35 y/o
For good luck!
189 cm
to ten gość, który kiedyś był nikim, a teraz pisze książki
Awatar użytkownika
tylko deszcz i palce wystukujące na maszynie znajomy rytm mogły zagłuszyć myśli...
ale o niej nie
ona wciąż kręciła się gdzieś na granicy jawy i snu, w fikcji, kolejnej książce, wspomnieniu i myśli, że powinna być obok
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkijakie chcesz
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłość
Już sam nie wiedział, czy dla Queenie był tylko przyjacielem, czy kimś więcej? A może teraz już nikim, kiedy opuścił ją na tyle lat. Kiedy pozwolił, żeby te najważniejsze decyzje w życiu podejmowała bez niego?
Mieszała mu w głowie.
Czego od niego chciała? Czego chciała przychodząc tu dzisiaj do niego? Opowiadać mu wciąż o swoim wspaniałym mężu. On nie chciał tego słuchać. Chciał jej. Nie liczył się z tym, że na przeciwko niego siedzi kobieta zamężna, siedzi matka małego dzieciątka, które teraz pewnie... płacze za nią.
Jak zamykał oczy, to mógł sobie to wyobrazić, dziecinny pokój, w którym Queenie trzyma w ramionach swoje maleństwo i Heatha za jej plecami.
Zemdliło go.
Zaraz wyrzucał jej to, jak kiedyś go potraktowała. Co powiedziała... Nie jemu przecież, ale Kristin. Doskonale to słyszał.
- Nie musiałaś... - pokręcił głową, bo chociaż te słowa nie opuściły jej ust, kiedy stała przed nim, kiedy patrzyła mu w oczy, to przecież doskonale wiedział, że chodziło o niego, bo to był ten dzień, kiedy on chciał przekroczyć pewne granice. Kiedy ich niewinne pocałunki i trzymanie się za rękę mieli jakoś określić, a ona mu uciekła. A potem ze łzami, przecież słyszał to w jej głosie, tłumaczyła Kristin jak to nie może go kochać, bo był... nikim.
Patrzył na jej twarz, kiedy się zmieniła. Nie wiedziała, że ją słyszał? Na pewno nie. Tylko Kristin widziała go wtedy, ale Queenie nie. Nie chciał stawać z nią twarzą w twarz, patrzeć w te smutne oczy, które nie potrafiły na niego spojrzeć, kiedy wyznawała by mu prawdę.
Ale ją znał.
- O tobie? - powtórzył po niej i prychnął - o tym, że zmarnujesz sobie życie przy mnie, owszem. O tym jak bardzo nie mogę ci dać tego, co inni chłopcy... - może powiedziałby coś jeszcze, ale już po bladych policzkach Pani Wyatt ciekły łzy. A jego...
Zamurowało.
Chciał do niej sięgnąć, wytrzeć jej twarz, bo mimo, że miał jej to za złe, to złamane serce, to przecież nie mógł patrzeć na jej łzy.
- Bo nie chciałem, żebyś musiała powtarzać mi to samo co jej... Cała we łzach - jak teraz. Odwrócił od niej spojrzenie, kiedy wycierała się w dłonie, a potem chusteczkę, kiedy łzy spływały na kamienną posadzkę pod jej stopami. Skąd te łzy? Dlatego, że wreszcie zrozumiała, jak wtedy złamała mu serce, że on to wszystko wiedział?
Ciężko mu z tym było, a myślał, że to wyznanie spadnie jak kamień z serca, że sprawi, że poczuje się wolny. Nie czuł się wcale, nie kiedy płakała rzewnie i pytała dlaczego nie wrócił wcześniej - a do czego miałem wracać Queenie? Kiedy nie mogłem ci zapewnić tego co twój mąż? Teraz mogę. Mógłbym, gdybyś tylko chciała - te słowa powiedział chłodno. Zakładając od razu, że nie chciała. Jego.
Przyjął inną taktykę. Drażnił się z nią wspominając o Bree.
Cios w serce, za cios w serce. Niech teraz obydwa krwawią, tak jak jego przez te wszystkie lata.
- Bo? Dlaczego miałbym ją zostawić? - jeszcze pociągnął ją za język. Jeszcze chciał, żeby mu to powiedziała, dlaczego miałby nie igrać z uczuciami jej szwagierki. Dążył do jednego, do tego, żeby Queenie wyznała mu co czuła. To co siedziało w jej ślicznej główce, to czym kierowało się jej serce, które przecież zabiło mocniej, kiedy się do niej przysunął. Czuł to.
Kiedy zaglądał w jej piękne, błękitne oczy z bliska, kiedy mówił jej te wszystkie słowa. O jej ślubie, o mężu. A ona zostawiała je bez odpowiedzi. A ona tylko... lgnęła do niego.
I ich usta spotkały się na ten jeden krótki moment, pocałunek delikatny jak trzepot skrzydeł motyla, czy był prawdziwy? Rzeczywisty? Czy tylko go sobie wyobraził, otumaniony zapachem jej drogich perfum?
Poczuł go na plecach i w piersi, w której serce znowu szarpnęło do niej mocniej. A potem... ten kurewski zawód, kiedy musiał się od niej odsunąć, bo do kuchni wkroczyła Bree.
W pierwszym odruchu, zaćmiony jeszcze tym nibypocałunkiem, a może jej spojrzeniem, tęsknym i szczerym, jak jeszcze nigdy odkąd się znowu spotkali, chciał ją wyprosić. Niepotrzebna im tu była, nie w momencie, w którym dawne uczucia odżyły i mogły między nimi wybuchnąć prawdziwym płomieniem. A ona tu przychodziła, gasiła je w zarodku.
Ale kiedy Bree weszła w głąb kuchni, kiedy zapytała Queenie co ona tutaj robi, to uderzyło w niego coś jeszcze. Że to była jej szwagierka, siostra jej męża. Że Queenie Wyatt już nie była jego. I on jej też nie.
Nie zrzucił z ramienia dłoni Bree, przytulił do niej policzek, na złość niebieskookiej, blondwłosej nimfie. Na złość tej, która wyrwała mu serce, a dzisiaj wprawiła je w ponowne bicie. Dzisiaj oddała mu życie.
- Nie jest wcale tak późno - wtrącił się Ares i tym razem uciekł spod ręki Bree przystając przy kuchni. Zajął się makaronem, który podczas tych swoich umizgów z Panią Wyatt, chyba rozgotowali - nie odpisywałem ci, bo dzisiaj planowałem spędzić wieczór z dawną przyjaciółką Bree - znowu był bezczelny? Blondynka popatrzyła na niego z boku, a Horne spojrzeniem zaczepił o błękitne oczy Queenie - ale skoro już wpadłaś, to możesz z nami zjeść - znowu robił jej na złość?
Zapewne.
Miłość i złośliwość mieszały się w ich relacji, przeplatały tworząc kalejdoskop emocji i uczuć. Tak silnych, że ciężko było z nimi dyskutować, tylko czy... wygrywała złość? Czy mi-łość?


ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐

złość czy miłość?
33 y/o
For good luck!
167 cm
stay at home mom
Awatar użytkownika
Just know that I will find my way from you
Like flowers from a tomb while you decide who you are
And I can see right through like shadows on the moon
And it's all bad news
I hate that I made you love me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszly
postać
autor

- O mnie - powtórzyła, ale wtedy docierają do niej jego słowa o tym, jak go oceniła. Jej oczy patrzą na niego z wyrzutem jakby chciała spytać "jak możesz"? Ale zaraz zwątpiła i myśli, że może faktycznie tak powiedziała? Nie pamięta dokładnie swoich słów, ale przecież pamięta jak kolejnego dnia pewna swoich uczuć szukała go po całym mieście. Jak żałośnie sie zachowała, kiedy pojechała nawet do domu jego rodziców, żeby spytać czy jest w domu. I jak bardzo płakała w drodze powrotnej, kiedy usłyszała, że Ares powiedział, że wyjeżdża z Toronto poprzedniej nocy. Nawet oni byli zdumieni jej wizytą, ale najwyraźniej nie na tyle, by mu o niej donieść - O tym, że zmarnuje sobie życie, bo chciałam zrezygnować ze studiów w British Columbia, żeby z Tobą być. Mówiłam jej, że bez studiów będę mieć zmarnowane życie, że wiem, że to jest gorsza opcja, ale... - jej głowa ugina się aż w tył i Queenie zaciska usta, żeby nie rozpłakać się - nie chciałam Cię stracić, wyjechać do Vacouver albo Cię tam ciągnąć za sobą - pokręciła głową - I tak, mówiłam jej, że nie rozumiem i nie mogę Cię kochać, ale najwyraźniej nie słyszałeś, że mówiłam, że nic nie poradze na to co mogę a co nie mogę, bo serce chce inaczej i że jestem w Tobie absolutnie zakochana po uszy
Tego nie mógł słyszeć, bo przecież by jej nie zostawił.. nie zostawiłby wtedy prawda? A może zrobił to z litości, żeby odebrać jej tego cierpienia? Kiedy myśli teraz o tej rozmowie, to może dlatego Kristin jej nie rozumiała, a Ares źle zrozumiał, może mówiła od rzeczy.
- A więc uznałeś, że podejmiesz decyzję za nas oboje i sobie po prostu odejdziesz. Litościwy pan Ares, żebym tylko nie musiała płakać, to patrz -pokazuje mu na swoje oczy, które wcale nie przestają płynąć, ale teraz w nich pojawiła się również złość. Na Aresa, który ją doprowadził do tego stanu tak teraz jak i dziesięć lat temu. Dlatego jej słowa są przesiąknięte kpiną, a ten ton akurat Horne zna bardzo dobrze, bo oznacza tyle, że Queenie wchodzi w zupełnie inny tryb namiętności. Ten atakujący.
Dlatego, kiedy mówi jej, że teraz mógłby jej zapewnić wszystko to samo, co oferuje jej mąż, prycha. No tak, wszystkie argumenty wypadają jej z rąk, bo przecież pan Ares wyrósł z ziemi po dekadzie i najwyraźniej oczekiwał, że ona na niego czekała cały ten czas.
- Nie masz pojęcia o czym mówisz, Ares- ucina go, a jej spojrzenie jest ostre, tak ostre, że nie stępiło się na jego chłodnym tonie - Ja mam rodzinę wobec, której mam zobowiązania. To, czego chcę... to nie ma to nic do rzeczy. - Na sam koniec spuściła spojrzenie na ziemię, ale uniosła je znów uwaznie, kiedy rozmawiali o Bree.
Przebrzydła Bree. Czy teraz konieczne jest, żeby ktoś stał pomiędzy nimi? Heath wczoraj, Bree dziś. Bree może na dłużej - ale po trupie Queenie. Dlatego mówiła mu, że nie powinien się nią interesować, bo to wariatka, ale chyba ten argument do niego nie trafiał. Może w gruncie rzeczy przepadał za wariatkami.
- Bo ona nie jest taka jak my
Jakby się zastanowić, takich jak o n i na świecie dużo. Takich jak o n i zamykało się w szpitalach psychiatrycznych. O takich jak o n i robiono czasami reportaże. To, że Bree nie była taka jak o n i, było jej zaletą.
Ale nie w oczach Queenie.
- Jest zbyt wrażliwa. Zrobisz jej krzywdę. A jak ją złamiesz to ja będę musiała ją pocieszać, a Heath zabroni mi się z Tobą widywać - próbuje postraszyć go ostatnim argumentem, jaki przychodzi jej do głowy. Nie ma już nic więcej. Pozostaje tylko ta jedna groźba - że znowu nie będą się widywać. Tyle że ledwie wypowiada te słowa, uświadamia sobie, co właściwie właśnie zrobiła. Sama podrzuciła mu kolejny powód, żeby nią gardzić. Nią i tym jej małżeństwem jak z katalogu..

Nigdy nie przyzna się do tego, że to ona go pocałowała pierwsza. Nigdy, bo po pierwsze tego pocałunku nie było. Więc nie było o czym mówić. To, że całe jej ciało nagle się jakby przebudziło, a ona sama przeklinała dzień urodzin Bree Wyatt, która sprawiła, że ta chwila nie mogła trwać nieco dłużej. Jedyne na czym się teraz skupia Queenie to to, żeby uspokoić swoje serce, otrzeć resztkę łez z twarzy i przyprowadzić się do porządku.

Bree ją irytowała. Jej blond kudły irytowały ją jeszcze bardziej. Ale najbardziej zirytowało ją to, że Ares zaprosił Bree na ich kolację. Palce Queenie zacisnęły się na kuchennym blacie. Nie podobało jej się to, co usłyszała. Ani trochę. Rozluźniła dłonie niemal automatycznie, kiedy dostrzegła, że Bree zwróciła na nie uwagę. Szybko przeniosła wzrok na marchewkę, udając, że właśnie ona pochłania całą jej uwagę. Po chwili znów spojrzała na Bree i posłała jej szeroki, niemal przesadnie przyjazny uśmiech.
- Oczywiście, zostań z nami kochana
Że też tak łatwo przyszło jej to kłamstwo. Wcale nie było słychać złości, smutku, nawet nie było słychać ani widać tego, że dopiero co płakała i była w emocjach. Teraz jej usta uśmiechają się a policzki są zaróżowione. I jak myśli Bree, są różowe dlatego, że jest taka zadowolona z jej wizyty. W odwecie Bree podekscytowana patrzy na Queenie szukając w jej sprzymierzeńca to swataniu jej z Aresem, a ta odpowiada jej wzruszeniem brwi, jakby również była zachwycona tym obrotem spraw.
- Właśnie rozmawialiśmy o tym, to znaczy Ares się ze mną spierał - zaśmiała się głośno, przytłumiając dźwięki kuchenne - Bo twierdzi, że powinnam się przefarbować na czarno, albo przynajmniej na brązowo. Wyobrażasz sobie? Podobno to jest teraz najlepszy kolor włosów, Ares podobno wszystkie swoje nowe bohaterki będzie takimi obdarzać - nawija tak jej, prawie pewna, że doprowadzi do tego, że Bree przyjdzie jutro w nowej fryzurze. Kiedy ta naiwnie zerka na Aresa i roześmiana opowiada, że to niesamowite, że on tak uważa, że absolutnie nigdy by nie pomyślala, ale cos w tym jest - Queenie rzuca Aresowi wymowne spojrzenie, którym potwierdza swoje wcześniejsze slowa na temat Bree. Ona jest zbyt słaba. Nie jest taka jak o n i.
- No dobrze, dwa do jednego, chyba was nie przegadam. To co Bree, chyba musimy iść jutro do fryzjera - zażartowała, ale już widzi jak Bree liczy sobie w głowie czy jutro ma czas i wciśnie gdzieś wizytę.
Bingo!

Obserwuje, jak Ares odcedza makaron i dodaje go do sosu. Patrzy, jak gęsta, czerwona masa powoli oblepia kolejne nitki, kiedy miesza wszystko z namaszczeniem, jakby doskonale wiedział, że właśnie urządza przed nimi mały pokaz, po którym obie będą mieć mokre sny. Bo która kobieta nie śni o tym, że ktoś dla nich gotuje.
Bree zgodzila sie zostać, więc przy stole lądują 3 talerze. Ares siedzi u szczytu a po obu jego bokach siedzą dziewczyny. Queenie rozprasowuje dlonmi serwetke na swoich udach, zeby nie zachlapac bieli, a Bree czeka az Ares poleje im wina. Queenie zerka na kieliszek z tęsknotą. Sama chętnie by po niego sięgnęła, ale przecież karmi. Przy okazji zaczyna przyglądać się Bree nieco uważniej. Dziewczyna prezentuje swoją smukłą, niemal modelkową sylwetkę i nawet siedząc, potrafi przyjąć taką pozycję, żeby wyeksponować delikatne linie obojczyków. Momentalnie czuje ukłucie zazdrości.
Jest na siebie wściekła, że tydzień temu odpuściła pilates, a potem jeszcze wizytę na siłowni. Przez to wciąż nie zrzuciła dodatkowych kilogramów, które zostały jej po ciąży. Niby wie, że nie powinna się porównywać, ale wystarczy jedno spojrzenie na Bree, żeby natychmiast poczuła się ciężka i niezdarna.
Przy niej sama wygląda jak jakiś słoń.
- Bree opowiedz Aresowi o swoim byłym, to jest dobry motyw na książkę - zachęciła Bree, zdając sobie sprawę z tego, że Horne nie chce słuchać żadnych opowieści o mężczyznach z życia Bree, bo jedyne po co ją chce to zeby wykorzystac ja na oczach Queenie.
Oko za oko.


Ares A. Horne
35 y/o
For good luck!
189 cm
to ten gość, który kiedyś był nikim, a teraz pisze książki
Awatar użytkownika
tylko deszcz i palce wystukujące na maszynie znajomy rytm mogły zagłuszyć myśli...
ale o niej nie
ona wciąż kręciła się gdzieś na granicy jawy i snu, w fikcji, kolejnej książce, wspomnieniu i myśli, że powinna być obok
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkijakie chcesz
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłość
Nie dosłyszał wszystkiego, i nie miał pojęcia o tym, co zaraz powiedziała mu Queenie, że nie chodziło wtedy o niego, że to nie on miał jej to życie zmarnować, tylko decyzja, którą chciała podjąć... z miłości do niego.
Każde jedno jej słowo uderzało w niego boleśnie, wbijając się gdzieś pod skórę, prosto w serce może, bo oznaczało tylko, że oni zmarnowali tyle lat. Że to wszystko było jednym wielkim nieporozumieniem, które pociągnęło za sobą lawinę wydarzeń. Które sprawiło, że oni przez te wszystkie lata byli daleko od siebie. Miłość, która przecież kiedyś między nimi była, zamieniając w nienawiść. W gorzkie myśli o tym, że ona go nie chciała, bo był dla niej nikim. W jej żal, że ją zostawił bez powodu, ale przecież wydawało mu się wtedy, że miał powód. Że to co robił, było dla niej...
Dlatego, żeby już nie musiała płakać, kiedy patrząc mu w oczy wyznawałaby mu... miłość?
Jakby sobie wtedy to wyznali, to jak bardzo się kochali, gdzie teraz by byli? Do jakiego miejsca by ich to zaprowadziło?
Na pewno nie tu gdzie się znaleźli. Ze złamanymi sercami, których nie umieli sobie tak łatwo wybaczyć. Poskładać ich.
- A ty co byś zrobiła, gdybyś usłyszała, że nie mogę cię kochać, bo jesteś dla mnie nikim? - warknął na nią, bo chyba chciał się w ten sposób tłumaczyć, tym, że to między nimi, wtedy było niedomówieniem. Ale co oni teraz mogli z tym zrobić?
Czy teraz to cokolwiek zmieniało?
Najwidoczniej nie i zaraz Queenie mu to dobitnie oznajmiła, mówiąc, że ona ma rodzinę i zobowiązania wobec niej.
Wiedział. Doskonale to kurwa wiedział.
Ale co z tego skoro serce nie dawało mu o niej zapomnieć?
Skoro ono nie rozumiało tego, że jego Queenie, teraz była Panią Wyatt.
- Porzuć rodzinę - Ares mówił, jakby to wszystko było takie proste. Jakby byli bohaterami jego książek, którzy z miłości mogli zrobić wszystko. Których uczucia przenosiły góry i podpalały cały świat, a to ich...
Ares znowu czuł, że przy niej płonie.
Z tęsknoty i z miłości, a zaraz też ze złości. Z bezsilności może?
Kiedy temat schodzi na Bree, to Ares też westchnął ciężko, bo ona nawet w jednym procencie nie była taka, jak oni. Ale to może akurat dobrze dla niej. Że nie kochała nigdy tak bardzo, żeby to uczucie przerodziło się w jakąś chorą obsesję. Żeby trawiło od środka ogniem, raz miłości i pożądania, a za chwilę nienawiści i bólu.
- Żadna nie jest taka jak ty Queenie - musiał jej to powiedzieć, chociaż czarne oczy wpatrzone miał gdzieś w marmurowy blat. Ale przecież tak było. Ares w swoim życiu miał wiele kobiet, ale żadna nie potrafiła go poskładać, tego złamanego serca. Żadna nie potrafiła wyleczyć jego choroby zwanej obsesją.
- Ale... - podniósł na nią spojrzenie.
Na te niebieskie oczy i pełne wargi, chciał ją zapytać dlaczego on ma sobie odmówić Bree, kiedy ona nie odmawiała sobie swojego męża? Nie chciała dla niego porzucić rodziny. A on Bree powinien, tak?
Zrobiłby to. Wszystko by dla niej oddał. Żeby tylko móc się z nią widywać.
Żeby tylko móc z nią...
I kiedy ten pocałunek zawisł miedzy nimi w powietrzu. Niedokonany, a jednak rozpoczęty. I to z jej strony, która szarpnęła się do niego. Tak, że jego serce w piersi znowu przyspieszyło, a włoski na karku stanęły mu dęba. Jak wtedy gdy mieli po lat osiemnaście i kradli sobie z ust pocałunki. Jak wtedy gdy mieli ich dwadzieścia i na pocałunkach tylko, się nie kończyło. I dzisiaj też by mogło.
Mogli posunąć się dalej, gdyby nie przeszkodziła im Bree.
Cholerna Bree.
Oczywiście zostań z nami kochana.
Ares spojrzał na Queenie krzywo, unosząc w górę jedną brew, jakby tym spojrzeniem chciał jej przekazać - i czemu jej nie wyprosiłaś? To twój dworek. Każesz mi ją zostawić i sama zapraszasz ją na kolację. Prosto w paszczę lwa...
To wszystko mówiło jedno jego spojrzenie.
A kolejne było przewrócenie czarnymi ślepiami, kiedy Pani Wyatt zaczęła te swoje dywagacje na temat koloru kobiecych włosów. dla niego zawsze blond, jak jej jasne kosmyki.
- Albo na rudo, myślę, że dobrze by ci było w rudym Queenie - zaczepił ją Horne, no przecież, że specjalnie, bo sam sobie nie wyobrażał jej w innym kolorze, a już na pewno nie w smutnej czerni, czy nudnym brązie.
Ale Bree już się zastanawia jak ona by w takim wyglądała, a zaraz trzepocze rzęsami.
- A ja w rudym? Jakby mi było w rudym Ares? - zapytała, na co Horne uśmiechnął się bezczelnie.
- Seksownie - powiedział, ale jego ciemne spojrzenie uciekło do tej drugiej Pani Wyatt.
Potem Ares wziął się za zapiekankę i wymieszał z makaronem i warzywami aromatyczny sos, przerzucił wszystko na brytfannę, a przy tej czynności ubrudził się gęstym, czerwonym płynem i na oczach dwóch niebieskookich niewiast, zlizał go za palców.
Teraz to na pewno obie będą miały mokre sny z jego udziałem.
A kiedy usiadł u szczytu stołu, rozsiadając się nonszalancko na krześle i serwetkę rozkładając sobie niedbale na odkrytym torsie, który wystawał mu spod rozchełstanej pod szyją koszuli, wiedział, że to też wróci do nich w nocy, ta wizja, jak patrzył na nie, pan i władca tego dworku.
Bree zaproponował wino, a potem spojrzenie utkwił w Queenie.
- Dla ciebie lemoniada? - zapytał z kpiną w głosie, ale przecież sam jej ją wyciskał, własnoręcznie i zaraz też sam jej nalał pełną prawie szklankę. Ciemne spojrzenie utkwił w jej błękitnych oczach, a wtedy Bree zaczęła nawijać i prężyć się przy stole. Gadała o czymś głupim, więc Ares jej nawet nie słuchał, jak zwykle zresztą, tylko zajął się zapiekanką. Była idealna, wszystkie warzywa aldente, a makaron wcale się nie rozgotował.
Dopiero kiedy Queenie powiedziała o tym byłym Bree, żeby o nim opowiedziała, to podniósł na nią wzrok, najpierw na Queenie, a potem na Bree.
- Opowiedz, może się zainspiruje - powiedział, chociaż prawda jest taka, że miał to gdzieś.
- Ach to nic takiego - Bree macha ręką, a zaraz ocierał serwetką wąskie wargi, a potem...
Kurwa. Ten potok słów, który z nich wyleciał sprawił, że Ares momentalnie pożałował, że ją zaprosił. Gadała i gadała.
- … i on wtedy mnie rzucił, bo powiedział, że jest zakochany w innej kobiecie. Po prostu mnie wykorzystał, bardzo długo nie mogłam się po tym pozbierać... - zakończyła smutno i oparła dłoń na stole szukając chyba w którymś z nich wsparcia, ale ani Queenie, ani Ares się nie ruszyli.
Oni tylko znowu spotkali się spojrzeniem. A Horne nawet zamiast tego podniósł kieliszek z winem, żeby upić z niego kilka łyków, bujnąć nim w dłoni, a potem obracając go w palcach, skomentować.
- Nudny motyw. Wykorzystane kobiety są słabe, a u mnie zawsze postać kobieca jest silna. Wie czego chce i idzie po to, po trupach, nie patrząc na konsekwencje - spojrzał znowu na Queenie.
Dopatrywała się w jego bohaterkach podobieństw do siebie?
Bree pociągnęła nosem.
- To faceci są okropni... Ale ty taki nie jesteś, prawda Ares? - spojrzała na niego tymi wielkimi, niebieskimi oczami.
- Nie wiem, Queenie, jestem taki, czy nie jestem? Przecież tak dobrze mnie znasz... - znała go kiedyś najlepiej na świecie. Lepiej niż on sam.
A teraz? Jak go oceniała?


ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐

znasz mnie jeszcze?
33 y/o
For good luck!
167 cm
stay at home mom
Awatar użytkownika
Just know that I will find my way from you
Like flowers from a tomb while you decide who you are
And I can see right through like shadows on the moon
And it's all bad news
I hate that I made you love me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszly
postać
autor

Queenie długo wyobrażała sobie, że Ares wróci. Że tak na prawdę zniknął tylko na chwilę, ale przecież nie wytrzyma bez niej miesiąca. Później sądziła, że trzech nie wytrzyma. Że po pół roku oszaleje i pojawi się znów w jej życiu. Codziennie się malowała, spędzała godziny w łazience kręcąc loki, szorując a później blasamując całe ciało - bo była pewna, że to właśnie tego dnia Ares znów pojawi się na jej werandzie. Że przyjdzie do niej z bukietem kwiatów, najlepiej różowych piwonii albo niebieskich hortensjii i przeprosi za każdą minutę swojej nieobecności.
Siedziała później cały mi dniami na werandzie. Sztywno i czujnie obserwowała każdy ruch na drodze. I spędzała czas na wyobrażaniu sobie ich kolejnych dni. Tego, jak ogłoszą swój związek jej rodzicom, jak ci zareagują, jak będą chcieli go sprawdzić, ale koniec końców będą zachwyceni. I jak tatuś da mu pracę w swojej firmie, a później kupi im dom na wzgórzu. Wyobrażala sobie ich ślub, kameralny i gdzieś na plaży, w otoczeniu jej rodziny, kilku jego znajomych. To jak będą cieszyć się pierwszymi miesiącami po ślubie, a później po kilku latach będą mieli trójkę dzieci. Siedząc na werandzie miała plan na wszystko.
Tylko lato się skończyło i musiała iść na studia. A później poznała Heatha i jej plany powoli odchodziły w dal. W domu wszyscy powtarzali jej, że Ares już nie wróci. Peter, który się chyba o nią martwił, obiecał jej zdawać realację codziennie, ale nie było nowych wieści. Ares nie wrócił przez rok.
Później nie wrócił przez kolejny rok. I tak mijały miesiące, dni, tygodnie.
A kiedy Heath klęczał przed nią pod koniec studiów z wielkim pierścionkiem z diamentem, zrozumiała, że to jedyna droga.
Nie wzdrygnęła się na jego ton, ale wzięła głębszy wdech, zaskoczona tym. Już dawno nikt nie mówił do niej w ten sposób i chociaż gdyby Heath na przykład się odważył, to by mu się zaśmiała w twarz, to kiedy Ares wydobył z siebie to warknięcie, to jej spojrzenie wbiło się w jego oczy czujnie sprawdzając, czy pójdzie za tym coś jeszcze, jakby chciała go nawet o to poprosić.
-Roześmiałabym Ci się wtedy w twarz, Ares - odpowiada chłodno, z jakąś nutą satysfakcji - Bo wiem, że to są słowa, które w Twoich ustach są kłamstwem
Była pewna swojego od momentu, kiedy pierwszy raz go pocałowała. Ares był jej, był jej pokrewną duszą, jej zabawką i jej nemesis. I chociażby chciał okłamywać sam siebie, to nie był w stanie się z niej wyleczyć.
Więc może była z ich dwójki silniejsza, bo była pewna jego. On zaś zaufał jej słowom podsłyszanym przypadkiem, bardziej niż temu jak na niego patrzyła i jak jej serce przy nim mocniej biło. Musiał czuć kompleks niższości, skoro nie mógł jej zapewnić dobrobytu materialnego. Nie miał nazwiska, pieniędzy, był wyraźnie poniżej jej. I nawet to, że dla niej taka sugestia była śmieszna, kiedy jego zniszczyła, to obrazuje.
Ale teraz przyszedł czas na rewanż.
Złość wezbrała w niej momentalnie. Porzucić rodzinę?! Ares był niemożliwy, jeżeli sądził, że tak po prostu można zostawić pięć lat układania sobie życia tylko dlatego, że znów pojawił się w jej okolicy i tego żądał.
-Świetny pomysł, i jak sobie to wyobrażasz? Że zamieszkamy tutaj na jednej ulicy i będę codziennie widziała własnego syna i męża w sklepie albo na spacerze? Że będziemy sobie organizować grill sąsiedzki i zaprosimy ich w odwiedziny? - prychnęła, kręci głową i zakłada sobie nerwowo pasemko blond włosów za ucho. Wariat. - A może mam ich od jutra ignorować. Spakować sie, zamieszkać tutaj i wyprzeć się wszystkich, tylko dlatego, że postanowiłeś się tu pojawić?- ten plan był taki, że go nie było i Ares też musiał sobie zdawać z tego sprawę. Miał w sobie wiele cech, które ją do niego przyciągały, ale tą najbardziej niebezpieczną było to, że kiedy tylko rozkazał jej, by zostawiła rodzinę, to w jej głowie ten zalążek pomysłu już został. Od teraz będzie się codziennie budzić z myślą, czy to dobry moment, by zostawić Heatha. Ale jeszcze gorsza myśl pojawi się wieczorem, kiedy patrząc w twarz swojego dziecka zastanowi się czy umiałaby zostawić Percivala.

Widząc zdziwioną minę Aresa, Queenie zastanawia się, czy dobrze zrobiła przyjmując Bree. Nie, niedobrze. Oczywiście dobrze dla jej relacji z Bree oraz dla jej małżeństwa. Obecność kobiety w dworku trzymała ją i Aresa w zdrowym dystansie. Gdyby Bree nie przyszła dziś do niego, niewiadomo czy Queenie zdołałaby oderwać się od niego równie szybko, jak zrobiła to, kiedy jej usta nagle musnęły jego ust. Ale niedobrze dla jej zdrowia psychicznego, bo kiedy Bree się rozgaszcza, pani Wyatt stara się opanować po momencie, który im przerwała. I jeszcze jej oddech nie wrócił do normy, jeszcze dreszcze, które rozlały się zimnym ciepłem po jej brzuchu nie zniknęły, a Bree już zdążyła podejść do Aresa i swoją dłonią dotknąć jego policzka.
S z m a t a.
- Mówisz, że w rudym? No co ty Ares, nie wiedziałam, że tak się znasz na kolorach włosów - i powstrzymuje się przed tym, żeby swoją rękę włożyć w jego włosy tylko dlatego, że jest tu z nimi Bree. Nigdy wcześniej nie zahamowałaby się przed takim gestem, ale teraz ma więcej do stracenia. Nie chce, żeby głupia Bree powiedziała Heathowi o tych małych słodkich gestach, które dzieliła z Aresem.
Stara się za wszelką cenę nie pokazać, że obecność Bree i to, że Ares komentuje, że wyglądałaby seksownie w jakikolwiek sposób ją dotknęło, ale nie podoba jej się to, w jaki sposób ze sobą przy niej rozmawiają.
Jej serce znów przyśpiesza bicie, kiedy Ares kieruje te słowa tak, że mówi je patrząc na nią. Coś magnetyzującego było w sposobie w jaki układał słowa na swoich ustach, i sprawiało, że nawet kiedy już na nią nie patrzył, to ona wciąż miała swoje oczy skupione na nich. I kiedy nagle oblizują jego palce Queenie czuje rozpływające się gorąco gdzieś w okolicach szyji i odruchowo zagryzła wargę. Na szczęście Bree tego nie widziała, bo sama też ogląda ten spektakl.
Dostała lemoniadę i pije ją bez przekonania, milcząc, mając nadzieję, że jeżeli oboje z Aresem nie będą się odzywać to Głupia Bree sobie pójdzie. Ale niestety tej niewiele trzeba było, aby mówić, więc po małej zachęcie zaczyna opowiadać historię, a Queenie zakłada nogę na nogę i w wyniku zupełnego przypadku jej stopa zachacza o jego nogę pod stołem. Na początku udawała, że tego nie czuje, ale spogląda na niego ukradkiem gdzieś w połowie historii. Queenie słyszała tę opowieść już z dwa razy, ale tak jak kiedyś to robiło na niej wrażenie, tak teraz, w obliczu tego, że Ares był tu spowrotem, wcale jej to nie interesowało co Bree przeżyła. A mimo to posyła jej zachęcające uśmieszki i raczy się zapiekanką, która jest tak idealna, że aż jej stopa pod stołem potarła jego łydkę. Przypominało to jeden z obiadów rodzinnych, kiedy Bylthowie zapraszali Aresa na wystawne kolacje i Queenie siadała obok niego i miała za cel swoich zabaw przy stole to, jak daleko można się posunąć, żeby ktoś nie zauważył, że pod stołem się podrywają.
Skupiona na jedzeniu, dopiero po chwili zareagowała na pytanie Aresa. Uśmiecha się lekko w odpowiedzi i wzrusza ramionami.
- Czy byłbyś w stanie wykorzystać inną dziewczynę, wiedząc, że Twoje serce należy już do kogoś innego...? Och Bree, a któż z nas nie byłby w stanie czegoś takiego zrobić? Przeiceż to się nazywa rebound skarbie. Może po prostu za wiele oczekiwałaś od chłopaka poznanego gdzieś na aplikacji. - odpowiedziała tak wcale nie odpowiadając, ale nie wyobrażała sobie, żeby Ares tak na prawde mógł kogoś wykorzystać w tak podły sposób. - Ale myślę Ares, że ty jesteś po prostu bardziej prawdomówny i w twoim stylu było bardziej mówienie z góry, że dana dziewczyna nie ma u Ciebie szans na dłuższą metę - podzieliła się swoją obserwacją, dość szczerze i przygryza cukinię w pysznym sosie pomidorowym. - A no właśnie Aresku, a ty teraz kogoś szukasz, jesteś na takich aplikacjach? - spojrząła porozumiewawczo na Bree a później nieco bardziej okrutnie na Aresa. To było absoultunie logiczne, że o to by spytała, ale miała nadzieję, że usłyszy coś w stylu, że postanowił być teraz pustelnikiem i wcale nie szukał żadnych ekscesów.
Bo już to co robił z Bree jej sie nie podobało!

pustelnik z tindera
35 y/o
For good luck!
189 cm
to ten gość, który kiedyś był nikim, a teraz pisze książki
Awatar użytkownika
tylko deszcz i palce wystukujące na maszynie znajomy rytm mogły zagłuszyć myśli...
ale o niej nie
ona wciąż kręciła się gdzieś na granicy jawy i snu, w fikcji, kolejnej książce, wspomnieniu i myśli, że powinna być obok
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkijakie chcesz
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłość
- Taka jesteś pewna? - zaczepił ją jeszcze...
Ale oboje wiedzieli, że takie słowa w jego ustach byłyby kłamstwem, bo Queenie była dla niego wszystkim.
A on dla niej?
Kiedyś myślał, że tak. Że znaczył dla niej dużo, zajmował miejsce w jej sercu, a potem, w Hamptons, przekonał się, że nie dorastał jej do pięt. Jej i tym chłopakom, którzy się za nią oglądali. Bo kim on przy nich był? Jakimś podrzutkiem.
Dzieciakiem, który trzeci rok chodził w porwanych trampkach i dziurawych jeansach. Nie mógł kupować Queenie diamentów i tych pięknych bukietów, które oni jej przynosili. Różowych piwonii. I niebieskich hortensji. On tylko zbierał jej polne kwiaty. Chabry i maki. Słoneczniki, które kradł z ogrodów sąsiadek.
Ale teraz mógł jej dać te wszystkie kwiaty, wszystkie bukiety. Mógł jej zasadzić cały ogród, tylko, że...
Na przeszkodzie stała jej rodzina.
- Uciekniemy stąd - kolejny świetny pomysł, ale przecież mogli. On mógł pisać książki gdziekolwiek. Mogli żyć na drugim końcu świata, w tu w jej dworku bywać czasem. Sami. We dwoje w tych pięknych ścianach. Bo na pewno nie z jej mężem i dzieckiem - niech twój mąż weźmie sobie to dziecko i odejdzie - mówił jakby był jakiś szalony, albo zamiast trzydziestu miał pięć lat. Żeby jej mąż sobie zabrał to dziecko... Jakby to była jakaś zabawka, a nie życie, które powstało z połączenia tej dwójki, jej pięknych oczu i tych... paskudnych Heatha - możesz się ich wyprzeć i ignorować, bo tylko ja ci jestem potrzebny... - powiedział bardzo pewny swego. Ale czy to nie była prawda?
Czego jeszcze potrzebowała do szczęścia oprócz jego miłości?
Teraz mógł dać jej wszystko, czego pragnęła.
Ale czy na pewno? Czy umiałby patrzeć w jej piękne, niebieskie oczy, kiedy ona zostawiłaby dla niego dziecko?
Umiałby.
Bo Ares był okropny. Obsesyjnie w niej zakochany.

Szkoda tylko, że Quennie jednym zaproszeniem psuje to wszystko, co się między nimi budowało. Cały klimat pryska. Bo przy stole siedzą już we trójkę. Z gościem, którego wcale tutaj nie chcieli. Który jest im tu potrzebny jak piąte koło u wozu...
A jednak żadne z nich nie potrafi jej wyprosić. I teraz te czarne ślepia są w nią wpatrzone, ale i niebieskie.
- Często o nich piszę... Wiesz Queenie, na przykład te blond pukle, które rozsypały się kaskadą na jego poduszce, kiedy pochylał się nad nią, kiedy wpatrywał w nią drapieżnie, spojrzeniem czarnym od pożądania - zacytował fragment swojej książki, wpatrujące się tak właśnie we Queenie. Spojrzeniem czarnym od pożądania. Gdyby nie Bree, jej blond pukle rozsypałyby mu się na poduszce. Musiała to wiedzieć.
Bree westchnęła ciężko, i jej jasne oczy tak też się wpatrują w Aresa, jak w jakiegoś greckiego boga, który był spełnieniem jej najśmielszych fantazji. Bo pewnie był.
Szkoda tylko, że on wolałby być w tych tej drugiej Pani Wyatt, zwłaszcza kiedy jej stopa zaczepiła pod stołem jego nogę. Ares sięgnął pod stolik i wytatuowana dłoń, kompletnie nie przypadkiem, musnęła jej kolano. Musiała to czuć, bo na moment ich spojrzenia się skrzyżowały. To jego czarne i jej niebieskie jak bezchmurne niebo. Kurwa... Te jej oczy.
Nie słuchali Bree wpatrzeni w siebie, zaczepiając się pod stołem, jakby znowu mieli po lat osiemnaście. Tylko kiedy Horne miał to osiemnaście lat nie odważył się układać wytatuowanych palców na jej udzie, sunąć nimi pod materiał jej sukienki, a dzisiaj tak...
I dopiero to durne pytanie Bree sprawiło, że zabrał rękę.
A zaraz sam pytał Queenie co ona myślała o nim.
Kącik jego ust drgnął do góry, kiedy powiedziała to ty jesteś bardziej prawdomówny. Był. Dlatego zaraz oglądał się na Bree. Dlatego ciemne oczy patrzyły na nią, kiedy się odezwał.
- Masz rację Queenie, ja mówię otwarcie o swoich potrzebach, o tym, że możemy się pieprzyć, ale moje serce jest... - nie dokończył, ale co chciał powiedzieć?
Martwe? Popsute? Zajęte?
Wiedziała to tylko Queenie, bo Bree zmarszczyła brwi...
- Złamane? - zapytała. A Ares skinął tylko głową. Pęknięte na jebane milion kawałeczków. I tylko ona mogła je poskładać, nie Bree.
Ona.
- Szukam, żony... Która mogłaby zamieszkać ze mną w tym dworku, urodzić mi syna i być Panią... - oczywiście, że powiedział to specjalnie i koloryzował. Ale Bree znowu patrzyła w niego jak w obrazek.
- Twojego serca? - zapytała, a Ares spojrzał na Queenie. Jedyną, słuszną panią jego serca. Kiedyś. Teraz. I na zawsze.
- Tak, szukam czegoś poważnego - powiedział i tym razem chuda dłoń Bree wylądowała pod stołem na jego kolanie, sunęła po jego udzie głębiej. Chyba podobało jej się to, że Ares szukał czegoś poważnego, chyba ona chciała tym dla niego być.
Szkoda tylko, że jemu się to nie uśmiechało. Wstał od stołu zrzucając jej rękę.
- Przyniosę jeszcze wina - bo rzeczywiście butelka, którą się raczyli z Bree opustoszała. Ares skierował się do kuchni, a Bree odprowadziła go spojrzeniem, a zaraz wbiła je w Queenie.
- Nie powinnaś już iść szwagierko? - zapytała bez ogródek - może utulić Perciego do snu? - dodała już słodziutko, jakby naprawdę w tej chwili myślała o tym maleństwie, a nie tylko o tym, żebym prężyć się przed Hornem, gdy tylko Queenie sobie pójdzie. Jej blond pukle rozsypane na jego poduszce - to sobie wyobrażała.
- Heath na pewno zastanawia się co robisz tak późno w nocy u swojego przyjaciela - dodała jeszcze pochylając się do niej nad stolikiem, jakby była pewna, że Queenie jej nie odpyskuje. Głupiutka Bree.


ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐

pozwolisz jej tak do siebie mówić?
33 y/o
For good luck!
167 cm
stay at home mom
Awatar użytkownika
Just know that I will find my way from you
Like flowers from a tomb while you decide who you are
And I can see right through like shadows on the moon
And it's all bad news
I hate that I made you love me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszly
postać
autor

Zapaliła jej się lampka, kiedy Ares zaczepia z pytaniem, czy jest taka pewna swoich słów. Oczywiście, że tak...zawsze była. Mówiła rzeczy, a Ares robił tak, że się sprawdzały. Na przykład kiedy miała piętnaście lat i powiedziała, że jeżeli matka nie pozwoli Aresowi z nimi jechać na wyjazd do Hamptons, to nie wróci do domu na noc. I nie wróciła, zamiast tego włóczyli się po mieście aż do samego rana. Dziwna to była noc, bo Ares widząc jej zmęczenie, proponował kilka razy że może ją zawieźć do jakiejś jej przyjaciółki, albo ciotki, aż w końcu wziął ją na nudny obcojęzyczny film, żeby mogła się przekimać. Trzy godziny wpatrywał się w ekran, ale nie usnął, bo wiedział, że jego jedynym zadaniem było mieć pewność, że jej nic się złego nie przydarzy. Dlatego pilnował jej uparcie i chociaż nic nie rozumiał po francusku, to kiedy tylko Queenie się poruszyła, zaraz sprawdzał, czy się rozbudza. Kiedy skończył się film było już po północy. Noc była zimna, bo późnowiosenna, a Queenie miała na sobie tylko krótką sukienkę, bo wyszła cała w emocjach tuż po kłótni z rodzicami. Ares dał jej swoją kurtkę i szwędali się jakiś czas po układającym się do snu Toronto. Gdyby wzięła ze sobą telefon, odkryłaby, że matka dzwoniła do niej nieprzerwanie od kilku godzin, ale pewnie i tak by nie odebrała telefonu. Skoro nie mogła postawić na swoim i mieć Aresa przy sobie na całe lato, to przynajmniej chciała z nim spędzić tę noc. W końcu zziębnięci dotarli do jednego z całodobowych dinerów. Ona jak nigdy nie miała przy sobie gotówki, więc zamówili sobie frytki na pół i jedną kawę, bo tylko tyle udało się kupić za grosze, które Ares miał przy sobie. Ale to nie przeszkadzało im w tym, by kolejne kilka godzin siedzieć na kanapie obok siebie, trzymać się za ręce i półszeptem opowiadać sobie co zrobiliby, gdyby mogli razem spędzić to lato. Gdzieś o szóstej nad ranem Queenie otworzyła znów oczy i zorientowała sie, że znów usnęła. Słońce padające przez wielkie okna baru obudziło ją i kiedy podniosła się z ramienia Aresa, zobaczyła, że i on przysnął. To była ich pierwsza wspólna noc i była idealna. Obudziła go, kiedy różowym paznokietkiem przejeżdżała po jego szczęce, jakby chciała sprawdzić, czy jeszcze żyje.
Kiedy po ósmej wróciła do domu matka czekała na nią przerażona w kuchni przypalając naleśniczki, a ojciec zrobił jej długi wykład o tym, jak niebezpiecznie jest w Toronto w nocy. Dobrze zapamiętała te słowa, ale jeszcze lepiej zapamiętała to, jak kilka tygodni później Ares siedział z nią w samolocie i lecieli do Hamptons. Postawiła na swoim, ale gdyby jej nie pomógł, to wróciłaby pewnie do domu przed dziewiątą wieczorem. Gdyby wiedziała, że przez to cholerne Hamptons będzie później tyle problemów, to... nie, wcale by tego nie zmieniła, bo pamięć o tej pierwszej nieprzespanej nocy z Aresem, była kwintesencją ich relacji. On się o nią troszczył, a ona jeżeli miała go obok, to mogła osiągnąć wszystko.
- A czy tak nie jest? - odpowiada pytaniem unosząc lekko głowę, jakby wyzywająco, by powiedział, że nie pamięta ich przygód z młodości i jakby wcale nie ryzykował dla niej odkąd się poznali. Z jakiego innego powodu by ryzykował, jeżeli nie dlatego, że był od niej uzależniony?
A czy i ona nie była uznależniona od niego. Odkąd tylko zobaczyła go w księgarni na podpisaniu najnowszej powieści, nie mogła przestać o nim myśleć. Jego propozycja jest przegłupia, nierozważna, przerażająca. I tak cholernie pociągająca, jak ten jego wzrok.
- Nie zostawię Percy'ego - wzbrania się, pierwszy raz na głos sugerując, że jeżeli faktycznie miałaby wybierać pomiędzy Heatherm a nim, to wybrałaby jego, ale warunkiem było również zabranie dzieciaka. Jej dłoń dotąd oparta na kuchennej wyspie unosi się, jakby chciała sprawdzić czy Ares tu jest i przejechać paznkociem w okolicach jego szyji. Zatrzymuje się w połowie ruchu.
- Przestań - mówi w końcu, zamykając oczy, przed tym intensywnym spojrzeniem, które ją hipnotyzuje. Nie, nie mogą. To nie jest prawe.

- Hm.. - uniosła brew, lekko sobie wzdychając na cytat z pana Horna. Oj tak, zdecydowanie pamiętała, ale nie tylko te słowa, ale również to jak wyglądały jego oczy, kiedy czarne z pożądania wisiały nad nią te kilka lat temu. Może dlatego, że ma dobrą pamięć, albo dlatego, że nieraz wracała do tego wspomnienia, albo po prostu kiedy teraz widzi jak on na nią patrzy, to czuje to samo. Lekki rumieniec wstąpił na jej policzki, chociaż to akurat zasługa Bree. Bo Bree jest świadkiem, jakąś latarnią morską wysyłającą światło i wołającą ją do domu, kiedy w jej wnętrzu wzburza się ocean. A każda chwila w której Ares zamiast spoglądać w stronę Bree, patrzy na nią, jednocześnie ją denerwuje (bo już czuje, ze Bree zaraz pojmie co tu sie kroi!) i jednocześnie wzbudza w niej żar. Przygryzła wargę i uśmiecha się lekko, kiedy jego dłoń wylądowała na jej kolanie, ale odwróciła od niego spojrzenie i stara się patrzeć uparcie na Bree. Nie docierało do niej żadne z jej słów, jakby mówiła w jakimś innym języku.
Cukinie były pyszne, ale prawie sie nimi zadławiła, kiedy słyszy, że Ares mówi przy stole o tym, co będzie z Bree robić. Rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie, co Bree źle zinterpretowała, bo zaśmiała się jak głupia i kładzie swoją dłoń na jego. Queenie oblał zimny dreszcz, kiedy jej wzrok padł na śliczną rączkę panny Wyatt na jego wytatuowanej. Czuje jak serce jej bije, niezadowolone z tego widoku.
- Na pewno Ci kogoś znajdziemy - mówi zimno Queenie, nieświadoma tego co się dzieje pod stołem, a jednocześnie otumaniona wizją tego, że Ares chce mieć żonę, że szuka żony. Co to w ogóle ma znaczyć!? Przecież on nigdy nie wierzył w małżeństwo, a już na pewno nie wyobrażała go sobie z żadną inną kobietą. Nie chciała nawet. Może wtedy tak mówił, bo miał mniej lat. Co się zmieniło?
A może myślał, że ona zostanie jego żoną? Phi!


Zawrzało w niej, kiedy Bree tak bezczelnie postanowiła sie jej pozbyć. A to mała szmatka.
- Błagam cię, na prawdę sądzisz, że masz u niego szanse? On się Tobą zabawi i cię zostawi
- Skąd ten ton, Queenie? Dlaczego jesteś taka niemiła... jesteś zazdrosna? - Bree aż zachichotała głupio, bo jej wydawała się ta sugestia NIEMOŻLIWA.
-ja? Zazdrosna? O co ja mogę być zazdrosna, kochanie - odpowiada Queenie, jakby na prawdę nie wiedziała, chociaż tak na prawdę to nie wie jak inaczej mogłaby sobie wytłumaczyć to, co czuje kiedy myśli o tym, że Bree miałaby dzisiejszej nocy zostać tu w dworku i testować, jak jej blond pukle rozsypują sie na poduszce Aresa. A dlaczego niby miałby jej na to pozwolić? Przecież to jej mówił, że ten dom jest dla niej. Jeżeli to prawda, to powinna mieć w sobie tyle siły, by móc teraz pokazać Bree drzwi.
Niestety, gdyby tak zrobiła, to nawet taka głupia krowa jak Bree, zorientowałaby się, że coś jest pomiędzy Queenie a Aresem, a ta pierwsza zamierzała przecież wciąż utrzymywać, że nic nie ma.
- O to, że miałaś takiego mężczyznę pod nosem, a on nawet się tobą nie interesuje. A mnie poznał kilka dni temu i już stracił dla mnie głowę..? - przechwala się Bree, zupełnie nie pojmując, że takie słowa mogą ją zaprowadzić do szpitala, albo od razu do kostnicy. A więc w oczach Bree tak to wyglądało? Ona, Queenie, jest zazdrosna, że straciła szansę na świetne życie z panem Horne? Gdyby tylko ta głupia krowa wiedziała o czym mówi...
- Chyba żartujesz, Bree. Ja mam męża - powtarza więc Queenie, obstając przy swojej wersji.
- A jednak to nie z mężem spędzasz wolny wieczór... może faktycznie powinnaś to zmienić
Queenie przez chwile rozważała, czy nożem obiadowym jest w stanie wydłubać Bree oko i na prawdę prawie do tego doszło, ale w końcu odkłada oba sztućce na kant talerza, sygnalizując koniec posiłku. Rękoma uniosła serwetkę, dotąd rozłożoną na kolanach i przykłada teatralnie do ust.
- Masz rację, bardzo już późno
Kiedy Ares wrócił z kuchni, właśnie sie podnosiła. Jej spojrzenie było opuszczone, jakby nie chciała się przyznać do tego przed nim, że własnie przegrała bitwę. Dosuwa powoli krzesło i odwraca w końcu spojrzenie od Bree, przenosi je na butelkę wina i w końcu w oczy Aresa. Chyba zobaczyła tam jakiś zawód..?
- Aresku, zostawię Was i tę butelkę wina. Myślę, że już na mnie czas. Może odprowadzisz mnie do drzwi? - poprosiła jeszcze, unosząc tym razem lekko rozbawione spojrzenie wprost w jego oczy. No dawaj Aresku, przecież nie pozwolisz gościowi samemu wychodzić?
Kiedy jednak zniknęli w korytarzu, Queenie zanim wyjdzie zatrzyma się jeszcze z ręką na klamce i ręką dotknie jego policzka. Może gdyby była słodką Queenie, to powiedziałaby mu teraz ze łzami w oczach, że tęskni za nim i żałuje tego, jak potoczyło sie jej życie, ale jest wciąż Queenie, która była twardsza od przeciętnego kanadayjczyka. Jej palce odnalazły jego brodę, i ujęła ją tak, że kciukiem zahacza o jego usta.
- Zrób jej upokarzające zdjęcia. Też chcę mieć z tego trochę rozrywki - rzuca mu to polecenie tak jak kiedyś, kiedy zmusiła go do całowania kogoś, dlatego, że chciała się zemścić na danej dziewczynie. Wtedy wcale nie chciał tego zrobić, ale przecież Ares zrobi wszystko o co poprosi go Queenie.
35 y/o
For good luck!
189 cm
to ten gość, który kiedyś był nikim, a teraz pisze książki
Awatar użytkownika
tylko deszcz i palce wystukujące na maszynie znajomy rytm mogły zagłuszyć myśli...
ale o niej nie
ona wciąż kręciła się gdzieś na granicy jawy i snu, w fikcji, kolejnej książce, wspomnieniu i myśli, że powinna być obok
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkijakie chcesz
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłość
Ares zawsze troszczył się o Queenie.
Odkąd jej ojciec go przygarnął, zabrał z tego pola golfowego, gdzie pracował, dał mu pensję i kazał mu się zajmować Queenie. To była jego praca, jego powinność. A potem tak mu to weszło w krew, jakby jego życiowym celem było zajmowanie się Queenie. Opiekowanie nią. Spełnianie jej zachcianek. Tak jak powiedziała, tak przecież musiało być.
Wszystko by dla niej zrobił, zabił i skonał.
Wszystko by zrobił, żeby była zadowolona, żeby powiedziała mu dobrze Ares. Nie brał pod uwagę swoich potrzeb, jej stawiając zawsze najwyżej w hierarchii. Umiał czytać już każdą jej minkę. Ten zmarszczony nosek, kiedy coś się jej nie podobało. To spojrzenie pełne dezaprobaty. Zaspane oczy też widział od razu. I zarumienione policzki, kiedy patrzyła na niego, sunąc paznokciem po jego policzku, wtedy w kawiarni, kiedy spędzili razem noc. Nie doszło między nimi wtedy do żadnego zbliżenia, ale... Tak blisko jak wtedy nie byli chyba nigdy. Pozostawieni sami sobie, z tymi drobniakami, które miał w kieszeni, jego kurtką, którą oddał jej bez wahania. Z jego ramieniem, na którym szukała pocieszenia i ciemnymi oczami utkwionymi w tych jej pięknych, błękitnych, kiedy opowiadała mu zawzięcie, że już nigdy nie pogodzi się z rodzicami.
Pogodziła się. Ale i tak postawiła na swoim.
Zawsze stawiała, a Ares doskonale o tym wiedział.
Wiedział też, że teraz też by to zrobiła. Zostawiła rodzinę i uciekła z nim. I wystarczyłoby tylko jedno jego słowo, jedno czarne spojrzenie w jej oczy, z żądaniem zrób to, bo inaczej odejdę.
Ale nie umiał jeszcze stawiać przed nią tego ultimatum, jeszcze czuł się na przegranej pozycji. Zepchnięty z piedestału przez tego małego, niebieskookiego pędraka.
Nie zostawię Percy'ego.
Aż się wzdrygnął.
- Po co ci on? - pyta, bo nie rozumie tego kompletnie.
Nie wie też wcale, czy gdyby chciał dla siebie Queenie, to gotowy by ją był przyjąć z tym dzieckiem. Bachorem innego. Czy umiałby ją wtedy kochać? Czy zająłby się tym bękartem?
Na obecną chwilę w to wątpił.

Nie wątpił za to nigdy w to, że słowa, które układał pod palcami wystukując je na maszynie, w swoich książkach, a które teraz opuściły jego pełne usta, działały na wyobraźnie. I tak było też tym razem, kiedy blade lico Queenie oblało się rumieńcem, a Bree patrzyła na niego pożądliwie.
Ale przecież on nigdy nie zwracał się do niej, bo wszystkie te pobożne prośby, w których modlił się o blond kosmyki rozsypane na jego poduszce były skierowane do Queenie. Dotyczyły jej jasnych loków.
Aż wypuścił ciężko powietrze z płuc, klatka piersiowa podniosła mu się w tym oddechu, a Bree przygryza wąskie wargi patrząc na niego jak na jakiś cud. Ares za to usilnie wgapia się w swój talerz, bo myśli teraz mu brudne i wyobraża sobie jak Queenie jęczy pod nim na białym materacu. W jasnej pościeli. Na jego poduszce. Jego dłoń ciężko opada pod stołem na jej kolano, zaciska się na jej udzie, jakby nią chciał jej pokazać o czym on teraz myśli. O niej, tylko.
Nawet podniósł czarne spojrzenie na jej piękne, jasne oczy, ale Bree już szczebiocze głupiutka. Już go pyta czego on teraz szuka. A Ares równie głupio odpowiada, że żony.
Bo przecież nie powie jej, że Queenie. Ale to ją by chciał wziąć za małżonkę. Pojąć całą dla siebie i nie wypuścić nigdy. Zabrał rękę, na której dłoń ułożyła Bree, żeby sięgnąć do serwetki, obetrzeć nią usta, w których kąciku miał odrobinę sosu z zapiekanki.
Queenie już mówi to na pewno ci kogoś znajdziemy, a Ares wywraca czarnymi ślepiami. Bo kogo? Bree?
Ares Horne może nigdy nie mówił o małżeństwie, bo miał wtedy dużo mniej lat, a zresztą co on mógł wtedy takiej żonie dać? Jaką przyszłość jej zapewnić? Taką jak jego ojciec jego matce?
Nie chciał tego. Ale teraz przecież wszystko się zmieniło. On już nie był tym chłopakiem w znoszonych trampkach. Był kurwa ucieleśnieniem marzeń wielu torontońskich kobiet, ale jego oczy wpatrzone były tylko w jedną.
Oparł wytatuowane dłonie na stole, kiedy od niego wstawał, żeby przynieść więcej wina. Bo tylko ono mogło sprawić, żeby jego myśli nie kręciły się wokół tego krągłego uda, na którym przed chwilą zaciskał palce. Wokół tych pięknych oczu i pełnych ust. Te jej usta, które zadrżały, gdy wstawał od stołu.

Ares nie zdawał sobie sprawy, że kiedy on walczył ze sobą pochylony nad kuchennym blatem, a do ciężkiej szklanki nalewał sobie podwójną szkocką, żeby ją przechylić na raz i jakoś to przetrwać, to przy stole też toczyła się potyczka. Między Paniami Wyatt. O niego.
Złapał butelkę wina i z korkiem w ręce, wyciągając go z flaszki jednym, sprawnym ruchem, wrócił do stołu. Wino odetchnęło pozbawione zamknięcie, a Ares złapał w płuca więcej powietrza, kiedy zobaczył, że Queenie wstała od stołu.
Chciał ją zatrzymać. I nie chciał jednocześnie. Bo czy powinna się dla niego narażać na plotki? Obchodziło go to w ogóle?
Nie, ale to jej spuszczone spojrzenie dotykało go gdzieś w środku, godziło gdzieś w serce.
- Queenie, ale... - zaczął i spojrzał w kierunku Bree, bo coś jej musiała powiedzieć. Szmata - odprowadzę - skinął głową i posłusznie idzie za nią. Czarny jak diabeł, wytatuowany i wysoki, a przed nim ta filigranowa, piękna blondyneczka, która miała nad nim pełną władzę. Której jedno skinienie paluszkiem wystarczyło, żeby zrobił dla niej wszystko.
Doskoczył do niej, kiedy stanęła przy drzwiach, oparł dłoń na klamce i docisnął ją sobą do drewnianych wrót - Queenie - i znowu chciał ją zatrzymać, a może powiedzieć, że ją kochał? I tylko ona siedziała w jego sercu, miała tam specjalne miejsce. Zawsze.
Ale ona już sięga do jego policzka, a Ares przytula swoją twarz do jej rączki - wyproszę ją Queenie, dla... - ciebie, to jej chciał powiedzieć, ale wtedy pełne, malinowe wargi układają się w tę szaloną prośbę. Ares patrzy na nią jak w jakimś transie, na te niebieskie oczy jak u anioła, i usta przez które przemawia jej zgniła dusza. Queenie zawsze taka była, królowa pszczół i intryg. Nic się nie zmieniła. A najgorsze jest to, że podejście Aresa też nie. I chociaż wcale nie miał ochoty spędzać tego wieczoru z Bree Wyatt, to spojrzał jej żarliwie w oczy - jak bardzo upokarzające?
Bardzo.
To słowo czuł prawie na swoich wargach, kiedy pochylił się do niej, a potem... Queenie mu czmychnęła. Zbiegła z werandy i zniknęła pod osłoną nocy. Z tym psotnym spojrzeniem i uśmiechem niewiniątka na ustach.

To Aresa było zupełnie czarne, kiedy wrócił do stołu, kiedy siadał znowu na przeciwko Bree. Dolewał jej wina, pełen kieliszek, moczył swoje usta w czerwonym trunku patrząc na Pannę Wyatt wyzywająco.
Nie słuchał jej, a nawijała mu jeszcze dużo, prawie godzinę, i zniósł to wszystko dla Queenie. A potem pchnął biedną, pijaną Bree przez drzwi sypialni. Zacisnął wytatuowane palce na skórzanym pasku, który jednym sprawnym ruchem wyciągnął ze szlufek swoich ciemnych spodni. Blondynka jęknęła, przygryzła wąskie usta patrząc na niego.
- Teraz zrobisz wszystko co będę chciał - powiedział władczo Ares i podbródkiem wskazał jej podłogę. Bree od razu upadła na kościste kolana wyciągając w jego kierunku nadgarstki, czarna skóra jego paska odznaczyła się na jej jasnej skórze.
- Zrobię - powiedziała przymilając się do niego, sunąc smukłymi palcami po jego nogawce. Ledwo łapała w płuca powietrze, a kiedy wytatuowane palce zacisnęły się na jej jasnych kosmykach, ciszę panującą w starym dworku przerwał jej jęk.
Dużo jej jęków wybrzmiewało w ścianach tej bajecznej posiadłości tego wieczoru.

A Queenie dostała dużo jej zdjęć. Takich jak chciała. Bardzo upokarzających. Ale najgorsze w tym wszystkim było to... że Ares wcale nie czuł się z tym źle.
Wszystko by dla niej zrobił.
Zabił i skonał.
A tej nocy zbrukał biedną, niczego nieświadomą Bree, tylko po to, żeby Queenie była zadowolona. Chociaż kiedy wychodziła od niego nad ranem, ledwo stojąc na nogach na jej twarzy nie było jeszcze wstydu. Było tam spełnienie... tych dzikich, nieprawych fantazji. Spełnienie, które stało właśnie w progu dworku Bylthów, z papierosem między zębami, opierając się o framugę.
K o n i e c

ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐

dla ciebie wszystko
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”