W środku wydarzyło się natomiast coś zupełnie innego.
Organizm ludzki był pod tym względem wyjątkowo zdradziecki. Można było latami budować osobowość, uczyć się odpowiedniego tonu głosu, właściwego sposobu stania, patrzenia ludziom w oczy o sekundę dłużej, niż było to konieczne. Można było kupować drogie ubrania i nauczyć się nosić je tak, jakby wcale nie były drogie. Można było nawet wmówić sobie, że jest się człowiekiem stosunkowo pewnym siebie. A potem wystarczały cztery słowa wypowiedziane przez obcego mężczyznę (o bardzo szerokich barkach) i całe ciało wracało do swojej pierwotnej, zwierzęcej formy. Serce szybciej. Dłonie chłodniejsze. Żołądek gdzieś wyżej, niż powinien.
Art chce cię widzieć. Quincy ruszył za ochroniarzem. Dopiero po kilku krokach dotarło do niego coś jeszcze. Art wiedział, że tu jest. (Yay!) Oczywiście, że wiedział. Sam go zaprosił. To nie powinno być odkryciem. Mimo wszystko myśl ta miała zupełnie inną wagę niż nazwisko na liście. Lista była administracją. Ktoś ją przygotował, ktoś sprawdził, ktoś dopisał nazwiska. Listy nie patrzyły. Listy niczego nie chciały. Natomiast gdzieś nad nimi siedział teraz Arthit Rattanakosin i powiedział komuś: “przyprowadź go”.
Jego. (Jego!)
Quincy poczuł pod skórą przyjemne, niemal bolesne ukłucie. Mógłby zadzwonić do swojej wersji sprzed trzech miesięcy i powiedzieć jej o tej chwili. Do chłopaka stojącego dwie godziny przy barze w nadziei, że Arthit pojawi się w klubie. Do tego idioty, który kupił bilet na wydarzenie tylko dlatego, że w jednym ze zdjęć promocyjnych zobaczył nazwisko jego wytwórni. Do Quincy’ego, który znał już na pamięć sposób, w jaki Art przechylał głowę podczas wywiadów, kiedy pytanie go nudziło, i wiedział, że kiedy naprawdę się śmiał, na chwilę przestawał kontrolować lewy kącik ust. Nie były to informacje, których człowiek uczył się celowo. Po prostu któregoś dnia odkrywał, że je posiada. Tak chyba zaczynały się wszystkie obsesje. Nie od wielkich gestów. Od kolekcjonowania drobiazgów, które pojedynczo nic nie znaczyły. Człowiek odkładał je gdzieś w sobie, jeden obok drugiego, aż któregoś dnia okazywało się, że zbudował z nich cały pokój. Quincy miał już właściwie dom.
Ochroniarz prowadził go schodami na górę. Każdy kolejny stopień wydawał się dziwnie konkretny. Jakby grawitacja działała na nich nieco mocniej. A może to kokaina dawała o sobie znać? Quincy wsunął dłonie do kieszeni spodni, ale po dwóch stopniach uznał, że wygląda przez to zbyt nonszalancko, więc je wyjął. To z kolei wydało mu się sztuczne. Jedną wsunął z powrotem. Świetnie. Wyglądał teraz jak człowiek, który właśnie odkrył kieszenie. Przez sekundę rozważał zawrócenie do toalety. Nie po kolejną kreskę. Absolutnie nie. Tylko żeby spojrzeć w lustro. Sprawdzić włosy. Twarz. Źrenice. Upewnić się, że nos wygląda normalnie. Może napić się wody. Może zamieszkać tam na stałe.
Zachowuj się normalnie. Łatwo powiedzieć. Problem polegał na tym, że Quincy nie wiedział już właściwie, co w tej sytuacji oznaczało normalnie. Normalny człowiek prawdopodobnie nie pojawiał się miesiącami w miejscach, w których mógł spotkać swojego ulubionego piosenkarza. Normalny człowiek nie miał folderu ze zdjęciami z koncertów. Normalny człowiek z pewnością nie potrafił rozpoznać po pierwszych dwóch sekundach nagrania, z którego występu pochodziło, na podstawie samej kurtki Arthita. Ale normalnego człowieka nie zaproszono dziś do Emptiness. Ta myśl poprawiła mu humor. Nieznacznie.
Przy wejściu do loży ochroniarz odsunął się na bok. I nagle nie było już niczego pomiędzy. Quincy zobaczył go natychmiast. To również było irytujące. W pomieszczeniu znajdowało się kilka osób, ktoś siedział bliżej wejścia, ktoś właśnie mówił coś do dziewczyny obok, na stoliku stały butelki i szklanki, światło przesuwało się po ścianach. Mózg Quincy’ego uznał jednak wszystkie te informacje za zbędne i bez najmniejszego wysiłku odnalazł dokładnie jedną twarz. Arthit. Pierwszą, absurdalną myślą Quincy’ego było, że wygląda dokładnie jak Arthit Rattanakosin. Drugą, że wygląda inaczej. Był nieprzyzwoicie rzeczywisty. Quincy poczuł nagle własny puls gdzieś wysoko w szyi.
Nie gap się!
Gapił się. Nie jakoś kompromitująco długo. Może sekundę. Dwie. W każdym razie wystarczająco, żeby zobaczyć znajomy uśmiech i poczuć coś bardzo podobnego do euforii, tylko bardziej wstydliwego. Bo znał tę twarz. Widział go setki razy. Na nagraniach. Zdjęciach. Wywiadach. Fragmentach koncertów oglądanych późno w nocy w łóżku. Znał jego wersję sceniczną, szeroką i doskonałą. Znał ten uprzejmy, przeznaczony dla dziennikarzy uśmiech. Ten znudzony również.
– Cześć. – Tylko na tyle było go początkowo stać. Quincy podszedł bliżej i dopiero wtedy uśmiechnął się, trochę szerzej, niż planował. Kokaina nie zrobiła z jego myśli niczego cichszego. Wręcz przeciwnie. Teraz każda miała własny mikrofon. Jedna z nich krzyczała: Powiedz coś normalnego!
– Zaczynałem podejrzewać, że zaprosiłeś mnie przez pomyłkę. - Nieźle. Nawet bardzo nieźle. W jego głowie mały człowiek odpowiedzialny za kontrolę jakości uniósł oba kciuki. Quincy zatrzymał się przy loży, nie siadając bez zaproszenia. Przeniósł wzrok na szklankę w dłoni Arthita, później z powrotem na jego twarz. Z bliska było jeszcze gorzej. Dostrzegał szczegóły, których nie widać na fotografiach. Strukturę skóry. Cień rzęs. Drobne rzeczy, które z jakiegoś powodu wydawały mu się bardziej intymne niż wszystkie zdjęcia, jakie kiedykolwiek widział. Najchętniej patrzyłby dalej. Dlatego właśnie zmusił się, żeby zerknąć gdzieś obok.
Czuł triumf. Mały, gorący, całkowicie nieracjonalny triumf. Bo wszystkie te koncerty, otwarcia, kluby, godziny zmarnowane przy barach i idiotyczne objazdy przez pół miasta doprowadziły go właśnie tutaj. Można było nazwać to obsesją. Można było nazwać przypadkiem. Quincy zdecydowanie wolał przeznaczenie, chociaż było to słowo tak pretensjonalne, że nigdy nie wypowiedziałby go na głos.
– Więc… – tym razem uśmiech pojawił się już bez wysiłku. – naprawdę wiesz, kim jestem. - I dopiero kiedy to powiedział, zrozumiał, że spośród wszystkich rzeczy, które mógł powiedzieć Arthurowi Rattanakosinowi przy ich pierwszej prawdziwej rozmowie, wybrał akurat tę najbardziej idiotyczną.
– Jak Ci mija wieczór? – zapytał, rozglądając się. Ale po chwili krótkiego zawahania, znalazł dla siebie miejsce. Usiadł na podłodze, przy sofie. Opierając się plecami o siedzisko. Może bardziej ramieniem. Siedział pod takim kątem, że swobodnie mógł podziwiać swojego idola z tej żabiej perspektywy.


Arthit Rattanakosin
Kwiatkowski
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
179 cm
🎭 aktor & wokalista 🧑‍🎤 pod The Venture Management
Awatar użytkownika
I will tell you something, but I warn you, it is a lie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
molestowanie i narkotyki
Podczas gdy ochroniarz przeczesywał tłum w poszukiwaniu Quincy'ego, Art świetnie się bawił. Alkohol lał się strumieniami; ktoś wywrócił szklankę z napojem na aksamitną kanapę i nikt nawet nie drgnął, żeby to posprzątać. Muzyka pulsowała przez ściany loży w gęstym, basowym rytmie. Na niskim stoliku, między pustymi butelkami po szampanie, ktoś wyłożył kolejną kreskę – białą, prostą linię na szklanej powierzchni, wyrównaną profesjonalnie platynową kartą bez limitu środków. Obok, ktoś inny rozsypał już drugą, mniej staranną, zostawiając za sobą smugę białego pyłu na etykiecie pustej butelki wódki. Nikt się tym nie przejmował. Marnotrawstwo tutaj nie istniało w takim znaczeniu, w jakim rozumiała je reszta świata.
Wesoła dziewczyna w błyszczącej sukience, ta sama, która wcześniej śmiała się najgłośniej z żartu Arta o publicystach, pochyliła się nad stolikiem i wciągnęła proszek przez słomkę wyciągniętą z własnego drinka. Część została jednak we wnętrzu plastikowej tubki, więc nie tracąc animuszu, jak gdyby nigdy nic, wsadziła ją z powrotem do napoju i pociągnęła dwa głębokie łyki, mrużąc oczy z satysfakcją, jakby właśnie odkryła coś genialnego.
– To najlepszy sposób na oszczędzanie – rzuciła do nikogo konkretnego, wybuchając śmiechem, który natychmiast podchwycili inni.
Ktoś tańczył na kanapie, choć nikt go o to nie prosił. Ktoś jeszcze cały czas fotografował wszystko telefonem, choć oficjalnie w klubie obowiązywał zakaz zdjęć – zasada, którą łamano tu z takim wdziękiem, że przestawała mieć znaczenie. W kącie, na podłodze, jeden z gości próbował przekonać drugiego, żeby zaśpiewał razem z nim fragment piosenki lecącej z głośników, ale ten tylko machał ręką, śmiejąc się zbyt donośnie, żeby wydusić z siebie choć jedno słowo. Powietrze pachniało drogimi perfumami, dymem papierosowym i czymś słodkim, może kadzidłem, może samym alkoholem wsiąkającym już w tapicerkę. Art siedział pośrodku tego wszystkiego jak król na tronie, który dawno przestał dostrzegać zepsucie własnego królestwa, bo znał je zbyt dobrze.
Właściwie nie pamiętał, że kogoś zaprosił. Musiała mu o tym przypomnieć jedna z dziewczyn, opierając mu dłoń na ramieniu i mrucząc coś o twoim uroczym prześladowcy z listy. Zerknął wtedy na telefon, na wiadomość wysłaną trzy dni wcześniej, na imię, które coś mu mówiło, choć nie od razu potrafił przypisać je do twarzy. Quincy. Ach, tak. Ten chłopak był w każdym rogu każdej imprezy przez ostatnie miesiące. Połączył kropki bez większego wysiłku i wtedy skinął głową ochroniarzowi, każąc mu go przyprowadzić. Nie dlatego, że naprawdę potrzebował jego obecności. Miał wystarczająco dużo towarzystwa na dzisiejszy wieczór – wokół niego kręciło się mnóstwo znanych, lubianych twarzy, a przynajmniej kilka z nich interesowało go również prywatnie, nie tylko jako dekoracja loży. Zrobił to, bo miał ochotę się podroczyć. Zobaczyć, jak wygląda ktoś, kto tygodniami krążył wokół niego jak natrętna ćma wokół świecy, by w końcu się do niej zbliżyć i oparzyć.

Gdy wyjątkowo urokliwy młodzieniec zawitał niepewnie do loży, gwiazdor zerknął na niego przez ułamek sekundy, po czym jego uwaga wróciła do towarzystwa siedzącego najbliżej. Chciał go zignorować. Chciał mu pokazać, jak niewiele dla niego znaczy. Że jest tłem – ładnym, ale mającym trzymać język za zębami. Prawie jak kwiaty wstawione do wazonu, których właściciel zapomina podlewać, ale wciąż rozkoszował się ich kolorem i zapachem tak długo, jak długo pozostawały świeże.
W pewnym momencie, bez żadnego ostrzeżenia, dobrze ubrany rudzielec siedzący obok wgramolił mu się na kolana. Zaczął go całować, gorączkowo, używając naprzemiennie zębów i języka, jakby przez cały wieczór czekał tylko na pretekst. Art nie protestował – wsunął ręce pod jego koszulkę, palcami przesuwając po żebrach, po plecach spływających napiętym łukiem. Chłopaczek poruszał biodrami zachęcająco, ocierając się o niego z bezwstydną wprawą. Ktoś zagwizdał od strony baru, ale większość towarzystwa nawet nie oderwała wzroku od własnych rozmów. Ten widok nie był dla nich nowością. Był raczej tapetą, częścią wystroju loży, tak samo naturalną jak dym unoszący się nad stolikiem czy muzyka bijąca przez ściany. Arthit już taki był. Robił to częściowo dla siebie, częściowo dla widowni i wcale nie potrafił już powiedzieć, gdzie kończyło się jedno, a zaczynało drugie. To rozróżnienie dawno przestało mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie.
Rattanakosin, między jednym pocałunkiem a drugim, zerkał ukradkiem w stronę siedzącego na podłodze Quincy'ego. Szukał czegoś na jego twarzy. Może zazdrości. Może tego rodzaju cierpienia, które ludzie próbowali ukryć, a mimo to zdradzały ich oczy. Chciał się przekonać, czy chłopak potrafi udawać, że mu wszystko jedno, czy rozsypie się już przy pierwszej próbie na jego oczach.
Tymczasem Quincym zajęły się dwie dziewczyny z bliższego kręgu Arta. Jedna z nich, blondynka w sukience obszytej cekinami, uklękła obok niego i chwyciła jego twarz w obie dłonie, obracając ją to w jedną, to w drugą stronę, jakby oglądała rzeźbę na aukcji. Była pijana i nie za bardzo kontaktowała.
– Ale on jest słodki – zamruczała, przesuwając kciukiem po jego policzku. – Art takich lubi.
Druga, ciemnowłosa, z papierosem zawieszonym niedbale między palcami, roześmiała się i sięgnęła ręką pod brzeg jego koszulki, drapiąc go długimi paznokciami, próbując unieść materiał nieco wyżej.
– Zobaczmy, czy ma się czym pochwalić. Masz ładny kaloryfer pod warstwą tych niepotrzebnych nikomu ubrań? – Zachichotała, kiedy oczekiwała jakiegoś sprzeciwu, ale nie była pewna, czy się go doczeka. – Nie krępuj się, kochanie. Tutaj wszyscy doskonale się znają.
– Ciekawe, czy jest prawiczkiem – dodała niewyraźnie blondynka, przekrzywiając głowę z udawaną powagą, jakby prowadziła jakieś badanie naukowe. Prawdopodobnie gotowa rozerwać na strzępy nowego gościa.
Wyobrażał sobie, jak chłopak zaciska szczękę. Jak jego dłonie, spoczywające na kolanach, zamykają się w pięści, a paznokcie wbijają się w skórę mocniej, niż powinny. Taki atak na prywatność potrafił być dotkliwy. Piosenkarz doskonale o tym wiedział. Liczył wręcz na to. Chciał poznać jego granice. Jak bardzo był gotów poświęcić się, by zostać z nim w pomieszczeniu i wyczekać moment, gdy ten ostatecznie zwróci na niego uwagę?
Art słyszał każde słowo, mimo że rudzielec nieprzerwanie siedział mu na kolanach, mimo muzyki, mimo gwaru całej loży. Miał ten szczególny talent – zdolność bycia w pełni oddanym podczas zajmującego zajęcia i obserwowanie wszystkiego z boku jak reżyser własnego filmu.
Znudzony, a może chwilowo przebodźcowany, zsunął czerwonowłosego ze swoich kolan już bez tej wcześniejszej zażyłości, poprawił spodnie, przeczesał palcami włosy do tyłu i oblizał usta, czując na nich nieustannie smak alkoholu, który całujący go chłopak pił przed chwilą – słodkie truskawki, cierpkie maliny, dobry ziołowy gin. Odetchnął głęboko, jakby musiał pozbierać się w sobie przed kolejnym aktem. Wtedy w końcu się nad nim ulitował.
Poklepał wolne miejsce obok siebie na kanapie i rzucił krótkie:
– Siadaj.
To nie było zaproszenie. To była komenda, a obie dziewczyny natychmiast się cofnęły, jakby były świadome, że to nie był ich czas na zabawę. Wiedziały, że gdy Art w końcu zainteresował się swoją nową zabawką, nie było już czego przy niej szukać. Podobało mu się to poczucie – że jednym słowem mógł przywrócić porządek, rozstawiać tak łatwo ludzi, którzy jeszcze przed chwilą uważali się za niezastąpionych. Nikt nie był niezastąpiony w jego towarzystwie. Nikt poza nim samym.
Gdy chłopak grzecznie wykonał polecenie – bo jakże by inaczej – Art pochylił się w jego stronę, niemal dotykając ustami płatka jego ucha, tak blisko, że poczuł zapach jego wody kolońskiej.
– Potrzebujesz czegoś na rozluźnienie? – wyszeptał zaczepnym, ale aksamitnym głosem, przeznaczonym wyłącznie dla niego, choć hałas wokół nich i tak sprawiał, że nikt inny nie mógłby tego usłyszeć.
To nigdy nie było pytanie. To była tylko formalność. Znał odpowiedź, zanim zdążyła się uformować na czyichś ustach.

Quincy Hargreaves
21 y/o
For good luck!
175 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Chłopak szybko odkrył, że istnieje ogromna różnica pomiędzy wyobrażaniem sobie Arthita Rattanakosina a siedzeniem dwa metry od niego. Mimo, że spotkał idola parokrotnie, teraz byli razem zamknięci w małej, prywatnej przestrzeni. Wyobraźnia była pod tym względem niezwykle uprzejma. Pozwalała człowiekowi ustawiać światło. Wycinała zbędnych ludzi. Poprawiała dialogi. Przede wszystkim jednak dawała mu pełną kontrolę nad tym, gdzie patrzy główny bohater. Rzeczywistość nie miała podobnych manier.
Art prawie na niego nie patrzył. Quincy siedział więc na podłodze, z ramieniem opartym o kanapę, i przez pierwszych kilka minut próbował przekonać samego siebie, że dokładnie tego się spodziewał. Oczywiście. Przecież nie zakładał, że Arthit każe zatrzymać muzykę, wyrzuci z loży wszystkich znajomych i oznajmi, że właśnie pojawiła się najważniejsza osoba tego wieczoru. Byłoby to absurdalne. (Chociaż…?) Nawet Quincy nie miał aż tak rozwiniętej choroby psychicznej. Chyba.
Poza tym został zaproszony. To słowo zaczynało nabierać dla niego niemal religijnego znaczenia. Zaproszony. Nie wślizgnął się tutaj przypadkiem. Nie przekupił ochroniarza. Nie stał za barierką. Nie obserwował Arta z drugiego końca sali, udając przed sobą, że znalazł się tam zupełnym przypadkiem. Art wiedział o jego istnieniu (Alleluja!). Art wysłał po niego człowieka. Art pozwolił mu wejść do swojego małego, dusznego królestwa. Quincy mógł więc przez jakiś czas być meblem. Meble również znajdowały się wewnątrz. Ta myśl była na tyle żałosna, że prawie go rozbawiła.
Potem rudzielec usiadł Artowi na kolanach. I coś bardzo małego, bardzo brzydkiego poruszyło się Quincy'emu pod żebrami. Nie zazdrość. Absolutnie nie zazdrość. Zazdrość zakładała przecież jakieś prawo do drugiego człowieka, a Quincy nie był aż tak głupi, żeby uważać, że miał do Arta jakiekolwiek prawa. Nie znał go. Nie naprawdę. Znał godziny wywiadów, koncerty, fotografie, urywki cudzych nagrań, kilka historii opowiedzianych przez ludzi, którzy podobno znali ludzi, którzy znali jego. Wiedział rzeczy, których Art nigdy mu nie powiedział, a jednocześnie nie wiedział prawie niczego, co Art powiedziałby przyjacielowi. To była osobliwa forma znajomości. Jednostronna jak lustro weneckie. Quincy patrzył przez nie od miesięcy. Teraz po raz pierwszy znajdował się po drugiej stronie.
Kiedy rudzielec pocałował Arta, Quincy nawet nie odwrócił wzroku. Pomyślał później, że powinien był. Człowiek przyzwoity prawdopodobnie znalazłby nagle coś niezwykle interesującego na dnie własnej szklanki. Quincy natomiast obserwował dłoń Arta znikającą pod materiałem cudzej koszulki i czuł, jak coś nieprzyjemnego zaciska mu się w żołądku. Było w tym coś niesprawiedliwego. Nie dlatego, że tamten chłopak dostawał coś, co należało się Quincy'emu. Nic mu się nie należało. To było nawet gorsze. Rudzielec dostał to bez wysiłku. Quincy przez trzy miesiące układał przypadki. Jeździł przez pół miasta. Stał w klubach, których nie lubił. Rozmawiał z ludźmi, których nazwisk nie chciał pamiętać. Nauczył się całej tej skomplikowanej geografii cudzych znajomości, wejść, zaproszeń i półprywatnych imprez tylko po to, żeby znaleźć się kilka metrów bliżej. A ten po prostu wszedł mu na kolana. Świat był obrzydliwie niesprawiedliwy. Quincy poczuł na języku metaliczny smak własnego policzka, który przygryzł od środka. Zorientował się wtedy, że ścisk w żołądku wcale nie był taki nieprzyjemny. Wręcz - podniecający.
Nagle dotarło do niego coś jeszcze. Art patrzył. Nie cały czas. Nie w sposób oczywisty. Były to tylko krótkie spojrzenia rzucane ponad ramieniem rudzielca, sekundy tak niewielkie, że rozsądniejszy człowiek zapewne w ogóle by ich nie zauważył. Quincy nie był rozsądnym człowiekiem. Jeżeli chodziło o Arthita, potrafił zrobić doktorat z półsekundowego spojrzenia.
Robisz to specjalnie, ha! Myśl przyszła tak szybko, że aż zrobiło mu się ciepło. Może była kompletną bzdurą. Prawdopodobnie była. Quincy miał przecież niezwykły talent do umieszczania siebie w centrum wydarzeń, które wcale go nie dotyczyły. Ale wystarczyła możliwość. Dopiero dłonie na jego twarzy zmusiły go do odwrócenia wzroku.
Ale on jest słodki. Quincy zamrugał. Blondynka trzymała jego policzki w obu dłoniach i oglądała go z powagą pijanego chirurga plastycznego. Normalnie cofnąłby głowę. Nie lubił, kiedy obcy ludzie dotykali jego twarzy. Właściwie nie lubił, kiedy większość ludzi dotykała czegokolwiek, co należało do niego. Teraz pozwolił. Bo powiedziała “Art takich lubi”. I nagle wszystkie pozostałe słowa straciły znaczenie. Quincy poczuł, jak uśmiech sam pojawia mu się w kąciku ust.
- Naprawdę? - Och, Boże! Powiedział to zdecydowanie zbyt szybko. Blondynka roześmiała się, a Quincy natychmiast przybrał minę człowieka, który pytał wyłącznie z antropologicznej ciekawości. Ale zdanie “Art takich lubi” prawdopodobnie miało zostać z nim na bardzo długo. Jego umysł natychmiast zrobił z nim to, co robił ze wszystkim, co dotyczyło Arta: schował je. Starannie. Do odpowiedniej szufladki. Obok sposobu, w jaki Art śmiał się w pewnym wywiadzie sprzed dwóch lat. Obok fotografii z lotniska, na której miał okulary zsunięte na czubek nosa.
Kiedy druga dziewczyna wsunęła palce pod jego koszulkę, Quincy drgnął. Tym razem nie zdążył tego ukryć. Paznokcie przesunęły się po skórze jego brzucha, a ciało zareagowało szybciej od wychowania.
- Hej. - Nie zabrzmiało to jednak jak protest. Bardziej jak zaskoczone stwierdzenie faktu. Spojrzał na nią, potem na jej dłoń, a potem, wbrew wszelkiemu instynktowi samozachowawczemu - na Arta. Właśnie to było najgorsze. Nie sprawdzał, czy ktoś mu pomoże. Sprawdzał, czy Art patrzy. Ta różnica powinna była go przerazić. (Nie przeraziła).
Quincy parsknął śmiechem, gdy dziewczyna zapytała o kaloryfer. Trochę nerwowo, ale wystarczająco przekonująco. Mógł odsunąć jej rękę. Wiedział o tym. Ona również. Cała sytuacja opierała się właśnie na tej możliwości. Nie zrobił tego. Zamiast tego uniósł lekko ręce, jak człowiek zatrzymany do kontroli na lotnisku.

- Damn. Czy wszyscy przechodzą tutaj kontrolę jakości przy wejściu, czy mam specjalne traktowanie? - To było dobre. Lekko bezczelne. Wystarczająco spokojne. Quincy był z siebie niemal dumny. Dziewczyna zachichotała, a jej paznokcie przesunęły się odrobinę wyżej. Materiał koszulki podciągnął się wraz z nimi. Quincy poczuł chłodniejsze powietrze na skórze i nagle stał się boleśnie świadomy własnego ciała. Tego, jak siedział. Jak wyglądał z tej perspektywy. Czy koszulka dobrze się układała. Czy brzuch miał wystarczająco płaski. Czy Art patrzył. Oczywiście, że to było najważniejsze. Czy Art patrzy?
Ciekawe, czy jest prawiczkiem. Tym razem roześmiał się naprawdę.
- Niestety rozczaruję komisję. - Odwrócił głowę w stronę blondynki.
- Chociaż podoba mi się, że prowadzicie tak dokładną dokumentację nowych członków. - Było mu gorąco. Kokaina, alkohol, tłum, czy może fakt, że gdzieś obok Art nadal istniał i prawdopodobnie słyszał każde słowo, trudno było powiedzieć. Quincy zaczynał rozumieć zasady tej loży. Albo raczej jakie zasady postanowił przyjąć za swoje. Nie należało się oburzać. Nie należało okazywać, że coś boli. Przede wszystkim nie należało być nudnym. Mógł pozwolić obcym dziewczynom dotykać swojej twarzy i zaglądać pod koszulkę, jeżeli ceną za odmowę było znalezienie się znowu na dole, po właściwej stronie bariery, wśród ludzi, którzy patrzyli tutaj z dołu i zastanawiali się, jak dostać się na górę. Mógł znieść znacznie więcej. Ta myśl pojawiła się w nim bez żadnego dramatyzmu.
Jedno słowo. “Siadaj”. Quincy zareagował natychmiast, co zirytowało go dopiero sekundę później. Nie powinien był być aż tak posłuszny. Mógł odczekać. Jedną sekundę. Pół. Cokolwiek, co sugerowałoby, że decyzja należała również do niego. Nie odczekał. Gdyby Art kazał mu w tej chwili usiąść na stoliku, prawdopodobnie zapytałby tylko, na której stronie.
Zajął miejsce obok niego. I nagle cały świat zmniejszył się do kilku centymetrów. To było niesprawiedliwe, że człowiek mógł tyle czasu poświęcić na przygotowanie się do czyjejś obecności, a potem okazywało się, że ciało i tak niczego się nie nauczyło. Quincy znał twarz Arta. Znał jego głos. Widział jego dłonie. Wiedział nawet, jak wyglądał profil jego nosa z prawej strony. Nie wiedział natomiast, jak to jest siedzieć obok niego. Nie wiedział, że jego obecność ma temperaturę. Nie wiedział, że kiedy Art poruszy się na kanapie, Quincy poczuje ten ruch przez tapicerkę pod własnym udem. Usiadł trochę zbyt prosto. Po chwili zmusił się do rozluźnienia ramion. Założył nogę na nogę, uznał to za idiotyczne, więc ją opuścił. Nie wiedział, co zrobić z rękami. Całe życie człowieka było najwyraźniej nieustannym problemem logistycznym dotyczącym dwóch kończyn.
Quincy przestał oddychać, gdy Art pochylił się bliżej. (Nie metaforycznie, on dosłownie wstrzymał oddech) Na krótką chwilę płuca po prostu uznały, że ich udział w wydarzeniach nie jest już konieczny.Usta Arta znalazły się przy jego uchu. Tak blisko, że Quincy poczuł ciepło oddechu na skórze. Poczuł, że mógłby umrzeć od nadmiaru bodźców.
Potrzebujesz czegoś na rozluźnienie? Przez sekundę nie odpowiedział. Nie dlatego, że się zastanawiał. Dlatego, że Art mówił właśnie do niego takim głosem. To było potworne, jak niewiele potrzeba, żeby człowiek poczuł się wybrany. Jedno miejsce na kanapie. Kilka centymetrów oddechu przy uchu.
- Myślałem, że wyglądam na rozluźnionego. - Głos na szczęście go nie zdradził. Może był odrobinę cichszy niż wcześniej, ale tutaj i tak należało mówić blisko.Mógł powiedzieć, że niczego nie potrzebuje. Powinien powiedzieć, że niczego nie potrzebuje. Ale wtedy Art być może odsunąłby się. Quincy spojrzał z powrotem na niego.
- Ale skoro już pytasz… - Zawiesił głos, pozwalając sobie na niewielki uśmiech. Nie chciał nawet wiedzieć, co Art zamierza mu zaproponować. To było chyba sedno. Nie chodziło o to, czego potrzebował. Quincy niczego nie potrzebował. Miał już wystarczająco dużo alkoholu we krwi, kokainę w kieszeni i serce pracujące z wydajnością małego przemysłowego urządzenia. Chodziło o to, że Art mu to dawał.

Arthit Rattanakosin
Kwiatkowski
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
179 cm
🎭 aktor & wokalista 🧑‍🎤 pod The Venture Management
Awatar użytkownika
I will tell you something, but I warn you, it is a lie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
narkotykipudrowe cukiereczki
Wszystko, co działo się w loży, było przez niego skrupulatnie zaplanowane. Nic nie mogło funkcjonować w sposób, którego sam nie zatwierdził. Chciał kontrolować swoje otoczenie. Traktował ludzi jak marionetki, pacynki zawieszone na cienkich, niewidzialnych sznureczkach, poruszające się dokładnie tak, jak sobie tego życzył. Musiał sam zadbać o każdy detal. Ktoś, kto raz go zawiódł, nigdy nie dostał drugiej szansy. Nie, bo był bezlitosny. Po prostu nie opłacało mu się inwestować dwa razy w kogoś, kto już udowodnił, że nie zasłużył na pierwszą. Przejrzeć listę zaproszonych osób, upewnić się, że wszyscy z niej to ludzie, którym mógł zaufać choćby na tyle, żeby nie zniszczyli mu wieczoru. Czasem można by pomyśleć, że ma na tym punkcie obsesję. Że czegoś się obawia. Że nie może pozwolić sobie na utratę twarzy. Była to jednak teza daleka od prawdy. Gdyby pożerał go strach, nigdy nie pozwoliłby sobie na zabawy z narkotykami rozdawanymi jak cukierki. Każdy, kto wpadał do jego pokoju, musiałby zostawiać telefon u ochroniarza przy wejściu. A jednak tego nie robił. Bo znał tych, którzy przebywali w jego towarzystwie. A oni doskonale wiedzieli, że jego upadek pociągnąłby także ich na samo dno. Gra niewarta świeczki.
Dlaczego więc zdecydował się podjąć ryzyko i zaprosić tu nieznanego mu chłopaczka? Kogoś, o kim wiedział niewiele, bo nawet nie próbował się nim zainteresować. Bo wątpił, żeby ktoś tak oddany, tak wpatrzony w aktora od miesięcy, mógł szukać sposobu, by go zranić. Poświęcenie ze strony Quina było trudne do przeoczenia, niemal namacalne jak odnaleziony skarb na dnie oceanu, który można było wziąć do ręki i obracać w palcach ze satysfakcją.
Dziewczyny go dla niego testowały. Wykonały kawał dobrej roboty, mając przy tym zapewnione trochę rozrywki. Rudzielec, przez którego miał teraz nieco spierzchnięte usta, również był częścią tego sprawdzianu. Wystarczyło jedno niewłaściwe spojrzenie, żeby zdecydować, kto zostanie w loży do rana, a kto zniknie, gdy tylko przestanie być interesującym. Wszystko to wyglądało naturalnie. Jak część zabawy. Coś, co miało tu miejsce każdego wieczoru, bez wyjątku. Nic jednak w loży nie działo się z przypadku, nawet jeśli sprawiało takie wrażenie.
Gdy usłyszał słowa chłopaka o prowadzeniu dokumentacji nowych członków, kąciki jego ust mimowolnie się uniosły. Uznał to za urocze. Naiwne, lekkomyślne, a jednocześnie rozczulające. Jego zaproszenia były jednorazowe. Uwaga, jaką komuś poświęcał, szybko mijała, jak każde jego przelotne zainteresowanie. Miał w zanadrzu tuziny ładnych chłopców i dziewcząt gotowych zrobić dla niego wszystko. Nie musiał wracać do tych samych. Nigdy nawet o tym nie pomyślał. Smakowali najlepiej za pierwszym razem. Ludzie przypominali mu drogie wino — najlepsi zaraz po otwarciu butelki. Nikt nie wracał następnego dnia do tego, co zostało na dnie kieliszka. Powtórki nie miały już tej iskry, której potrzebował, żeby mieć z tego prawdziwą frajdę. Czy dzisiejszy gość był w stanie to zmienić? Art na to nie liczył, choć gdzieś na dnie tej wątpliwości czaiło się coś, co przypominało ciekawość.
Gdy usiadł obok niego, po raz pierwszy przyjrzał mu się naprawdę uważnie. Był ładny. Zachowywał się zadziornie. Dostrzegł w nim tę burzę emocji, która mogła być zasługą jego osoby, ale też wielu innych bodźców, które nałożyły się na siebie w tak krótkim czasie. Był na swój sposób intrygujący. Może nawet nieco za bardzo, jak na kogoś, kto miał zniknąć z jego życia równie szybko, jak się w nim pojawił.
Każdy jego krok, każdy dotyk, oddech na szyi, bliskość twarzy, nawet tonacja głosu – to był scenariusz pisany nieprzerwanie w jego głowie, poprawiany na bieżąco, dostosowywany do reakcji publiczności złożonej chwilowo z jednej osoby. Wiedział, jak wiele mógł osiągnąć, dając chłopakowi choćby mgliste poczucie, że jest w centrum uwagi. Że aktor go zauważył. Że może się nim zainteresował, może uznał go za atrakcyjnego, ciekawego, a może nawet pożądanego.
– Naprawdę tak uważasz? – zapytał sciszonym głosem, niemal poufałym. – Nikt przy mnie nie jest wystarczająco wyluzowany.
Nie skłamał. Bo gdyby Quin faktycznie czuł się przy nim swobodnie, usiadłby obok niego od początku, gdy miał do tego idealną okazję. Odrzuciłby dziewczyny, które ewidentnie go molestowały, a jednak na wszystko im pozwalał. Nie robił niczego, bo chciał. Wykonywał rozkazy. Grzecznie akceptował otaczającą go rzeczywistość jak posłuszny statysta w scenie filmowej.
– Wspaniale – rzucił tylko krótko, gdy ten się zgodził, tonem tak lekkim, jakby mówił o pogodzie.
Nie przestał go sprawdzać. Wciąż miał kilka pomysłów, które chciał zrealizować, zanim ten interesujący wieczór dobiegnie końca. Chciał zobaczyć, jak daleko chłopak potrafi się posunąć. Jak wiele odwagi kryło się za tym uroczym uśmieszkiem i spoufalającym się spojrzeniem, które rzucał mu ukradkiem, myśląc, że nikt tego nie zauważy.
Pochylił się i sięgnął po małą, przezroczystą torebkę strunową leżącą na stoliku obok czyjejś limitowanej Birkin od Hermès, niedbale rzuconej jak zwykła podróbka od tureckiego naciągacza. Otworzył opakowanie wypełnione różnokolorowymi tabletkami, każda z innym symbolem wytłoczonym na powierzchni, jakby cały trik polegał na tym, by wylosować coś, co nas nie zabije. Spojrzał jeszcze raz na Quina, badawczo, jakby sprawdzał, czy ten w ogóle rozumie, na co właśnie się zgodził. Wyciągnął jedną, zamknął woreczek, który wylądował obok niego na kanapie, wciąż jednak w zasięgu jego ręki.
Wtedy oparł się wygodnie o miękką tapicerkę, włożył sobie MDMA między zęby i kiwnął głową w stronę chłopaka, jakby sugerował mu bez słów, że teraz jego kolej, żeby się tym zająć – ustami, palcami, jakkolwiek zechce.
Czy wszystko działo się zbyt szybko? Może. Czy miał ochotę się zabawić? Jak najbardziej. Liczył na jego kreatywność. Chciał się przekonać, jak brawurowy jest jego nowy nabytek. Odważni bywali najzabawniejsi. Przynajmniej póki mu się nie znudzili.

Quincy Hargreaves
21 y/o
For good luck!
175 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Przez pierwszą sekundę Quincy nie zrozumiał. Patrzył na tabletkę między zębami Arta i jego umysł, zwykle absurdalnie szybki (jak woda w klozecie), zrobił coś zupełnie niecharakterystycznego: zatrzymał się. Wokół nadal istniała muzyka. Bas wchodził przez podłogę, kanapę, kości. Ktoś obok się śmiał. Dziewczyna, która jeszcze przed chwilą miała rękę pod jego koszulką, powiedziała coś do blondynki. Nad stolikiem przesuwało się światło, raz czerwone, raz niebieskie, i za każdym razem twarz Arta wyglądała trochę inaczej.vTylko że Quincy przestał właściwie widzieć cokolwiek poza jego ustami. Och. Och! To było polecenie. Niewypowiedziane, oczywiście. Art najwyraźniej nie należał do ludzi, którzy marnowali słowa na rzeczy możliwe do zakomunikowania jednym ruchem głowy. Quincy poczuł nagle coś niemal obraźliwie podobnego do tremy.
Mógł wziąć tabletkę palcami. Ta możliwość pojawiła się natychmiast i była tak rozsądna, że Quincy od razu ją znienawidził. Palcami byłoby bezpiecznie. Lekko. Mógłby wyjąć ją Artowi spomiędzy zębów, wrzucić do ust, uśmiechnąć się i powiedzieć coś wystarczająco bezczelnego, żeby wszyscy uznali, że zdał egzamin. Ale przecież Art nie trzymał jej w dłoni. To był szczegół.
Quincy miał słabość do szczegółów. Przez ostatnie miesiące zbudował z nich całego człowieka. Z tego, jak Art poprawiał włosy podczas wywiadów. Z tego, że czasem przed odpowiedzią przesuwał językiem po dolnej wardze. Z fotografii robionych przez ludzi stojących pod hotelami. Z cudzych opowieści i nagrań trwających po siedem sekund. Ludzie wyobrażają sobie obsesję jako coś gwałtownego. Wielkie gesty. Ściany obklejone fotografiami. Tymczasem prawdziwa obsesja była znacznie bardziej administracyjna. Przypominała archiwum. Człowiek katalogował drobiazgi, nadawał im znaczenie, aż pewnego dnia orientował się, że wie o kimś tysiąc rzeczy, których nigdy nie miał prawa wiedzieć. Teraz dostał kolejny szczegół. Art chciał zobaczyć, co zrobi. Ta świadomość przeszła przez Quincy’ego jak prąd. Nie chodziło nawet o tabletkę. Tabletka była rekwizytem. Chodziło o kilka centymetrów pustej przestrzeni między nimi i pytanie, którego Art nie musiał zadawać.
No dalej. Masz jedną okazję! Quincy zawahał się. Naprawdę. Może sekundę. Może mniej. Później będzie oczywiście pamiętał tę chwilę inaczej. W jego wersji nie będzie żadnego zawahania. Będzie tylko spojrzenie, uśmiech i decyzja podjęta z nonszalancją człowieka, który robi podobne rzeczy w każdy piątek. Ale teraz serce uderzyło mu tak mocno, że poczuł je w gardle. A może to tylko bas?
Quincy spojrzał Artowi w oczy i nagle pomyślał o wszystkich ludziach, którzy siedzieli wcześniej na tej kanapie. O wszystkich ładnych chłopcach i dziewczynach, modelach, aktorach, dzieciakach bogatych rodziców. Ilu z nich dostało dokładnie ten sam gest? Ilu siedziało dokładnie tutaj? Ta myśl powinna była ostudzić jego entuzjazm. Zrobiła coś odwrotnego. Quincy nie chciał być pierwszy. (Cuckold alert!) Uniósł więc dłoń, ale nie w stronę tabletki. Położył ją na oparciu kanapy, tuż obok ramienia Arta, przesuwając się bliżej. Jeszcze kilka centymetrów. Pochylił się i go pocałował.
Nie gwałtownie. To byłoby zbyt łatwe. Najpierw tylko zetknął ich usta, jakby dawał Artowi tę jedną, ostatnią możliwość odsunięcia się. A może dawał ją sobie. Trudno było powiedzieć. Quincy już dawno przestał być wiarygodnym świadkiem własnych intencji. Tabletka znalazła się między nimi. Odebrał ją ustami, lekko pkdchaczając koniuszkiem języka. Ta sekunda była jego. I nim się obejrzał, pocałunek nabrał na sile. Tabletkę schował pod językiem, żeby nie przeszkadzała. Cicho wypuścił powietrze i wpił się w jego wargi raz jeszcze. Głębiej, chciał poczuć dotknięcie jego języka.
Odsunął się dopiero po chwili. Kosztowało go to więcej siły woli, niż zamierzał kiedykolwiek komukolwiek przyznać. Przez moment pozostał jednak blisko, tak że przy następnym oddechu niemal znowu musnął ustami Arta. Tabletka spoczywała teraz w jego ustach. Quincy czuł jej gorzki, chemiczny smak i pomyślał z osobliwym rozbawieniem, że zapewne powinien teraz zastanawiać się, co właściwie bierze. Nie wiedział, skąd pochodziła. Nie wiedział, kto ją przyniósł. A jednak pytania, które w każdym innym miejscu przyszłyby mu do głowy automatycznie, tutaj wydawały się należeć do jakiegoś innego Quincy’ego. Rozsądniejszego. Takiego, który został kilka pięter niżej razem z płaszczem i resztkami instynktu samozachowawczego. Przełknął. Dopiero potem odsunął się o kilka centymetrów i spojrzał na niego z niewinną miną, której nie powstydziłby się człowiek właśnie przyłapany z ręką w cudzej kieszeni.
- Jedna? - zapytał, jakby miał ochotę na jeszcze jedną. A może na jeszcze jeden pocałunek?. Sam nie wiedział, skąd wzięła się w nim odwaga, żeby to powiedzieć. Może z kokainy. Może z alkoholu. Może z pocałunku. A może odwaga była po prostu inną nazwą na moment, w którym człowiekowi zależało na czymś bardziej niż na własnym bezpieczeństwie. Quincy oparł się wygodniej o kanapę. Tym razem nie poprawił nóg. Nie zastanawiał się nad rękami. Popatrzył na woreczek leżący obok Arta, potem z powrotem na jego twarz.
- Jeśli poproszę o jeszcze jedną? - oczywiście, chciał aby zaserwował ją w ten sam sposób, ale…
- Znajdziesz równie kreatywny sposób podania? - zaśmiał się cicho. Quincy nie miał najmniejszego pojęcia, czy mu zaimponował. Nie wiedział nawet, czy Art za pięć minut nadal będzie zainteresowany jego obecnością. Ale właśnie dlatego musiał zachowywać się tak, jakby odpowiedź była oczywista. Później nie potrafiłby powiedzieć, kiedy dokładnie coś zaczęło się zmieniać. Nie było żadnej granicy, żadnego momentu, w którym świat przeskoczył z jednego stanu w drugi. Takie rzeczy najwyraźniej przychodziły jak temperatura w pokoju: człowiek nie zauważał każdej kolejnej dziesiątej stopnia, aż nagle orientował się, że jest mu gorąco. Najpierw pojawiło się ciepło. Rozlało się gdzieś spod mostka, po szyi i ramionach, jakby ktoś powoli odkręcał ogrzewanie od środka. Potem szczęka zaczęła domagać się ruchu; Quincy przesunął językiem po zębach i zacisnął je na chwilę, prawie nieświadomie. Muzyka zrobiła się dziwnie przestrzenna.

Arthit Rattanakosin
Kwiatkowski
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
179 cm
🎭 aktor & wokalista 🧑‍🎤 pod The Venture Management
Awatar użytkownika
I will tell you something, but I warn you, it is a lie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
🥵 stuff
Po nowym chłopaczku nie oczekiwałby takiej odwagi. Był jednak miło zaskoczony. Pozwolił się pocałować. Później pogłębić kolejne zbliżenie. Nie dał mu jednak rozkoszować się tą chwilą zbyt długo. Wycofał język, gdy tamten próbował go uchwycić podczas tego spotkania, zostawiając Quincy'ego z tym charakterystycznym, na wpół rozczarowanym spojrzeniem, jakie widział już na twarzach dziesiątek innych ludzi w podobnych sytuacjach. Mimo to chłopak całkiem dobrze poradził sobie z tabletką. Jakby miał już w tym wprawę, choć Art wątpił, żeby ktokolwiek wcześniej częstował go czymś w podobny sposób. Był jednak wciąż zbyt ostrożny. Wycofany. Niepewny. Brakowało w tym pasji, może nawet odrobiny agresji, której szukał u ludzi, z którymi decydował się spędzić więcej niż jeden wieczór. Cały ten akt był za niewinny, zbyt prosty jak na jego gust. Potrzebował czegoś więcej.
– Na kolejną musisz zasłużyć. Na razie mnie nie przekonałeś – przyznał, nie ukrywając lekkiego rozczarowania w głosie.
Niczego jednak nie ponaglał. Chciał, żeby narkotyk wykonał swoją robotę. Żeby rozszedł się po ciele młodszego mężczyzny, zagłuszył jego wątpliwości, zerwał z tą całą kurtuazyjną przyzwoitością, której Quincy trzymał się jak tarczy, i odebrał mu kontrolę nad tym, gdzie jeszcze się ograniczał. Chciał poznać go surowego. Obdartego z moralności, którą tak starannie sobie wypielęgnował przez te wszystkie miesiące oddania. Gotowego poddać się temu, co miało wydarzyć się w kolejnym rzuconym mu wyzwaniu.
Wszyscy wokół bawili się dalej, nie zwracając szczególnej uwagi na tę dwójkę. Może obawiali się jego reakcji, gdyby ktoś im przerwał. A może widok ten był dla nich na tyle znajomy, że przestał być czymkolwiek interesującym już dawno temu – jeszcze jeden wieczór, jeszcze jeden chłopak, jeszcze jedna scena rozgrywająca się na tej samej kanapie, na której rozegrało się już tyle innych.
Pochylił się nad stolikiem, żeby uzupełnić kieliszek drogim szampanem. Bąbelki wznosiły się leniwie w złocistym płynie. Wziął porządny łyk, ale nie połknął go od razu. Odłożył szkło na zagłówek sofy i przeniósł wzrok z powrotem na Hargreavesa. Jego zamglone spojrzenie, ta lekka nieostrość w ruchach głowy sugerowały, że narkotyk na dobre się rozgościł. Art zamierzał wykorzystać tę okazję.
Jak gdyby nigdy nic, wciągnął go na swoje kolana. Złapał go od tyłu, upewniając się, że tamten nie straci równowagi przez tak gwałtowną zmianę pozycji. Zacisnął dłonie na jego pośladkach, przyciskając go mocniej do siebie. Po chwili odnalazł jego usta, w które wpił się drapieżnie, bezczelnie wpraszając się do środka. Bąbelki zaczęły łaskotać go po zębach, gdy podzielił się z nim alkoholem. Ciepły smak szampana mieszał się teraz z czymś bardziej intymnym. Nie był delikatny. Nie pozwalał mu się wycofać. Przez ten krótki moment traktował go jak swoją własność. Bo tak naprawdę nią był, odkąd przekroczył próg jego loży. Przyjął zaproszenie do jego świata na jego warunkach. Sprzeciw nie miał już sensu. Zdanie chłopaka, jego potrzeby, jego komfort – wszystko to było dla aktora bez znaczenia. Zwykła fanaberia, zrodzona z tego złudnego poczucia, że wciąż posiada się własną wolę. Robił, co chciał, bo doskonale wiedział, że nikt mu nie przeszkodzi. Dostrzegał w Quinie tę potrzebę bliskości, głęboko zakorzenioną, wyczekiwaną miesiącami. Nie miał wątpliwości, że chłopaczek należy już tylko do niego.
Dopiero gdy zabrakło mu powietrza, na chwilę oderwał się od jego ust. Miał przyspieszony oddech, serce bijące szybciej niż zwykle. Nie był jednak w pełni usatysfakcjonowany. Dopiero się rozkręcał. Czuł, jak ciepło rozkosznie rozlewa się po całym jego ciele, jak prymitywne instynkty powoli budzą się do życia, zrzucając z siebie tę cienką warstwę kontroli, którą nosił na co dzień przed kamerami.
– Czy teraz rozumiesz zasady mojej gry? – wyszeptał, gdy się trochę uspokoił.
Pochylił się nad nim, ale nie pocałował go po raz kolejny. Złapał jego dolną wargę zębami i zostawił na niej bolesną pamiątkę. Poczuł krew na swoim języku, metaliczną w smaku i przyjemnie ciepłą. Oblizał usta, rozkoszując się swoim dziełem, obserwując, jak tamten reaguje na ten mały, świadomy akt przemocy.
– Pokaż mi, że potrafisz niegrzecznie poprosić o moją uwagę.
Nie zamierzał go powstrzymywać. Nie planował wskazywać mu kierunku. Chciał, żeby ten odnalazł drogę bez jego pomocy. Był ciekaw, jak daleko może się posunąć. Jak bardzo jest odważny i gdzie kończy się jego zdrowy rozsądek? Czy go czymś zaskoczy? Czy okaże się lepszy niż pozostali, którzy siedzieli już wcześniej na tej samej kanapie, w tej samej pozycji, z tym samym błyskiem desperacji w oczach? A może okaże się po prostu przeciętny. Niewart jego czasu i uwagi. Że to, co pokazał do tej pory, było już wszystkim, na co go stać. Nie chciał się zawieść, ale też nie oczekiwał zbyt wiele. Chłopcy tacy jak Quinn zwykle byli mocni w buzi, silni w deklaracjach, w spojrzeniach rzucanych z odległości, ale nie w czynach. Po bliższym poznaniu okazywali się nijacy. Nieskomplikowani. Vanilla, jak lubił to nazywać, gdy żartował sobie w gronie znajomych.
Nie zepchnął go jeszcze ze swoich kolan, tak jak wcześniej zrobił to z rudzielcem. Wciąż trzymał go za pośladki, które bolesnie przypominały mu teraz, że jest tylko facetem i myśli nie tylko głową, ale też czymś znacznie mniej rozsądnym.

Quincy Hargreaves
21 y/o
For good luck!
175 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Arthit Rattanakosin
Kwiatkowski
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
179 cm
🎭 aktor & wokalista 🧑‍🎤 pod The Venture Management
Awatar użytkownika
I will tell you something, but I warn you, it is a lie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Art nigdy nie uważał się za kogoś, kto łatwo tracił kontrolę. Ona była jego walutą, jego fundamentem, tym jednym, co odróżniało go od setek innych twarzy przewijających się przez jego życie – ludzi, którzy chcieli go dotknąć, posiadać, zapamiętać. Bez opamiętania. Pozbawieni granic. On zawsze pozostawał tym, kto decydował, ile z siebie da, komu i na jak długo. To była zasada, której trzymał się z religijną wręcz konsekwencją, nawet wtedy, gdy sam siebie oszukiwał, że robi to z czystej przyjemności, a nie z lęku przed tym, co mogłoby się stać, gdyby raz pozwolił sobie na coś więcej.
A jednak teraz, z Quinem na kolanach, z ciepłem szampana wciąż wyczuwalnym na języku i tym narastającym, gorączkowym wibrowaniem gdzieś pod mostkiem, poczuł, jak ta zasada zaczyna się kruszyć na jej brzegach. Nie całkowicie. Nie na tyle, żeby przestał być sobą. Ale wystarczająco, żeby zauważyć, jak myśli o chłopaku zmieniają kształt, przesuwają się z czegoś, co mogłoby przypominać ciekawość, w stronę czegoś znacznie surowszego, bardziej użytkowego. Quin przestawał być zagadką wartą rozwiązania. Stawał się narzędziem, instrumentem, na którym Arthit zamierzał zagrać dokładnie tak, jak chciał, wydobywając z niego dźwięki, jakie sobie wyobrażał, zanim ten w ogóle wszedł do loży. To nigdy nie będzie zauroczenie. Nie było w tym nawet cienia czegoś, co dałoby się podobnie nazwać. To był głód – pierwotny, samolubny, pozbawiony sentymentów, żądza posiadania czegoś, co odpowiadało na każdy jego gest z tak absolutną gotowością, że aż przestawało mieć znaczenie, kim ten ktoś był poza tym jednym liczącym się dla niego momentem.
Otoczenie przestało dla niego istnieć. Ktoś przeszedł obok, może rzucił im spojrzenie, może nie – nie zauważył i nie chciał zawracać sobie tym głowy. Muzyka, śmiechy, cała ta otoczka wieczoru, która jeszcze godzinę temu wydawała mu się ważna, zlała się teraz w nieistotny szum w tle, coś, co działo się gdzieś daleko, w innym pomieszczeniu, w innym życiu. Liczyła się tylko ta jedna, ściśnięta w czasie chwila i to, jak bardzo chłopak był gotów mu się oddać, bez pytań, bez wahania, bez tej odrobiny rozsądku, która u innych zwykle wygrywała w ostatniej sekundzie. Nikt go tu nie oceniał. Nikt nie miał odwagi. A nawet gdyby ją posiadał – co by to zmieniło? Był Arthitem Rattanakosinem. Mógł robić, co chciał, z kimkolwiek chciał, i świat i tak znajdzie dla niego wymówkę, zanim nawet zdąży go o to zapytać.

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Quincy Hargreaves
Ostatnio zmieniony czw wrz 10, 2026 8:02 pm przez Arthit Rattanakosin, łącznie zmieniany 3 razy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Emptiness”