ODPOWIEDZ
28 y/o
For good luck!
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#6
jakiś czas temu

Wiadomość od Javiera przyszła znienacka, pewnego niedzielnego popołudnia, gdy starszy detektyw akurat przebywał poza Kanadą:
jest sprawa, jestem w Barcelonie
zerkniesz na Dilliona? Zostawiłem akta w jego sprawie na twoim biurku
będę ci winien przysługę jak wrócę

Cree odpisał rzeczowo, pytając o autoryzację – nie znał tej sprawy i nie zamierzał ruszać niczego bez formalnego zielonego światła. Perez potwierdził wkrótce, że Crawford zatwierdziła wszystko i tyle wystarczyło. Bellerose zajął się tym, gdy tylko wrócił do biura, przeglądając akta zostawione na jego biurku i zaznajamiając się z detalami sprawy człowieka, który miał być teraz pod jego opieką. Przynajmniej przez jakiś czas.
Zadanie zapowiadało się prosto. Podjechać pod kościół, nie zwracając na siebie uwagi, zamienić kilka słów z mężczyzną, dyskretnie dopytać, czy ktoś podejrzany nie kręcił się wokół plebanii, i wrócić do swoich codziennych obowiązków. Tak właśnie wyglądały ich pierwsze kilka spotkań – krótkie, rzeczowe, pozbawione zbędnych ceregieli. Z czasem jednak coś się zmieniło. Rozmowy zaczęły trwać dłużej, niż było to konieczne. To, co miało być przypadkowym pojawianiem się na miejscu, stało się czymś bardziej naturalnym i powtarzalnym – pytaniem o to, co Harry porabiał w ostatnim czasie, jak radził sobie z obecnymi zajęciami, czy przyzwyczaił się już do kanadyjskiej pogody, która nijak nie przypominała tego, do czego był przyzwyczajony. Teraz ich relacja bardziej przywodziła na myśl spotkania dwóch dobrych znajomych niż formalne wizyty kontrolne. Miejsce i obowiązki, które reprezentowali, nie miały już większego znaczenia.
Gdy starszy detektyw w końcu wrócił i przejął z powrotem opiekę nad organistą, Bellerose zaczął go odwiedzać rzadziej. Wciąż, jednak gdy tylko znalazł się w okolicy, starał się wpaść choćby na kwadrans, zamienić kilka zdań, upewnić się, że wszystko jest w porządku. Było to jednak znacznie mniej regularne i zdecydowanie bardziej spontaniczne niż wcześniej.
Podczas jednej z takich wizyt Harry poprosił go, żeby przyjechał po godzinach popołudniowej mszy, gdy dzień zacznie się już chylić ku końcowi, bo chciał z nim o czymś porozmawiać. Cree nie miał pojęcia, o co dokładnie chodziło, ale zgodził się bez wahania. Dillion wydawał się tego dnia wyraźnie poruszony jakimś tematem, a nie należał do ludzi, którzy bez powodu wzywali policjanta na teren kościoła o tak późnej porze.

teraźniejszość

W dzień spotkania skończył pracę wcześniej, więc ruszył na miejsce prosto z domu, korzystając z prywatnego samochodu zamiast służbowego. Brak korków sprawił, że droga zleciała mu szybciej, niż się spodziewał i zaparkował przy cmentarzu, nie zajmując miejsc z przodu kościoła, przy głównym wejściu. Nie musiał bawić się w dyskrecję, ale wyuczone nawyki robiły swoje.
Przeszedł obok rzędów nagrobków, zastanawiając się, tylko przez chwilę, niemal odruchowo, ile spośród leżących tu osób miało jakikolwiek związek ze sprawami, którymi zajmował się w ostatnich latach. Nazwiska na kamieniach zlewały się w jedną, przytłaczającą plątaninę liter i cyfr, obojętną na to, kim był i po co tu przyszedł. Wszedł do pustego, cichego, ładnie oświetlonego wnętrza kościoła, gdzie ostatnie promienie popołudniowego słońca wpadały przez witraże, malując na drewnianych ławkach nierówne, kolorowe plamy. Zasiadł w tylnej ławeczce, opierając łokcie na kolanach, i czekał na Harry'ego, próbując zgadnąć, co mogło być na tyle ważne, żeby wymagało rozmowy właśnie tutaj, właśnie o tej porze.
Gdzieś w głębi kościoła, gdzie zapadał już półmrok, cicho skrzypnęły drzwi zakrystii.

Harry Dillion
26 y/o
For good luck!
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

   Czuł się dziwnie z myślą, że jest obserwowany i pilnowany. Ściąganie na siebie uwagi nigdy wcześniej nie stanowiło dla niego problemu. Mieszkając jeszcze w Nowym Jorku często zaglądał do barów i klubów, gdzie dawał popisy podczas nocy karaoke, przez co dość szybko stał się popularny wśród stałych klientów. Nigdy więc nie miał problemów z tym, że się na niego patrzyło. Tutaj jednak było inaczej, bo nie był to ten rodzaj uwagi, jakiego ktoś by sobie życzył. Nadzór policyjny, który czasami czuł na sowich plecach był dziwny. Miał wrażenie, jakby to on był kryminalistą, który wydostał się na wolność ale trzeba go było pilnować, żeby znów czegoś nie odpierdolił. I gdyby wiedział, że jego życie przybierze właśnie taki obrót, to pewnie tamtej pamiętnej nocy odwróciłby się na pięcie i poszedł do domu dłuższą drogą.
   Niestety zrobił inaczej i teraz musiał mierzyć się z konsekwencjami. I owszem, wiedział, że uwaga policji, która była na nim skupiona miała mu pomóc w poczuciu się bezpiecznym. I spełniała to zadanie doskonale, bo Harry rzeczywiście czuł się lepiej wiedząc, że są ludzie którzy go pilnowali. Nie znaczyło to jednak, że nie czuł się z tym komfortowo. Nie mógł się do tego przyzwyczaić. Jego rozmowy z policją, a w szczególności z Javierem, sprawiały, że miał wrażenie jakby sam uczestniczył w jakiejś tajnej misji, której powodzenie zależało w całości od tego, jak sobie poradzi w tej nowej roli. Nocne wycieczki samochodem Pereza również nie pomagały, a jedynie uświadamiały go, że żyje w jakimś tanim kryminale noir z tym, że brakowało jakiejś femme fatale, która mogłaby dopełnić ten obrazek. Powoli się jednak przyzwyczajał i oswajał z tym, że zapewne już nigdy nie opuści Toronto. Chociaż tęsknił za Nowym Jorkiem, to wiedział, że jego życie w tamtym mieście się już skończyło i że poczuje się lepiej, jeśli się z tym pogodzi. Toronto nie było na szczęście złe i pod wieloma aspektami przypominało jego rodzinne miasto. Przeprowadzka nie była więc najgorsza. Więcej problemów sprawiało mu to, że z dnia na dzień został księdzem. I w sumie zastanawiał się, jak w ogóle mogło to być możliwe, skoro nie odbył żadnego szkolenia, nie pobierał nauk ani nie dostał wymaganych święceń, by spełniać taką posługę. Powiedziano mu jednak, że to nie będzie konieczne, bo chociaż oficjalnie tylko udaje księdza, to jego jedyną rolą w tym kościele będzie granie na kościelnych organach.
   Ku jego zaskoczeniu okazało się, że pomimo faktu bycia księdzem, rola ta wcale nie była taka ograniczająca. Harry wychowywany był jako katolik, więc miał dość silne wyobrażenia na temat religii i kościołów, które tutaj nie sprawdzały się w tak dużym stopniu. Kościół Anglikański, chociaż miał sporo wspólnego z katolickim, to różnił się w wielu aspektach, zwłaszcza w tych, które mogły okazać się ograniczające.
   Po jakimś czasie przyzwyczaił się również do Javiera i do tego, że od czasu do czasu pojawia się w jego życiu. Przyzwyczaił się też do Cree, który na chwilę przejął obowiązki Pereza, gdy ten akurat znalazł się poza Kanadą. Na szczęście okazało się również, że Cree był nieco bardziej przystępniejszy niż Javier, bo znajomość z nim wykroczyła poza sztywne ramy policyjnego obowiązku, a on w sumie zaczął lubić z nim rozmawiać, co pewnie miało związek z tym, że Cree był jednym z nielicznych rówieśników, z którymi Harry miał do czynienia. W kościele znacznie łatwiej było bowiem wpaść na osoby w wieku matki Dilliona, a z takimi osobami nie miał o czym rozmawiać. Dodatkowym plusem było też to, że policjant wiedział o tym, co przydarzyło się Harry’emu więc Dillion nie musiał przy nim niczego udawać. O dziwo Cree stał się więc osobą, przy której Harry czuł się na tyle komfortowo, że gdy tylko w jego głowie pojawiła się wątpliwość związana z ostatnimi wydarzeniami, to nie zawahał się przed zmuszeniem go do spotkania.
   Kończył zamiatać kościół po ostatniej tego dnia mszy. Kościół o tej porze, pomimo jasnego wystroju, staje się dużo bardziej ponury, więc Harry zazwyczaj szybko kończy zamiatanie i chowa wszystko do zakrystii, żeby jak najszybciej opuścić budynek. Tym razem postanowił jednak zaczekać na pojawienie się policjanta, bo wiedział, że kościół będzie jedynym najbezpieczniejszym i najspokojniejszym miejsce, w którym mogliby porozmawiać.
   Chował miotłę do szafy w zakrystii, gdy usłyszał kroki na marmurowej posadzce. Zamknął szafę i otworzył drewniane drzwi. Wnętrze kościoła zdążyło już pociemnieć, oświetlane jedynie nielicznymi lampkami mającymi udawać świece. W kościele nie było prawdziwych świec, bo mogłoby to prowadzić do pożaru, jeśli ktoś nie dopilnowałby tego, ale również dlatego, że kapiący wosk mógłby zniszczyć marmurową podłogę.
   – Nie lubię kościoła o tej porze – powiedział, wychodząc z zakrystii. – Cieszę się, że znalazłeś trochę czasu, muszę ci coś pokazać – dodał, podchodząc do detektywa. – Nie wiem, czy pamiętasz o tym, że kiedyś znaleziono tutaj rozkopany grób jakiegoś faceta z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego roku? – zapytał, chcąc wiedzieć, czy Cree był w ogóle świadomy tego, że takie coś miało miejsce. Początkowo sądzono, że ktoś chciał ograbić ten nagrobek, co w sumie się zdarzało, zwłaszcza że czasami ludzie byli grzebani z kosztownościami. Harry’’emu sprawa ta jednak nie mogła dać spokoju i początkowo nie mógł znaleźć przyczyny, dlaczego tak się działo. Przywoływał sobie obraz zwłok w głowie i chociaż na pierwszy rzut oka wydawały się one jakby rzeczywiście należały do ponad trzydziestoletniego trupa, to coś było z nimi nie tak. I po wielu godzinach myślenia na ten temat, w końcu odnalazł przyczynę. – Wiesz, że mam fotograficzną pamięć i zapamiętałem wszystkie detale dotyczące tego, jak te zwłoki wyglądały i przypomniałem sobie, że przy kieszonce była taka dość spora spinka z logo – powiedział, wyciągając z kieszeni kartkę, na której wydrukowane było logo, które widział na spince. – To logo sklepu z garniturami założonego w dwutysięcznym roku, czyli siedem lat po pogrzebie mężczyzny, do którego przypięta była ta spinka – stwierdził.

Cree Bellerose
Harry wikary
nuda i brak zaangażowania
28 y/o
For good luck!
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zapach starego drewna i wosku wciąż unosił się w powietrzu, mimo że prawdziwych świec tu nie zapalano. Może to była tylko sugestia aromatu, wyobrażenie zbudowane na latach oglądania podobnych wnętrz w filmach. Trochę jak gdy oglądasz program kulinarny i czujesz woń przyrządzanego w nim dania.
Nie musiał długo czekać na Harry'ego. Mężczyzna zjawił się w drzwiach zakrystii zaledwie kilka minut po tym, jak usiadł wygodnie na ławeczce.
Choć nie był religijny i nie uczęszczał na msze, kościół o tej porze był dla niego przyjemnie spokojny. Wręcz wyciszający. Lubił takie miejsca – niezbyt dobrze oświetlone, chłodne, opuszczone, trochę surowe. Pozwalały mu się skupić, odciąć się od gwaru komendy, od telefonów, od świata za tymi grubymi, kamiennymi ścianami. Od kiedy zaczął się widywać z Harrym, właśnie tutaj zauważył coś, czego wcześniej nie doceniał – że miejsca takie jak to miały w sobie coś, czego nie potrafił znaleźć nigdzie indziej w mieście. Nie stał się przez to bardziej duchowy. Nie odnalazł na nowo Boga, w którego nigdy tak naprawdę nie wierzył. Ale zaczynał rozumieć, dlaczego ludzie od wieków szukali w takich murach ukojenia, nawet jeśli w jego przypadku to ukojenie miało wymiar czysto praktyczny – cisza, w której łatwiej było myśleć, przestrzeń, w której nikt nie oczekiwał od niego natychmiastowych odpowiedzi.
Też miło cię widzieć – rzucił z wesołym przekąsem, unosząc kącik ust. Wstał z ławki, wyciągając rękę na powitanie, zanim usiadł z powrotem, dając Harry'emu przestrzeń, żeby zajął miejsce obok.
Zastanowił się przez moment nad pytaniem przyjaciela. Coś kojarzył, wiedział, że gdzieś już o tym słyszał, że dzwoniło, ale nie miał pojęcia, w którym kościele ani nie potrafił sobie przypomnieć, w którym dokładnie momencie. Na samą myśl o tym porównaniu, siedząc akurat w jednym, pokiwał głową z lekkim niedowierzaniem, jakby sam los postanowił zakpić z ironii sytuacji. Gdyby ktoś powiedział mu rok temu, że będzie spędzał wieczory w pustym kościele, słuchając teorii o podmienionych zwłokach od organisty objętego programem ochrony świadków, prawdopodobnie roześmiałby mu się w twarz.
Wysłuchał Harry'ego do końca. Musiał się z nim zgodzić – sytuacja wydawała się podejrzana. Nie mogła być zwykłym zbiegiem okoliczności.
Ale dlaczego ktoś zrobiłby to w tak niechlujny sposób? – zapytał bardziej retorycznie, niż oczekując odpowiedzi. – Rozkopany grób jest łatwy do zauważenia. Jeśli podmienione ciało pochodziło ze znacznie późniejszego okresu, powinno się też znajdować w zupełnie innym stanie rozkładu biologicznego. Ale już abstrahując od tego – po co robić podmianę w tak oczywistym miejscu?
Cała ta sprawa nie miała dla niego sensu. Podobnie jak ta, której był ostatnio świadkiem, gdy sam stał przed jednym z nagrobków, sprawdzając daty na akcie zgonu wobec tego, co widniało na kamieniu. Tam też nic się nie zgadzało – dokumenty mówiły jedno, świadkowie drugie, a sam cmentarz zdawał się przeoczyć błąd tak oczywisty, że aż trudno było uwierzyć, iż nikt wcześniej go nie zauważył. Śledztwo, które wtedy prowadził, nie wykazało żadnych nieprawidłowości, mimo że leżały na wierzchu, czekając, aż ktoś po nie sięgnie i w końcu zada właściwe pytanie.
Wracając jednak myślami do rozmowy z Harrym, zapytał:
Czy komuś o tym wspomniałeś?
Poczekał na odpowiedź, po czym dodał kolejne pytanie, tym razem ze słyszalnym napięciem w głosie:
Zgłosiłeś to na policję? A jeśli tak, jaki był ich odzew?
Tego rodzaju sprawy potrafiły odkryć znacznie więcej trupów w szafie, niż ktokolwiek się spodziewał, gdy zaczynał się nimi zajmować. Ciało rzadko było tylko odizolowanym problemem – zwykle prowadziło do kolejnego, a ten do następnego, aż w końcu ktoś odkrywał coś, czego wcale nie chciał znaleźć. Wtedy jednak było już za późno na wycofywanie się.
Musisz być ostrożny – powiedział w końcu, momentalnie poważniejąc. – W twojej sytuacji grzebanie w czymś takim może być ryzykowne. Jeśli Javier się dowie, że obaj jesteśmy w to zamieszani, będziemy mieli spore kłopoty.
Mimo to, im dłużej o tym myślał, tym mocniej czuł, że nie mogą tego tak po prostu zostawić. Wszystko wskazywało na to, że mieli do czynienia z poważnym przestępstwem, może nawet czymś większym, niż początkowo zakładał, a ignorowanie takich sygnałów nigdy nie było w jego naturze, niezależnie od ryzyka.
Czego ode mnie oczekujesz? – zapytał w końcu, patrząc mu prosto w oczy. – Jak mogę ci pomóc?
Potarł kark, jakby fizycznie próbował rozmasować napięcie, które od kilku minut narastało mu między kręgami szyjnymi. W końcu zdawał sobie sprawę z tego, że postępuje nieroztropnie. Powinien go od tego odwieść, kazać mu porzucić tę samowolkę, a nie się jeszcze angażować. Był pewien, że ta lekkomyślność ostatecznie odbije mu się czkawką.

Harry Dillion
26 y/o
For good luck!
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

   Kościół o tej porze dnia stawał się ponury. Jego normalną jasność ogarniał półmrok, zwłaszcza gdy świece były gaszone i jedynym źródłem światła były te wiecznie palące się światła przy ołtarzu. Nie mówiąc już o tym dziwnym, czerwonym światełku, który roztaczał wokół krwistą poświatę. Pod odpowiednim kątem można byłoby wykorzystać to, jako zdjęcie do plakatu jakiegoś horroru. W sumie kościoły ogólnie wydawały się idealnym miejscem na fabułę horrorów. Nie wiedział, z czego to wynikało, bo sam nie wierzył w nawiedzenia i tego typu rzeczy i dlaczego często rozgrywały się one na terenach uznawanych za święte. Niemniej jednak musiał przyznać, że miejsce to posiadało swoją aurę.
   O dziwo lubił tu przebywać. Może niekoniecznie na mszach, chociaż i te dawały mu pewną przyjemność, bo wprowadzały do jego życia pewnego rodzaju kontrolowany chaos i zamieszanie. Nie odnajdywał się na mszach. Nie wynosił z nich tego, co z pewnością wynosili zgromadzeni wierni, bo nie był człowiekiem wierzącym. Brakowało mu tej cząsteczki, która ewidentnie mogłaby pomóc mu nawiązać więź z Bogiem, czy inną siłą wyższą. Czasami przyłapywał się na tym, że w sumie chciałby to poczuć. Chciałby złączyć się na moment w tym grupowym natchnieniu, poczuć jak stępuje a niego Duch Święty i napełnia go boskim miłosierdziem. Nie miał jednak tego, więc jedyne co mógł robić, to obserwować tę modlącą się trzódkę, która nawet nie wiedziała, że do ich modłów przygrywa im heretyk i bluźnierca.
   Gdyby Bóg istniał, to pewnie już dawno strzeliłby w niego swoim piorunem, tak jak robił to mitologiczny Zeus.
   Unoszący się zapach świeżo zgaszonych świec ciągle unosił się w powietrzu. Było to ostatnie, co zostawało po ostatnim nabożeństwie, gdy wszyscy opuszczali kościół, a jego drzwi były zamykane na klucz. Było to zadanie Harry’ego, bo chociaż ostatnie minuty spędzane w tym budynku zawsze budziły w nim niepokój, głownie związany z panującą tu atmosferą, to Dillion lubił spędzać tutaj ostatnie minuty. Chociaż był w nich coś dziwnego, to spokój, który czuł był jak zanurzanie obolałego ciała w ciepłej wodzie.
   – Och… gdyby Javier się tak cieszył na mój widok, to nasze spotkania w samochodzie byłyby dużo przyjemniejsze – uśmiechnął się, ściskając dłoń Cree na powitanie. Bo była to prawda. W sumie do tej pory nie był w stanie zrozumieć, dlaczego Perez spotykał się z nim tylko wieczorami i tylko w samochodzie. Miał przez to wrażenie, jakby uczestniczył w jakimś kryminalnym filmie i planował z mężczyzną skok na bank albo jeszcze inny przekręt. Cree, gdy na chwilę przejął zadanie Javiera, po prostu pojawiał się na plebani i pytał, czy wszystko jest okej, co w sumie było tak normalne, że Harry na chwilę zapominał o tym, że jest w programie ochrony świadków.
   – Oj… no nie wiem czemu – odpowiedział mu, siadając obok. Rzeczywiście było to dość istotne pytanie, dlaczego ktoś zdecydował się na coś takiego. Prawdą było jednak to, że grób został rozkopany. Harry doskonale pamiętał ten dzień, bo wyrwano go z plebani tak nagle, że na cmentarz pobiegł z robioną na szybko kanapka i kubkiem kawy, którego o mało nie upuścił na nieboszczyka, gdy już go zobaczył. Już nawet nie trzeba było mówić o tym, że miał pamięć fotograficzną, bo takich rzeczy i takich widoków się po prostu nie zapomina.
   – Może zostały one podłożone tam wcześniej i nikt tego nie zauważył i mężczyźni, który teraz rozkopali ten grób ponownie byli zaskoczeni, że zastali ciało od tak na wierzchu? Nie wiem, co siedzi w głowach takim ludziom – wzruszył ramionami, przecierając twarz. W sumie to nikt tak dokładnie nie zwrócił uwagi na ciało, które znaleźli w tym grobie. Uznano, że należało ono do mężczyzny, który został tam pochowany, więc rodzina postanowiła go koniec końców pochować raz jeszcze, co też się stało zaledwie dwa dni później. No i gdyby nie ta przypinka z tym logo, to pewnie sprawa zostałaby zamieciona pod dywan.
   – Nie no… nikomu, jesteś pierwszą osobą. Z resztą, jak mam to powiedzieć? Że zapamiętałem, że facet miał przypinkę, która pojawiła się w obiegu kilka lat po pogrzebie tego faceta? Pomyślą, że mi się przywidziało albo gorzej, że jestem dziwny i że mi się nudzi – prychnął. No bo pewnie tak by właśnie było. Musiałby w jakiś sposób udowodnić, że faktycznie widział to, co mówił, a żeby to udowodnić, to musiałby doprowadzić do ponownego odkopania zwłok. Nie wiedział więc, czy istniała inna możliwość.
   – Oj tam, co może się stać? – zapytał, niemniej jednak szybko do głowy przyszły mu myśli odpowiadające mu na to pytanie. W sumie to nie musiało się stać zbyt wiele, by ściągnął na siebie uwagę. Oczywiście była to dość mało prawdopodobna możliwość, ale ciągle mogła się zrealizować.
   – Dowiedz się, czy policja zrobiła jakieś zdjęcia zwłokom… jestem przekonany, że to zrobili, bo pamiętam, że robili zdjęcia z tego miejsca. Nie wiem tylko, co aparat zdołał uchwycić. Jeśli znajdziesz zdjęcia, to zobacz, czy jest na nich ta przypinka i jeśli będzie, to powiedz ludziom to, co ja powiedziałem tobie, że logo, które powstało w dwutysięcznym roku nie mogło znaleźć się na zwłokach pochowanych siedem lat wcześniej – wyjaśnił swój plan, który wydał mu się wyjątkowo logiczny.
   – Chcesz cukierka? – zapytał zaraz, sięgając do kieszeni.

Cree Bellerose
Harry wikary
nuda i brak zaangażowania
28 y/o
For good luck!
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dziwnym trafem w jego głowie kościoły kojarzyły się głównie z wampirami. Nie był do końca pewien dlaczego. Wcale nie oglądał tylu filmów ani seriali o krwiopijcach. Może to przez trumny? Choć też niekoniecznie. Większość dzieci nocy, które oglądał, wybierała raczej wygodne łóżko, nieco bardziej nowocześnie. Czasem nie rozumiał własnego umysłu. Tego, dokąd go prowadził. Nie żeby było w tym coś niepokojącego. Każdy czasem potrzebował takiej odskoczni. Pisarzem przez to nie zostanie, ale przynajmniej nie będzie na okrągło rozmyślał o trupach z zamkniętych, i nie tylko, spraw. Choć czy wampiry po części też nimi nie były? Trudne się wylosowało.
Budynek kościoła był jednak dla niego tylko tym – ceglano-drewnianą konstrukcją, która nie sprawiała, że czuł się inaczej, gdy wchodził do jego wnętrza. Może było w nim trochę chłodniej niż na zewnątrz, ale jeszcze nie przeżył żadnego oświecenia. Nie nawrócił się. Nie odnalazł Boga w sercu. To nie było też tak, że w jakikolwiek sposób wyśmiewał wiarę czy próbował kogokolwiek od niej odwieść. Raczej nie dbał o przekonania innych. Preferował, jednak gdy ludzie wierzący zachowywali się w ten sam sposób wobec niego. Nie potrzebował ich dobrego słowa, nauk czy niech Bóg cię prowadzi, gdy się z kimś żegnał.
Jak to w samochodzie? – zapytał, choć nie był pewien, czy chciał poznać odpowiedź. Czy Javier należał do tych dziwnych detektywów, którzy zawsze się spieszą, na nic nie mają czasu, więc nawet rozmowa z kimś, kogo chronią, musi być załatwiana w pośpiechu? Ale żeby tak w aucie? Jeszcze ktoś by sobie pomyślał coś niestosownego tak jak on teraz. – Perez zachowuje się, jak przystało na jego wiek. Sztywny, wyrachowany, stary pierdziel. W tym samym czasie jednak bardzo dobry glina. Charakter może mieć niezaciekawy, ale jeśli nawet z takim podejściem wykonuje swoją robotę tak dobrze, to dla mnie może być jeszcze większym gburem. Bylebym nie musiał z nim pracować.
Wolał partnerować komuś w podobnym wieku. Nawet jeśli nie zawsze dogadywał się z taką osobą, to przynajmniej poczucie humoru i dystans mieli na podobnym poziomie. Co prawda zawsze sobie powtarzał, że z ludźmi starszymi od siebie całkiem nieźle się dogaduje, ale wciąż istniał w tym pewien limit. Javier go już dawno przekroczył. Jego przytłaczająca zgorzkniałość była zbyt odpychająca.
W sumie, jeśli ktoś podrzucił zwłoki, wiedząc, że grób i tak wkrótce zostanie przekopany, to pozbył się jednego z kluczowych dowodów. Trudno będzie udowodnić, że ktoś majstrował przy mogile, jeśli została już naruszona po raz kolejny – odparł, słyszalnie zmartwiony. To utrudniało im potencjalne śledztwo. Ktoś o to zadbał.
Harry miał sporo racji w tym, że spinka i jej pochodzenie mogłyby nie stanowić wystarczającego dowodu, żeby rozpocząć dochodzenie. Zwłaszcza jeśli wiązałoby się to z ponownym odkopywaniem zwłok. Była to strasznie upierdliwa papierologia, wymagająca wielu specyficznych zezwoleń i nakazów. Potrzebowali czegoś więcej.
Masz rację. Pewnie zebrałbyś opieprz, że marnujesz czas funkcjonariuszy na zwidy – potwierdził, szurając butami o podnóżek ławy. – Co się może stać? Wszystko! Jesteś ostatnią osobą, która powinna mieszać się w sprawy kryminalne. Zwłaszcza teraz.
Nie podniósł głosu ani nie był nawet zły. Nie chciał jednak, żeby Dillion się narażał. W jego sytuacji nietrudno było o kłopoty.
Mówisz, że przy ponownym rozkopaniu była policja? To nam nieco ułatwia sprawę, ale jeśli nie było żadnych podejrzeń, że podrzucone ciało jest kimś nowym, a nie oryginalnym lokatorem dołu, to niekoniecznie robili zdjęcia samemu nieboszczykowi. Oczywiście sprawdzę to – zapewnił go.
Nie skomentował jednak drugiej części przemyślnego planu przyjaciela. Nie dlatego, że był głupi i sam by tego nie wskazał na zdjęciu, ale nie mógł zdradzić, kto dostrzegł ten szczegół. Musiał udawać, że przypadkiem wpadł na ten trop, że po prostu zna markę i doskonale wie, że nie istniała wcześniej. Co było zupełnym blefem, ale chroniło drugiego mężczyznę przed niepotrzebną uwagą.
Na pytanie o cukierka aż się roześmiał. Wesoło, sympatycznie.
Próbujesz mnie przekupić słodyczami, żebym się zajął tą sprawą? Harry, naprawdę mało mnie cenisz – wydusił z siebie, gdy w końcu przestał się chichrać.

Harry Dillion
26 y/o
For good luck!
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

   Kościoły były ładne wizualnie, bo chociaż w jego opinii jedna były lepsze od drugich, to nie trafił jeszcze na budowlę, która byłaby brzydka. Oczywiście znal pewne stare budowle, będące pierwszymi kościołami w kraju budowanymi jeszcze za czasów pierwszych kolonizatorów i nie należały one do szczególnie zdobnych, to i tak miały swój urok. Pamiętał na przykład swoją rodzinną wycieczkę do Salem. Jego rodzina nie interesował się jakoś szczególnie czarownicami, bo nie wierzyli w magię i takie rzeczy, jednak sama historia wydawała się być dość intrygująca. Harry nigdy w czary nie wierzył, ale lubił od czasu do czasu poczytać o tym. Historia ludzi skazanych na czary z jakiegoś dziwnego powodu wydała mu się wyjątkowo bliska. Nie wiedział dlaczego, ale obstawiał, że mogło mieć to związek z jego orientacją i z faktem, że dorastał w środowisku w którym bycie homoseksualistą nie zawsze było widziane przychylnie. Dopiero później w jego życiu zaczęło pojawiać się więcej akceptacji. Trochę wiec mógł się utożsamić z osobami, które skazywano i oskarżano na podstawie wymyślonych i nieprawdziwych rzeczy tylko i wyłącznie dlatego, że coś w tych osobach nie pasowało.
   Będąc jednak w Salem miał okazję podziwiać pierwsze, purytańskie kościoły, które poza faktem, że były zabytkowe, to nie posiadały żadnych walorów artystycznych. W sensie po prostu sobie istniały nie przykuwając uwagi. Co w sumie mógł zrozumieć, biorąc pod uwagę, że purytanie sprzeciwiali się bogactwu kościoła i jego usilnym próbom sprawienia, że kościoły były tak zdobne i przepełnione bogactwami. Mógł się z tym po części zgodzić, bo jemu samemu również to przeszkadzało. Czuł się niekomfortowo wchodząc do świątyń, która była przepełniona złotem i bogactwami, wiedząc że jej parafian nie było stać na wykarmienie dzieci. Harry cierpiał bowiem na pamięć fotograficzną i doskonale pamiętał z Pisma Świętego fragmenty mówiące o tym, że wielbłąd ma większe szanse na przeciśnięcie się przez ucho igły niż bogaty na wstąpienie do nieba. Zgodnie z tą logiką większość duchownych nie dostąpiłaby zaszczytu dostania się do Nieba.
   – No… jest specyficzny – przyznał. Javier był człowiekiem, do którego Harry musiał przywyknąć. Na szczęście Dillion całkiem szybko znajduje wspólny język z osobami, z którymi musi się kontaktować. Jego relacja z detektywem nie miała łatwych początków, ale to wynikało głównie z faktu, że zostali na siebie skazani bezwłasnowolnie. Javier pewnie chciałby robić inne rzeczy, niż uganianie się za osobą z Programu Ochrony Świadków, a Harry, cóż… nie chciał być w tym programie. Ani jeden, ani drugi nie chciał mieć większego udziału w tych narzuconych im spotkaniach. Harry’ego trzeba było jednak pilnować, żeby nic mu się nie stało, czy to z czyjejś czy swojej własnej ręki. – Czasami mam wrażenie, jakby wydawało mu się, że jest Jamesem Bondem i wyrusza ze mną w tajną misję do McDonalda – zaśmiał się. O ile dziwnie to trochę brzmiało, to musiał przyznać, że jednak lubił z nim jeździć. Javier pokazywał mu dzięki temu miasto od różnych stron, nie tylko tych przyjemnych. Harry był na szczęście uodporniony i nie przeszkadzały mu widok bezdomnych czy pijanych. Takie rzeczy go nie odstraszały i nie bał się tego. Jako nowojorczyk był przygotowany na najróżniejsze sytuacje. Z resztą już nie raz było tak, że był postawiony w sytuacji, gdy musiał poradzić sobie z jakimiś zaczepkami ze strony podejrzanych typów.
   – Ale jakie zwidy? Przecież wszystko widziałem dokładnie – oburzył się lekko, ale na tyle głośno, żeby jego głos rozniósł się po wnętrzu Kościoła. Nie lubił, jak ktoś zarzucał mu, że coś mu się wydawało. Cree miał jednak rację, bo Harry nie dysponował żadnymi konkretnymi dowodami, które potwierdzałyby to, co mówił. No i przez to policja musiałaby uwierzyć mu na słowo, a to było głupie. Policjanci mieli bowiem wiele innych spraw na głowie niż bieganie za wymysłami.
   – No ale to co… mam to tak zostawić? – zapytał, kiwając głową. Wiedział, że powinien tak zrobić i nie zajmować się takimi rzeczami, bo mógłby ściągnąć na siebie uwagę. No ale coś nie pozwalało mu o tym zapomnieć. Nie wiedział, czym to coś było. Jedyne co wiedział, to fakt, że musiał się zaangażować. Może nie oficjalnie, ale przynajmniej z ukrycia.
   – Nic nie próbuję – powiedział, ale uśmiechnął się tak, jakby właśnie został przyłapany na gorącym uczynku i próbował wyjść z tego z twarzą. W sumie nie przyszło mu do głowy, by przekupywać detektywa, niemniej jednak był w stanie sięgnąć po wszystkie możliwości, byle tylko wyjść na swoje. – No chyba, że działa i zainteresujesz się tą sprawą… bo wiesz, nie można pozwolić, by zbrodnia uszła komuś na sucho – przyznał, kiwając głową z przekonaniem.

Cree Bellerose
Harry wikary
nuda i brak zaangażowania
28 y/o
For good luck!
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego rodzina nigdy nie należała do przesadnie religijnych. Co prawda, oficjalnie uważali się za chrześcijan, którzy obchodzili niektóre święta i do kościoła od czasu do czasu też zaglądali, ale nigdy nie wpajali wiary swoim dzieciom, za co był im bardzo wdzięczny. Nie tylko dlatego, że sam nie czuł żadnego powołania w tym temacie, ale też bardzo doceniał ich chęć dawania pociechom wyboru. Tak było nie tylko w tej dziedzinie, ale też w wielu innych, jednak w tym konkretnym przypadku chyba cieszył się z tej swobody najmocniej. Po niektórych rówieśnikach zauważył, jak bardzo wpajanie wiary na siłę wpływa na młode osoby, które nawet za drobne przewinienia, będące przecież częścią bycia człowiekiem, potrafiły się rozpłakać, uważając, że są niegodne pójścia do nieba. Takie przypadki nazywał niezdrową paranoją, a może nawet indoktrynacją. W tym samym czasie słuchał od rodziców tych dzieci, że największym złem chodzącym po ziemi są geje i tatuaże – jakby świat kurczył się do tych dwóch kategorii grzechu, podczas gdy prawdziwe zło, z którym on sam stykał się na co dzień w pracy, pozostawało zupełnie niezauważone, a przynajmniej niewystarczająco dla nich istotne.
Od niego rodzice wymagali bycia dobrym człowiekiem i na tym kończyły się nakazy i zakazy moralne. Nigdy nie mieli nic przeciwko temu, by kierował się w życiu sercem i rozumem, zamiast czymś spisanym w jakiejś książce sprzed wieków. Nawet gdy po szkole średniej, już w trakcie akademii policyjnej, przekazał im, że prawdopodobnie nie jest heteroseksualny i że chyba podoba mu się kolega z drużyny, nie sprzeciwiali się temu. Nie musiał też przeprowadzać z nimi żadnej poważnej rozmowy o tym, że może być biseksualny. Akceptowali go takim, jakim był, bez zbędnych ceregieli, bez łez, bez cytowania czegokolwiek o wiecznym potępieniu.
Bellerose był bardzo odpowiedzialnym i czasem może nieco zbyt formalnym policjantem, ale przy Javierze był jednak bardziej nowoczesnym detektywem. Nie traktował wszystkiego aż tak poważnie. Potrafił żartować nawet w pracy. Do obowiązków podchodził rzetelnie, ale nie z obsesyjną determinacją. Wiedział, kiedy musiał odpuścić lub wycofać się o dwa kroki, żeby wrócić do tematu ze świeżą głową. Poza tym uważał się za przyjemnego w obyciu. Do świadków, a nawet do podejrzanych, podchodził z rozwagą. Potrafił grać złego glinę tam, gdzie było to potrzebne, ale i dobrego, gdy druga opcja nie była konieczna.
Podniósł ręce do góry, jakby w geście obrony, gdy Harry z niezadowoleniem przyjął porównanie tego, co zobaczył, do zwidów. Był z nim po prostu szczery. Wierzył mężczyźnie, ale wiedział, że jego wiara niewiele znaczyła. Policja potrzebowała twardych dowodów, nie zapewnień, choćby najbardziej przekonujących.
Doskonale wiesz, że nie tak się sprawy mają. To, co widziałeś, ma zerową wartość dla przebiegu śledztwa. Może nas poprowadzić, pokierować, może dać nam wskazówki, ale w żaden sposób nie możemy tego uznać za dowód ani za wystarczający argument w sprawie. Nawet gdybyś był najbardziej prawdomówną osobą chodzącą po ziemi – wyjaśnił w swojej obronie. Gdyby praca detektywa była taka prosta, Toronto byłoby najbezpieczniejszym miastem na planecie. Niestety, tym marzeniom było daleko do brutalnej rzeczywistości, z którą musieli mierzyć się na co dzień.
Co ty powinieneś zrobić? Masz to zostawić. Nam. Policji znaczy się. Jesteś cywilem i to jeszcze w programie ochrony świadków. Jesteś ostatnią osobą, która powinna się w to mieszać – upomniał go, ale nie miał mu za złe, że próbował pomóc. To było bardzo odpowiedzialne, obywatelskie podejście. Doceniał to. Niestety, to on musiał postawić granicę, jako że był ręką wykonawczą prawa, to znaczy przymusu.
Musiałbyś mi postawić porządny obiad, żeby takie przekupstwo zadziałało. Od dawna nie jestem pięciolatkiem, co poleci na słodycze – roześmiał się na samą myśl, że dałby się kupić za cukierek, kręcąc przy tym głową z rozbawieniem. Harry miał w sobie coś, co skutecznie rozbrajało nawet najbardziej rutynowe rozmowy. – A będąc z tobą szczerym – to nie wiem. To nie będzie proste. Zrobię, co w mojej mocy, na pewno przejrzę, co kryminalni znaleźli na miejscu, czy pojawiły się jakieś zdjęcia nieboszczyka, ale nie obiecuję, że pozwolą mi otworzyć sprawę i się tym zająć.
Nie zamierzał go okłamywać. Nie planował też budzić w nim złudnych nadziei. Jeśli trup znajdujący się obecnie w dziurze nie był kimś zaginionym, a ich jedynym tropem miałaby się okazać broszka wyprodukowana później niż rzekoma śmierć oryginalnego zmarłego, to nie wróżył temu sukcesu. Widział już wystarczająco wiele takich spraw, które umierały śmiercią naturalną w szufladzie czyjegoś biurka, niewystarczających, żeby ktokolwiek chciał poświęcić im więcej niż jedno przelotne spojrzenie.
A poza bawieniem się w detektywa po godzinach, coś jeszcze u ciebie słychać? Ostatnio nie pojawiam się za często, bo z czasem krucho – zmienił temat, jednocześnie tłumacząc się z powodu swoich rzadszych wizyt. Ostatnio jakoś wyjątkowo dużo pracował, a dni zlewały mu się w jeden długi ciąg czytanych akt, przesłuchań i nieprzespanych nocy.
Oparł łokcie na ławie, lekko się pochylając w stronę Harry'ego, z tym samym rodzajem zainteresowania, jakie zwykle rezerwował dla ludzi, których faktycznie lubił, a nie tylko musiał obserwować z racji obowiązków. Kościelna cisza wokół nich sprzyjała takim rozmowom – niespiesznym, pozbawionym presji, jakby czas płynął tu inaczej niż w innych częściach miasta. Może właśnie dlatego chętniej tu wracał, nawet gdy sprawa, dla której przyjeżdżał, dawno przestała być jego głównym powodem.

Harry Dillion
ODPOWIEDZ

Wróć do „St. John's Anglican Church”