32 y/o
NARRATORSKI PIESEK
166 cm
patolog sądowy Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Even if everyone turns a blind eye, I'm fine
Even if it's a little far, I still climb
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Roztaczał wokół siebie dziwną atmosferę, która nie każdemu przypadłaby do gustu. Zdawał się swoim spojrzeniem na świat odbiegać od ogólnie przyjętych norm, którymi kierowało się społeczeństwo. Wydawał się być skomplikowany i była pewna, że wiele osób darowałoby sobie dalszą konwersację. Dla Liv jednak nie stanowiło to problemu. Pozwalał wysilić jej umysł i spojrzeć bardziej w głąb siebie, dostrzegając zakamarki duszy, o których nie miała pojęcia. Pragnął kolejnych zdań, kolejnych skrzywień ust, kiedy powiedziała coś, z czym się nie zgadzał. To było tak inne, że zwyczajnie pociągające. Dalekie od lekkich rozmów o niczym, które zazwyczaj toczyło się w barze. Bez flirtu, bez ukrytych podtekstów, które później miały doprowadzić do intymnego zbliżenia. Podobało jej się to i zapewne właśnie dlatego nadal trwała na krześle nie chcąc, by ta chwila się skończyła. Może to masochizm, może potrzeba towarzystwa i pozornej bliskości, a może zwyczajna fascynacja ludzkim umysłem i charakterem, którzych nie miała zbyt wielu okazji zgłębiać. Piękna buzia piękną buzią, ale jak wiele osób faktycznie potrafiło pokazać siebie podczas konwersacji?
-Co jeśli w takim razie ja też widzę w tobie bohatera? Może pracujemy w tym samym miejscu, może nadal nasze profesje są do siebie zbliżone, ale to nie znaczy, że nie dostrzegam dobra, które niesie ze sobą pomoc - odpowiedziała, spoglądając na niego znad szklanki, którą wzięła do ręki. Była przyjemnie chłodna, a jej zaczynało się robić ciepło zarówno od wypitego alkoholu, jak również od kumulujących się w lokalu ludzi. świeże powietrze i orzeźwienie były teraz na wagę złota. - Nie radzisz sobie z komplementami? Nic się nie stanie, jeśli przyjmiesz do wiadomości, że ktoś może widzieć w tobie więcej, niż widzisz ty sam - lekko wzruszyła ramionami. Znała to uczucie, które towarzyszyło miłym słowom kierowanym w osobę. Człowiek dziwnie się czuł, kiedy poświęcało mu się uwagę, próbując wynieść znacznie wyżej wszystko, co robił. Zapewne zareagowałaby podobnie i czy już tego nie zrobiła, kiedy powiedział, że była atrakcyjna. Zwykła uwaga, a jednak sprawiła, że gdzieś wyślizgnęło się uczucie dyskomfortu.
-Owszem, nie raz nie dwa ktoś nas oskarży, ale to też nie znaczy, że mamy przestać doceniać to co robimy. Gdyby ktoś postanowił niesłusznie cię oskarżyć, mściłbyś się na nim? Takie luźne pytanie - skomentowała. Była ciekawa, czy za jego ciemnymi tęczówkami kryła się pewnego rodzaju brutalność, której nie chciał pokazywać światu. Czy w obliczu niesprawiedliwości reagował atakiem, czy podchodził do tego racjonalnie, jakby z dystansem?
-Czy był w twoim życiu ktoś, kogo mimo wszystko mógłbyś nazwać bohaterem? - wyrzuciła z siebie kolejne pytanie. Wiele z nich zaczynało pojawiać się w jej głowie, chociaż nie każde powinno zostać wypowiedziane. Bywały takie, które zbyt bardzo godziły w prywatność. - Masz rację. Chciałabym, żeby chociaż raz właśnie tak ktoś na mnie spojrzał. Nie jak osobę o pozornie ekscytującej pracy. Nie jak na obiekt seksualny, który do zaoferowania ma jedynie ciało. Ale jak na mnie. A ty? Którą wersję mnie widzisz? - spytała pewnie, może nawet z wyzwaniem, nie spuszczając z niego wzroku. ie wiedziała czy zależy jej na odpowiedzi. nie wiedziała nawet, czy była ona ważna. Ale pytanie zostało już zadane i czekało jedynie na ciąg dalszy.

Jude Iverson
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Świat, w którym żył i poruszał się, znacząc go tuszem swoich gęstych decyzji nie szukał dłużej wdzięczności; dlatego, że przy kolejnym, postawionym właściwie rozpoznaniu nie słyszał dźwięku oklasków, dlatego, że tuż po śmierci nic dookoła nie miało prawa się zatrzymać, dlatego że tak naprawdę wszystko co zakrywano uprzejmie parawanami przed innymi widzieli na własne oczy, brudne, nagie, skażone, rażące niemal bezczelnie swoją bezbronnością. Czy mogło to być normalne? Nie umiał przenigdy na to odpowiedzieć. Czym była jednak normalność? Wszystko mu spowszedniało. Przestało już go poruszać.
- Wiesz, komplement jest dobry, gdy ma coś wspólnego z prawdą. Ja tobie mówię, jak jest - bronił się przed zbieraniem pochwał, które w jego odczuciu nie miały dużo wspólnego z rzeczywistością. Nie było tu żadnej magii, byli wyłącznie ludzie którzy zamknięci w klatce jak zwierzęta po wielokrotnej ekspozycji zdążyli się przyzwyczaić, bo każdy im to powtarzał, że mają się przyzwyczaić, że śmierć musi być zwyczajna, że ktoś mógł mieć prawo umrzeć, że ktoś mógł skończyć w ten sposób. W przyzwyczajeniu nie dało się znaleźć nawet śladu pierwiastka bohaterstwa, to dobre, by karmić tłumy kolejnym wielkim sukcesem o czymś nowatorskim, świeżym, choć tak naprawdę w większości codziennej pracy wszystko było mdłe, szare, skaczące pomiędzy jednym a drugim imieniem i nazwiskiem.
- Zrobiłbym to, co każdy. Napisałbym im dokument, w którym bym się tłumaczył. Kto nie operuje, ten nigdy nie ma powikłań - wyjaśnił jej ze spokojem. Prowadził zdania jak coś, co było dla niego już w samym założeniu oczywiste. Nie mścił się na rodzinach, bo walka z niezrozumieniem była z góry przegrana. Część z nich nawet rozumiała, a chciała przede wszystkim wyłudzić później pieniądze. Nie miał w sobie żadnego gniewu w tym przypadku, był z tym zupełnie pogodzony, bo nie był bogiem i nie był nawet posłańcem jakiegoś bóstwa. Był tylko częścią pewnego mechanizmu.
- Ci wszyscy ludzie ratujący bez wykształcenia i z przypadku. Oni najprędzej zasługują na takie określenie - zastanowił się krótką chwilę nad udzieloną jej później odpowiedzią. Kiedy już ją wygłosił, był jej zupełnie pewny. Nie drążył już tego dalej, uważał, że powiedział jej wszystko, co czuł, że musiał powiedzieć. Drgnął, słysząc dalszą strunę jej wypowiedzi. Kim jestem dla ciebie, Jude? Kim jestem? Nie miał pojęcia, a może bał się poznawać, kim teraz dla niego była. Nawet on miał sumienie, nawet, jeśli zdążył je wiele razy przydeptać, nawet gdy było już całkowicie zmięte i wyblakłe jak sterta zużytych ubrań bezmyślnie rzuconych w kąt tak jak słowa, których nikt do tej pory nie zdążył wypowiedzieć.
- Nie wiem - prosto. Bezbronnie. - Kiedy cię zobaczyłem, dotarło do mnie, że muszę pomóc ci spławić tego faceta - wzruszył obecnie ramionami. Działał wtedy jedynie pod wpływem nagłych impulsów, działał pod wpływem chwili oraz tego, co aktualnie od niego wymagano. Nie myślał nawet, kim była, kim miała dla niego być. Teraz czuł cień sympatii, choć bał się w nim dalej drążyć, bał się go wciąż rozwijać, bo wtedy miał szansę stać się zaledwie wstrętnym padlinożercą którzy wykorzystuje obecnie jej nieuwagę i chce pokazać jej, że jest lepszy, choć tak naprawdę okaże się taki sam.
- Gdybym miał widzieć którąś z tych prostych wersji… - westchnął, jakby poirytowany już samym tym założeniem. - Nie znoszę być hipokrytą - potrząsnął z rezygnacją głową. Nie. Bronił się, by zobaczyć w niej to, co widział tamten mężczyzna. Nie mógł być taki sam. Traktował ją w związku z tym jak człowieka, tak jak partnerkę w dyskusji, gdzie na spokojnie, pomimo różnych opinii, zaczynali nimi się wymieniać, bez kłótni i rozczarowań, bo byli po prostu sobą, bo byli w stosunku do siebie zwyczajnie autentyczni.
- Jesteś dla mnie osobą, która wyczerpała już limit na zepsucie jej wieczoru - ocenił koniec końców ze śladem żartobliwości. To wszystko było niezręczne. Rozejrzał się nawet jeszcze, dość dyskretnie po sali, po całym pobliskim otoczeniu, nie znalazł jednak na szczęście adoratora który dosyć niedawno uprzykrzał jej wypoczynek. Nie umiał pojąć dlaczego, ale miał w sobie teraz duże poczucie, że musiałby ją ochronić. Nawet, gdy była silna, czuł taką odpowiedzialność.
- Dlatego nie tworzę sobie jakiegoś wyobrażenia - podsumował. Nie kłamał. Tak naprawdę wciąż nie miał na jej temat opinii. Ciekawiła go, pragnął może w przyszłości dużo lepiej ją poznać, ale czuł, że obecnie mógłby wypaść zwyczajnie natarczywie, dlatego nie powiedział nic więcej, dlatego nie igrał z nią, w zamian za to prowadząc tylko zwykłą rozmowę, bez żadnych draśnięć, podtekstów. Zasługiwała przede wszystkim na spokój. Teraz. Zasłużyła na spokój.
- Chyba po prostu chciałbym, abyś przestała myśleć, że ktoś od ciebie cokolwiek oczekuje.


Olivia Calvert
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
32 y/o
NARRATORSKI PIESEK
166 cm
patolog sądowy Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Even if everyone turns a blind eye, I'm fine
Even if it's a little far, I still climb
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Pozwalała sobie na bezceremonialne lustrowanie jego twarzy, co rusz zatrzymując się na jego oczach, którymi sam nie uciekał w bok. Był pewny siebie i ta pewność podobała jej się wystarczająco, by tu siedzieć, wymieniając z nim dalsze uwagi. nie zgadzali się w wielu kwestiach, a ich wizja świata była zgoła odmienna, ale Olivia nie dostrzegała w tym niczego negatywnego - dobrze było czasami porozmawiać z kimś, kto nie ulegał każdemu słowu wcześniej wypowiedzianemu przez rozmówcę. Nie potrzebowała przytakiwania, ciągłego zgadzania się nawet wbrew swojej woli, byleby się przypodobać. Potrzebowała prawdziwej rozmowy, w której dochodziło do wymiany argumentów bez stawianych sobie granic. Tu nie było czasu na usilne próby przekonania, że miało się bezgranicznie rację. Tu było miejsce na poznawanie siebie i umysły drugiej strony. To zdecydowanie było fascynujące.
-Wszystko zależy od tego, jak wygląda nasza prawda. Nawet ona może się różnić. Ty mówisz mi jak jest z twojego punktu widzenia, ja prezentuję ci odmienne spojrzenie - odpowiedziała jedynie. Nie było sensu spierać się, kto faktycznie ma bliżej do prawdy roztoczonej przez świat. Kto w ogóle decydował, co powinno takie być, a co zdawało się być kłamstwem? Jeśli normy miały być narzucone, Calvert miała zamiar się przed nimi bronić, zwłaszcza teraz, kiedy w jej odczuciu i jej spojrzeniu na świat, Jude stanowił rodzaj bohatera. Nie afiszował się, nie pragnął poklasku, wzbraniając się przed przyjęciem takiego tytułu. Ciekawiło się, dlaczego. Ludzie wszak kochali komplement i pochwały, a im bardziej uderzały i łechtały go, tym lepiej. Iverson zdawał się być tak różny od innych, że aż pragnęło się poznać go lepiej.
Uśmiechnęła się lekko na jego odpowiedź. Brzmiała szczerze, acz równie bezemocjonalnie. Czy naprawdę potrafił być tak spokojny i opanowany, czy po prostu udawał, uznając, że nie czas pokazać swoje oblicze? nie posądzała go o próbę przypodobania się - ani razu nie dał jej odczuć, że patrzy na nią w inny, szczególny sposób, jakby sprawdzając, czy byłaby odpowiednią ofiarą na dzisiejszą noc. Był obojętny i ta obojętność sprawiała, że w jego towarzystwie czuła się znacznie bardziej komfortowo, niż zaledwie kilkadziesiąt minut wcześniej, kiedy źle dobrała własną randkę.
-Bohaterowie pod wpływem chwili, nie mogę się z tym nie zgodzić. Można być bohaterem z przypadku, ale można też być z powołania - uznała. Nie miała zamiaru na siłę przekonywać go, że nim był. Może kiedyś, jeśli po raz kolejny uratuje komuś życie, spojrzy na to zupełnie inaczej. Uzna, że faktycznie ma moce, które zblizyłyby go do jakiegoś boga. Miał władzę w postaci wiedzy i doświadczenia, tego nikt nie mógł mu zabrać.
-To było miłe. Nie wiem, czy chcesz być tak postrzegany, czy wolisz żeby ludzie widzieli aurę tajemniczości i pozornego chłodu, ale ja traktuję to jako przejaw dobroci - stwierdziła, uśmiechając się ponownie. Odczuwała wdzięczność i tego nie była w stanie się pozbyć. Może to alkohol, a może cała sytuacja, w której przestała się stresować, ale pojawiła się nić sympatii. Był pozornie odpychający, pozornie niedostępny, a jednak z jakiegoś powodu siedział tu z nią, bawiąc się w konwersację. To działało na jego korzyść.
-Jesteś mistrzem uciekania od prostych odpowiedzi. Obawiasz się, że mogłyby cię spłycić? Nie grozi co to, Jude. Jesteś bardziej skomplikowany, niż może się wydawać na pierwszy rzut oka. I z pewnością oryginalny - stwierdziła, wolno badając jego twarz, kiedy po raz kolejny w sposób wymijający odpowiedział na jej pytanie. Z jednej strony była ciekawa prawdziwej odpowiedzi, a z drugiej wcale nie chciała jej poznać. - Zepsucie już mu nie grozi. Możesz być z siebie dumny - udało ci się go uratować i nie sądzę byś był w stanie ostatecznie go zniszczyć - stwierdziła, wypijając resztę drinka, który znajdował się w szklance. Powinna przystopować, chociaż diabełek w głowie krzyczał, że przecież daleko jej było do kompletnego zalania się.
-To zdrowe podejście. Bez wyobrażeń nie ma rozczarowania, więc koniec końców nie będziesz żałował, że postanowiłeś mi pomóc. To dobry deal - rzuciła. Ani ona nie będzie rozczarowana, ani on. Nie łączyło ich nic więcej, poza szpitalnymi korytarzami oraz tą dziwną, acz przyjemnie stymulującą rozmową. - A czy nie jest tak, Jude, że niemal zawsze, nawet podświadomie, próbujemy sprostać czyimś oczekiwaniom? - zerknęła na niego. nawet, jeśli człowiek starał się usilnie robić coś tylko dla siebie, zawsze znalazło się coś, co można było podpiąć pod kogoś innego. Ludzie mieli oczekiwania i oczekiwania spełniali. Jakie było jej w stosunku do rozmówcy? Z pewnością jej zainteresowanie nim wzrosło, zwłaszcza w sferze intelektualnej, która wyjątkowo ją pociągała.
Kiedy więc ostatecznie przyszedł czas pożegnania, czuła rozczarowanie pomimo braku jakichkolwiek wcześniejszych oczekiwań i wyobrażeń.

~KONIEC~


Jude Iverson
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
ODPOWIEDZ

Wróć do „Poor Romeo”