Ten czas rozłąki dla żadnego z nich nie był łatwy.
Dla niej, bo została sama z dzieckiem, może i miała ciotkę i kuzyna, ale ojciec jej dziecka siedział w pace. Zabrali jej go, a przecież za dwa dni mieli się pobrać. Musiała sobie radzić, a do tego jeszcze zbierała pieniądze żeby mu pomóc. A Madox nic nie wiedział. Ale może to i dobrze, bo on tam i tak miał wiele powodów, żeby się zadręczać.
Więzienie to była pierdolona szkoła życia. Sami kryminaliści, a wśród nich ten pyskaty, narwany chłopak, który jeszcze wtedy miał marzenia, o tym, że mógłby żyć inaczej. Szybko je stracił, wiele razy dostał tak, że ledwo z tego wyszedł, bał się o życie. I chociaż usilnie do niej pisał, błagał o spotkanie, to w pewnym momencie, jeśli chciał z tego wyjść obronną ręką musiał trochę odpuścić...
Ale gdyby wiedział, że ma córkę. Że Pilar też nigdy nie przestała go kochać... może to wszystko wyglądało by inaczej?
Przecież on później też potrafił załatwić sobie różne rzeczy, złapał kontakty, zakręcił się tu gdzie trzeba. To wciąż było pierdolone piekło, izolacja, zamknięcie, w którym jego nieokiełznana dusza się po prostu dusiła, ale jednak zyskał pewną pozycję. A to już dawało mu możliwości. Przecież on kurwa kręcił z Haddie jeszcze za kratkami. Już stamtąd ustawiał sobie pewne rzeczy, kiedy Pilar wychodziła za Galena Wyatta, żeby go ratować.
Tylko czy było warte, skoro on zaraz na wolności poprzysiągł zemstę na swoim ojcu? I sam robił to co on?
Stał po tej złej stronie, zupełnie przeciwnej do tej, którą obrała Pilar.
Ale teraz kiedy trzymał ją w ramionach po raz pierwszy zastanowił się nad tym, czego on tak naprawdę chciał. Jej. Kurwa. Być z nią, dla niej i ich córki.
Bo czasu nie mogli cofnąć, ale mogli wykorzystać przecież to co jeszcze przed nimi. Budować wspólną przyszłość i brać z niej na maksa. Co kurwa stało im na przeszkodzie?
Przecież nie Carlos, jego Madox zamierzał załatwić, zemścić się na nim i był na dobrej drodze do tego. Znalazł popleczników, którzy też mieli dość starego Noriegi, a łącząc z nimi siły, wierzył w to, że mógł zadość uczynić za to wszystko, co zrobił mu jego ojciec, co robił przez całe życie z nim i z jego matką.
I może Madox też nie byłby dobrym ojcem, chujowym, ale kurwa. On by jej ten domek postawił na najwyższym drzewie. Amrze. I już zawsze oddawał jej kukurydzę ze swojej zupy i nauczył ją, że nie zawsze najważniejsza jest wygrana, a czasem po prostu dobra zabawa. I może sam też by się przy niej dużo nauczył?
Wbił spojrzenie w Pilar, kiedy kazała mu jej słuchać, ale gotowy był już jej powiedzieć, że ma w dupie to, że jest żoną Galena Wyatta, bo on ją porwie z tej willi. Ją i Amrę. Oparł wytatuowane place na jej policzku, kiedy odsunęła się tak, żeby na niego spojrzeć. I on też te ciemne tęczówki zawiesił na jej pięknych, dużych oczach. A zaraz... wyznawał jej miłość. Najprawdziwszą i najszczerszą na świecie.
Ja też cię kocham.
Ulżyło mu i mogła to na sobie poczuć, jak się rozluźnił, jakby jakiś ciężki kamień spadł mu z serca. Bo bał się, że nie.
I może to było kurwa idealistyczne podejście wierzyć, że miłość może pokonać wszystko, ale Madox tak wtedy myślał. Jakby znowu miał to osiemnaście lat i to było wszystko czego on potrzebował do życia, jej. Kochać ją. I czuć, że ona też kochała jego.
Całował ją zachłannie, dziko, przytrzymując przy sobie, wplatając palce w ciemne kosmyki na jej karku. Jego język spotkał się z tym jej w zmysłowym tańcu, nie w jebanej walce o dominację, w czymś innym. W jakiejś niemej obietnicy miłości i tego, że razem mogliby
wszystko -
wiem - mruknął w jej usta, między kolejnymi pocałunkami, bo przecież wiedział
jak bardzo, bo on kochał ją tak samo. Do pierdolonej obsesji, do szaleństwa, na zabój.
Wyrwał się jeszcze do niej, kiedy szarpnęła go za żuchwę, kiedy odsuwała od siebie, bo nie chciał się dystansować. Ugryzł ją w palec -
Pilar - układając na ustach jej imię. Złapał ją za nogę szarpiąc do siebie mocniej i dopiero kiedy zaparła się na jego ramionach odsuwając od niego. Dopiero kiedy w jej oczach widział znowu to, że coś jest nie tak, to się uspokoił, to spoważniał patrząc w jej piękne, czekoladowe oczy.
-
Czemu? - zapytał, bo dla niego wszystko przecież zawsze było proste. Chcesz coś, to wyciągasz po to rękę i to bierzesz. Walczysz o to, albo giniesz próbując. I póki co jeszcze żył, chociaż po drodze oberwał wiele razy, ale nigdy się nie poddawał. Wbił w nią czarne spojrzenie, sięgnął do niej ręką, opierając ją na jej biodrze, sunąc nią na jej pośladki, wbijając palce w jej delikatną skórę, widział jej wewnętrzną walkę, ale tego nie rozumiał.
Ja nie mogę go zostawić.
Odruchowo cofnął rękę, pozostawiając na jej skórze chłód.
-
Bo? - ciągnął ją za język, a kiedy mówiła dalej to jej słuchał. Patrzył jak się od niego odsunęła, jak skuliła na podłodze i mógł ją uderzyć ten chłód, w jego spojrzeniu, to jak skrzyżował ręce na torsie -
dwa lata... - powtórzył po niej beznamiętnie. Przez chwilę patrzył na nią na tej podłodze, jak podciągnęła kolana pod brodę, jak wplątała smukłe palce w czarne zmierzwione
kudły.
Powinien wstać i robić jej wyrzuty? Wyjść stąd zbierając po drodze swoje ciuchy. Wściec się... Przecież taki był Madox.
Ale zamiast tego doskoczył do niej, złapał ją za kostkę i już opierał sobie jej nogę na udzie -
i chuj z tym, z jego umową - schylił się, żeby złapać jej spojrzenie, żeby palcami znowu sunąć po jej ciele, zostawiać na skórze gorąc i to przyjemne mrowienie, w miejscach, gdzie wędrowały jego szorstkie opuszki. Zatrzymał się, kiedy powiedziała o tych zaręczynach, nabrał w płuca więcej powietrza, bo... oni też byli. Może jedynie plastikowym, odpustowym pierścionkiem, pod wpływem chwili uniesienia na kamieniu na środku jakiegoś bajora, może niecały tydzień, ale byli...
-
Niech spierdala. Zabiję go, jeśli powiesz tylko słowo, żeby się od ciebie odczepił - zrobiłby to, wszystko by dla niej zrobił. Przesunął palcami po jej nodze, a kiedy powiedziała o tych sześciu milionach, to znowu na moment się zawiesił, nie miał tyle kasy. Jeszcze nie teraz, ale... -
zdobędę takie pieniądze i wtedy rzucisz mu nimi w twarz i każesz się pierdolić - złapał ją za podbródek, żeby teraz to ona na niego spojrzała. Jego czarne oczy wpatrywały się w te jej intensywnie -
a za tego prawnika mogę mu oddać już, półtora bańki - tyle też nie miał, ale mógł załatwić. Wiedział gdzie.
Nie chciał jej słuchać, tego, że jakiś pierdolony Galen Wyatt będzie im teraz stał na przeszkodzie. A ona co? Będzie się zmuszała, żeby przez dwa lata być jego idealną żonką? Przecież by go popierdoliło, jakby wiedział, że tamten jej dotyka, że traktuje jego córkę jak swoje dziecko...
-
Nie będziesz już więcej pokutować za to, że chciałaś mi pomóc - pokręcił głową i przyciągnął ją znowu do siebie bliżej -
i nie będziemy już uciekać. Załatwimy Carlosa i załatwimy Galena i wszystko co stanie nam na drodze, niech kurwa spłonie... - bo dla niego świat mógłby nie istnieć, płonąć, liczyła się tylko ona. A reszta mogła się pierdolić. Na czele z Wyattem.
Złapał jej rękę, żeby przesunąć sobie jej palcami po piersi, po tatuażu z
dzikim lwem, a potem po szyi i
koronie na niej, żeby ułożyć ją sobie na karku, na tym napisie
Romeo, który tam nosił. Bo może ich miłość też była nieszczęśliwa, ale kurwa... Była. I teraz to dla niego liczyło się najbardziej.
-
Popierdoli mnie... Każdy kolejny dzień bez ciebie - przysunął się do niej bliżej, zaglądając jej w oczy -
ale musisz dać mi trochę czasu i to załatwimy - przytulił szorstki policzek do jej ręki -
i będziesz mogła porwać tą umowę, a ja na odchodne złamię mu szczękę - może nie powinien jej takich rzeczy mówić, ale to był Madox, wciąż ten dzikus, który nie potrafił się zatrzymać. Musnął wargami skórę na jej dłoni, każdy jeden jej palec -
i będziesz tylko moja - zapewnił ją patrząc jej głęboko w oczy. Chociaż w tej chwili mogło się to wydawać obietnicami bez pokrycia, ale... Nie z takich sytuacji znajdowali wyjścia, nie z takimi przeciwnościami losu walczyli. I nigdy się nie poddawali, zwłaszcza jeśli chodziło o to drugie.
y serás solo mía 
<𝟑