ODPOWIEDZ
32 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me
'Cause I don't think that they'd understand
When everything's made to be broken
I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To miał być zupełnie normalny, niczym nie wyróżniający się dzień w pracy. I nawet całkiem tak było! Prawie cały dyżur – i to przedłużony o kilka godzin dyżur! - przebiegł zgodnie z planem… o ile oczywiście dzień na ostrym dyżurze może mieć plan, wiadomo. Dużo pracy, mało czasu na myślenie o czymś, co nie było pracą, aktualnymi przypadkami i obowiązkami. Chyba właśnie dlatego tak lubiła pracę w szpitalu – nie miała czasu na to, co działo się w jej głowie, na użeranie się z własnymi myślami, wątpliwościami i głupimi pomysłami. Tak było… lepiej. I bezpieczniej. Chociaż i tutaj ją dosięgało.
Uzupełniała właśnie rubryki w karcie pacjenta, gdy do jej uszu dotarło coś, czego nie mogła zignorować. Nazwisko, które działało na nią w ten bardzo specyficzny sposób, naturalnie się spięła, a serce zaczęło bić jej odrobinę szybciej. Szczególnie, że przy ostatnim spotkaniu… no nie popisała się, naprawdę się nie popisała i teraz najchętniej zapadłaby się pod ziemię. A nie mogła. Bo ten głos nie należał do tak dobrze znanego jej mężczyzny. On nawet nie należał do mężczyzny i chyba właśnie dlatego wzbudziło to jej zainteresowanie. Chłopiec… na oko pięcioletni? Może sześcioletni? W tych okolicach. Zaczepił jednego z lekarzy i zaskakująco spokojnie – jak na swój wiek – coś mu tłumaczył. Do Iris docierały skrawki tej rozmowy, pojedyncze słowa i chyba tylko tak usłyszała Henderson. No właśnie…
- Hej, Valentine… mamy na oddziale jakiegoś Hendersona? – usłyszała pytanie, gdy tylko jej wzrok spotkał się z lekarzem, który został zaczepiony przez dzieciaka – Młody twierdzi, że przyjechał z tatą i się zgubił. – ta informacja sprawiła, że Iris mocniej ściągnęła brwi, bo to zaskakujący zbieg okoliczności. Odłożyła kartę na stos innych i podeszła do chłopca, żeby się z nim przywitać i rozwiązać tą małą zagadkę.
- Cześć, jestem Iris. – podała mu rękę i ładnie się uśmiechnęła – Powiedz mi, czy twój tata przyjeżdża tutaj regularnie? Bo zrobił sobie coś w nogę? I zanim tutaj do nas trafiłeś to byłeś z nim parę pięter wyżej? – chłopczyk tylko pokiwał głową w odpowiedzi, a Iris już wszystko wiedziała – Zajmę się tym, znam jego tatę. – zapewniła lekarza, który ewidentnie odetchnął z ulgą, bo chyba nie marzył o tym, żeby przez resztę dyżuru zajmować się zgubionym dzieckiem. No i że to dziecko miało ojca, który faktycznie był w tym szpitalu, bo w innym przypadku? Procedury by ich wykończyły!
Iris natomiast spojrzała na chłopca i uśmiechnęła się do niego pogodnie, żeby się niczym nie martwił. Tata zaraz po niego przyjdzie. Miał jego oczyCo powiesz na… kakao? – zaproponowała, wyciągnęła do niego rękę i razem z nim ruszyła w stronę szpitalnej kawiarni, żeby tak poczekać na Jesse, któremu przy okazji też wysłała wiadomość, żeby się nie martwił i nie wszczynał alarmu poszukiwawczego. Wszyscy byli cali i zdrowi, a gdy pojawił się na dole mógł zauważyć, że też całkiem zadowoleni. No przynajmniej zadowolony był jego syn, który miał przed sobą kubek z kakao, stos kartek, po których zawzięcie bazgrał kredkami i jednocześnie tłumaczył to Iris, która siedziała obok i zainteresowaniem go obserwowała i kiwała głową ze zrozumieniem. Chociaż nie oszukujmy się… nie rozumiała nic, a na dodatek dzieci ją przerażały.



Jesse Henderson
44 y/o
For good luck!
191 cm
military man wherever country needs it
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Ten dzień był wystarczająco intensywny. Wszystko szło nie tak jak powinno. Jesse przespał budzik i spóźnił się do pracy, w której musiał zostać dłużej niż z początku zakładał i to z powodu tak błahego, że tylko denerwował się myśląc o tym. Henderson poważnie traktował służbę i zazwyczaj nie miał problemu z ponadprogramowymi godzinami – nie sprawiały mu one problemu, gdy jeszcze na Bliskim Wschodzie spędzał całe dnie. Cóż, nic innego do robienia nie miał, więc czy wieczory spędzał w baraku czy kancelarii? Nie grało to dla niego większego znaczenia. Teraz jednak, mając na głowie więcej obowiązków w życiu osobistym, nie było to dla niego takie proste. Nadgodziny wiązały się z przesłanianiem ustalonych grafików, przekładaniem innych przedsięwzięć oraz szybkim działaniem w związku z tym.
Przez pracę nie zdążył ustalić z Sage, co wieczorem zrobią z synem. Żona mówiła, że ma jakieś plany, a Jesse – jak co tydzień w środę – miał rehabilitację. Sądził, że kobieta umówiła na dzisiaj opiekunkę, więc niemiło zaskoczył się, gdy wrócił do domu i został poinformowany, że Junior musi zostać pod jego opieką. Nie było mu to kompletnie na rękę, bo wyprawa do szpitala z pięciolatkom nie była szczytem jego marzeń, a odwołanie wizyty o tej porze nie wchodziło w grę. Musiał zatem pogodzić się z pierwszą opcją.
Zapakował dziecko do auta i ruszył w kierunku szpitala, do którego swoją drogą i tak się spóźnił. Niosąc na ręce dziecko, szedł szybkim krokiem w stronę odpowiedniej sali, do której wszedł prawdopodobnie w ostatniej chwili. Rehabilant poprosił jednak, aby dziecko zostało poza salą i niespecjalnie przejmował się tłumaczeniem Hendersona, że ten, nie ma z kim młodego zostawić. Wówczas pomoc zaoferowała sekretarka przed gabinetem, która zachęciła dziecko kolorowankami. Jesse nie uważał tego za dobry pomysł, jednak widząc zaangażowanie synka w kredki, wszedł do gabinetu.
Przez całą godzinę rehabilitacji myślał głowie o dziecku. Czy wszystko w porządku, czy jest grzeczny, czy nie sprawia kłopotów. Nie spodziewał się jednak, że po wyjściu z gabinetu zastanie zdezorientowaną sekretarkę, która nie potrafiła mu powiedzieć, gdzie uciekł jej mały chłopiec. Henderson momentalnie się zagotował. Wiedział, że nie mógł swojej złości kierować na kobietę, która dzieckiem w ogóle nie powinna się zajmować, dlatego Jesse próbował przyjąć to na chłodno. Sekretarka zaproponowała, aby poinformować ochronę i nawet podała numer telefonu. Wyjął więc telefon z kieszeni, aby zadzwonić do nich i wówczas dostrzegł na wyświetlaczu wiadomości od Iris. Nie odpowiadał na nie, a od razu pobiegł w kierunku jej oddziału.
— A wie pani, że strzelał z pistoletu — mówił łamanym angielskim chłopiec, bazgrząc po kartce coś, co według niego miało przypominać kwiatka i jabłko. — Tak puf! Puf! — dodał, unosząc kredkę na wysokość twarzy, próbując pokazać jak strzela, a przynajmniej jak opowiadał mu o tym tata. — Jak w tych wszystkich filmach!
Dziecko zalewało swoją nową znajomą – bo każdy kto rozmawiał z nim dłużej niż chwilę był w jego oczach nowym kolegą lub koleżanką – swoimi historiami. Nie wszystkie koniecznie miały sens, jednak jak można się domyślić, pięciolatek niespecjalnie się tym przejmował, dzieląc się z Iris kolejną swoją wersją opowieści, które przekazał mu tata.
Co ty za wycieczki sobie robisz młody — Jesse rzucił wchodząc z impetem do szpitalnej kawiarenki i widząc Nico wraz z Iris. Chłopiec podniósł swoje jasne spojrzenie na tatę i uśmiechnął się niewinnie.
— Bo tam już mi się nudziło — powiedział szczerze, po czym wrócił do kolorowania kartki, która pustych przestrzeni już nie miała, jednak Nico chyba to nie przeszkadzało.
Henderson dość szybko i nieostrożnie przebiegł z jednej części szpitala do drugiej. Na tyle szybko i nieostrożnie, że minioną godziną rehabilitacji poszła na marne. Noga bolała go niemiłosiernie, jednak starał się nie dawać tego po sobie poznać. Dosiadł się do siedzącej już dwójki, co by noga chociaż trochę odpoczęła.
Dziękuję — odezwał się, zerkając w kierunku Iris. — Mam nadzieję, że nie zdążył Cię za bardzo zamęczyć — dodał, wiedząc jaki jego pierworodny potrafił być wymagający. Szczególnie w najgorsze możliwie dni, gdy człowiek potrzebował wyciszenia i spokoju, a dziecko z przyjemnością testowała każdy nerw. Ojcostwo było jednak piękne. — Potrafił powiedzieć kto jest jego rodzicami czy na tyle podobny, że sama połączyłaś kropki? — zapytał, chociaż domyślał się, że druga opcja była mało prawdopodobna biorąc pod uwagę, że po nim miał jedynie oczy i charakter.
— A wiesz że dostałem od cioci kakao? — wtrącił się maluch, na co Jesse zrobił zaskoczoną minę.
To samo kakao, którego nie powinieneś pić? — zapytał, na co chłopiec się zaśmiał i wziął do ręki plastikowy kubek, z którego upił trochę. Henderson nie zabierał mu, chociaż dzisiaj już wystarczająco cukrów już dzisiaj pochłonął. Niech coś chociaż ma z tego dnia. — To może ciocia napiję się z tatą kawy? — zapytał Nico, chociaż pytanie bardziej skierowane było do brunetki. Dziecko pokiwało głową, bo wiedział, że zanim tata wypije kawę to ten zdąży pokolorować jeszcze trzy kartki i wyłudzić z pięć czekoladek. Miał głowę do interesów. — Czarną? — zapytał, tym razem już patrząc w stronę Valentine.

Iris Valentine
32 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me
'Cause I don't think that they'd understand
When everything's made to be broken
I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie umiała w dzieci… zdecydowanie nie umiała w dzieci. Tak bardzo nie umiała w dzieci, że teraz siedząc z chłopcem przy jednym stoliku dziękowała sile wyższej, że młody był wystarczająco wygadany, że wystarczyło go obserwować, kiwać głową i przytakiwać na wszystko, co mówił. A opowiadał niestworzone historie, więc w sumie nie było ciężko się na nich skupić, dość szybko wywołały też uśmiech na jej twarzy. W rezultacie czas płynął zaskakująco szybko i chyba tylko podświadomość sprawiła, że podniosła głowę w odpowiednim momencie, żeby zobaczyć jak Jesse idzie w ich kierunku. Idzie… zmrużyła lekko oczy widząc jak lekko utyka jednocześnie próbując to ukryć i trochę ją to zmartwiło, ale nic nie powiedziała. Absolutnie nic. Nie była od tego. Uśmiechnęła się do niego ładnie i obserwowała. Nie dało się nie zauważyć ulgi na jego twarzy, gdy potwierdziło się, że dzieciak żyje, ma się dobrze i naprawdę nie zjadła go na drugie śniadanie.
- Daliśmy sobie radę, wszyscy żyją… – zapewniła, bo wbrew pozorom wcale nie była zmęczona obecnością chłopca. Odrobinę speszona? Prędzej. Chociaż musiała przyznać, że obecność dorosłego Hendersona zrobiła na niej jeszcze większe wrażenie, bo w jej głowie stanął obraz z ich ostatniego spotkania… i powinna zapaść się pod ziemię. Powiedziała wtedy zdecydowanie za dużo, za dużo zasugerowała i zdecydowanie za dużo sobie wyobrażała. Była głupia… a przecież mieli być mądrzejsi – Przedstawił się… ale i tak byś się nie wyparł. – dodała przekornie, uśmiechając się pod nosem, bo może nie był jak skóra zdjęta z ojca (niestety), ale pewne podobieństwo było, nie dało się go zignorować i chyba właśnie dlatego zwróciła na niego uwagę. Połączyła kropki!
I zaśmiała się lekko, gdy po pierwsze awansowała do pozycji cioci, chociaż jeszcze przed chwilą była Iris, a dodatkowo młody ją sprzedał, że kupiła mu kakao. No coś musiała! Spojrzała na chłopca, gdy ten zawzięcie rysował po kartce, uśmiechnęła się pod nosem i lekko zawiesiła, więc pytanie Jesse dotarło do niej z lekkim opóźnieniem. Aż drgnęła, wracając spojrzeniem do mężczyzny.
- Co? Nie… nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł, Jesse. Powinnam się już zbierać, chciałam go tylko popilnować do twojego powrotu – rzuciła, przyglądając mu się uważnie i zdecydowanie zbyt intensywnie. Jakby tym spojrzeniem chciała przekazać dlaczego nie powinni siedzieć razem w szpitalnej kawiarence i pić kawy. Nie po tym jak tak bardzo chciała, żeby ją pocałował, a on był gotowy to zrobić. Nie po tym jak przyznała, że najchętniej zaprosiłaby go do swojego mieszkania i to zdecydowanie nie po to, żeby podziwiał puste ściany. Gdyby tylko nie ten przeklęty telefon… przeklęty telefon od przeklętej żony. Powinna być mądrzejsza. Jednocześnie było po niej widać moment, w którym się poddała. Rozluźniła się i skinęła głową.
- Czarna – potwierdziła – Ale… je przyniosę, Henderson. Usiądź. Nie po to wypruwasz sobie żyły na rehabilitacji, żeby zaprzepaścić wszystko biegiem przez szpital. – wiedziała i widziała… domyślała się. Albo znała go wystarczająco dobrze, żeby móc to z niego wyczytać. Kiedyś potrafiła z niego czytać.. i może nie straciła całej tej umiejętności. I spojrzenie, które mu posłała to było jedno z tych, które nie znosiło sprzeciwu, więc wstała od stolika i poczekała aż on przy nim usiądzie (grzecznie!). Wzięła od niego zamówienie, a zanim odeszła w kierunku lady jeszcze pochyliła się do jego ucha – Zdążysz się jeszcze odwdzięczyć. – szepnęła, żeby tylko on mógł to usłyszeć, a przy okazji ich bliskość nie wzbudziła żadnych podejrzeć. Będzie smażyć się w piekle. Ale przynajmniej jako pracownik zorganizowała im te kawy trochę szybciej, więc zaraz wróciła do stolika z dwoma papierowymi kubkami – Jak ćwiczenia?


Jesse Henderson
44 y/o
For good luck!
191 cm
military man wherever country needs it
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

W trakcie ostatniego spotkania pozwolili sobie na zbyt wiele, chociaż w rzeczywistości do niczego nie doszło. Niewiele jednak do tego brakowało. Gdyby Sage zadzwoniła kilka minut później to Jesse prawdopodobnie byłby zajęty kimś innym na tyle, że nawet by tego połączenia nie zauważył, bo zdrowy rozsądek w takich sytuacjach nie był jego sprzymierzeńcem. I od tamtego momentu ich przypadkowe spotkania i czasami za długie rozmowy się ukróciły. Na szpitalnym korytarzu mówili sobie krótkie „cześć” tak jak powinni od samego początku robić. Dlaczego więc aż tak dręczyło to Hendersona? Że w końcu zachowują się tak, jak wymagała od niego ich sytuacja? Bo Jesse na przykład chyba już zrozumiał, że oni – a przynajmniej on – tak nie potrafili. Nie dało się tak po prostu udawać, że wszystko to co przeżyli tam było czymś dawnym i nieaktualnym. To dalej w nim żyło, tylko wmawiał sobie, że mógł udawać, że wszystko jest w porządku.

Niesamowitym zrządzeniem losu było więc, że to akurat Iris trafiło się pilnowanie syna Hendersona. Z całego personelu szpitala, który mógł wpaść na chłopca, akurat ona była w pobliżu. Przypadki chodzą po ludziach, ale czy aż tak często? Chyba po prostu wszystko próbowało im pokazać, że są na siebie skazani. Nawet w takich momentach.

Henderson powinien raz jeszcze ładnie podziękować dziewczynie i wrócić z synem do domu, jednak zamiast tego, wyskoczył z propozycją szybkiej kawy. Krótka rozmowa, która wyjaśniłaby to, co ostatnim razem miało między nimi miejsce była potrzebna. Fakt, może nie przy dziecku, jednak miał wrażenie, że innej okazji w najbliższym czasie nie będzie. A nawet, jeżeli nie uda im się tego tematu poruszyć, to chociaż kilka neutralnych zdań wymieni. Tyle też mu wystarczało.

Iris nie była przekonana do kawy, jednak mimo wszystko się zgodziła. Nawet sama zaproponowała, że przyniesie i użyła na tyle sensownych argumentów, że mężczyzna faktycznie zajął miejsce. — Ach, nic mi przecież nie jest — westchnął, chociaż wiedział, że przed Valentine nie było sensu tak kłamać. Znała go lepiej niż inni, czasami może nawet lepiej niż on sam siebie. Wiedziała, że już teraz odczuwał skutki swojego szpitalnego sprintu, jednak liczył, że chwilę posiedzi i po prostu mu to przejdzie. Ewentualnie później to rozchodzi.

Iris uważnie pilnowała, aby Jesse zajął miejsce i zanim poszła po kawę, znalazła jeszcze chwilę, by szepnąć mu do ucha. Uśmiechnął się, podnosząc na nią swoje spojrzenie, nim zdążyła odejść. — Obiecujesz? — zapytał, a następnie odprowadził dziewczynę wzrokiem. Długo jednak zerkać za nią nie mógł, ponieważ syn postanowił opowiedzieć mu o swoim rysunku, przedstawiającym tym razem coś na podobieństwo auta. Ojciec pochwalił malca, który ucieszony wrócił do kolorowania i nucenia pod nosem piosenki z bajki, którą Jesse zmuszony był do oglądania z nim. Nim się zdążył zorientować, Iris wróciła. — Już myślałem, że wykorzystałaś okazję do wymknięcia się — rzucił, gdy stawiała kubki z kawą na stoliku. Podziękował krótko skinieniem głowy. — Nie wiem, chyba dobrze — odpowiedział. Ciężko mu było to ocenić. Miał ostatnio wrażenie, że idzie mu gorzej niż powinno i że nie poczynił takich progresów, jakie powinien na tym etapie. — Nasze bieganie będziemy musieli chyba odłożyć w czasie — dodał, po czym sięgnął po kawę. — Chyba, że nie masz serca i chcesz pokonać prawie niepełnosprawnego, starszego mężczyznę — Wziął łyka. Zdecydowanie to było mu teraz potrzebne. — Nie przeszkadzamy ci w ogóle? Nie chcę ci sprawiać problemów. Czy masz teraz jakąś przerwę? — zapytał, odstawiając kubek.


Iris Valentine
32 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me
'Cause I don't think that they'd understand
When everything's made to be broken
I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oboje. Oboje pozwolili sobie na zbyt wiele. To znowu nie było tak, że tylko jedna strona ich układu była czegokolwiek winna. Oh, jasne… to on miał żonę. To on ślubował wierność i uczciwość, więc to jego odpowiedzialność dotrzymać tego słowa. Ale ona o tym wiedziała, miała świadomość, że nie powinni… a mimo wszystko przekraczała granicę. Prowokowała. To ona była ta, która otwarcie zasugerowała, że chciałaby, żeby ją pocałował. Naprawdę tego chciała. To uczucie wcale z niej nie wyparowało, nawet jeśli przez jakiś czas starali się zachować pozory i wrócić na dobre tory.
Poznanie jego syna sprawiło, że… jego rodzina stała się bardziej realna. Oni naprawdę istnieli. Młody kilkukrotnie podczas tych kilkudziesięciu minut beztrosko wspomniał o swojej mamie i to nieprzyjemnie leżało jej na wątrobie. Bo przekraczając granicę, chcąc Jesse, przyczyniała się do krzywdy tego całkiem sympatycznego dzieciaka. Ale co z nią? Czy naprawdę nie mogła wreszcie myśleć o sobie? Czy nie mogła być wreszcie trochę egoistką? Ugh… wyrzuty sumienia były okropne.
I to właśnie o nich myślała przez tych kilka chwil, gdy stała w kolejce po kawę. Raz czy dwa spojrzała w kierunku stolika, przy którym Jesse siedział z synem. Widziała, jak rozmawiali, widziała jak młody na niego patrzył i jak się przy tym uśmiechał. Ona nigdy nie patrzyła tak na swojego ojca, ona go nienawidziała za zniszczenie dzieciństwa. Czy ten chłopiec znienawidzi swojego ojca za zniszczenie dzieciństwa, jeśli ten zostawi matkę? Szlag.
- Przestań… są lepsze sposoby na zniknięcie bez słowa. Wiesz, że mam to rozgryzione. – rzuciła, jak gdyby nigdy nic zerkając na mężczyznę i uśmiechając się pod nosem. Za wcześnie? Być może… - I już bym tego nie powtórzyła – nawet jeśli miała to rozgryzione! Nie chciała więcej od niego uciekać, chętnie cofnęłaby czas i zrobiłaby to inaczej. Ale nie mogła – I auć, prawie niepełnosprawny starszy pan nie brzmi szczególnie pociągająco. Więc jeszcze trochę ci brakuje – dodała, częściowo chowając twarz za kubkiem z kawą, której upiła niewielki łyk, przy okazji parząc sobie trochę język – I nie, nie przeszkadzacie. Właściwie uratowaliście mi ostatnią godzinę zmiany…. Powinnam już kończyć. – zerknęła na zegarek i skinęła. Jej zmiana już się zakończyła – Ale spokojnie! Odebrałam już auto od mechanika, także to żadna sugestia, że potrzebuje podwózki. – żadnych więcej podwózek! – I Jesse… mówiłeś lekarzom? Że to nadal boli? Morze trzeba zmienić podejście, sparować innej formy rehabilitacji, może ktoś jeszcze powinien na to spojrzeć? – oczywiście, że martwiło ją to, że rehabilitacja nie pomagała na tyle, żeby noga przestała mu dokuczać. I jasne… może nie miał wrócić w stu procentach do tego, co było wcześniej, ale jednocześnie nie powinien dać mu popalić szybki marsz przez szpitalne korytarze, prawda? Chciała, żeby miał jak najlepszą opiekę, zasługiwał na nią – Może jakiś neurolog albo neurochirurg powinien na to spojrzeć? Może problem leży gdzieś wyżej? Mogę kogoś popytać, poprosić o konsultacje. – znała w końcu kilku specjalistów, mogła się za nim wstawić. Chciałby mu pomóc, jakkolwiek.



Jesse Henderson
44 y/o
For good luck!
191 cm
military man wherever country needs it
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

W znikaniu bez słowa była specjalistką. Nie sądził, że kiedykolwiek będą bawiły go takie stwierdzenia, a jednak – uśmiechnął się szczerze, słysząc jej słowa. Dobrze, że żartowała tak teraz, a nie kilka tygodni wcześniej, wówczas nie byłoby mu aż tak do śmiechu i z pewnością wyszedłby prędko urażony. Teraz jednak dalej z nią siedział i cieszył się, że mógł spędzić z nią trochę czasu – pomimo tego jak rozwinęło się ich ostatnie spotkanie, a raczej jak mogło się rozwinąć.
Trzymam za słowo — rzucił, gdy ta jasno zakomunikowała, że ucieczki (a przynajmniej w ten sposób) już nie były w kręgu jej zainteresowań. — Mogłem to w sumie nagrać — dodał, jakby trochę niezadowolony z faktu, że tego nie zrobił. Miałby wówczas chociaż jakiś dowód na przyszłość, jakby jednak coś jej się odmieniło.
Jesse dalej nie wiedział, co tak naprawdę sprawiło, że Iris z dnia na dzień spakowała się wyleciała z powrotem do Kanady. Próbował się tego dowiedzieć od samego początku, jednak wtedy nie była ona skora do przedstawienia mu swoich powodów. Nie, że była jakkolwiek mu zobowiązana do tego. Henderson jednak czuł, że po tym wszystkim chociaż krótkie wytłumaczenie sporo pomogłoby mu w przepracowaniu tego. Bo chociaż teraz myślał, że wszystko jest w porządku, to jednak zawsze mogło okazać się, że wcale nie. Po ich pierwszym spotkaniu w Toronto było jeszcze wiele okazji, aby ją o to zapytać – za każdym jednak razem, Jesse miał wrażenie, że gdy poruszy ten temat, Iris zniechęci się na tyle, że ponownie postanowi go zostawić, a tego szczerze nie chciał. Skoro jednak była w stanie o tym już żartować, to chyba był czas, aby o to zapytać. Problem polegał na tym, że nie byli sami. Już pomijając pacjentów szpitala oraz inny personel, którzy na dobrą sprawę, aż tak by nie przeszkadzali, to mieli obok siebie jeszcze najmłodszego Hendersona. Co prawda chłopiec był zainteresowany mazakami i kartkami, jednak Jesse już zdążył się zorientować, że do jego ucha trafia wszystko i niewiadomo, kiedy wykorzysta to przeciwko niemu.
Henderson nie miał powodów, żeby jej nie wierzyć. Skinął głową, trochę z ulgą, że ten mały incydent nie burzył jej całego dnia. — To dobrze w takim razie, nie chciałbym, żeby ktoś miał później do Ciebie pretensje albo żebyś przesiadywała przez nas w robocie po godzinach — powiedział, biorąc do ręki kubek z kawą. Upił trochę. Zdecydowanie była mu potrzebna.
Praca w szpitalu łatwa nie była. Wykańczająca, często niewdzięczna. Jesse już w Iraku zachwalał Iris, że zdecydowała się na taki zawód – nie dość, że pomagała ludziom to jeszcze w takich warunkach. To naprawdę wymagało odwagi. Nie spodziewał się, że mieli tu lżej. Może i piasek nie sypał się wszędzie i większość obrażeń nie była spowodowana atakiem z powietrza, ale przypadki tutaj były zdecydowanie częstsze oraz bardziej specjalistyczne i po prostu cięższe. Podziwiał Valentine, że każdego dnia decydowała się dalej na taką pracę. Widać było jednak, że jej coś takiego po prostu odpowiadało. Wyciągała z tego tyle, ile była w stanie. A i nawet znajdowała czas na kawę ze starym kolegą i spoglądaniem na jego syna. — Ale z podwózka też by nie było problemu — powiedział, zerkając krótko na syna, a przy okazji powód, przez który na takie pogawędki jak ostatnio pozwolić by sobie nie mogli. Nie znaczyłoby to, że chciałby ją mniej pocałować – bardziej by się po prostu powstrzymywał.
Mówię tobie, to nie wystarczy? — zapytał i odstawił na wpół pełny jeszcze kubek na stół. Można było pomyśleć, że Henderson był już za stary na udawanie, że z jego zdrowiem wszystko jest w porządku. Nic bardziej mylnego. Jak rasowy mężczyzna nie uważał za konieczne widywanie się z lekarzem częściej niż było to odgórne narzucone. Na rehabilitację również najpewniej by nie chodził, gdyby nie zakładał tego plan jego rekonwalescencji narzucony przez wojsko. Nie lubił mówić, że coś jest nie tak – czuł się wtedy gorszy i słabszy, a nie chciał tak. Nie chciał też, żeby inni go w ten sposób postrzegali.
Nic mi nie jest — zapewniał, chociaż wiedział, że nawracające bóle nie były czymś normalnym i przed wypadkiem w ogóle nie miał z nimi problemu. — Macie tu poważniejsze przypadki niż moja noga — stwierdził, ponownie sięgając po kawę. Nieprzyjemnie rozmawiało się o jego problemach zdrowotnych. Zdecydowanie lubił być w centrum jej uwagi, jednak nie pod takim względem — Nikt nie musi na nic patrzeć, spokojnie — stwierdził, próbując odciągnąć od niej te myśli tak szybko jak tylko się pojawiły. — Postaram się bardziej słuchać lekarza i zobaczymy wtedy — powiedział, bo faktycznie czasami zdarzało mu się zapominać o jego zaleceniach lub po prostu nie pasowały mu do tego, co aktualnie miał robić. — Nie musisz się martwić, Iris — rzucił. Już od dawna nie musiała.

Iris Valentine
32 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me
'Cause I don't think that they'd understand
When everything's made to be broken
I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Prychnęła pod nosem, bo naprawdę uważał, że potrzebował nagrań, żeby dotrzymała danego słowa? I okej… może nie popisała się wtedy, ale tak naprawdę wtedy nigdy nic sobie nie obiecywali. Tak naprawdę trudno w ogóle było powiedzieć czym była ich relacja i dokąd mogła ich zaprowadzić. Byli dwójką ludzi z zupełnie różnych części świata, dzieliła ich spora różnica wieku i na dodatek na niego w domu czekała żona i syn… nie chciała sobie za dużo wyobrażać. Jej własne uczucia ją przerażały i czuła się jak skończona idiotka, że je w ogóle miała. Najgorzej… że teraz miała dokładnie to samo. Nic się nie zmieniło. Tylko zamiast spotkać się gdzieś tam na tym końcu świata spotkali się w Toronto, chociaż już nigdy więcej mieli na siebie nie wpaść. A on nadal miał żonę. I chociaż w głowie ciągle miała te słowa, które jasno sugerowały, że wcale nie był w tym związku szczęśliwy to… nadal tkwił w tym związku. Nadal w jego życiu była kobieta, do której wracał na koniec dnia. A ona była naiwna myśląc, że to kiedykolwiek mogło się zmienić. Dlatego dawała sobie przez głowę, że przekraczała tą granicę… że tak łatwo znowu w to poszła, że przez samotność tak łatwo było namieszać jej w głowie.
- Oh, wiem… to zdecydowanie nie sama podwózka stanowi problem. – czy może raczej stanowiła… bo oboje doskonale wiedzieli jak się skończyła, albo raczej jak mogłaby się skończyć, gdyby nie ten jeden telefon, wykonany w najbardziej odpowiednim momencie. Jednocześnie była na niego zła i była za niego wdzięczna. Bo teraz mieli wyłącznie wyrzuty sumienia, że coś się mogło wydarzyć, że za dużo powiedzieli, ale nie, że coś zrobili. Przynajmniej teraz mogli siedzieć przy jednym stoliku bez zapadania się pod ziemię. Bo tak… Iris dała dojść do głosu emocjom i tęsknocie, ale teraz na pewno miałaby ochotę zapaść się pod ziemię. Za własną głupotę.
Ściągnęła natomiast brwi w momencie, gdy dotarło do niej jego nastawienie do swojej kontuzji i tego, że ból ustępował pomimo już długiego czasu rehabilitacji – Oczywiście, że nie wystarczy. Jestem tylko pielęgniarką, a nie specjalistą w zakresie tego typu urazów. – głęboka pionowa zmarszczka pojawiła się między jej brwiami, co jasno dawało do zrozumienia, że nie podobała jej się jego odpowiedź… sposób w jaki podchodził do tematu – Każdy przypadek jest tak samo poważny, Henderson. Jesteś weteranem, należy ci się każda możliwa pomoc. – mówiła całkiem poważnie, ani przez sekundę nie pomyślała też o nim jak o kimś słabszym. Wypadki się zdarzały, a ten jego był naprawdę dramatyczny w skutkach. Miał wiele szczęścia, że skończyło się tylko na bólu nogi, ale i tak… Iris wychodziła z założenia, że tak nie można było funkcjonować na dłuższą metę – I może nie muszę się o ciebie martwić, Jesse. – faktycznie nie musiała, bo przecież teoretycznie nic ich nie łączyło. To jego żona powinna być tą, która namawia go do kolejnej konsultacji, innej terapii i dociekania dlaczego ból nie ustępuje. Powinna… - Ale to nie znaczy, że nie będę tego robić. – rzuciła ostro, wbijając spojrzenie prosto w męskie tęczówki, bez grama zawahania i bez grama skrępowania. Nie uciekała przed jego spojrzeniem i dała mu jasno do zrozumienia, że mówi poważnie. Będzie się o niego martwiła, bo nawet jeśli teraz nic ich nie łączyło (mhm, jasne) to nigdy nie będzie jej na tyle obojętny, żeby miała przestać – Nie podoba mi się to, co robisz. – przyznała, nie odwracając ciągle spojrzenia – Nie masz powodu, żeby się biczować, żeby się karać… dojście do pełnej sprawności, a przede wszystkim opanowanie tego bólu powinno być twoim priorytetem. Jak długo można tak pociągnąć? – zanim zrobi coś głupiego? Zanim się podda? Zanim zacznie przesadzać ze środkami przeciwbólowymi? Widziała takich historii zdecydowanie za dużo – Jakiś czas po… – zaczęła, ale zdała sobie sprawę, że chciała powiedzie za dużo – Po powrocie do Toronto trafiłam na spotkania grupy weteranów. Może dać ci namiar? To zawsze jacyś znajomy z dawnego świata.



Jesse Henderson
44 y/o
For good luck!
191 cm
military man wherever country needs it
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Iris była zdecydowanie więcej niżeli tylko pielęgniarką. I nie chodziło tylko o to, że Jesse miał wobec niej wyjątkowy sentyment (chociaż oczywiście miał), jednak nie dało się ukryć, że służba w kontyngencie wojskowym i to na takim stanowisku, jakie zajmowała ona była bardzo wymagająca. Wykonywała rzeczy, których w zakresie obowiązków zwykła pielęgniarka nie miała - i Jesse nie miał na myśli zabawiania go po godzinach, spędzania wspólnie dni i nocy oraz byciem oparciem, którego potrzebował. Miał do niej po prostu zaufanie w praktycznie każdym zakresie, medycznym przede wszystkim.

Chociaż prawda była taka, że nie zwierzał się jej ze swoich problemów zdrowotnych, oczekując, że jakoś na to zaradzi. Nie oczekiwał, nawet chyba do końca nie chciał; bo nie chciał nawet, żeby wiedziała, że dalej nie jest tak dobrze jak powinno być. Problem polegał na tym, że po takim czasie dalej nie był w stanie niczego przed nią ukryć. Jej przenikliwe spojrzenie było w stanie zdiagnozować jego problem zanim ten w ogóle by na niego wpadł. Znała go lepiej niż on sam siebie. Sądził, że przez te kilka lat wyszła z wprawy – nic bardziej mylnego. — A mnie się wydawało, że specjalistką jesteś od wszystkiego — powiedział dość lekko, chcąc uciec od powagi tej rozmowy. Po jej spojrzeniu wiedział jednak, że takie kręcenie nosem jej zdania nie zmieni, a jedynie bardziej ciśnienie podniesie. Może i była bledsza niż kiedyś, jednak nie chciał jej w taki sposób kolorów dodawać.

Wysłuchał więc jej uważnie, chociaż ciężko było mu nie prychnąć na wspomnienie o pomocy dla weteranów. Może jej system działał pod tym względem lepiej, jednak ten amerykański jedynie udawał, że robi to chociaż w połowie dobrze. Może i miał jakieś zniżki w marketach czy też komunikacji miejskiej, a w kolejce do rejestracji u lekarza był dzięki temu zawsze pierwszy, jednak poza tym, wsparcia od władz nie czuł. Ba! Zamiast czuć od nich wdzięczność, o której zawsze mówiono, częściej miał wrażenie, że jest dla nich problemem, którego jak najszybciej trzeba się pozbyć. I tak też w sumie zrobili, oferując mu stacjonowanie w Kanadzie – karny awans. Zszedł im z oczu, nie przeszkadzał, nie wtrącał się. A oni mieli czyste sumienie. Może komuś, kto liczył na spokojną służbę to odpowiadało, jednak Henderson oczekiwał od niej czegoś więcej; od siebie oczekiwał zdecydowanie więcej. Szczególnie po tym wszystkim, przez co znalazł się w tym miejscu.

I musiał przyznać, że go zaskoczyła tym wyzwaniem. Aż mu zabrakło słów, co do niego raczej nie było podobne. Mówiła tak dosadnie i szczerze, że aż nie mógł w to nie uwierzyć. I wiedział, że nie znaczyło to zapewne tego, co chciałby, żeby znaczyło, aczkolwiek musiał przyznać, że delikatnie lżej na sercu mu się zrobiło. Przeszło mu przez myśl, że może faktycznie nie jest jej tak obojętny i że to wszystko, do czegoś zmierzało. Szybko jednak porzucił tę myśl. Niemoralnym było o takich rzeczach myśleć i to jeszcze w obecności dziecka, które w najlepsze bawiło się aktualnie mażąc kartkę.

Przepraszam — powiedział, trochę spokorniały, gdy ta skończyła mówić — Nie chcę dawać ci powodów do zmartwień. I tak masz ich pewnie za dużo. Skonsultuję to przy następnej wizycie — dodał. — Ewentualnie uśmiechnę się do ciebie po kontakt — powiedział, aczkolwiek liczył, że takiej konieczności nie będzie. Cóż, miała rację. Osiągnięcie pełni sił powinno być jego priorytetem. Problem polegał na tym, że nie było to łatwe mając z tyłu głowy ciągle ten nieszczęsny wypadek, z którego on jako jeden z niewielu wyszedł “cało”. To, że miał aktualnie problemy z nogą było niczym w porównaniu z ludźmi, którzy stracili życia w tej misji. Dwóch jego ludzi i kilku cywili przypłaciło tym co najcenniejsze w tej akcji, którą teraz na Bliskim Wschodzie podaje się jako przykład działań, których nie podejmować. Tam wszystko poszło nie tak jak powinno, jednak przekonali się o tym dopiero, gdy padły pierwsze strzały. Miał więc za co się biczować. — Masz rację. Jak ty to robisz, że zawsze ją masz? — zapytał i sięgnął po kubek kawy raz jeszcze, tym razem dopijając ją do końca. — Nie wiem, ile można tak ciągnąć i wiem, że nie powinienem tej granicy sprawdzać, ale czasami poczucie winy jest silniejsze niż ból w tej nodze — przyznał krótko.

Jakiś czas? To znaczy ile — dopytał, korzystając z faktu, że zmieniła ona temat. — Nie zdążyłaś w tym czasie za bardzo wypaść z tego żołnierskiego światka? — zapytał, wiedząc, że było to specyficzne środowisko, z którego ciężko było wyjść, a jeszcze ciężej wrócić po przerwie. Tam niby nic się nie zmieniało, a jednak po niedługim czasie wszystko potrafiło być kompletnie nowe i obce. — Nie wiem, czy takie spotkania byłyby dla mnie dobre — przyznał, wzruszając lekko ramionami. — Chyba nie jestem już aż takim społecznikiem — rzucił, co aż dziwnie z jego ust brzmiało, biorąc pod uwagę, że niegdyś to towarzystwo innych napędzało go do działania. — Zresztą, pewnie nawet by mnie nie przyjęli, gdyby dowiedzieli się, że pod inną flagą służyłem — dodał, kiedy przez myśl przeszedł mu ten pomysł. — Chyba, że byś mnie jakoś potajemnie wprowadziła. Chodzisz tam dalej?

Iris Valentine
32 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me
'Cause I don't think that they'd understand
When everything's made to be broken
I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Prychnęła, bo zdecydowanie nie była specjalistką od wszystkiego. Dlatego nie próbowała go diagnozować, a tym bardziej nie próbowała go leczyć – chciała tylko, żeby spotkał się z kimś, kto może mu pomóc. Tylko tyle i aż tyle. Tak, minęło sporo czasu… tak, powinna odpuścić. Powinna sobie przypomnieć, że nie ma prawa wtrącać się do jego życia i zdrowia, ale jednocześnie nie potrafiła. Tak samo jak nie potrafiła powiedzieć, że jej na nim nie zależy. Bo zależało. Bardziej niż powinno i bardziej niż potrafiła się do tego przyznać. I to bardzo – b a r d z o – źle, bo przecież od tego uciekła, a on nadal miał rodzinę, której nie powinna rozbijać i wszystko, na co mogli (i powinni) sobie pozwolić to przyjaźń. Ale skoro wszechświat znowu rzucił ich w to samo miejsce… niech będzie! Przyjaźń też nie była zła.
- Henderson… zawsze byłeś i będziesz moim powodem do zmartwień. Przyzwyczaj się. – dodała trochę mniej poważnie, a kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu. Chociaż nie kłamała! Był jej powodem do zmartwień od pierwszego dnia, gdy spotkali się w wojskowym szpitalu. Martwiła się albo o jego zdrowie i życie, albo o to, co ich łączyło, a nie powinno. To nigdy nie było łatwe i beztroskie, nawet jeśli momentami się takie wydawało. Kiedyś, dawno temu. W innym życiu i innym świecie – I skoro wiesz, że mam zawsze rację to zupełnie nie rozumiem dlaczego się nie słuchasz. – prychnęła, upijając niewielki łyk swojej kawy – Bo mówię tez, że nie jesteś niczemu winny. Każdy z was wiedział na co się pisze, nie wszystko można zaplanować i przewidzieć… to wojna, czasami druga strona ma przewagę, nawet jeśli się tego bardzo nie chce. I bardzo źle to brzmi. – podsumowała, wzruszając ramionami i biorąc kolejny łyk kawy, ale jednocześnie nawet na moment nie spuszczała z niego spojrzenia. Mogła się tylko domyślać jak bardzo go to męczyło… i chociaż wiedziała, co mogło w takiej sytuacji pomóc – nie odważyła się tego zaproponować na głos. Dużo łatwiej było zacząć od spotkania grupy dla weteranów. Baby steps. Wiedziała jednak, że te im pomagały… widziała to przecież na własne oczy – więc dlaczego miałyby nie pomóc Hendersonowi, prawda? Tym bardziej, że każdy potrzebował ludzi dookoła siebie, przyjaciół. Potrzebował kogoś więcej niż Iris, a tam mógł ich znaleźć.
- Uwierz mi, że wcale nie chciałam z niego wypadać. Ale to nie jest temat na dzisiaj. – przyznała szczerze, jednocześnie ucinając temat. Odeszła, bo musiała a nie chciała. Wiedziała jednak, że on nie był tego świadomy – a ona nie mogła mu tego teraz tak po prostu wyłożyć. Nie czas i nie miejsce – Dlaczego mieliby cię nie przyjąć? To grupa wsparcia, towarzyskie spotkania, żeby podnieść się na duchu i łatwiej przetrwać w prawdziwym życiu. Nikt tam nie omawia spraw wagi państwowej, żeby miały być objęte tajemnicą… zresztą koniec końców pracujesz w Toronto, Henderson. Nie jesteś wrogiem. – kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu, bo nie wydawało jej się, żeby te spotkania były aż tak głębokie, żeby ktoś miał dociekać pod jaką flagą się walczyło – I nie, nie chodzę. Ale od czasu do czasu spotykam się z chłopakami… mam z nimi kontakt. Nie muszę cię tam wprowadzać potajemnie i jestem pewna, że przyjmą cię z otwartymi ramionami. To świetni ludzie, którzy sporo przeszli. Zupełnie jak ty. Może znajdziesz tam przyjaciół… żeby jednak mieć zajęcie wieczorem po rehabilitacji. – dodała, oczywiście nawiązując do tego, co powiedział jej w aucie, gdy podwoził ją do domu, a ona bała się, że mogła mu popsuć plany. Nie miał planów. Zasługiwał zdecydowanie na więcej niż praca, ćwiczenia i opieka nad synem – Spróbuj. Po prostu spróbuj. – rzuciła i wyciągnęła z kieszeni scrubsów telefon i długopis, znalazła odpowiednie informacje i zapisała je na serwetce. Podała ją Hendersonowi i ładnie się do niego uśmiechnęła – Życie jeszcze się nie skończyło, Henderson.


Jesse Henderson
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”