Ten dzień był wystarczająco intensywny. Wszystko szło nie tak jak powinno. Jesse przespał budzik i spóźnił się do pracy, w której musiał zostać dłużej niż z początku zakładał i to z powodu tak błahego, że tylko denerwował się myśląc o tym. Henderson poważnie traktował służbę i zazwyczaj nie miał problemu z ponadprogramowymi godzinami – nie sprawiały mu one problemu, gdy jeszcze na Bliskim Wschodzie spędzał całe dnie. Cóż, nic innego do robienia nie miał, więc czy wieczory spędzał w baraku czy kancelarii? Nie grało to dla niego większego znaczenia. Teraz jednak, mając na głowie więcej obowiązków w życiu osobistym, nie było to dla niego takie proste. Nadgodziny wiązały się z przesłanianiem ustalonych grafików, przekładaniem innych przedsięwzięć oraz szybkim działaniem w związku z tym.
Przez pracę nie zdążył ustalić z Sage, co wieczorem zrobią z synem. Żona mówiła, że ma jakieś plany, a Jesse – jak co tydzień w środę – miał rehabilitację. Sądził, że kobieta umówiła na dzisiaj opiekunkę, więc niemiło zaskoczył się, gdy wrócił do domu i został poinformowany, że Junior musi zostać pod jego opieką. Nie było mu to kompletnie na rękę, bo wyprawa do szpitala z pięciolatkom nie była szczytem jego marzeń, a odwołanie wizyty o tej porze nie wchodziło w grę. Musiał zatem pogodzić się z pierwszą opcją.
Zapakował dziecko do auta i ruszył w kierunku szpitala, do którego swoją drogą i tak się spóźnił. Niosąc na ręce dziecko, szedł szybkim krokiem w stronę odpowiedniej sali, do której wszedł prawdopodobnie w ostatniej chwili. Rehabilant poprosił jednak, aby dziecko zostało poza salą i niespecjalnie przejmował się tłumaczeniem Hendersona, że ten, nie ma z kim młodego zostawić. Wówczas pomoc zaoferowała sekretarka przed gabinetem, która zachęciła dziecko kolorowankami. Jesse nie uważał tego za dobry pomysł, jednak widząc zaangażowanie synka w kredki, wszedł do gabinetu.
Przez całą godzinę rehabilitacji myślał głowie o dziecku. Czy wszystko w porządku, czy jest grzeczny, czy nie sprawia kłopotów. Nie spodziewał się jednak, że po wyjściu z gabinetu zastanie zdezorientowaną sekretarkę, która nie potrafiła mu powiedzieć, gdzie uciekł jej mały chłopiec. Henderson momentalnie się zagotował. Wiedział, że nie mógł swojej złości kierować na kobietę, która dzieckiem w ogóle nie powinna się zajmować, dlatego Jesse próbował przyjąć to na chłodno. Sekretarka zaproponowała, aby poinformować ochronę i nawet podała numer telefonu. Wyjął więc telefon z kieszeni, aby zadzwonić do nich i wówczas dostrzegł na wyświetlaczu wiadomości od Iris. Nie odpowiadał na nie, a od razu pobiegł w kierunku jej oddziału.
— A wie pani, że strzelał z pistoletu — mówił łamanym angielskim chłopiec, bazgrząc po kartce coś, co według niego miało przypominać kwiatka i jabłko. — Tak puf! Puf! — dodał, unosząc kredkę na wysokość twarzy, próbując pokazać jak strzela, a przynajmniej jak opowiadał mu o tym tata. — Jak w tych wszystkich filmach!
Dziecko zalewało swoją nową znajomą – bo każdy kto rozmawiał z nim dłużej niż chwilę był w jego oczach nowym kolegą lub koleżanką – swoimi historiami. Nie wszystkie koniecznie miały sens, jednak jak można się domyślić, pięciolatek niespecjalnie się tym przejmował, dzieląc się z Iris kolejną swoją wersją opowieści, które przekazał mu tata.
—
Co ty za wycieczki sobie robisz młody — Jesse rzucił wchodząc z impetem do szpitalnej kawiarenki i widząc Nico wraz z Iris. Chłopiec podniósł swoje jasne spojrzenie na tatę i uśmiechnął się niewinnie.
— Bo tam już mi się nudziło — powiedział szczerze, po czym wrócił do kolorowania kartki, która pustych przestrzeni już nie miała, jednak Nico chyba to nie przeszkadzało.
Henderson dość szybko i nieostrożnie przebiegł z jednej części szpitala do drugiej. Na tyle szybko i nieostrożnie, że minioną godziną rehabilitacji poszła na marne. Noga bolała go niemiłosiernie, jednak starał się nie dawać tego po sobie poznać. Dosiadł się do siedzącej już dwójki, co by noga chociaż trochę odpoczęła.
—
Dziękuję — odezwał się, zerkając w kierunku Iris. —
Mam nadzieję, że nie zdążył Cię za bardzo zamęczyć — dodał, wiedząc jaki jego pierworodny potrafił być wymagający. Szczególnie w najgorsze możliwie dni, gdy człowiek potrzebował wyciszenia i spokoju, a dziecko z przyjemnością testowała każdy nerw. Ojcostwo było jednak piękne. —
Potrafił powiedzieć kto jest jego rodzicami czy na tyle podobny, że sama połączyłaś kropki? — zapytał, chociaż domyślał się, że druga opcja była mało prawdopodobna biorąc pod uwagę, że po nim miał jedynie oczy i charakter.
— A wiesz że dostałem od cioci kakao? — wtrącił się maluch, na co Jesse zrobił zaskoczoną minę.
—
To samo kakao, którego nie powinieneś pić? — zapytał, na co chłopiec się zaśmiał i wziął do ręki plastikowy kubek, z którego upił trochę. Henderson nie zabierał mu, chociaż dzisiaj już wystarczająco cukrów już dzisiaj pochłonął. Niech coś chociaż ma z tego dnia. —
To może ciocia napiję się z tatą kawy? — zapytał Nico, chociaż pytanie bardziej skierowane było do brunetki. Dziecko pokiwało głową, bo wiedział, że zanim tata wypije kawę to ten zdąży pokolorować jeszcze trzy kartki i wyłudzić z pięć czekoladek. Miał głowę do interesów. —
Czarną? — zapytał, tym razem już patrząc w stronę Valentine.
Iris Valentine