Świat, w którym żył i poruszał się, znacząc go tuszem swoich gęstych decyzji nie szukał dłużej wdzięczności; dlatego, że przy kolejnym, postawionym właściwie rozpoznaniu nie słyszał dźwięku oklasków, dlatego, że tuż po śmierci nic dookoła nie miało prawa się zatrzymać, dlatego że tak naprawdę wszystko co zakrywano uprzejmie parawanami przed innymi widzieli na własne oczy, brudne, nagie, skażone, rażące niemal bezczelnie swoją bezbronnością. Czy mogło to być normalne? Nie umiał przenigdy na to odpowiedzieć. Czym była jednak normalność? Wszystko mu spowszedniało. Przestało już go poruszać.
-
Wiesz, komplement jest dobry, gdy ma coś wspólnego z prawdą. Ja tobie mówię, jak jest - bronił się przed zbieraniem pochwał, które w jego odczuciu nie miały dużo wspólnego z rzeczywistością. Nie było tu żadnej magii, byli wyłącznie ludzie którzy zamknięci w klatce jak zwierzęta po wielokrotnej ekspozycji zdążyli się przyzwyczaić, bo każdy im to powtarzał, że mają się przyzwyczaić, że śmierć musi być zwyczajna, że ktoś mógł mieć prawo umrzeć, że ktoś mógł skończyć w ten sposób. W przyzwyczajeniu nie dało się znaleźć nawet śladu pierwiastka bohaterstwa, to dobre, by karmić tłumy kolejnym wielkim sukcesem o czymś nowatorskim, świeżym, choć tak naprawdę w większości codziennej pracy wszystko było mdłe, szare, skaczące pomiędzy jednym a drugim imieniem i nazwiskiem.
-
Zrobiłbym to, co każdy. Napisałbym im dokument, w którym bym się tłumaczył. Kto nie operuje, ten nigdy nie ma powikłań - wyjaśnił jej ze spokojem. Prowadził zdania jak coś, co było dla niego już w samym założeniu oczywiste. Nie mścił się na rodzinach, bo walka z niezrozumieniem była z góry przegrana. Część z nich nawet rozumiała, a chciała przede wszystkim wyłudzić później pieniądze. Nie miał w sobie żadnego gniewu w tym przypadku, był z tym zupełnie pogodzony, bo nie był bogiem i nie był nawet posłańcem jakiegoś bóstwa. Był tylko częścią pewnego mechanizmu.
-
Ci wszyscy ludzie ratujący bez wykształcenia i z przypadku. Oni najprędzej zasługują na takie określenie - zastanowił się krótką chwilę nad udzieloną jej później odpowiedzią. Kiedy już ją wygłosił, był jej zupełnie pewny. Nie drążył już tego dalej, uważał, że powiedział jej wszystko, co czuł, że musiał powiedzieć. Drgnął, słysząc dalszą strunę jej wypowiedzi.
Kim jestem dla ciebie, Jude? Kim jestem? Nie miał pojęcia, a może bał się poznawać, kim teraz dla niego była. Nawet on miał sumienie, nawet, jeśli zdążył je wiele razy przydeptać, nawet gdy było już całkowicie zmięte i wyblakłe jak sterta zużytych ubrań bezmyślnie rzuconych w kąt tak jak słowa, których nikt do tej pory nie zdążył wypowiedzieć.
-
Nie wiem - prosto. Bezbronnie. -
Kiedy cię zobaczyłem, dotarło do mnie, że muszę pomóc ci spławić tego faceta - wzruszył obecnie ramionami. Działał wtedy jedynie pod wpływem nagłych impulsów, działał pod wpływem chwili oraz tego, co aktualnie od niego wymagano. Nie myślał nawet, kim była, kim miała dla niego być. Teraz czuł cień sympatii, choć bał się w nim dalej drążyć, bał się go wciąż rozwijać, bo wtedy miał szansę stać się zaledwie wstrętnym padlinożercą którzy wykorzystuje obecnie jej nieuwagę i chce pokazać jej, że jest lepszy, choć tak naprawdę okaże się taki sam.
-
Gdybym miał widzieć którąś z tych prostych wersji… - westchnął, jakby poirytowany już samym tym założeniem. -
Nie znoszę być hipokrytą - potrząsnął z rezygnacją głową. Nie. Bronił się, by zobaczyć w niej to, co widział tamten mężczyzna. Nie mógł być taki sam. Traktował ją w związku z tym jak człowieka, tak jak partnerkę w dyskusji, gdzie na spokojnie, pomimo różnych opinii, zaczynali nimi się wymieniać, bez kłótni i rozczarowań, bo byli po prostu sobą, bo byli w stosunku do siebie zwyczajnie autentyczni.
-
Jesteś dla mnie osobą, która wyczerpała już limit na zepsucie jej wieczoru - ocenił koniec końców ze śladem żartobliwości. To wszystko było niezręczne. Rozejrzał się nawet jeszcze, dość dyskretnie po sali, po całym pobliskim otoczeniu, nie znalazł jednak na szczęście adoratora który dosyć niedawno uprzykrzał jej wypoczynek. Nie umiał pojąć dlaczego, ale miał w sobie teraz duże poczucie, że musiałby ją ochronić. Nawet, gdy była silna, czuł taką odpowiedzialność.
-
Dlatego nie tworzę sobie jakiegoś wyobrażenia - podsumował. Nie kłamał. Tak naprawdę wciąż nie miał na jej temat opinii. Ciekawiła go, pragnął może w przyszłości dużo lepiej ją poznać, ale czuł, że obecnie mógłby wypaść zwyczajnie natarczywie, dlatego nie powiedział nic więcej, dlatego nie igrał z nią, w zamian za to prowadząc tylko zwykłą rozmowę, bez żadnych draśnięć, podtekstów. Zasługiwała przede wszystkim na spokój. Teraz. Zasłużyła na spokój.
-
Chyba po prostu chciałbym, abyś przestała myśleć, że ktoś od ciebie cokolwiek oczekuje.
Olivia Calvert