—
Tragiczny — potwierdził, bo nie miał powodu, by wycofywać się nagle ze swoich słów, szczególnie, że były one powtórzeniem epitetu, który to sam Simon narzucił im w jednej z wcześniejszych wypowiedzi. W oczywistej konsekwencji bycia jedynie człowiekiem, który nie czytał nikomu w myślach, Jayce nie wiedział przy tym, jak trafne było jego stwierdzenie i jak dużą wiązkę emocji oraz ukrytą historię za sobą niosło.
Po słowach o rozejściu się z mężem naturalnie założył, że małżeństwo Simona i drugiego mężczyzny się zwyczajnie rozpadło. Nie przypuszczał, że mogło chodzić o śmierć. W jego głowie ich związek pozostał albo w zawieszeniu pod pozornie przyzwoitą łatką separacji, albo formalnie całkiem się zakończył, np. rozwodem. Nie miał jednak tak silnej motywacji i ciekawości w sobie, by dochodzić do sedna prawdy w tym aspekcie. Znacznie ciekawszą częścią dnia, niż rozkładanie związkowych doświadczeń Simona na czynniki pierwsze, wydawało mu się samo śledzenie przebiegu ich spotkania, które nagle zaczęło orbitować wokół zupełnie innej planety.
Wpierw byli Neptunem — surowym i chłodnym. Pozwalali by wiatr pałętał się po płaszczyznach ich ciał, a także za kołnierzami koszulek i bluz. Metaforyczne zimno w tamtym momencie nie znało granic, pozostawali bowiem wobec siebie absolutnie neutralni: okuci grubą warstwą lodu, przez którą trudno było się z początku przebić. Brak stałego lądu, tj. jakiegoś punktu zaczepienia, którego mogliby się chwycić, sprawiał, że atmosfera między nimi była ciężka i gęsta, ale w sposób, który trudno się akceptowało. Dopiero potem stali się gorącym i obiecującym Wenus — byli wybuchem bliskości i ciepła, które osadzone daleko ponad pierwsze warstwy wymuszonego niemal kontaktu zaczynało wchodzić głębiej, pewniej... To samo ciepło rozłaziło się po każdym zakamarku głowy i nie tylko: zachodziło dreszczem na spragnioną dotyku skórę. Na pewno działo się tak z ciałem Jayce’a, który otoczony przez dłoń mężczyzny na własnych spodniach, czuł jak podbrzusze paliło go od wzrastającego z wolna podniecenia i jak przez kark przebiegał wyraźny impuls, który wyjątkowo gładko lokował się w gorących lędźwiach.
Wszystko to przez Simona. Zaskoczył go ponownie. Bo choć nie sprawiał wrażenia osoby rozpustnej, czy szczególnie śmiałej, nie miał skrupułów do tego, by pozostawać z nim w bliskości i masować zadziwiająco bezpruderyjnie jego krocze, pomimo otwartej, publicznej przestrzeni.
Nie wiedział, co w tym momencie ekscytuje go bardziej: fakt, że mogli zostać przez innych w każdym momencie odkryci, czy to, że udało mu się wciągnąć w tę niebezpieczną grę kogoś o Jego autorytecie. Simon wydawał się osobą, która dbała o swoją reputację, dlatego rozmiękczanie jego granic i zacieranie śladu po wcześniejszej przyzwoitości starszego mężczyzny było wyjątkowo satysfakcjonujące.
—
Wygląda na to, że też lubisz “zaczepiać obcych w dziwnych miejscach” — zdążył jedynie dodać przed rozpoczętym pocałunkiem. Dalej nie rejestrował już niczego, poza dobrocią pieszczoty. Jak najmilsze kocię, usta Simona otarły się o jego własne z wyczuciem, a ciało kochanka, spolegliwe i elastyczne (jak na jego wiek) podążyło za sugestią. Z ochotą objął go i przycisnął do siebie w dłużyżnie pocałunku — lekkiego, niemal leniwego, póki ręka Jayce’a nie wylądowała na karku mężczyzny, pogłębiając kontakt. Wykorzystał moment, w którym usta Simona szukały powietrza i sam tworząc jedynie nieznaczną pauzę, poświęconą na zaczerpnięcie tlenu, zatopił się w cieple jego oddechu, a dalej w szczelinę kuszących warg, przesuwając mokrym i chętnym językiem po cudzym podniebieniu, póki nie uchwycił w tańcu Simona.
W jednej chwili wszystko stało się jasne: to co wcześniej było suche — wiór rozmów, od których zaczęli — właśnie nasycał się nowymi emocjami i nowymi doświadczeniami, gdy w mokrym pocałunku zamknął całą swoją, młodzieńczą żądzę.
Pragnął go.
Kurewsko silnie i zachłannie, gdy już zdołał posmakować pierwszej słodyczy kontaktu.
Nie zwrócił przy tym nawet uwagi na to, że kanu wciąż posuwa się po sobie znanym torze i przybliża się z niebezpieczną jednostajnością do brzegu, a raczej do jeziornych chaszczy po drugiej strony zalewiska. Co było trochę pechem, a trochę rzutem szczęścia.
Kiedy wpadali w dziurę zieleni z jednej strony szarpnęło nimi znacząco, co wybiło Jayce’a z rytmu pocałunku. Musiał odsunąć się na milimetry, by uspokoić przy tym spłoszone serce, wciąż jednak obejmował palcami cudzą szyję, wydmuchując na twarz mężczyzny ciepły, nieco już przyspieszony oddech.
Z drugiej strony właśnie schowali się pomiędzy szerokimi liśćmi wodnych roślin, a cienie, padające od przybrzeżnych drzew, nadały ich nowej miejscówce nieco intymności.
—
Teraz możesz zaczepiać do woli — skomentował wesoło, niemal rubasznie, gdyby nie to, że ze swoim młodym i zdrowym wyglądem zupełnie nie pasował do roli zbereźnego wujaszka, więc wypowiedź ta, choć wyjątkowo prosta, nawet prostacka, w jego ustach zabrzmiała nawet odrobinę kusząco.
Simon Rossi