Zoe już się ciśnienie podnosiło, bo wiedziała z jakim sortem ludzi ma do czynienia. To nie byli ludzie, którzy pomagali bezinteresownie czy mówili „nic się nie stało” oraz „nie przejmuj się”. Widziała ich na szkolnych korytarzach. Śmiali się, gdy ktoś wyglądał na biedniejszego niż on, gdy w ich standardach był gorszym sortem. Nękali innych dla własnej zabawy, aby poczuć się lepszym, chociaż druga osoba nic wielkiego im nie zrobiła. Nie bez przyczyny jednak cała ta grupka miała reputację „popularnych dzieciaków”, a przy tym „bully”, których lepiej było unikać szerokim łukiem. Mieli swoich przydupasów, którzy latali im do stołówki po żarcie, a dziewczyny miały swoje Duffy, które nosiły im książki i przyklaskiwały cokolwiek nie zrobiły.
Wszyscy ich znali. Niektórzy nawet podziwiali, a inni się zwyczajnie bali.
Zoe była tym typem człowieka, który siedział z boku i wolał skupiać się na sobie, niż szkolnych perypetiach. Nie wychodziła przed szereg, chyba, że było to stricte z powodów naukowych. Nie interesował jej wyścig szczurów w szkole, ani konkursy popularności. A jednak… skończyła tutaj, chroniąc godność przyjaciela przed samym Królem Szkoły.
Gorzej być już chyba nie mogło… chociaż jak się miało okazać - mogło.
—
Zanim nazwiesz go lamusem, może pomyśl, że nie każdy rzyga, bo się upił jak idiota. Może ktoś ma problemy zdrowotne. Może komuś coś zaszkodziło — zaczęła, w dalszym ciągu broniąc swojego przyjaciela, który zamilkł, ale to pewnie dlatego, że w dalszym ciągu źle się czuł i jakby zaczął się odzywać, to mógłby wyrzucić z siebie drugiego pawia. —
Ale skąd ty masz o tym wiedzieć? Ty przecież diagnozujesz ludzi na podstawie plam na butach. — A może po prostu go to nie obchodziło, Zoe. Może miał wyjebane z jakiego powodu ktoś się gorzej poczuł, tylko obchodził go efekt, że zrzygał się mu na drogie, pełne lansu obuwie.
I to jeszcze, o zgrozo, przed kolegami. Przecież ta zniewaga krwi wymaga.
Mogła się spodziewać, że chwyci się tego nieszczęsnego numeru. Kidy jednak usłyszała jego tekst, a jego koledzy jeszcze mu przyklasnęli, bo przecież to był tak zajebisty tekst, to nie mogła się powstrzymać od pełnego politowania spojrzenia.
—
Serio? — rzuciła w niedowierzaniu, chociaż nie powinno być to dla niej zaskoczeniem. W końcu to był ten typ ludzi. —
Nie schlebiaj sobie. Nie jesteś numerem, który chciałabym mieć w telefonie — odpowiedziała, wbrew wszystkiemu co uważała każda laska w szkole. Bo w końcu Kross uchodził za tego typa, do którego każda chciałaby mieć numer. Plotkowały o nim, obczajały go spojrzeniem - jak nie w szkole, to na boisku, gdy grał. Chichotały i wzdychały pod nosem, jakby on miałby być ich księciem z bajki.
Dlatego Maldita, królowa cheerleaderek, się tak woziła. Bo wiedziała, że byli parą królewską szkoły.
Marvin wydawał się być jeszcze bledszy niż wcześniej, zwłaszcza gdy Kross nie odpuszczał, a koledzy mu przyklaskiwali. Bo raz jeszcze usłyszał swoje nowe przezwisko, teraz już chyba będąc w pełni świadomy, że nie pozwolą mu uciec, dopóki nie wykona swojego zadania. Dlatego też przełknął tą gulę w gardle, która mu narosła i dość chwiejnie się podniósł, ale został zatrzymany, zanim zdołał zrobić coś więcej.
—
Wyglądasz jak trup, zostaw to — upomniała przyjaciela, naciskając na jego ramię i zmuszając go przy tym do siadu. Już wyglądał jak chodząca śmierć, a było duże prawdopodobieństwo, że jak się pochyli nad butami… to się zrzyga znowu. I wtedy już będzie przejebane do całości. —
Daj to — rzuciła, zabierając butelkę z wodą, którą przy sobie przecież mieli, bo było tak ciepło, że poza piwem, warto było mieć coś więcej.
—
Zoe… — zaczął słabo chłopak, najwyraźniej chcąc się postawić.
—
Cicho. Siedź, źle się czujesz. Ja się tym zajmę, bo inaczej nam nie dadzą spokoju — powiedziała, uśmiechając się do niego pociesznie. Zaraz jednak wyciągnęła ze swojej torby chusteczki, bo najwyraźniej to ona zamierzała wypełnić też nieprzyjemny obowiązek.
Przykucnęła i powstrzymując swoje własne nudności, polała wodą buty chłopaka, zmywając większość brudu. Na szczęście przede wszystkim wystarczyło to przemyć, niż faktycznie wydłubywać rzeczy, bo wtedy to ona sama by nie wytrzymała.
—
Trochę to żałosne, skoro myślisz, że nękanie innych daje ci jakąś siłę — rzuciła, przejeżdżając suchą chusteczką po designerskich butach, aby je nieco osuszyć. Wydawała się nie słyszeć podśmiechujek ze strony jego kolegów i dziewczyny. Po prostu chciała odwalić zadanie i móc zabrać przyjaciela do domu, bo nie wyglądał dobrze. —
To tylko pokazuje, jak mało jesteś wart, skoro musisz kogoś upokarzać, żeby poczuć się kimś — dodała, kończąc swoje zadanie. I nie sądziła, że jakkolwiek cokolwiek do niego dotrze, ale nie umiała siedzieć przy tym cicho. Nienawidziła znęcania się nad słabszymi, zwłaszcza, jak było się takim wyszczekanym w gronie znajomych, którzy jeszcze temu przyklaskiwali.
Jeszcze tylko rok, Zoe, i spierdalasz na Harvard. Jak dobrze pójdzie.
Podniosła się z kucek, wciskając w jego pierś paczkę chusteczek z których korzystała.
—
Proszę. Już ci lepiej? — Musiało, bo buty miał już bez rzygowin.
Evander Kross