przekleństwa, obsesja, chora miłość
Ares zawsze troszczył się o Queenie.
Odkąd jej ojciec go przygarnął, zabrał z tego pola golfowego, gdzie pracował, dał mu pensję i kazał mu się zajmować Queenie. To była jego praca, jego powinność. A potem tak mu to weszło w krew, jakby jego życiowym celem było
zajmowanie się Queenie. Opiekowanie nią. Spełnianie jej zachcianek. Tak jak powiedziała, tak przecież musiało być.
Wszystko by dla niej zrobił, zabił i skonał.
Wszystko by zrobił, żeby była zadowolona, żeby powiedziała mu
dobrze Ares. Nie brał pod uwagę swoich potrzeb, jej stawiając zawsze najwyżej w hierarchii. Umiał czytać już każdą jej minkę. Ten zmarszczony nosek, kiedy coś się jej nie podobało. To spojrzenie pełne dezaprobaty. Zaspane oczy też widział od razu. I zarumienione policzki, kiedy patrzyła na niego, sunąc paznokciem po jego policzku, wtedy w kawiarni, kiedy
spędzili razem noc. Nie doszło między nimi wtedy do żadnego zbliżenia, ale... Tak blisko jak wtedy nie byli chyba nigdy. Pozostawieni sami sobie, z tymi drobniakami, które miał w kieszeni, jego kurtką, którą oddał jej bez wahania. Z jego ramieniem, na którym szukała pocieszenia i ciemnymi oczami utkwionymi w tych jej pięknych, błękitnych, kiedy opowiadała mu zawzięcie, że już nigdy nie pogodzi się z rodzicami.
Pogodziła się. Ale i tak postawiła na swoim.
Zawsze stawiała, a Ares doskonale o tym wiedział.
Wiedział też, że teraz też by to zrobiła. Zostawiła rodzinę i uciekła z nim. I wystarczyłoby tylko jedno jego słowo, jedno czarne spojrzenie w jej oczy, z żądaniem
zrób to, bo inaczej odejdę.
Ale nie umiał jeszcze stawiać przed nią tego ultimatum, jeszcze czuł się na przegranej pozycji. Zepchnięty z piedestału przez tego małego, niebieskookiego pędraka.
Nie zostawię Percy'ego.
Aż się wzdrygnął.
-
Po co ci on? - pyta, bo nie rozumie tego kompletnie.
Nie wie też wcale, czy gdyby chciał dla siebie Queenie, to gotowy by ją był przyjąć z tym dzieckiem. Bachorem innego. Czy umiałby ją wtedy kochać? Czy zająłby się tym bękartem?
Na obecną chwilę w to wątpił.
Nie wątpił za to nigdy w to, że słowa, które układał pod palcami wystukując je na maszynie, w swoich książkach, a które teraz opuściły jego pełne usta, działały na wyobraźnie. I tak było też tym razem, kiedy blade lico Queenie oblało się rumieńcem, a Bree patrzyła na niego pożądliwie.
Ale przecież on nigdy nie zwracał się do niej, bo wszystkie te pobożne prośby, w których modlił się o blond kosmyki rozsypane na jego poduszce były skierowane do Queenie. Dotyczyły jej jasnych loków.
Aż wypuścił ciężko powietrze z płuc, klatka piersiowa podniosła mu się w tym oddechu, a Bree przygryza wąskie wargi patrząc na niego jak na jakiś cud. Ares za to usilnie wgapia się w swój talerz, bo myśli teraz mu brudne i wyobraża sobie jak Queenie jęczy pod nim na białym materacu. W jasnej pościeli. Na jego poduszce. Jego dłoń ciężko opada pod stołem na jej kolano, zaciska się na jej udzie, jakby nią chciał jej pokazać o czym on teraz myśli. O niej, tylko.
Nawet podniósł czarne spojrzenie na jej piękne, jasne oczy, ale Bree już szczebiocze głupiutka. Już go pyta czego on teraz szuka. A Ares równie głupio odpowiada, że
żony.
Bo przecież nie powie jej, że Queenie. Ale to ją by chciał wziąć za małżonkę. Pojąć całą dla siebie i nie wypuścić nigdy. Zabrał rękę, na której dłoń ułożyła Bree, żeby sięgnąć do serwetki, obetrzeć nią usta, w których kąciku miał odrobinę sosu z zapiekanki.
Queenie już mówi to
na pewno ci kogoś znajdziemy, a Ares wywraca czarnymi ślepiami. Bo kogo? Bree?
Ares Horne może nigdy nie mówił o małżeństwie, bo miał wtedy dużo mniej lat, a zresztą co on mógł wtedy takiej żonie dać? Jaką przyszłość jej zapewnić? Taką jak jego ojciec jego matce?
Nie chciał tego. Ale teraz przecież wszystko się zmieniło. On już nie był tym chłopakiem w znoszonych trampkach. Był kurwa ucieleśnieniem marzeń wielu torontońskich kobiet, ale jego oczy wpatrzone były tylko w jedną.
Oparł wytatuowane dłonie na stole, kiedy od niego wstawał, żeby przynieść więcej wina. Bo tylko ono mogło sprawić, żeby jego myśli nie kręciły się wokół tego krągłego uda, na którym przed chwilą zaciskał palce. Wokół tych pięknych oczu i pełnych ust. Te jej usta, które zadrżały, gdy wstawał od stołu.
Ares nie zdawał sobie sprawy, że kiedy on walczył ze sobą pochylony nad kuchennym blatem, a do ciężkiej szklanki nalewał sobie podwójną szkocką, żeby ją przechylić na raz i jakoś to przetrwać, to przy stole też toczyła się potyczka. Między Paniami Wyatt. O niego.
Złapał butelkę wina i z korkiem w ręce, wyciągając go z flaszki jednym, sprawnym ruchem, wrócił do stołu. Wino odetchnęło pozbawione zamknięcie, a Ares złapał w płuca więcej powietrza, kiedy zobaczył, że Queenie wstała od stołu.
Chciał ją zatrzymać. I nie chciał jednocześnie. Bo czy powinna się dla niego narażać na plotki? Obchodziło go to w ogóle?
Nie, ale to jej spuszczone spojrzenie dotykało go gdzieś w środku, godziło gdzieś w serce.
-
Queenie, ale... - zaczął i spojrzał w kierunku Bree, bo coś jej musiała powiedzieć. Szmata -
odprowadzę - skinął głową i posłusznie idzie za nią. Czarny jak diabeł, wytatuowany i wysoki, a przed nim ta filigranowa, piękna blondyneczka, która miała nad nim pełną władzę. Której jedno skinienie paluszkiem wystarczyło, żeby zrobił dla niej wszystko.
Doskoczył do niej, kiedy stanęła przy drzwiach, oparł dłoń na klamce i docisnął ją sobą do drewnianych wrót -
Queenie - i znowu chciał ją zatrzymać, a może powiedzieć, że ją kochał? I tylko ona siedziała w jego sercu, miała tam specjalne miejsce. Zawsze.
Ale ona już sięga do jego policzka, a Ares przytula swoją twarz do jej rączki -
wyproszę ją Queenie, dla... -
ciebie, to jej chciał powiedzieć, ale wtedy pełne, malinowe wargi układają się w tę
szaloną prośbę. Ares patrzy na nią jak w jakimś transie, na te niebieskie oczy jak u anioła, i usta przez które przemawia jej zgniła dusza. Queenie zawsze taka była, królowa pszczół i intryg. Nic się nie zmieniła. A najgorsze jest to, że podejście Aresa też nie. I chociaż wcale nie miał ochoty spędzać tego wieczoru z Bree Wyatt, to spojrzał jej żarliwie w oczy -
jak bardzo upokarzające?
Bardzo.
To słowo czuł prawie na swoich wargach, kiedy pochylił się do niej, a potem... Queenie mu czmychnęła. Zbiegła z werandy i zniknęła pod osłoną nocy. Z tym psotnym spojrzeniem i uśmiechem niewiniątka na ustach.
To Aresa było zupełnie czarne, kiedy wrócił do stołu, kiedy siadał znowu na przeciwko Bree. Dolewał jej wina, pełen kieliszek, moczył swoje usta w czerwonym trunku patrząc na Pannę Wyatt wyzywająco.
Nie słuchał jej, a nawijała mu jeszcze dużo, prawie godzinę, i zniósł to wszystko dla Queenie. A potem pchnął biedną, pijaną Bree przez drzwi sypialni. Zacisnął wytatuowane palce na skórzanym pasku, który jednym sprawnym ruchem wyciągnął ze szlufek swoich ciemnych spodni. Blondynka jęknęła, przygryzła wąskie usta patrząc na niego.
-
Teraz zrobisz wszystko co będę chciał - powiedział władczo Ares i podbródkiem wskazał jej podłogę. Bree od razu upadła na kościste kolana wyciągając w jego kierunku nadgarstki, czarna skóra jego paska odznaczyła się na jej jasnej skórze.
-
Zrobię - powiedziała przymilając się do niego, sunąc smukłymi palcami po jego nogawce. Ledwo łapała w płuca powietrze, a kiedy wytatuowane palce zacisnęły się na jej jasnych kosmykach, ciszę panującą w starym dworku przerwał jej jęk.
Dużo jej jęków wybrzmiewało w ścianach tej bajecznej posiadłości tego wieczoru.
A Queenie dostała dużo jej zdjęć. Takich jak chciała. Bardzo upokarzających. Ale najgorsze w tym wszystkim było to... że Ares wcale nie czuł się z tym źle.
Wszystko by dla niej zrobił.
Zabił i skonał.
A tej nocy zbrukał biedną, niczego nieświadomą Bree, tylko po to, żeby Queenie była zadowolona. Chociaż kiedy wychodziła od niego nad ranem, ledwo stojąc na nogach na jej twarzy nie było jeszcze wstydu. Było tam spełnienie... tych dzikich, nieprawych fantazji. Spełnienie, które stało właśnie w progu dworku Bylthów, z papierosem między zębami, opierając się o framugę.
ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ
་༘࿐
dla ciebie wszystko