001. | outfit
Nie chciał się narzucać swoją obecnością w takiej chwili - tak ważnej dla jego pracodawcy i wieloletniego przyjaciela, jakby nie patrzeć. Dzielili naprawdę wiele wspólnie, z wielu rzeczy wzajemnie się wyciągali, a na dodatek jego ojciec przyjaźnił się z Panem Bouchardem jeszcze dłużej, toteż czuł iż mogli wzajemnie się w taki sam sposób traktować. Pełne zaufanie, jakim się darzyli po tylu latach działań owocowały dla jednego i drugiego, że innej opcji nie można było założyć.
Nie znaczyło to jednak, żeby faktycznie miał przebywać na kolacji, gdzie miał spotkać się ze swoją córką, która dopiero co wróciła do miasta… i która lada dzień ma zacząć stopniowo przejmować obowiązki swojego ojca w firmie, w jakiej tak prężnie i dzielnie walczyli o swoje lepsze jutra.
Ostatecznie dał się przekonać na ów wypad do lokalu, nie chcąc po prostu wyjść na niegrzecznego i z brakiem szacunku względem starszego od niego mężczyzny z tym ciągłym przekonywaniem iż to nie jest nic takiego i nie będzie piątym kołem u wozu tylko ważnym gościem w trakcie tej kolacji. Z takim nastawieniem więc się wybierał, chociaż nie miał zamiaru wyglądać niesamowicie szykownie, nie sądząc aby aż tak wielka okazja to jednak była.
Przyszedł nieco spóźniony - a raczej mogłoby to tak wyglądać, lecz to był właśnie jego pomysł. Miał nie pojawić się na samym początku kolacji, a dopiero po paru chwilach, gdy zdoła porozmawiać z córką na tyle, aby poczuła się wprowadzona do dalszej części przeprowadzanych rozmów oraz ogólnego zapoznania się ów dwójki. Bo choć pamiętał jej osobę w momencie, gdy zatrudnił się, to jednak była ona jeszcze wtedy… dzieckiem, a te dziesięć lat, jak nie więcej, minęły jak z bicza strzelił, gdzie z pewnością ona się mocno zmieniła, a i on na pewno nie wyglądał tak, jak kiedyś, więc zapewne nie rozpozna go po tak długim czasie.
Gdy wyjrzał do wnętrza lokalu, dostrzegł siedzącego mężczyznę, do jakiego machnął w formie zwiastowania swojej obecności, na ten moment widząc jedynie siedzącą do niego plecami kobietę - zdecydowanie już nią była, nie będąc tą dziewczynką, która uciekała od ojca i jakichkolwiek poważniejszych rozmów o przyszłości, bowiem ona wtedy nie miała na to czasu. Teraz ów czas posiadała, choć nie wydawało się z daleka, żeby to spotkanie było w jakikolwiek sposób wymuszone czy żeby ona cokolwiek udawała. Nie widać było po niej napięcia, nie była zdenerwowana czy rozdrażniona. Jeszcze wtedy nie słyszał o czym rozmawiali, a sprawiali wrażenie iż zabawa trwa w najlepsze.
Szkoda, że przyszedł to niejako zepsuć.
Stanął niespiesznie oraz po cichu za nią, jeszcze nie dając o sobie znać, słysząc iż właśnie jest przedstawiany. Brew w momencie wypowiedzi kobiety mocno mu wystrzeliła w górę na to, w jaki to sposób potencjalnie i już na samym starcie go odbiera, na co jeszcze na koniec aż się uśmiechnął półgębkiem, będąc ciekawym czy będzie mimo wszystko w dalszym ciągu zaliczany do tych całych
nadętych bufonów, czy może jednak nie będzie aż tak źle.
Prędkie odwrócenie się i gdy o mały włos nie doszło do rozlania wina sprawiło, że zrobił automatyczny krok do tyłu, aby uniknąć ewentualnego oblania bądź zderzenia, dopiero w tej chwili mając możliwość ujrzeć twarz
nieznajomej. Nie mógł powiedzieć, że tego nie zrobił - bowiem wręcz chamsko zlustrował ją swoim spojrzeniem dosyć skrupulatnie jak na to, ile miał czasu na zrobienie tego, po czym uśmiechnął się ponownie - już nie pewny siebie, jak to zwykle bywa, a w zwyczajnym, szczerym odruchu. Zaraz po tym Pan Bouchard zaczął wstawać ze swojego miejsca, na co prędko zareagował, aby nie musiał tego robić - wiedział, że choruje i nie jest tym samym facetem co kiedyś, toteż nie chciał żeby się musiał nadmiernie wysilać.
— Niech Pan nie wstaje, naprawdę. Też się cieszę, że mogłem tu przyjść i dziękuję za zaproszenie — nie mówił tak po to, aby się podlizać na jej oczach, a zwyczajnie tak został wychowany. Wymienił z nim uścisk dłoni, po czym pomógł powrócić na miejsce, gdy znajdował się w tej
połowie drogi do powstania z niego. Gdy upewnił się, że mężczyzna znajdował się na krześle, odwrócił do kobiety ponownie.
— Cześć, jak już zostałem przedstawiony, jestem Matthew Lloyd, współpracuję już kawałek czasu z Twoim ojcem… no i niedługo również będziemy współpracować razem — powiedział na powitanie, aby nie poczuła się pokrzywdzona iż nie wypowiedział czegokolwiek od siebie do niej. Wystawił wtedy dłoń w jej kierunku, a gdy Clara - jak już wcześniej się dowiedział niejednokrotnie - odwzajemniła gest, postanowił bez namysłu ucałować w wierzch - jak na dżentelmena przystało.
— A, no i oczywiście nie zapominajmy o moim niesłanym tytule - nadęty bufon, ale ten przydomek chyba łatwo spamiętasz — musiał wbić szpileczkę, gdy wyprostował się, na co usłyszał ryk śmiechu za swoimi plecami.
— Nie mówiłem Ci, ale Matt to świetny kawalarz, nie będziesz się z nim nudziła! — rzucił nagle niespodziewanie dla zebranych przy stoliku Pan Bouchard, po czym klasnął w dłonie. Matt na to jedynie zareagował szerszym uniesieniem kącików ust, co by powstrzymać się od komentowania, po czym lekko odsunął krzesło, na jakim wcześniej siedziała kobieta i przysunął ją do stolika, oczywiście dalej zachowując się odpowiednio, jak na mężczyznę przystało.
— Wybacz, Matthew, ale zamówiliśmy już główne danie przed Twoim przyjściem, mam nadzieję że wybrane specjalnie dla Ciebie danie będzie Ci odpowiadało — Lloyd od razu dostrzegł iż Clara trochę była zbita z tropu, bo przecież nie zarejestrowała faktu, kiedy jej ojciec zdołał zamówić dodatkowe danie.
— Nie będzie żadnego problemu, na pewno wybrał Pan coś świetnego — teraz to prawda, trochę się przymilał, ale kimże by był, gdyby tego nie zrobił względem człowieka chorego oraz u którego pracuje?
Clara Bouchard