Czuł się dziwnie z myślą, że jest obserwowany i pilnowany. Ściąganie na siebie uwagi nigdy wcześniej nie stanowiło dla niego problemu. Mieszkając jeszcze w Nowym Jorku często zaglądał do barów i klubów, gdzie dawał popisy podczas nocy karaoke, przez co dość szybko stał się popularny wśród stałych klientów. Nigdy więc nie miał problemów z tym, że się na niego patrzyło. Tutaj jednak było inaczej, bo nie był to ten rodzaj uwagi, jakiego ktoś by sobie życzył. Nadzór policyjny, który czasami czuł na sowich plecach był dziwny. Miał wrażenie, jakby to on był kryminalistą, który wydostał się na wolność ale trzeba go było pilnować, żeby znów czegoś nie odpierdolił. I gdyby wiedział, że jego życie przybierze właśnie taki obrót, to pewnie tamtej pamiętnej nocy odwróciłby się na pięcie i poszedł do domu dłuższą drogą.
Niestety zrobił inaczej i teraz musiał mierzyć się z konsekwencjami. I owszem, wiedział, że uwaga policji, która była na nim skupiona miała mu pomóc w poczuciu się bezpiecznym. I spełniała to zadanie doskonale, bo Harry rzeczywiście czuł się lepiej wiedząc, że są ludzie którzy go pilnowali. Nie znaczyło to jednak, że nie czuł się z tym komfortowo. Nie mógł się do tego przyzwyczaić. Jego rozmowy z policją, a w szczególności z Javierem, sprawiały, że miał wrażenie jakby sam uczestniczył w jakiejś tajnej misji, której powodzenie zależało w całości od tego, jak sobie poradzi w tej nowej roli. Nocne wycieczki samochodem Pereza również nie pomagały, a jedynie uświadamiały go, że żyje w jakimś tanim kryminale
noir z tym, że brakowało jakiejś
femme fatale, która mogłaby dopełnić ten obrazek. Powoli się jednak przyzwyczajał i oswajał z tym, że zapewne już nigdy nie opuści Toronto. Chociaż tęsknił za Nowym Jorkiem, to wiedział, że jego życie w tamtym mieście się już skończyło i że poczuje się lepiej, jeśli się z tym pogodzi. Toronto nie było na szczęście złe i pod wieloma aspektami przypominało jego rodzinne miasto. Przeprowadzka nie była więc najgorsza. Więcej problemów sprawiało mu to, że z dnia na dzień został księdzem. I w sumie zastanawiał się, jak w ogóle mogło to być możliwe, skoro nie odbył żadnego szkolenia, nie pobierał nauk ani nie dostał wymaganych święceń, by spełniać taką posługę. Powiedziano mu jednak, że to nie będzie konieczne, bo chociaż oficjalnie tylko udaje księdza, to jego jedyną rolą w tym kościele będzie granie na kościelnych organach.
Ku jego zaskoczeniu okazało się, że pomimo faktu bycia księdzem, rola ta wcale nie była taka ograniczająca. Harry wychowywany był jako katolik, więc miał dość silne wyobrażenia na temat religii i kościołów, które tutaj nie sprawdzały się w tak dużym stopniu. Kościół Anglikański, chociaż miał sporo wspólnego z katolickim, to różnił się w wielu aspektach, zwłaszcza w tych, które mogły okazać się ograniczające.
Po jakimś czasie przyzwyczaił się również do Javiera i do tego, że od czasu do czasu pojawia się w jego życiu. Przyzwyczaił się też do Cree, który na chwilę przejął obowiązki Pereza, gdy ten akurat znalazł się poza Kanadą. Na szczęście okazało się również, że Cree był nieco bardziej przystępniejszy niż Javier, bo znajomość z nim wykroczyła poza sztywne ramy policyjnego obowiązku, a on w sumie zaczął lubić z nim rozmawiać, co pewnie miało związek z tym, że Cree był jednym z nielicznych rówieśników, z którymi Harry miał do czynienia. W kościele znacznie łatwiej było bowiem wpaść na osoby w wieku matki Dilliona, a z takimi osobami nie miał o czym rozmawiać. Dodatkowym plusem było też to, że policjant wiedział o tym, co przydarzyło się Harry’emu więc Dillion nie musiał przy nim niczego udawać. O dziwo Cree stał się więc osobą, przy której Harry czuł się na tyle komfortowo, że gdy tylko w jego głowie pojawiła się wątpliwość związana z ostatnimi wydarzeniami, to nie zawahał się przed zmuszeniem go do spotkania.
Kończył zamiatać kościół po ostatniej tego dnia mszy. Kościół o tej porze, pomimo jasnego wystroju, staje się dużo bardziej ponury, więc Harry zazwyczaj szybko kończy zamiatanie i chowa wszystko do zakrystii, żeby jak najszybciej opuścić budynek. Tym razem postanowił jednak zaczekać na pojawienie się policjanta, bo wiedział, że kościół będzie jedynym najbezpieczniejszym i najspokojniejszym miejsce, w którym mogliby porozmawiać.
Chował miotłę do szafy w zakrystii, gdy usłyszał kroki na marmurowej posadzce. Zamknął szafę i otworzył drewniane drzwi. Wnętrze kościoła zdążyło już pociemnieć, oświetlane jedynie nielicznymi lampkami mającymi udawać świece. W kościele nie było prawdziwych świec, bo mogłoby to prowadzić do pożaru, jeśli ktoś nie dopilnowałby tego, ale również dlatego, że kapiący wosk mógłby zniszczyć marmurową podłogę.
–
Nie lubię kościoła o tej porze – powiedział, wychodząc z zakrystii. –
Cieszę się, że znalazłeś trochę czasu, muszę ci coś pokazać – dodał, podchodząc do detektywa. –
Nie wiem, czy pamiętasz o tym, że kiedyś znaleziono tutaj rozkopany grób jakiegoś faceta z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego roku? – zapytał, chcąc wiedzieć, czy Cree był w ogóle świadomy tego, że takie coś miało miejsce. Początkowo sądzono, że ktoś chciał ograbić ten nagrobek, co w sumie się zdarzało, zwłaszcza że czasami ludzie byli grzebani z kosztownościami. Harry’’emu sprawa ta jednak nie mogła dać spokoju i początkowo nie mógł znaleźć przyczyny, dlaczego tak się działo. Przywoływał sobie obraz zwłok w głowie i chociaż na pierwszy rzut oka wydawały się one jakby rzeczywiście należały do ponad trzydziestoletniego trupa, to coś było z nimi nie tak. I po wielu godzinach myślenia na ten temat, w końcu odnalazł przyczynę. –
Wiesz, że mam fotograficzną pamięć i zapamiętałem wszystkie detale dotyczące tego, jak te zwłoki wyglądały i przypomniałem sobie, że przy kieszonce była taka dość spora spinka z logo – powiedział, wyciągając z kieszeni kartkę, na której wydrukowane było logo, które widział na spince. –
To logo sklepu z garniturami założonego w dwutysięcznym roku, czyli siedem lat po pogrzebie mężczyzny, do którego przypięta była ta spinka – stwierdził.
Cree Bellerose