ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
190 cm
ksiądz St. Michael's Cathedral Basilica
Awatar użytkownika
do not fear, only believe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiSzczęść Boże/Bóg zapłać
typ narracjikażdy
czas narracji3os
postać
autor

Po ostatniej mszy archikatedra św. Michała powoli zaczynała pustoszeć. Matteo nie wychodził jednak razem z ostatnimi wiernymi. Został jeszcze chwilę w środku, pomagając przy kilku drobiazgach, zamieniając parę słów z tymi, którzy akurat mieli coś do powiedzenia, a później przeszedł jeszcze przez boczne części kościoła. Nie było tego szczególnie dużo. Kilka drzwi do sprawdzenia, światła, które powinny być wyłączone, szybkie upewnienie się, że wszystko zostało zamknięte tak, jak trzeba. Przebrał się w luźniejsze ciuchy. Trochę mu zajęło, ale dał radę. SAM.
Normalny wieczór. W końcu wyszedł przed budynek i poprawił rękawy koszuli, zanim ruszył chodnikiem wzdłuż kościoła. Koloratka nadal tkwiła na swoim miejscu, chociaż po całym dniu miał już wrażenie, że trochę za bardzo przypomina mu o tym, że oficjalnie jest teraz księdzem, a nie facetem, który najchętniej wróciłby na plebanię, rzucił się na kanapę i odpalił jakiś mecz. Albo jakiegoś tiktoka, przesuwając palcem po ekranie bez celu przez kilka godzin. Z drugiej strony sam sobie narzekał. Przecież właśnie lubił takie wieczory. Bez pośpiechu, bez telefonów od proboszcza z pytaniem, gdzie znowu się podział, bez kolejnych rzeczy do załatwienia na już. Można było przejść się dookoła budynku i zwyczajnie odetchnąć.
Po kilkudziesięciu metrach wyciągnął telefon. Był trochę uzależniony, ale był tylko człowiekiem, prawda? Miał prawo do słabości! Ekran rozświetlił mu twarz, kiedy sprawdził powiadomienia. YouTube. Kilka nowych komentarzy pod ostatnim materiałem. Przeprowadzał rozmowę z dentystą, wyznawcą judaizmu. Całkiem ciekawy materiał pod względem religijnym, ale sama postać stomatologa dawała wiele do życzenia. Przeżarty politycznie. Jeden z użytkowników po raz kolejny pytał, kiedy wreszcie zaprosi do podcastu mechanika. Matteo zatrzymał się na chwilę przy murze i odpisał, że „pracuje nad tym”, chociaż prawda była taka, że jeszcze nawet nie miał konkretnego mechanika na oku.
- Pracuję nad tym… - powtórzył pod nosem i pokręcił głową. - Brzmi profesjonalnie. Chyba...
Kliknął jeszcze kilka odpowiedzi. Ktoś napisał, że ostatni odcinek był najlepszy. Ktoś inny zapytał, czy naprawdę zna się na samochodach, bo „ksiądz i mechanika to dziwne połączenie”. Na to Matteo odpowiedział już krócej. Nie na tyle, żeby rozebrać silnik i potem pamiętać, gdzie były wszystkie części. Tego przynajmniej był pewien. Schował telefon i ruszył dalej, tym razem wolniejszym krokiem. Przeszedł na drugą stronę budynku, rzucając przy okazji okiem na wejście i okolice. Wszystko wyglądało normalnie. Żadnych otwartych drzwi, wybitych szyb czy innych rzeczy, które wymagałyby jego uwagi. Nawet śmieci było zaskakująco mało. Był monitoring, ale jak to bywa z takimi rzeczami – jak się coś dzieje to nigdy nie działa.
Matteo zatrzymał się na moment przy bocznym wejściu i nacisnął klamkę. Zamknięte. Nie potrzebował wiele do szczęścia. Telefon ponownie zawibrował mu w kieszeni. Tym razem Instagram. Wyjął go z lekkim westchnieniem, bardziej z przyzwyczajenia niż z jakiegoś szczególnego zainteresowania. Przejrzał kilka powiadomień, polubił parę komentarzy i odpisał na jedno pytanie dotyczące kolejnego odcinka podcastu. Ktoś pytał, czy goście są wcześniej przygotowywani do rozmów.
Nie. I właśnie dlatego czasami jest ciekawiej.
Wrzucił odpowiedź i od razu zauważył kolejne powiadomienie. Zerknął. Potem jeszcze raz.
- Okej, poczekam.
Uśmiechnął się pod nosem i pokręcił głową, po czym przysiadł na murku niedaleko głównego wejścia. Właściwie powinien przestać patrzeć w telefon. Wyszedł przecież na spacer, a nie na kolejną sesję scrollowania. Niestety, był pochłonięty odpisami, bo jego „popularność” może i nie była zbyt duża, ale miał swoją grupę, społeczność, która dzielnie brała udział w życiu kanału.
Czas mijał. Spokojnie, z telefonem w ręce i dupskiem na murku. Miał wystarczająco dużo niespodzianek w swoim życiu. Na szczęście nic nie zapowiadało, że dzisiejszy wieczór będzie inny. Ksiądz miał wrażenie, że ogarnął wszystko. Wyłączył ekran i wsunął telefon do kieszeni, ale gdy tylko to zrobił to znowu rozległ się dźwięk powiadomienia i wibracja.
- Boże, daj mi siłę - mruknął do siebie z rozbawieniem. Pokręcił głową na boki. - Przecież to tylko Instagram. Ile można?
Nie zmieniał swojej pozycji, wyjął telefon i znowu zaczął patrzeć co się dzieje w internecie. Powinien już dawno być na kolacji.

Oscar Malone
kotlet schabowy ale ledwie w panierce
20 y/o
Welkom in Canada
170 cm
szuka szczęścia bezrobotny
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Mógł śmiało powiedzieć, że to był dobry dzień. Po raz pierwszy od dawna nie musiał buszować po śmietnikach w poszukiwaniu jedzenia, bo udało mu się coś KUPIĆ. Tak, nie zarypał ze sklepu, nie robił żadnych machlojek. Wszedł jak prawilny obywatel do środka, wybrał produkty (oczywiście te najtańsze, bo chciał, żeby starczyło mu na więcej) i za nie zapłacił, odzyskując tym samym resztki godności i człowieczeństwa, które powoli tracił. Nie ukrywał, że było to przyjemne uczucie, a to wszystko dzięki temu miłemu siedemdziesięcio letniemu staruszkowi, który pozwolił mu skosić u siebie trawnik, płacąc mu za to dwadzieścia dolarów. Kwota może nie była porażająca, ale dla Oscara ten jeden banknot był niczym wczesny prezent na święta, którego w domu nigdy nie otrzymał. Chyba, że wliczało się w to zamykanie w ciemnej piwnicy, ewentualnie kolejne wymierzane razy, których pozostałości maskowały te poprzednie blizny.
Nic dziwnego, że teraz był po prostu zadowolony, ciesząc się z tych małych rzeczy, które napawały nadzieją. Na nowo odzyskał wiarę, że uda mu się odszukać brata, bo skoro nie umrze z głowy, to nic innego nie stało na przeszkodzie. Poza snem, bo ten jednak uporczywie go ścigał. Był zmęczony i zdawał sobie sprawę, że jak najszybciej musi poszukać miejsca, gdzie dość bezpiecznie będzie mógł się glebnąć bez uczucia, że zaraz ktoś go napadnie, by wziąć jego jedzenie i pozostałe pieniądze, bo oczywiście nie wydał wszystkiego na raz! W głowie szybko pojawiła się wizja kościoła (a tak serio to dostrzegł gdzieś w oddali majaczący krzyż, który uświadomił mu, że takie miejsca istniały). Czy było gdzieś bezpieczniej, niż pod opieką samego Boga Wszechmogącego. Albo innego bóstwa, bo kościoły i religie bywały różne, a Malone się na tym nie znał.
Skierował się zwolna w stronę jakiegoś najbliższego, bogato wyglądającego, licząc, że wrota nie będą zamknięte. Nie znał panujących zasad, ale wydawało mu się, że w razie konieczności wierni mogli zawsze udać się do domu bożego, żeby się pomodlić, prawda? On co prawda miał inne zamiary, bo liczył na kawałek wygodnej podłogi, a może i jakąś ławkę, żeby zaznać trochę spokojnego snu, ale nadal mógł nazywać się wiernym, jeśli tego by od niego wymagano. Bo w samego Boga przestał wierzyć już dawno, kiedy zdał sobie sprawę, że nawet on go porzucił, zostawiając na pastwę rodziców będących również jego katami.
Kiedy znalazł się znacznie bliżej, podziwiając oświetloną przez latarnie budowlę, dostrzegł, że nieopodal wejścia, na murku siedział mężczyzna. Zadbany i zaraz, czy to był ksiądz? No pięknie, z nim to Oscar z pewnością rozmawiać nie chciał, bo nie w smak było mu teraz jakiekolwiek tłumaczenie się. Chciał jedynie odpocząć, nic wielkiego.
Widząc, że ten zajęty był telefonem (wtf, czy im w ogóle można było ich używać, przecież pełne były grzechu), postanowił przemknąc obok niego niezauważenie, tyłem jakoś włamując się do kościoła. Grzech grzechem, ale serio był zmęczony.
Niestety, plan wziął w łeb w momencie, w którym się potknął, a puszki, które trzymał w rękach, wypadły uderzając o grunt i robiąc takiego hałasu, jakby co najmniej w dzwon obok nich uderzono. No to tyle jeśli chodziło o niewidzialność, bo już widział jak mężczyzna księdzem zwany obraca się w jego kierunku.
-Yyyyy… - właśnie tak rozmowny był oscar w momencie, kiedy przyłapano go na czymś, czego robić nie powinien.

Matteo Carissoni
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
26 y/o
For good luck!
190 cm
ksiądz St. Michael's Cathedral Basilica
Awatar użytkownika
do not fear, only believe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiSzczęść Boże/Bóg zapłać
typ narracjikażdy
czas narracji3os
postać
autor

Matteo siedział na murku już zdecydowanie dłużej, niż pierwotnie planował. Telefon praktycznie przykleił mu się do ręki, a palec przesuwał po ekranie z taką częstotliwością, jakby od tego zależało przetrwanie ludzkości. Odpisywał na kolejne komentarze, zostawiał polubienia, czasem zatrzymywał się na dłużej przy czymś, co faktycznie go zainteresowało. Najwięcej samozaparcia wymagały jednak komentarze typowo zaczepne. Kilka razy napisał odpowiedź, przeczytał ją jeszcze raz i kasował, zanim zdążył wysłać. Nie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia. Wręcz przeciwnie. Miał aż za dużo. Problem polegał na tym, że internet miał tę cudowną właściwość, że nawet najbardziej rozsądny człowiek po pięciu minutach dyskusji z obcą osobą zaczynał zachowywać się jak idiota.
- Nie odpisuj. Po prostu nie odpisuj - mruknął do siebie, wpatrując się w ekran.
Jeszcze przez kilka sekund walczył sam ze sobą, aż w końcu zablokował telefon i wsunął go do kieszeni. Westchnął cicho, oparł dłonie o krawędź murku i rozejrzał się po placu przed katedrą. Było spokojnie. Właśnie tak, jak lubił najbardziej po całym dniu. Żadnych ludzi kręcących się przy wejściu, żadnego telefonu od proboszcza, żadnego „Matteo, możesz jeszcze…”. Przez chwilę naprawdę miał zamiar po prostu posiedzieć i nacieszyć się ciszą. No, miał.
Głośny huk dobiegający gdzieś z boku sprawił jednak, że aż podskoczył. Odruchowo wyprostował się na murku jakby go coś w dupę ugryzło i spojrzał w kierunku dźwięku. Zacisnął pośladki odruchowo. Przez pierwszą sekundę pomyślał, że coś spadło. Później, że może ktoś przewrócił jakiś metalowy element przy wejściu. Dopiero kiedy dostrzegł kilka puszek rozrzuconych po ziemi i stojącego obok nich mężczyznę, wszystko zaczęło układać mu się w całość. Matteo przez moment po prostu patrzył, próbując zrozumieć, co właściwie widzi. Facet najwyraźniej próbował przemknąć gdzieś obok wejścia, a teraz stał z miną człowieka, który właśnie został przyłapany na czymś, czego zdecydowanie nie powinien robić.
- Yyyyy…
Odpowiedział tak samo. Sam spanikował trochę. Matteo uniósł lekko brwi. Przyłożył dłoń do kieszeni z telefonem by sprawdzić czy na pewno jest na swoim miejscu. To był odruch, okej? Zerknął jeszcze raz na puszki, potem na drzwi, a na końcu znowu na mężczyznę.
- Wiesz, że główne wejście jest jakieś pięć metrów stąd?
Wskazał dłonią na drzwi, jakby właśnie udzielał komuś niezwykle praktycznej informacji. Dopiero po chwili uśmiechnął się pod nosem, bo cała sytuacja była zwyczajnie absurdalna. Pokręcił głową na boki by otrzeźwieć.
- Nie musisz się włamywać. Katedra jest otwarta.
Nie zrobił z tego wielkiej sprawy. Żadnego podniesionego głosu, żadnego „co pan tutaj robi?”, żadnego grożenia policją. Matteo sam nie wiedział, czy bardziej bawiła go ta sytuacja, czy fakt, że ktoś najwyraźniej uznał boczne wejście za lepszą opcję niż zwykłe przejście przez główne drzwi.
Wskazał ponownie na wejście, tym razem robiąc przy tym pół kroku w bok, żeby zostawić mężczyźnie swobodną drogę.
- Serio. Możesz wejść normalnie. Nikt cię nie będzie zatrzymywał.
Przez chwilę jeszcze stał w miejscu, zerkając na porozrzucane puszki. Nie wyglądało to jak próba kradzieży. Raczej jak bardzo nieudana próba przemknięcia się niezauważonym. Matteo pokręcił lekko głową, po czym dodał już z wyraźnym rozbawieniem:
- Chociaż przyznaję, wejście z efektem specjalnym masz opanowane. Może jakiś replay? Nagram to.


Oscar Malone
kotlet schabowy ale ledwie w panierce
20 y/o
Welkom in Canada
170 cm
szuka szczęścia bezrobotny
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Huk, który miał miejsce tuż po tym, jak upuścił te cholerne puszki, rozbrzmiał niczym jakiś wystrzał lub wybuch bomby w ciszy panującej na około. Oczywiście, że w całej swojej ostrożności Oscar musiał wykazać się niezdarstwem. Jak to w ogóle możliwe, że im bardziej się starał zachować anonimowość, jak również nie dać się złapać, z miejsca zdradził swoją obecność nieznajomemu mężczyźnie, który okazał się byc księdzem? I weź tu człowieku teraz wyjaśnij mu, że wcale nie planował robić włamu do domu bożego, tylko zbiegiem okoliczności przechodził obok, zbliżając się zupełnie nieświadomie do bocznego wejścia? Nawet w jego głowie podobne wymówki i usprawiedliwienia brzmiały dziecinnie żałośnie. Aż wstyd było je wypowiadać na głos; wystarczyło tego upokorzenia.
Zerknął na swój prowiant, później po raz kolejny na samotną postać, która uparcie się w niego wpatrywała, jakby oceniając poziom zagrożenia prezentowany przez Malone. Cóż, tu mógł byc spokojny - Oscar nijak nie nadawał się na żadne zagrożenie, chyba, że swoje własne, bo już nie raz przekonał się, że był swoim największym wrogiem jeśli chodziło chociażby o podejmowane decyzje.
-Yyyyy… - powtórzył po raz kolejny, idąc w jego ślady wykazując się elokwencją i świetną znajomością języka angielskiego. Proszę, jakie miał bogate słownictwo, tak mógł porozumiewać się niemal z każdym, kogo spotkał. Wtedy mógł być pewien, że z całą pewnością zostanie wzięty za jakiegoś tumana; może dzięki temu wcale nie zasłuży na kolejny wpierdol od ulicznych gangów walczących o terytorium z bezdomnymi.
-No fajnie, ale ja wcale nie szedłem do głównego wejścia… proszę księdza - rzucił, dodając na końcu formę grzecznościową. Chyba tak powinien się do niego zwracać, prawda? W sumie nie był religijny - przestał, kiedy uświadomił sobie, że Bóg, który miał go niby kochać, ostatecznie go porzucił, zostawiając w rękach rodziców, którzy piekło na ziemi mu urządzili. Nie był w stanie uwierzyć, że czuwało nad nim bóstwo. Bo co, może sprawdzało jego wytrzymałość albo to, czy był godny dostąpienia błogosławieństwa? Niech sobie w kaktusa wsadzą takie testy, które skończyły się traumą i urazem psychicznym. - I wcale się nie włamywałem! Nie jestem taki. Ja po prostu tędy przechodziłem. Z zakupami, co nie - odpowiedział, chociaż to też nie brzmiało najlepiej. Był beznadziejny w zmyślaniu i kłamaniu na poczekaniu, chociaż przynajmniej nie musiał udawać, że faktycznie te rzeczy kupił - miał ze sobą rachunek, jakby ktoś chciał go o coś posądzić. Pierwszy raz od dawna był ze soba zgodny i nie chciał, by ktoś mu tę chwile odebrał.
Słysząc zaproszenie, które wysnuł w jego stronę, poczuła się dziwnie przybity. Czy tak właśnie wyglądała dobroć wysłanników bożych, czy tak kapłanów? Jeśli tak, to teraz Oscar miał wyrzuty sumienia, że go okłamał oraz że w ogóle faktycznie chciał się tu włamać, byleby tylko się przespać.
-A kto powiedział, że ja w ogóle potrzebuję tam wejść? - skrzywił się, jakby odczuwał potrzebę obrony siebie i swojej godności, która utracił w momencie pierwszej kradzieży. Z tego nie miał zamiaru się jednak księdzu tłumaczyć. - Jakie kurwa nagram? - wymsknęło mu się. Aż spojrzał na swojego rozmówcę z niedowierzaniem. No bo o czym on do cholery mówił?! Jakieś dziwne fetysze miał, czy o co chodziło? Jeśli tak, to Malone nie chciał brać udziału w żadnych podejrzanych filmach, które później krążyłyby pomiędzy parafiami.

Matteo Carissoni
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
26 y/o
For good luck!
190 cm
ksiądz St. Michael's Cathedral Basilica
Awatar użytkownika
do not fear, only believe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiSzczęść Boże/Bóg zapłać
typ narracjikażdy
czas narracji3os
postać
autor

Matteo przez chwilę patrzył na niego z lekko uniesionymi brwiami, jakby próbował zdecydować, czy właśnie usłyszał najbardziej pokrętne tłumaczenie próby wejścia do katedry w swoim życiu, czy może jednak powinien dać chłopakowi kredyt zaufania. Ostatecznie parsknął cicho pod nosem. „Z zakupami, co nie” brzmiało tak niewinnie, że aż podejrzanie. Tym bardziej że Matteo zdążył już zauważyć, że facet był młody. Cholernie młody. Nie wyglądał jak ktoś, kto właśnie planował napad stulecia, ale zdecydowanie wyglądał jak ktoś, kto miał bardzo konkretny powód, żeby nie korzystać z głównego wejścia. Carissoni nie zamierzał jednak robić z siebie detektywa. Nie znał go, nie wiedział, co się działo, a przede wszystkim nie miał pojęcia, dlaczego ten człowiek tak bardzo starał się coś ukryć. Mógł nie mówić prawdy. Ba, Matteo był prawie pewien, że nie mówi całej prawdy. Tylko co z tego? Każdy miał jakieś swoje powody, czasem głupsze, czasem poważniejsze. Nie jemu było je oceniać.
- Dobra, dobra. Nie włamywałeś się. Przyjmijmy tę wersję wydarzeń - powiedział z rozbawieniem, unosząc obie dłonie w geście kapitulacji. - Nie będę pisał raportu. „Podejrzany osobnik z puszkami próbował dostać się do katedry, ale został zatrzymany przez księdza uzbrojonego w telefon”.
Pokręcił głową, samemu rozbawiając się własnym pomysłem. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że właściwie nadal stoją tutaj jak dwóch ludzi, którzy przypadkiem spotkali się pod kościołem i obaj nie do końca wiedzą, co dalej. Matteo wyprostował się więc i poprawił lekko kołnierzyk koszuli.
- Tak w ogóle Matteo. Matteo Carissoni. Nie musisz mówić do mnie „proszę księdza”. Brzmi trochę tak, jakbym miał zaraz wyciągnąć notatnik i zacząć sprawdzać, kto odrobił pracę domową z religii. Mów po imieniu. Będzie łatwiej.
Uśmiechnął się lekko i wskazał głową na puszki leżące jeszcze na ziemi. Nadal wyglądało to wszystko trochę komicznie, ale nie zamierzał już tego ciągnąć. Zresztą ten tekst o nagrywaniu chyba faktycznie wymagał wyjaśnienia, bo mina chłopaka sugerowała, że Matteo właśnie powiedział coś kompletnie oderwanego od rzeczywistości
- Z tym nagrywaniem... spokojnie. Nie mam żadnych dziwnych pomysłów - rzucił od razu, zanim jego rozmówca zdążył sobie dopowiedzieć coś jeszcze gorszego. - Mam podcast. Rozmawiam z ludźmi o ich pracy, życiu, różnych historiach. Czasem wrzucam krótkie filmiki z takich sytuacji jak ta. I uwierz mi, „ksiądz siedzi przed katedrą, facet próbuje przemknąć bokiem, gubi puszki i robi wejście jak do filmu akcji” kliknęłoby się całkiem nieźle.
Przez moment przyglądał mu się jeszcze z uśmiechem, po czym wzruszył ramionami.
- Internet lubi takie rzeczy. Im bardziej absurdalne, tym lepiej. A ja lubię, jak ludzie się śmieją, więc... dasz radę powtórzyć?
Rzucił śmiejąc się, ale nie liczył na to, że faktycznie coś z tego wyjdzie. Zrobił kilka kroków w stronę głównego wejścia, ale nie ruszył dalej, zostawiając chłopakowi przestrzeń. Spojrzał jeszcze raz na otwarte drzwi, potem z powrotem na niego. Tym razem bez żartu, choć nadal z tym samym spokojnym wyrazem twarzy.
- Ale jeśli serio nie chcesz wchodzić, to okej. Nie będę cię ciągnął za rękę. - zawahał się na sekundę. - Jeśli po prostu nie masz ochoty iść tam sam albo coś cię stresuje, mogę z tobą chwilę posiedzieć. Pogadamy. Bez przesłuchania, bez pytań o życiorys i bez testu z Biblii.
Kącik ust drgnął mu lekko.
- Tylko jedna rzecz jest ważniejsza od tego całego włamania, puszek i mojego potencjalnego hitu na Instagramie.
Matteo zerknął na chłopaka, a potem na jego zakupy.
- Jesteś głodny? Gosposia pewnie coś zrobiła.

Oscar Malone
kotlet schabowy ale ledwie w panierce
ODPOWIEDZ

Wróć do „St. Michael's Cathedral Basilica”