Wokół niej przemykają wystrojeni goście, ubrani w eleganckie garnitury i wystawne suknie, a ona w końcu czuje, że żyje. To jej naturalne środowisko – pomiędzy tymi wszystkimi ludźmi, po których widać i czuć, że osiągnęli sukces, wydaje się, jakby we właściwym miejscu. Ma wrażenie, że ktoś z niej zakpił – bóg, los lub wszechświat – czyniąc z niej Huttonównę, umieszczając ją w rodzinie, delikatnie mówiąc, kompletnie innej od świata, w którym w końcu odnalazła swoje miejsce. W tej zapyziałej dziurze, jaką było Orangeville, jako środkowe dziecko opuszczonej przez boga rodzinie, w której patologia odmieniała się przez wszystkie przypadki, musiała się naprawdę zawziąć i postarać, by wydostać się z bagna, w jakim przyszło jej żyć i znaleźć się w końcu tam, gdzie od zawsze chciała być.
Teraz, gdy już doświadczyła życia w blichtrze i luksusie, nie zamierza oddać go bez walki. Nawet jeśli ten świat odrzuca ją jak organ po przeszczepie, ona zamierzała rozpychać się rękoma i nogami, znów wspinać się na plecach i głowach innych ludzi, byleby tylko pozostać na przynajmniej tym samym poziomie, z którego spadła. Wróci. Co do tego nie miała żadnych wątpliwości. Wydaje jej się zresztą, że każdy, kto na nią spojrzy i z nią porozmawia tego wieczoru, również mógłby stwierdzić, że pasuje tam.
Może tylko Hattie mogłaby się z tym nie zgodzić, bo tylko ona wie, co kryje się pod powierzchnią. Wie, że jej uśmiech jest sztuczny, że jej ton głosu nie przypomina tego, którym mówi naturalnie (pełnym wyższości, pozbawionym delikatności). Być może zna ją bardziej, niż ktokolwiek inny, co jest zarówno zaszczytem, jak i przekleństwem. Sloane oczywiście rozumie, że dla Hattie – wyłącznie to drugie.
Puszcza jej uwagę mimo uszu. Sloane nie potrzebuje jej pozwolenia na wszelkie komentarze, wypowiada je mimo i ze względu na jej brak zadowolenia z tego powodu.
– Czy to po mnie stwierdziłaś, że brak charakteru u partnera jest bezpieczniejszym wyborem? – pyta więc, patrząc jej prosto w oczy z bezczelnym uśmiechem na ustach. Nie da się ukryć, że w tej kwestii jest kompletnym przeciwieństwem Jamesa. Można by nawet stwierdzić, że Sloane jest nawet zbyt charakterna, w związku z czym relacja z nią może okazać się (co zostało sprawdzone w praktyce przez Hattie) koszmarem. Może nuda jest czymś znacznie łatwiejszym do zaaceptowania na dłużej. Z drugiej jednak strony James wydaje się koszmarem na kompletnie inny sposób, ale Hattie wydaje się tego w ten sposób nie widzieć. A przynajmniej nijak tego po sobie nie pokazuje. Sloane chciałaby przypatrzeć im się bardziej, spędzić z nimi (ale tylko z n i m i, nie z
nim) więcej czasu, zobaczyć, jak zachowują się w bardziej naturalnym dla nich środowisku, jak wygląda ich zwykłe, nudne życie w Toronto. Być może będzie miała okazję. W końcu właśnie oficjalnie została p r z y j a c i ó ł k ą Hattie. Czy piękną, młoda żona z przedmieść znajdzie odpowiednie wytłumaczenie, jeśli nigdy później nie zaprosi do nich Sloane lub odmówi jej zaproszenia, gdy to James je zasugeruje?
– Przeciętność mnie drażni – stwierdza, wzruszając ramionami. Być przeciętnym to jak być nikim. Pustą niezapisaną kartką, jedzeniem bez smaku, waniliowym seksem… Szkoda jej życia na ludzi, którzy przez tyle lat życia, doświadczeń, rozmów nie byli w stanie wyhodować w sobie choćby cząstki charakteru. Hattie też się przy nim marnuje. Przy nim wydaje się znacznie mniej ciekawsza, niż wtedy, gdy była z nią blisko.
– Sloane – poprawia ją, zanim odpowie.
– Uwielbiam siebie, nie wiem, jakiej odpowiedzi oczekujesz – dodaje, wzruszając ramionami, jakby było to całkiem oczywiste. Czy jest na pewno? Może lepiej się nad tą kwestią nie rozwodzić.
– To urocze, że tak się interesujesz moją karierą. Pamiętasz nagłówki, bo zbierasz wycinki z gazet do albumu? – odwraca kota ogonem. Lepiej skupić się na prowokowaniu Hattie niż na kwestii jej kariery. Ma rację. Jej kariera wisi na włosku. Przemysł rozrywkowy wybacza przemocowym mężczyznom, nawet takim z neonazistowskimi poglądami, ale nie kobietom z reputacją
trudnej. Sprawa nie jest jednak przesądzona i nawet jeśli obecnie nawet nikt jej nie reprezentuje, to choćby miała sprzedać duszę diabłu, wróci na szczyt.
Zjawiskowo. Wyglądała z j a w i s k o w o. Sloane wie, że jej komentarz nie jest szczery i musiał zostać wymuszony w jakiś sposób, ale i tak uśmiecha się z zadowoleniem w jej kierunku.
– Negroni – rzuca w stronę barmana, pobieżnie przemykając po nim wzrokiem. Odwraca się znów do Hattie i pochyla się nad nią, zatrzymując się z ustami tuż przy jej uchu, tak by jej słowa trafiły wyłącznie do niej.
– Ty też dobrze wyglądasz, Hattie, ale myślę, że lepiej by ci było bez tej mdłej sukienki na sobie – szepcze i odsuwa się od niej. Patrzy na nią intensywnie, czekając na jej reakcję, choć trudno oczekiwać, by była z tych słów choćby odrobinę zadowolona. Chciałaby jednak dostrzec w niej coś, co pozwoliłoby jej stwierdzić, że choć odrobinę szybciej zabiło jej właśnie serce, że jej słowa wywołały w niej cokolwiek.
hattie ackworth